Strona 2 z 2

give me your eyes, I need sunshine

: pn kwie 06, 2026 7:46 pm
autor: caspian marshall
Działała na niego jak żar z zapalniczki, który z charakterystycznym dźwiękiem podpalał jego ulubione papierosy. Sam jej widok wystarczał, by coś w nim drgnęło, a zapach perfum uderzał mu do głowy równie szybko i równie niebezpiecznie jak pierwszy wdech dymu, który działał na niego niemal jak endorfina. Stojąc tak blisko niej, czując na sobie jej oddech, walczył sam ze sobą. Kusiła go. Wiedziała, że jest atrakcyjna, nawet nie próbowała tego ukrywać, a on starał się nie przekroczyć tej granicy. I tak dotknął ją w sposób, na który zazwyczaj by sobie nie pozwolił, zwłaszcza przy kobiecie, która była mu właściwie obca. Chemia w jego mózgu mieszała się z zapachem jej ciała, przyspieszając bicie jego serca. Chciał po prostu nachylić się jeszcze bliżej, przesunąć twarz pod takim kątem, żeby jego usta spoczęły na jej wargach. Chciał z a s m a k o w a ć jej ust, posmakować dymu ulatniającego się z tych apetycznie wyglądających warg.
Łapał się na tym i przewracał w myślach oczami na własne zachowanie. To nie było w jego stylu. To nie była część jego naturalnej strategii. Przesuwając dłonią po jej ciele, uśmiechnął się na jej kolejne słowa. - Dobrze, że ja też, eh? - Wyciągając telefon i prostując się, spojrzał na nią i już wtedy, po sposobie, w jaki na niego patrzyła, wiedział, że tym razem ruch pionka na planszy kierował się w stronę jego zwycięstwa.

Przynajmniej w tej rundzie.

- Wysokie standardy? - spojrzał na nią i delikatnie uniósł kącik ust. Przez moment pomyślał, że skoro jest wysoki, to może już odhaczył jedno z jej wymagań, ale zaraz potem uznał, że nie może być aż takim arogantem, prawda? W jego głowie narodził się pomysł. Chwycił telefon do ręki, spojrzał na świeżo zapisany numer i uśmiechnął się do siebie. - Grazie - wyrzucił z siebie, a po chwili odsunął się od niej kilka kroków dalej, opierając o swoją laskę i wykonał telefon. - Marcel! Salut mec, tu fermes le resto aujourd'hui? - zapytał starego znajomego, który miał dzisiaj zmianę w The Broadview Hotel’s Rooftop Bar, znajdującym się cholernie wysoko, z widokiem na większość miasta i CN Tower. Słuchał go przez chwilę. Już zamykali na dzisiaj. - Aish... - prychnął pod nosem, po czym odwrócił się szybko, żeby upewnić się, że nadal tam stała. Zacisnął mocniej uchwyt na lasce i odezwał się znowu- Laisse-moi les clés, je fermerai derrière moi et je les rangerai au même endroit. Prépare des olives, des frites, et si possible un plateau de charcuterie et un bon vin. Je te transférerai l'argent sur Venmo. - Po kilku długich sekundach ciszy jego kumpel odezwał się, że wszystko będzie gotowe za dwadzieścia minut. Szeroki uśmiech pojawił się na ustach Caspiana.- Merci. - Rozłączył się, schował telefon do kieszeni płaszcza i podszedł do łabądka.
Nic nie mówiąc, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę głównej ulicy. Splotł mocno ich palce, w pewnym sensie bał się, że mogłaby mu jeszcze uciec. Gdy wyszli na bardziej ruchliwą część ulicy, uniósł laskę, machając nią na taksówkę, która niemal od razu podjechała. Zerknął na nią i uśmiechnął się.- Spero che ti piacciano le avventure, piccolina. Fidati di me, non te ne pentirai.- Wszedł do środka, ciągnąc ją za sobą. Zapewnił ją tylko krótko, że na pewno nic jej nie grozi i żeby mu zaufała. Po prostu chciał coś dla niej zrobić. Może wewnętrznie czuł potrzebę zrobienia na niej wrażenia? Może jeszcze nie chciał się z nią rozstawać tego wieczoru? Nie miał pojęcia, co to dokładnie było, ale pierwszy raz w życiu naprawdę chciał się postarać dla kobiety. Dla tej brązowowłosej p i ę k n o ś c i, która swoimi ruchami na scenie dosłownie zaparła mu dech w piersiach. Dla jej długich rzęs, które chciałby liczyć jedna po drugiej, gdyby przyszło mu kiedyś trzymać ją w ramionach. Dla piegów rozsianych na jej nosie, na których chciałby złożyć pocałunek. Dla jej drobnej talii, którą chciałby dotykać, gdyby tylko było mu to dane.

z w a r i o w a ł e m

o s z a l a ł em

Siedział w taksówce, trzymając laskę między nogami, aż po chwili zerknął na ich splecione dłonie, orientując się, że wciąż jej nie puścił. Uniósł je ku górze, prawie na wysokość ich twarzy.- To, żebyś mi nie uciekła - prychnął pod nosem. Jakieś dwadzieścia minut później byli na miejscu. Zapłacił taksówkarzowi, zostawiając napiwek, po czym wziął jego namiary i powiedział, że da mu znać, gdyby Elena chciała wrócić do domu, więc dobrze byłoby, gdyby kręcił się w okolicy. Weszli do budynku, wjechali na samą górę, a Caspian schylił się, znajdując kluczyk w doniczce obok wejścia. Kiedy weszli do środka, światło było już lekko przyciemnione. Przeszli przez restaurację, aż w końcu wyszli na taras, gdzie Marcel rozłożył dla nich przystawki pod estetyczną wiatą i ustawił białe oraz czerwone wino. W końcu puścił jej dłoń i podrapał się po głowie.- Pomyślałem, że może zgłodniałaś po tym występie, poza tym... - spojrzał na nią, a potem na panoramę miasta - Hai detto che hai standard elevati? Posso portarti in cima, piccolina.

picollina

give me your eyes, I need sunshine

: śr kwie 08, 2026 8:09 pm
autor: Elena Santorini
To wszystko tkwiło gdzieś na granicy p o c z y t a l n o ś c i.
Nie byłby to pierwszy raz, gdy po występie spotkała obcego mężczyznę i pozwoliła mu gdzieś się zabrać. W porównaniu do przeciętnych przedstawicielek swojego baletu, mogłaby nawet rzec, że była do tego, na swój sposób, przyzwyczajona. Lubiła być rozpieszczana, lubiła swój status jako primabaleriny, którego świadomi byli ci, którzy przychodzili ją oglądać. Wpływało to na sposób, w jaki ją traktowali - jako coś wartościowego, na co musieli sobie zasłużyć.
Ale skoro nie pierwszy i nie ostatni raz znajdowała się w towarzystwie przystojnego mężczyzny, gotowego zabrać ją gdzieś spod budynku teatru, dlaczego to wydawało się dla niej tak szalone?
Może to powietrze, rześkość wymieszana z odległym zapachem ozonu po minionej burzy. Może miejsce, w którym ją znalazł - zaplecze, zwykle spowite w cieniach, kompletne przeciwieństwo blasku świateł, w których widział ją wcześniej. Może to ten włoski język, którym pieścił jakiś zapomniany fragment jej duszy, który myślała, że porzuciła, pozostawiła za sobą na ojczystej ziemi.

