Strona 2 z 2

sprawa zaginionego zegarka

: czw kwie 09, 2026 9:13 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i głupoty
- A co nie? Jakieś piguły, ze trzy rodzaje prochu wymieszane, no i jeszcze alkohol, wydaje mi się, że piłem pinacolade, bo miałem jej posmak potem przez trzy dni - Madox tak wymienia co ćpali, ale wiadomo, że najgorzej ich poryły te Trumpy, ale nie chciał przy Ricardo mówić, że on jakieś piguły z Trumpem żarł, bo jeszcze by się mogli pobić o to. Madox to też się musiał z Williamem zgodzić, że im to się coś w mózgu chyba poblokowało, wyparowała nagle ostatnia szara komórka, bo to żeby się naćpać do tego stopnia, żeby brać ślub. Już sobie obiecał, że z Pilar to weźmie na trzeźwo, chociaż z nimi to też tak na dwoje babka wróżyła... Karlica, wróżyła im karlica.
- Ej obczajcie to, jak byliśmy w Meksyku... - zaczął i już miał im pewnie opowiedzieć, co im ta karlica wywróżyła, albo w ogóle o tym jej mini namiociku, gdzie ledwo się zmieścili, ale większe zainteresowanie niż jego historia pewnego razu w Meksyku oczywiście miało konto Williama.
Aż ich wbiło w fotele jak zobaczyli te wszystkie zera na jego koncie. Dobrze, że Noriega to swojej forsy nie trzymał w banku, tylko poukrywane po dziurach, jak prawdziwy gangster.
- O stary, jak ty masz tyle siana, to byśmy gdzieś pojechali w podróż poślubną, wezmę Pilar... - zaczął nawijać, ale znowu nie dokończył, bo rezerwa mu się zaświeciła i zapiszczała.
Zjeżdżają na stację, Madox tankuje, a potem bierze hajs od swojego męża, no i oczywiście jak zagadał do dziewczyn, to one już stoją przy BMW, żeby zobaczyć chłopaków. Szkoda, że nie ma co oglądać, bo Madox już sobie poszedł. Chociaż jeszcze się zatrzymał i się śmieje, z tych czipsów dżalapino, a potem nawet się oparł o dach i mówi do Willa poważnie.
- Następnym razem to powiedz tak bebe, no los he comido en anos, anos powtórz - no i czeka oczywiście, aż William to zrobi, a potem się wyszczerzył do Ricardo, bo oni we dwóch wiedzieli, że się mówi años, to od lat, a anos to odbyt, więc William mówi, że nie jadł odbytów. Więc Madox jak sobie z niego pożartował, jak zwykle zresztą, to wsadził ręce w kieszenie i poszedł na stację.
Oczywiście ze swoim nienagannym hiszpańskim mówi, że chce te czipery halapenio, a sprzedawca, który też był chyba jakimś Latynosem zaraz mu mówi, że mają też nowe hot-dogi halapenio i piwko nowe mohito. Oczywiście, że Madox wziął wszystko, bo skoro William stawiał, to jak miał z tego zrezygnować?
Wychodzi po tych piętnastu minutach obładowany zakupami. Dziewczyny już też zatankowały, poczochrały pieski, dały Willowi na siebie namiar i poszły, ale to nawet dobrze, bo Madox nie pomyślał i im nie wziął hot-dogów. Jak William do niego wystawił rękę, to Madox mu zaraz przybił piątkę.
A potem tak, dał Riczowi hot-doga i zaraz Williamowi w końcu też.
- Macie, to jakieś nowe, tylko nie dawaj psu bo to dżalapinio - oczywiście się znowu pośmiali z Patelka. A potem Madox im jeszcze pokazuje sześciopaka piwka i mówi, że to też jest nowość mohito, ale to po robocie, akurat po dwa sobie walną. Rzucił je Willowi na kolana. Czipsy to oczywiście otworzył i najpierw wpakował sobie do buzi całą garść, a potem dał Riczowi i dopiero swojemu mężowi na kolana. Fajek to nawet mu nie dał, tylko sobie włożył do wewnętrznej kieszeni kurtki, no i zaraz odpala silnik i jadą dalej.
- No i co laski mówiły? - zapytał, ale przecież Madox to miał w głowie jedną laskę i nawet znowu gdzieś zerknął na telefon, czy Pilar mu nic nie napisała. Jechał taką trasą jak mu William pokazał, wszystko się zgadzało. I w końcu stają pod jakąś podejrzaną miejscówką. A tam wielki migoczący szyld Łaźnia Pod Spoconym Tygrysem, dziwna nazwa, ale no skoro William się tam umówił na przekazanie.
Wyleźli z auta, Ricardo z tymi psami pod obydwoma pachami i wchodzą do budynku, a tam za ladą jakaś mała azjatka i krzyczy na nich.
- Nie z psami! Nie z psami! Niewolno! - pokazuje im jakiś znaczek z przekreślonym pieskiem, a Madox zaraz pochyla się nad nią i opiera o ladę - tak naprawdę to są koty... ale zdeformowane, a nie widzę tu żadnego znaczka z kotami - no i cóż, babka trochę się pokrzywiła, ale nie było takiego znaczka, to im dała ręczniki i skierowała do szatni, że muszą się rozebrać.
No to co mieli zrobić, poszli, William z teczką, Riczi z pieso-kotami, a Madox z rękami w kieszeniach.

Ricardo Martinez William N. Patel-Noriega