A może stało za tym jej szaleńcze bicie serca gdy odsuwał się, sięgając po telefon. Żołądek podchodzący do gardła na widok jego przebiegłego uśmiechu, przekonania o tym, że wygrał, przynajmniej tę rundę. Napięcie, które wkradło się w jej ciało gdy poczuła na swojej talii męską dłoń i które nie opuściło jej do teraz - nawet wtedy, gdy rozpoczął z kimś rozmowę, gdy tkwiła obok.
Kącik jej ust uniósł się w półuśmiechu na dźwięk zupełnie innego języka - kolejnego. Ileż ten przeklęty mężczyzna znał języków? Przyglądała mu się przez chwilę, z tym wyrazem rozbawienia na twarzy nim uświadomiła sobie, że c o ś planował. A jej nie była potrzebna ciężka torba, wypełniona po brzegi ubraniami, butami i wszystkimi przyborami, które zabierała ze sobą do domu. Potrzebowała wyłącznie swojego telefonu i siebie - gdy więc uzgadniał szczegóły, uchyliła drzwi na zaplecze, niemal w pozorowanej ucieczce. Zostawiła torbę w środku, wiedząc, że ochrona odniesie ją na właściwe miejsce - w tym korytarzu przebywali wyłącznie pracownicy a w torbie nie było zresztą nic wartościowego, co mogłaby stracić.
Gdy splótł swoją dłoń z jej, coś w jej wnętrzu znów wykonało obrót, ścisnęło jej trzewia tym charakterystycznym uczuciem, które wydawało jej się irracjonalne. Nie powinien tak na nią działać.
- Mi è stato insegnato che non ci si deve fidare degli uomini - odparła przekornie, jednak nie wyswobodziła swoich palców z jego. - Soprattutto se parlano francese.
Santorini przywykła do tego, że mężczyźni się dla niej starali, a jednak w tym napięciu między nimi było coś innego. Jego ruchy zdradzały zarówno całkowitą naturalność, jak i pewnego rodzaju sztywność idącą z nią w parze. Jakby nie robił tego często, zamknięty w pułapce podobnej do tej, którą widziała wokół siebie - z jednej strony powtarzając znajomy schemat, z drugiej wkraczając na zupełnie nowe terytoria.
Łobuzerski uśmiech wygiął jej wargi gdy uniósł ich splecione dłonie w górę, maskując to, że naprawdę, cholernie jej się to podobało.
- Nie wyglądałeś na takiego zaborczego - westchnęła, z tym błyskiem w spojrzeniu przenosząc wzrok z ich dłoni z powrotem na niego.
Wnętrze taksówki wydawało się ciasne gdy siedział tuż obok. Powietrze w niej parne, gorące, w kontraście do orzeźwiającego świata na zewnątrz, ostudzonego przez deszcz. Mimo tego, niechętnie wysunęła się na zewnątrz, z początku nie chcąc rezygnować z tej bliskości.
Póki nie stanęła na s z c z y c i e.
Zatrzymała się na krótką chwilę, wodząc wzrokiem po panoramie miasta, skąpanego w świetle zachodzącego słońca. Restauracja nie była tylko pusta - była z a m k n i ę t a. Nie było obsługi, która przywitałaby ich w wejściu, nie było krzątających się sprzątaczy, którzy mogliby być świadkami ich kolacji.
Nie wiedziała, czym było to wrażenie, zagnieżdżające się w jej brzuchu. Czy było zachwytem, manifestowanym przez motyle w brzuchu opisywane w piosenkach - czy podszeptem intuicji, świadomej tego, że w tym miejscu byli zupełnie s a m i, a Caspian mógł być zagrożeniem.
Może jednym i drugim.
- Chętnie zjem - przyznała, choć jej wzrok zsunął się na jego usta, umysł tylko częściowo rejestrował pytanie, które jej zadał. Uśmiechnęła się na widok tego pustego tarasu, na dźwięk słów, które w tak sprytny sposób odwróciły to, co powiedziała, przeciwko niej - w najlepszy możliwy sposób. - A quanto pare non sono l'unico ad avere tanti talenti, cucciolo.
Stanęła przy stoliku, nie zważając na laskę w jego dłoni - oczekując, że odsunie jej krzesło, jakby nawet przez myśl nie przeszło jej, że mogłaby zrobić to sama.
- Znasz wiele języków i otwiera się przed tobą wiele drzwi - zauważyła, gdy już w ten czy inny sposób zajęła miejsce. - Jak na kogoś, kogo wyrzucono z teatru.

cucciolo

give me your eyes, I need sunshine

: czw kwie 09, 2026 6:39 am
autor: caspian marshall
Take you like a drug...

Bardzo często sobie zaprzeczała. I, o dziwo, było to nawet urocze. Urocze? Przewrócił oczami sam na siebie, poważnie zaczynając podważać własną poczytalność. Uścisk jej dłoni w jego dłoni wydawał się dziwnie naturalny. Jakby robił to już wcześniej wiele razy, mimo że nigdy nie robił czegoś tak po prostu - tylko dlatego, że chciał jej coś pokazać, zrobić dla niej coś bez tej typowej, egoistycznej myśli, że ostatecznie i tak chodzi tylko o zaciągnięcie jej do łóżka. Zaśmiał się cicho, kiedy usłyszał jej komentarz o mężczyznach mówiących po francusku. Spojrzał na nią z udawaną obojętnością. - O tyle dobrze, że znam też inne języki. - Dodał to, zanim usiadł w taksówce. Sam w sumie nie był pewien, skąd wzięła się w nim ta zaborczość, ale nie narzekał. Po części nawet podobała mu się ta zmiana w samym sobie.- Chyba wszyscy z czasem dowiadujemy się o sobie czegoś nowego, eh? - zacisnął jej dłoń i posłał jej szczery uśmiech, spoglądając na nią.

⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘⫘

- A skąd masz taką pewność, że potrzebuję, żeby drzwi się przede mną otwierały? - spojrzał na nią, unosząc brew. Przez całe życie drzwi otwierały się przed nim w ten czy inny sposób. Najpierw przez edukację, po którą musiał sięgnąć tysiące kilometrów od domu, tylko dlatego, że jego rodzice chcieli mieć pewność, że nie zawali nauki. Młody Caspian nie był szczególnie wdzięcznym uczniem, ani synem. W sumie nawet teraz wciąż miał swoje za uszami. Pakował się w tarapaty, czasem nawet nie próbując się w nie pakować. A co najzabawniejsze? Z tych kłopotów niemal zawsze potrafił wyjść z uśmiechem na twarzy, poznając po drodze przypadkowych ludzi, od których - tak jak teraz - mógł pożyczyć klucze do restauracji i dostać się tutaj, żeby zrobić coś zupełnie nie w jego stylu dla kogoś wyjątkowego. Dla niej.

Nie był pewien, co było w niej tak szczególnego. Może ta aura. Te o ś l e p i a j ą c e światło, które na początku raziło w oczy, ale momentami przygasało na tyle, że można było spojrzeć na nią naprawdę. Przez tę jedną krótką chwilę, kiedy zsuwała maskę perfekcyjności i pokazywała, że jednak zostały na jej duszy jakieś rysy. Widział to w jej oczach, zwłaszcza kiedy mówił po włosku. Jakaś iskierka, malutki ognik, zapalał się w nich na moment, by chwilę później znowu przygasnąć. Może właśnie dlatego tak bardzo go zainteresowała, bo znał to spojrzenie aż za dobrze. Szczególnie wtedy, gdy patrzył na własne odbicie w lustrze o trzeciej nad ranem, budząc się z kolejnego koszmaru przesyconego gęstą czerwienią. Może w pewnym sensie ta odskocznia, ten wieczór w jej towarzystwie, był też czymś dla niego. Dla własnego spokoju ducha. Nie był pewien, ale wiedział jedno - samo posiadanie jej numeru w telefonie nie było dla niego wystarczające. Chciał jeszcze chwilę ogrzać się w promieniach jej o b e c n o ś c i. Przy niej było mu po prostu jakoś... cieplej.- Łabądku, to ja je zamykam - dodał, chcąc jej udowodnić, że nie potrzebował żadnych dodatkowych możliwości. Już je miał. Wszystko zależało wyłącznie od tego, czy chciał z nich skorzystać.

Przyglądał się jej, kiedy siedziała, choć chwilkę wcześniej przekazała mu te krótkie spojrzenie, które wręcz krzyczało, żeby był dżentelmenem - po chwili ruszył w jej stronę, opierając się o laskę. Drugą dłonią chwycił oparcie krzesła i przesunął je, aż ustawił je dosłownie obok niej. Przodem do niej, nie do stołu. Nie interesowało go to, co przygotował Marcel. To ona była tutaj największą atrakcją. Oparł laskę obok krzesła, potem nachylił się do niej, chwycił za podłokietniki i jednym sprawnym ruchem przesunął ją także tak, by siedziała zwrócona dokładnie w jego stronę. Nie wiedział, co nim kierowało. To wszystko było po prostu silniejsze. Przyglądał się jej twarzy - tym subtelnym rysom, pełnym ustom, pojedynczym pieprzykom rozsianym po skórze jak ślad od szczęki aż po szyję, którą mógłby całować bez końca. I tym oczom. Odcieniowi brązu, jakiego, mógłby przysiąc, jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Kojarzyły mu się z miodem spływającym po ciemnej korze drzewa. Znowu to samo - ciemność i jasność w jednym. Przerażało go to, ale jednocześnie zachwycało... Mógłby porównać Elenę jednocześnie do Hadesu i Edenu. Chciał zejść w głąb tej ciemności i poznać ją lepiej, albo może po prostu się wycofać i nie zaprzątać sobie nią głowy. Albo znaleźć schody prowadzące w górę, wejść do tego cholernego ogrodu i zerwać zakazane jabłko. Tak. To było to. Cholerny impuls, który krzyczał do niego...
d z i a ł a j

Nie miał nic do stracenia, prawda? Więc wysunął rękę po jabłko, a tak naprawdę po nią. W stronę jej szyi. Chwycił ją lekko, podnosząc się, chciał sięgnąć po laskę, żeby się podeprzeć, ale ta - jak na złość - przewróciła się obok, więc nachylił się szybciej, gwałtowniej, opierając wolną rękę o podłokietnik jej krzesła. Przechylił twarz, zbliżając się do niej niebezpiecznie blisko. Znowu to samo. Ten zapach. Poczuł ścisk w żołądku i ten dziwny nurt przepływający przez serce. Spojrzał na jej usta, a chwilę później znowu w jej oczy.- Puoi iniziare dal dessert. - Chytry półuśmiech przemknął po jego twarzy dosłownie na moment, zanim znowu skierował wzrok na jej usta. Przymknął oczy i zbliżył się do niej, łącząc ich wargi w długim pocałunku. Smakowała słodko. Jak coś, od czego mógłby się szybko uzależnić, gdyby pozwolił sobie na zbyt wiele.
Nie był pewien, jak zareaguje, a nie chciał też wystraszyć jej własną nachalnością, więc po chwili, po dwóch dodatkowych, krótkich muśnięciach, które ukradł tylko po to, by jeszcze przez moment czuć jej smak na ustach, odsunął twarz od jej twarzy i odbił się od podłokietnika, żeby z powrotem usiąść na krześle. Wyprostował nogę, na której zaczął czuć ciężar, i przeklął po polsku pod nosem - jedno z pierwszych słów, jakie podłapał, mieszkając tam przez dwa miesiące, zanim wyjechał do Ukrainy. Oparł się ciężko o krzesło, spojrzał na nią, potem na wino. Chwycił butelkę, nalał czerwonego do obu kieliszków i przysunął jeden w jej stronę. Nie odzywał się. Nie był pewien, czy zaraz nie obleje go tą zawartością. Chwycił swój kieliszek, upił łyk i dopiero wtedy wyrzucił z siebie, - Se ne vuoi ancora, ti invito a dare un'occhiata qui - poklepał dłonią miejsce na swojej zdrowej nodze, zapraszając ją, żeby zamieniła to cholerne krzesło na, według niego, o wiele wygodniejsze miejsce.

...I taste you on my tongue

picollina

give me your eyes, I need sunshine

: czw kwie 09, 2026 12:21 pm
autor: Elena Santorini
Było w nim coś niesamowicie znajomego, choć przecież widziała go pierwszy raz w swoim życiu, znała wyłącznie jego imię. Na jakimś fundamentalnym poziomie, którego nie dało się dostrzec, miała złudne wrażenie jakby znali się dużo dłużej niż ostatnie kilkadziesiąt minut. Jakby widziała już wcześniej te same oczy, widziała schowane w ich zakamarkach sekrety, ukryte przed światem zewnętrznym pod warstwą uprzejmej mimiki.
Być może widziała je we własnym odbiciu.
Ponieważ gdzieś pod zalotnym uśmiechem, szarmanckim zachowaniem i tymi bezczelnymi, włoskimi słowami chował się bagaż, delikatnie przygniatający jego barki ciężarem doświadczeń. Powód, dla którego wspierał się na tej lasce, przez który sięgał po papierosa odnajdując schronienie na tyłach teatru. Coś, co sprawiało, że stał się mężczyzną, którym był teraz nawet, jeśli pozostawało niewidoczne dla oka.
Być może dlatego wydawał jej się znajomy. Może byli dwójką rozbitych dusz, zaklętych w ciałach stworzonych do odgrywania w społeczeństwie swoich roli. Jego rolą była cisza i dystans, jej - tkwienie w centrum uwagi i szeroki uśmiech, maskujący wszystko to, co chowało się pod spodem.
Lubiła to.
Lubiła też czuć na sobie jego wzrok, mieszankę fascynacji i tej iskierki szaleństwa, która sprawiła, że sięgnął po telefon, zaciągnął ją do taksówki i teraz znaleźli się tutaj. Lubiła widzieć, jak jej słowa zostawiają ślad w głębi jego ciemnych tęczówek, jak rozbudzają w nim coś innego, pierwotnego, co było paliwem dla ognia, który płonął w jej żyłach. Łabądek zostawił na jej ustach cień uśmiechu, być może zbyt ciepłego, zbyt łagodnego i pozbawionego rozbawienia czy sarkazmu by do niej pasował. Santorini lubiła sprawować kontrolę zarówno nad rozmową, jak i nad swoją mimiką, jednak Caspian skutecznie podważał jej fundamenty sprawiając, że o nią w a l c z y ł a.
Nawet nie znała jego nazwiska. To wszystko było tak nierozważne.
Pozwoliła mu sięgnąć do swojego krzesła tak, jak pozwoliła mu je odsunąć. Gdy odwrócił ją w swoją stronę, jej palce wczepiły się delikatnie w podłokietniki, choć wrażenie, które przemknęło po jej skórze było dalekie do strachu przed utratą balansu. Jej wzrok nawet nie zwrócił się w kierunku stołu, nawet nie przemknął przez to wszystko, co zostało dla nich przygotowane. Nie objął tego miejsca i jego majestatu w należyty sposób, nie docenił rozciągającego się z dachu widoku na panoramę całego miasta.
Był utkwiony wyłącznie w n i m.
W tym zawadiackim uśmiechu i ofercie deseru, w tym jak uniósł się z krzesła, szybko, gwałtownie, jak znalazł się tuż przy niej, nachylając w jej stronę. W tym jak ciepły, wiosenny wiatr targał jego włosami gdy sięgnął po to, co pragnął zdobyć.
Jej usta rozchyliły się lekko gdy poczuła na swojej skórze jego dotyk. Pożądanie rozlało się po jej ciele wzdłuż kręgosłupa jeszcze zanim złożył na nich swój pocałunek. Pachniał drogimi perfumami, tytoniem, ale też morzem i wolnością.
Smakował tym samym.
Oddech ugrzązł jej w płucach, z których wydarło go jego odsunięcie. Chłód nadciągającego wieczora wtargnął w przestrzeń między nimi gdy opadł na swoje krzesło, jak gdyby nigdy nic, jakby wcale nie przekroczył tej bariery, której obcy ludzie nie powinni przekraczać - z bezczelnością osoby, która wierzyła w swoją bezkarność. Chłód musnął jej policzki, gdy nie było już przy nich twarzy, która mogłaby odgrodzić ją od wiatru. Jej serce wystukiwało paniczny, szalony rytm gdy patrzyła, jak prostuje nogę, jak przeklina pod nosem, niemal żałując tego nagłego zrywu.
A ona pragnęła w i ę c e j.
- Non so che tipo di donne tu abbia incontrato in Italia, ma devi avere un'opinione sbagliata su di noi - odparła, lekko, dusząc w sobie wszystkie efekty jego obecności, starając się zachować neutralną mimikę, co wyjątkowo przychodziło jej z trudem. Podniosła się ze swojego krzesła, w ruchu do złudzenia przypominającym ruch kogoś, kto planował właśnie wymaszerować z restauracji. - Devi pensare che siamo facili.
Wiedziała, że wyjście było gdzieś za jej plecami. Czuła jego obecność, furtkę, z której mogła skorzystać - lecz jej nogi prowadziły go wyłącznie do n i e g o.
- Musisz myśleć, że wystarczy, że zabierzesz mnie do ładnej restauracji, a będę cała twoja - w jej oczach pojawił się błysk, znów ten, który pasował wyłącznie do czarnych smug na jej powiekach. Stając przed nim, nieśpiesznym ruchem wsunęła się na męskie kolana. - Zapomniałeś, że mam wysokie standardy, cucciolo?
I wbrew wszystkim jej słowom, wbrew rezerwie, która wkradła się do jej mimiki, kącik jej ust uniósł się w drapieżnym wyrazie gdy sięgnęła po kieliszek wina - ten tkwiący w jego dłoniach, nie własny. Odebrała mu alkohol, przechylając naczynie i pozwalając, by jego czerwień spotkała się ze szkarłatem jej ust.

cucciolo

give me your eyes, I need sunshine

: ndz kwie 12, 2026 7:55 am
autor: caspian marshall
Czuł, że coś w nim pęka. Powoli, bezgłośnie, jak lód na metaforycznie zamarzniętym jeziorze z Jeziora łabędziego, po którym ona stąpała każdego dnia na scenie. Przez całą zimę trzymał się w całości, a teraz, pod wpływem jednego słonecznego ciepła, zaczynał rysować się siatką pęknięć. Nie panował nad tym. Chciał, ale nie potrafił. To nie było zwykłe pożądanie. Pożądanie znał aż za dobrze. Szybkie, ostre, łatwe do zaspokojenia i równie łatwe do zapomnienia. To, co czuł teraz, gdy Elena siedziała mu na kolanach, było czymś o wiele głębszym i o wiele bardziej przerażającym.

Była w tym tęsknota. Taka, która nie miała prawa istnieć po ledwie dwóch godzinach znajomości. Tęsknota za czymś, czego nigdy nie miał, a co nagle odnalazł w jej zapachu, w ciężarze jej ciała, w sposobie, w jaki patrzyła mu prosto w oczy, i w tej jej zadziorności, z jaką się odzywała. Był w tym też strach. Nie przed odrzuceniem. Tego nauczył się nie bać już dawno. Bał się, że jeśli pozwoli sobie na więcej niż jeden wieczór, ona wejdzie w te ciemne zakamarki, w których trzymał wszystkie koszmary, całą tę gęstą czerwień, która co noc zalewała mu sny. Bał się, że zobaczy w nim to, od czego tak nieudolnie uciekał, i że zamiast uciec… zostanie. A wtedy będzie musiał spojrzeć na siebie naprawdę. Najgłębiej jednak, pod tym wszystkim, czaił się głód. Nie tylko jej ciała. Głód tego, żeby ktoś wreszcie dotknął tych miejsc, których on sam od lat nie dotykał. Głód tego, żeby przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Żeby móc być rozbitym i żeby ktoś obok też był tym samym.

Dlatego, gdy jednak zdecydowała się na nim usiąść... gdy trzymał ją na swoim kolanie... czuł jednocześnie euforię i panikę. Jedna z jego dłoni instynktownie powędrowała na jej biodro, palce zacisnęły się na materiale outfitu, chcąc się upewnić, że to nie jest kolejny sen, z którego obudzi się sam o trzeciej nad ranem, cały spocony i z posmakiem krwi w ustach. Drugą ręką objął ją w talii i przyciągnął bliżej, aż jej pierś niemal dotknęła jego. Czuł jej zapach. Słodki, zmieszany z papierosami, które palili wcześniej, i z czymś, co należało tylko do niej. Kiedy zabrała mu kieliszek z ręki i napiła się z niego, jego usta drgnęły w półuśmiechu, ale oczy pozostały poważne. Głodne. - Nie - powiedział cicho, głosem niższym niż zwykle, - Nie myślę, że jesteś łatwa, Elena. - Przesunął dłonią po jej plecach, powoli, jakby próbował zapamiętać każdy centymetr. Palce zatrzymały się tuż nad linią jej kręgosłupa. - Penso che tu sia... difficile. E io ho sempre avuto un debole per le sfide. - Pochylił głowę i musnął nosem jej szyję, tuż pod uchem. Wciągnął powietrze głębiej. Ten zapach znowu uderzył go prosto w żołądek.

Lei emanava un profumo che non avrebbe dovuto desiderare. Eppure ne voleva ancora.

- Cucciolo... - powtórzył jej słowo z niskim śmiechem, który zabrzmiał bardziej jak mruknięcie. - Uważaj, bo cię ugryzę. - Zbliżył usta do jej ucha i zniżył głos do szeptu. - A co do tych wysokich standardów... nie zamierzam ich obniżać. Chcę je przewyższyć. - Nie czekał na odpowiedź. Odebrał jej kieliszek z dłoni, odłożył go na stolik, a następnie ujął jej podbródek dwoma palcami, delikatnie, ale stanowczo, i upewnił się, że jej twarz jest skierowana ku niemu. Spojrzał jej prosto w oczy. Te brązowe, miodowo-ciemne, w których widział własne odbicie i coś jeszcze. Coś, co sprawiało, że czuł się jednocześnie spokojniejszy i bardziej rozbity niż kiedykolwiek. Potem ją pocałował. Nie tak jak wcześniej. Tamten pocałunek był impulsem. Ten był świadomy. Wolniejszy. Głębszy. Smakował winem, które przed chwilą piła z jego kieliszka, i jej własnym ciepłem. Jego ręka na jej biodrze zacisnęła się mocniej, palce wbiły się przez materiał jej outfitu. Drugą dłonią przesunął po jej karku, wsuwając palce w jej włosy i przytrzymując ją przy sobie jeszcze przez kilka długich sekund. Kiedy w końcu się odsunął, oparł czoło o jej czoło. Oddychał ciężej, niż chciałby przyznać. - Se vuoi di più... - wyszeptał prosto w jej usta. - Allora dovrai aspettare che ti porti fuori di nuovo. - Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, a jego druga dłoń powędrowała niżej, leniwie sunąc po jej udzie i zatrzymując się tuż nad kolanem.

I tym sposobem… po raz pierwszy w życiu… znalazł sobie cel, w kierunku którego naprawdę chciał podążać.


picollina ִֶָ☾.࣪࿐

give me your eyes, I need sunshine

: pn kwie 13, 2026 11:03 pm
autor: Elena Santorini
Spoiler
Wiedziała, że był n i e b e z p i e c z n y, ale nie wiedziała dlaczego, nie tak naprawdę.
Gdzieś na morzu powierzchowności, które zwykle przemierzały jej myśli stroniąc od czegoś głębokiego, zrzucała to na karb jego bycia obcym mężczyzną. Sądziła, że to przez to, w jakich warunkach się poznali - nawet nie na przyjęciu, nie w barze czy miejscu, w którym zjawiali się ludzie chętni do nawiązywania krótkich znajomości. Był pierwszą osobą, którą spotkała po wyjściu z teatru, w dodatku korzystając z wyjścia dla obsługi. Urzekł ją swoim włoskim językiem - czy nie powinien on aktywować jej czerwonych lampek w głowie? - i pięknym uśmiechem. Chwycił jej dłoń i zabrał do tego miejsca, na dach budynku, gdzie jedynymi świadkami ich spotkania były gwiazdy na niebie i milcząca panorama miasta.
Nie było wokół nikogo, kto mógłby przyjść jej z pomocą, był tylko o n.
Santorini należała do przezornych osób. Czy nie sprawdzała podświadomie aut zaparkowanych pod jej blokiem, upewniając się, że każde było jej znajome? Czy nie skręcała trzykrotnie w prawo zawsze, gdy ktoś podążał za nią o kilkanaście metrów zbyt długo? Znała brutalność świata, który porzuciła w Mediolanie, doświadczyła jej na własnej skórze i nieustannie czuła tę nić, łączącą ją z przeszłością, która powinna być zakończona. Podobnie jak jasna blizna ciągnąca się przez jej talię, przypominała jej o tym, od czego odwróciła się plecami, pozostawiając w jej głowie świadomość tego że żyła na kupionym czasie. Jej dusza została na pokrytej szkarłatem podłodze, na zawsze oderwana od ciała wciąż nieświadomie wirującym w pośmiertnym rigor vitae.
A jednak Caspian był i n n y.
Znała niebezpiecznych mężczyzn, wiedziała jakim uczuciem był ich wzrok przesuwający się po jej skórze. W niczym nie przypominał schowanej w jego ciemnych tęczówkach łagodności, a także czegoś innego - czegoś, czego nie potrafiła zidentyfikować, co spoglądało na nią z własnego, lustrzanego odbicia gdy czasem kierowała ku niemu swój wzrok. Wiedziała, że to niebezpieczeństwo, o które go posądzała nie było takim, do którego przywykła.
A jednak odbijało się w jej trzewiach tym wrażeniem, które utożsamiała z podszeptami intuicji. Motylami w brzuchu, których nie utożsamiała z miłością, nie tutaj, na Kanadyjskiej ziemi. Znała bowiem miłość, znała jej smak i wiedziała, że nie była już do niej zdolna.
- Difficile? - parsknęła, czując ruch jego palców po swoim kręgosłupie, nos muskający delikatną skórę szyi. Jego bliskość tchnęła ten rodzaj napięcia w jej ciało, którego zwykle poszukiwała. Ten, w którym skupienie na jego słowach przychodziło jej z trudem, gdy czuła dłonie przesuwające się po materiale jej koszuli, gorąco jego ciała emanujące wprost na jej uda. - Posso andare molto peggio di così, figlio del mare.
Jego usta zamknęły jej własne, wtedy, gdy te wygięły się w złośliwym wyrazie, gotowe wypowiedzieć coś złośliwego w odpowiedzi na jego prowokacyjne słowa. Smakował goryczą wina ale i czymś zakazanym, co nie miało wspólnego z jej wysokimi standardami ani z obcym miejscem, w którym jedynym świadkiem było niebo nad ich głowami.
Czymś, co wreszcie przebiło się przez jej zamroczony umysł czerwoną lampką. Wtedy, gdy dostrzegła coś innego w jego spojrzeniu, innego niż ślepe pożądanie i potrzeba odnalezienia chwilowej odskoczni w pięknej kobiecie.
Wtedy, gdy wyczuła miejsce, do którego sięgnął ten pocałunek i schowana w nim tęsknota.
- Mi stai chiedendo di uscire con te? - figlarny uśmiech wtargnął na jej usta gdy zdusiła w sobie to uczucie, odwróciła wzrok od czerwieni błyszczącej gdzieś w głębi serca. Jej dłonie zsunęły się z męskiego karku, w nieznośnie powolnej wędrówce przesuwając się po jego klatce piersiowej w dół. - Skąd wiesz, że przyjmę zaproszenie? - westchnęła, zahaczając dłońmi o pasek jego spodni, choć przecież jej wzrok niewinnie utkwiony był w jego oczach. - Forse sparirò e non mi rivedrai mai più.

cucciolo・。☽*

give me your eyes, I need sunshine

: śr kwie 15, 2026 3:28 pm
autor: caspian marshall
p o k u s a

Coś, co nie miało prawa bytu, a jednak istniało. Uparcie. Bezczelnie. Wypełniało jego nozdrza, żyły, płuca, wciskało się pod skórę i zmieniało rytm bicia serca za każdym razem, gdy za długo spojrzał w jej kierunku. Kusiła go. Nie jednym gestem, nie jednym uśmiechem, nie jakimś tanim, oczywistym sposobem, który mógłby wyśmiać i zbyć wzruszeniem ramion. Kusiła go całą sobą. Sposobem, w jaki włoskie sylaby wydobywały się z jej delikatnych ust... jakby ten język został stworzony tylko po to, żeby brzmieć grzesznie właśnie w jej wykonaniu. Tym, jak patrzyła na niego spod gęstych, długich rzęs, wiedząc… dokładnie wiedząc, co z nim robiła.

Jego wzrok zsunął się na jej oczy i został tam o sekundę za długo. Tylko sekundę. Tyle wystarczyło, żeby zauważyć, że kolor jej tęczówek zmieniał się w zależności od światła. Raz wydawały się cieplejsze, kasztanowo-złote, innym razem chłodniejsze, ciemniejsze... Czemu on do cholery w ogóle zwracał na to uwagę? Nie był typem faceta, który rozkładał czyjeś oczy na odcienie, światło i metafory. A jednak siedział tam i analizował jej spojrzenie, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko jego własna, żałosna potrzeba zachowania kontroli.
Ciepło i p a n i k a rozlały się po jego klatce piersiowej jednocześnie. Obrzydliwie znajome i kompletnie obce zarazem. To nieprzyjemne uczucie czegoś niewiadomego. Czegoś, czego nie mógł nazwać, więc naturalnie miał ochotę to zniszczyć, wyśmiać albo zapalić papierosa i udawać, że nigdy się nie wydarzyło. Ale ona tutaj z nim była. Siedziała na nim. Istniała w jego przestrzeni z tą nieznośną lekkością... i co było w tym wszystkim najgorsze? Nie miała pojęcia, że właśnie rozmontowuje mu głowę kawałek po kawałku. Jego usta ani serce nie znały smaku miłości. Nigdy wcześniej go nie przepełniła. Nie wiedział, co to właściwie znaczyło, ale z każdą kolejną, ulotną minutą spędzoną przy niej poznawał to absurdalne, paradoksalne porównanie do motylków w brzuchu.Ach, co za pogarda dla własnej godności.

Trzymając ją na swoim udzie, przesuwał palcami po jej kręgosłupie, nosem sunąc czule po jej łabędziej szyi. Słuchał jej odpowiedzi i oczywiście, że go nie zawiodła. Prychnął tylko, aż w końcu uniósł twarz, odsuwając się od niej na tyle, by spojrzeć jej w oczy. Uniósł brew i wydusił z siebie, - Ancora peggio, piccola mia? È possibile? - W sumie jej odpowiedź nie obchodziła go aż tak bardzo, bo wystarczyło, że na nią spojrzał. Na tę cholerną pokusę. Na ten zakazany owoc, którego jeszcze chwilę wcześniej przysięgał sobie w myślach, że już nie tknie. A jednak. Przyciągała go. Wzywała go do siebie niczym syrena rybaka. Miała go w swoich sidłach... Zbliżenie ich ust, spijanie czerwonego trunku, mieszanina papierosów i czegoś innego. Czegoś, do czego mógłby się zdecydowanie zbyt szybko przyzwyczaić. Musiał ją zobaczyć.

z n o w u

Nie da jej tak po prostu uciec. Nieważne, jak bardzo by się starała. Odsuwając się, uśmiechnął się delikatnie. - Może zapraszam, może nie. - Zacisnął dłoń na jej udzie, uchylając lekko usta. Wpatrywał się w nią jak w obrazek, po czym zerknął w dół, na jej dłoń zjeżdżającą w stronę jego paska od spodni. Ciepło przeszło go od klatki piersiowej aż do lędźwi. Podsycała w nim ogień. Nie był pewien, czy będzie w stanie sam go ugasić, zwłaszcza że znowu musiała dorzucić te swoje inteligentne dogryzki... Caspian miał jednak inny plan. Położył obie dłonie na jej talii i bez większego wysiłku podniósł ją, zdejmując ją ze swojego kolana. Nie chciał, żeby była tylko cholerną pokusą jak inne. W końcu chciał się o nią postarać. Chociaż tak kurewsko mocno chciał wziąć ją tutaj, na stole.
Stanął obok niej, podnosząc się i chwytając za laskę. - Sei impossibile - prychnął, przesuwając dłonią po twarzy. Wyciągnął telefon i włączył piosenkę. Potem rzucił laskę gdzieś na bok, chwycił ją za dłoń i pociągnął za sobą na środek tarasu. Kuśtykał, zaciskał zęby przy każdym kroku, ale nie chciał dać po sobie poznać, że mogło boleć. - Non scomparirai, perché non riuscirai a smettere di pensare a me - wyrzucił z siebie, kładąc dłonie na jej biodrach. I powoli zaczął poruszać się w rytmie muzyki... Caspian nie tańczył. On nigdy nie tańczył.

Ale dla niej mógł zrobić wyjątek.


picollina ִֶָ☾.࣪࿐

give me your eyes, I need sunshine

: czw kwie 16, 2026 2:06 pm
autor: Elena Santorini
p o k u s a

Coś, co znała od podszewki, od każdej ze stron uczestniczącej w wieczorach takich jak ten. Santorini nauczyła się ją rozpoznawać, dostrzegać w głębi utkwionych w nią spojrzeń. Na przyjęciach, tych eleganckich i tych zupełnie casualowych. W barach pod gołym niebem i tych wypełnionych zaduchem, i półmrokiem. Nawet na teatralnej sali, na zapleczu w trakcie wymiany butelek z wodą i luźnych konwersacji.
Znała mężczyzn. Znała ich potrzeby i pragnienia, znała również je u siebie - w tych momentach, w których jej uczucia były odwzajemnione. Ich objęcia oferowały jej coś stabilnego, namiastkę domu i bezpieczeństwa, którego nie czuła od wielu miesięcy. Ich usta gwarantowały zapomnienie, zabijały metaliczny posmak w jej ustach, który niosły ze sobą wspomnienia. Ich dłonie kotwiczyły ją w rzeczywistości, nie pozwalając myślom na błądzenie.
Czym ten wieczór miał różnić się od pozostałych?
Jej dłonie ze swobodą poruszały się po męskiej koszuli, ignorując to nowe, obce uczucie, które zagnieżdżało się pod pożądaniem. Brązowe tęczówki odpowiadały spojrzeniem na otchłań jego oczu, która zamiast pożerać, błądziła po rysach jej twarzy jakby tworzyły ich mapę, jakby starał się je zapamiętać. Dlaczego chciałby to zrobić?
Lubiła czuć na sobie jego dłonie. Jej usta rozchyliły się w drapieżnym uśmiechu gdy podniósł ją ze stanowczością, którą znała. Stanowczością człowieka, który ze słów pragnął przejść do czynów, którego pchnęła wystarczająco daleko za granicę samokontroli by dalsza egzystencja w tym stanie zawieszenia była niemożliwa do zniesienia. Przyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, niosąc ze sobą wspinające się wraz z nim ciepło gdy tkwiąc obok, spoglądała na niego z góry. Widziała w jego spojrzeniu determinację gdy podnosił się z krzesła - determinację, od której bezwiednie, bezmyślnie wspięła się na palce gdy stanął obok, pragnąc być bliżej tych ust, o których teraz myślała.
Determinację, która okazała się w zupełnie innym miejscu ulokowana.
Drgnęła, dostrzegając odrzucaną w bok laskę i niemal straciła równowagę gdy pociągnął ją lekko w stronę środka tarasu, jakby jej nogi przywarły do podłogi, do czegoś innego, co z n a ł a i czego się spodziewała. Gdy muzyka spłynęła z jego telefonu, Santorini po raz pierwszy tego wieczora była zbita z tropu.
Nie chciała widzieć cierpienia, które go to kosztowało. Nie chciała być spostrzegawcza, nie chciała dostrzegać niuansów jego mimiki, przykrytej grubą maską osoby nawykłej do udawania. Wiedząc, że każdy ruch kosztował go więcej, niż kosztowałby każdego innego mężczyznę, coś w jej sercu ścisnęło się, w tym miejscu, które nie było dotykane od dawna, może nawet nigdy.
Zignorowała to. Tak, jak ignorowała to, w jaki sposób czuła na sobie jego wzrok, jak przypominał jej dom, w ten sposób, którego nie potrafiłaby wytłumaczyć.
- Non sapevo fossi così romantico - zażartowała lekko, czując go na swoich biodrach, kołysząc się w rytm cichej muzyki brzmiącej ze stolika, na którym porzucili zostawione im przekąski i wino.
Elena tańczyła. Na wiele sposobów, z różnymi ludźmi, nie sprawiało jej to żadnego problemu i nie było dla niej niczym nowym. Ale nigdy nie tańczyła tak.
Jego bliskość była i n n a, a w głębi serca ta inność ją przerażała. Nie potrafiła jednak zmusić się do odrzucenia jej, wyrwać z transu, w który wpadła dzieląc z nim tą wąską przestrzeń, w której powietrze pachniało wyłącznie n i m.
- Nie musisz tego dla mnie robić - wyrwało jej się, ciszej, bez tego pazura, którym posługiwała się od samego początku, a który przychodził jej z tym większą łatwością im mocniej zamalowane były jej oczy. Jej dłonie uniosły się w górę, wplatając w miękkie, niesforne kosmyki ciemnych loków. Zadarła głowę, patrząc, jak się układają, jak opadają na jego czoło gdy pochylał się w jej stronę. Jej usta wygięły się w znajomym uśmiechu. - Sei ancora preoccupato per i miei standard elevati?

cucciolo・。☽*

give me your eyes, I need sunshine

: pt kwie 17, 2026 4:00 pm
autor: caspian marshall
Czuł rytm...
Nie ten sączący się cicho z jego telefonu, nie tę leniwą melodię, która drżała gdzieś w tle tarasu i mieszała się z szumem wiatru... To nie ta melodia go prowadziła. Nie rytm z telefonu. Tylko Ona. Jej oddech. Jej ruch. Jej obecność, która robiła z nim coś stanowczo zbyt niebezpiecznego. Jego dłonie zacisnęły się mocniej na jej biodrach, jakby bał się, że jeśli choć na moment poluzuje uścisk, ona rozpłynie się gdzieś poza jego zasięgiem. Nie w powietrzu. Raczej w czymś znacznie gorszym... w rzeczywistości, w której nigdy nie powinna była należeć do niego. Jak coś, czego nie miał prawa dotykać, a jednak trzymał przy sobie z uporem człowieka, który doskonale wiedział, że zaraz popełni błąd i mimo to nie zamierzał się zatrzymać.
Materiał jej outfitu ustępował pod jego palcami, a on prowadził ją powoli, uparcie, bardziej pod nią niż pod muzykę, która cicho sączyła się z telefonu leżącego gdzieś obok. Jak ktoś, kto nie zna kroków, ale i tak nie zamierza zejść z tego cholernego parkietu, nawet jeśli parkietem był tylko taras, noc i kilka metrów przestrzeni, które nagle zrobiły się za ciasne. Jak ktoś, kto już wszedł do ogrodu i udaje, że nie widzi tego cholernego drzewa pośrodku. Że nie czuje zapachu owocu. Że nie wie, jak kończą się historie, w których człowiek podchodzi za blisko. Każdy ruch był b ł ę d e m. Każdy krok był k a r ą.

m ę c z e n n i k

Prawie prychnął, bo przecież sam się do tego ogrodu wprowadził. Nikt go nie zapraszał. Nikt nie kazał mu zostać. A jednak stał tam, z dłońmi na jej biodrach, z jej ciepłem pod palcami i z tą idiotyczną, coraz trudniejszą do zignorowania myślą, że może właśnie na ten moment czekał. Na tę jedną, krótką chwilę, w której zakazane przestaje być abstrakcją, a zaczyna mieć zapach, temperaturę i oddech. Bo ona nie była tylko pokusą, którą można zignorować. Nie była prostym impulsem, który da się wyśmiać, przydusić rozsądkiem i odłożyć na bok. Była jak owoc, który nie kusi samym wyglądem, tylko świadomością tego, co zrobi z tobą, gdy go spróbujesz. Jak coś, co nie pyta, czy jesteś gotów. Coś, co po prostu sprawia, że chcesz być. I on już wiedział. Czuł to... te pęknięcie gdzieś pod mostkiem. To powolne przesunięcie w środku, doslownie jakby grunt pod jego stopami zaczynał się kruszyć, a świat, który budował sobie latami z dystansu, kontroli i chłodnego rozsądku, nagle okazał się żałośnie nietrwały. Jakby ktoś wyrwał go z miejsca, w którym stał od dawna, i postawił dokładnie tam, gdzie nie powinien być. Pod tym drzewem. Zbyt blisko. I zamiast się cofnąć, dalej wyciągał tę cholerną rękę.

w i ę c e j

Tańcząc powoli, spojrzał na nią i uśmiechnął się na jej komentarz. Nie tak szeroko. Bardziej tak, jak uśmiecha się człowiek, który właśnie zrozumiał, że przegrał w momencie, gdy ją ujrzał na tamtej scenie, tylko jeszcze miał czelność udawać, że gra dalej. - Nigdy jeszcze nie miałem ochoty starać się o kogoś tak bardzo… - powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. - Jak o ciebie. - Wiatr przeszedł przez taras, silniejszy tym razem, niespokojny, prawie bezczelny. Na moment zagłuszył muzykę z telefonu, porwał jej włosy i rozrzucił je wokół twarzy, przez chwilę sprawiajac wrażenie, jakby sam świat próbował zasłonić mu ten eteryczny widok - dawał mu ostatnią szansę, żeby się odwrócił, odsunął, zrobił cokolwiek rozsądnego. Coś rozsądnego? Caspian?

Nie skorzystał.

Zatrzymał się tylko na moment, ale nie z wyboru. Ból eksplodował w nodze - był niemożliwy do zignorowania. Uniósł dłoń i odgarnął jej włosy za ucho, muskając palcami ciepłą skóre, a jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy z tą niebezpieczną uwagą, z jaką patrzy się na coś tuż przed pierwszym kęsem. Była blisko. Zbyt blisko. Czuł jej oddech.... I znów pojawiła się ta myśl. Sięgnij. Jego dłoń wsunęła się głębiej w jej włosy. Pochylił się powolnie, a jego usta musnęły jej ucho, gdy wyszeptał, - sei così carina - Odsunął się nieznacznie. Tylko tyle, by znów zobaczyć jej twarz. - Kiedyś… - dodał ciszej - mógłbym być lepszym partnerem do tańca. - Wziął krótki oddech i prawie się zaśmiał, ale ten dźwięk wyszedł bardziej jak ciche prychnięcie. - ale staram się, jak mogę. - Przesunął dłoń pod jej podbródek i przytrzymał jej twarz delikatnie, ale stanowczo, tak, by móc mieć na nią lepszy widok. - Non è strano che, guardandoti negli occhi, mi sembri di guardare il mio stesso riflesso? - zapytał cicho, ze szczerą, prawie naiwną ciekawością, która zupełnie nie pasowała do tego, jak mocno zaciskał palce i jak bardzo wyglądał na człowieka stojącego o krok od własnej zguby. Patrzył na nią. Na owoc, którego nie powinien był nigdy zauważyć. Na pokusę, której nie miał prawa tak pragnąć. I po raz pierwszy od dawna nie udawał, że go to nie obchodzi.

picollina ִֶָ☾.࣪࿐

give me your eyes, I need sunshine

: pt kwie 17, 2026 4:59 pm
autor: Elena Santorini
Miłość była dla niej niczym zapach uciekającego, włoskiego lata - majaczyła gdzieś na granicy jej wspomnień, zmysłów, jednocześnie pozostając nieuchwytną, trudną do zidentyfikowania.
Miłość matczyna była dla niej nieustannym dążeniem do perfekcji. Poprawianiem jej warkoczyków, zaplecionych przez opiekunkę. Zabieraniem do kawiarni, w której mogła udawać dojrzalszą niż była naprawdę. Kupowaniem jej drogich kreacji i radzeniem, w jaki sposób dobrać je tak, by prezentować się adekwatnie. Isabella dbała o to, by Elena miała zagwarantowaną przyszłość, w której będzie mogła sobie poradzić.
Miłość ojcowska była trudna. Jednocześnie nieobecna, jak i stale wyczuwalna - w środkach na koncie, które nigdy się nie kończyły. W zatrudnionych w ich posiadłości pracownikach, którzy zawsze potrafili rozwiązać jej problemy. We wrażeniu nietykalności, z którym dorastała całe życie nie wiedząc, w jak ogromnym była błędzie. Lorenzo był gotów zrobić wszystko, by niczego jej nie brakowało tam, w Mediolanie.
Miłość braterska była żywa i szczera, nawet jeśli bolesna. Jej starszy brat był powiernikiem jej najgłębszych sekretów, partnerem w zbrodni uciekającym przed opiekunkami obszernymi korytarzami ich domu - póki nie dorósł. Póki nie został chwycony w szpony ich rodzinnego biznesu, które wyostrzyły w nim wszystko to, co preferowała miękkie i łagodne. Matteo stał się jej strażnikiem, psem ogrodnika, zawsze sprawdzającym jej przyjaciół lub przepędzającym chłopaków, których uważał za niewartościowych.
Ale to było coś i n n e g o.
To uczucie, które zagnieżdżało się w jej ciele, chowało w kościach i miękkich tkankach. W punktach, do których zwykle nie miała dostępu, których skrzętnie unikała, bo niosły ze sobą wyłącznie ból. Było jak zapach, przywodzący na myśl coś znajomego, czego nie potrafiła zidentyfikować. Miękkość trawy pod jej palcami, gorąc promieni słońca tańczących na jej skórze. Było jak niedzielne popołudnie w czasach, w których życie wydawało się prostsze.
Ten r y t m był dla niej znajomy, jak wszystko w nim. Jakby stanowił zakrzywione odbicie jej samej, drugą stronę tej samej monety, która niezależnie od tego jak różniła się od pierwszej, wciąż stanowiła jedną całość.
Santorini była jednocześnie wysoce spostrzegawczą osobą jak i całkowicie ślepą. Potrafiła unosić klapki na własne oczy byle nie dostrzegać tego, czego nie chciała dostrzec. Potrafiła zignorować to, w jaki sposób na nią patrzył, jednocześnie stawiając między nimi granicę. Przymykała oko na to, jakim wysiłkiem był dla niego ten taniec, gdy jego jedyne wsparcie pozostało gdzieś przy ich stoliku - stoliku, na którym mógł przecież ją wziąć.
I tego nie zrobił.
I dopiero gdy słowa opuściły jego usta, gdy powiedział na głos, że zwykle się tak nie starał, Elena po raz pierwszy d o s t r z e g ł a te starania. Dostrzegła to, jak jego oczy przekształcały się w lustrzane odbicie, jak jego dłonie spoczywały na jej biodrach w niemal czułym, a nie pożądliwym geście. Coś zupełnie innego, znacznie cięższego osadzało się na jej sercu z każdym ruchem, każdym wypowiedzianym przez niego słowem.
Z początku zastygły jej dłonie. Palce wcześniej bawiące się kosmykami jego włosów teraz zamarły, zaczepione o ciemne loki. Świadomość tego wszystkiego osadzała się na jej umyśle jak smoła, powoli, nieubłaganie zagarniając kolejne obszary - a ona nieustannie starała się je oczyścić, wypędzić czarną ciecz nim ta, niczym zakażenie, dotrze do jej serca.
Ponieważ Caspian dotknął czegoś p r a w d z i w e g o.
Kolejne były jej usta. Rozchylone w odpowiedzi, zamarły, a zza nich nie wydobył się żaden dźwięk. Żadna błyskotliwa odpowiedź, żadna złośliwość, którą mogłaby go obdarzyć, zarzucić wokół niego jak pętlę, siłą wciągając ich z powrotem do powierzchowności. Ponieważ to nie mogło być nic prawdziwego - ponieważ Santorini w o l a ł a być tą kolejną dziewczyną, dziewczyną, dla której starał się tylko trochę i ani odrobiny więcej.
Podmuch wiatru rozrzucił jej włosy, wepchnął powietrze w płuca, które przez dłuższą chwilę pozostawały puste. Ocucił ją swoim chłodem, obnażył przerażenie chowające się na dnie jej żołądka. Przerażenie, które błysnęło w ciemnych oczach - niemal je c z u ł a, natychmiast odwracając wzrok.
Ostatnim było jej ciało. Zatrzymało się mimo brzmiącej muzyki, mimo tego, że taniec nie sprawiał jej żadnego bólu, a przynajmniej nie takiego, który czułaby w kościach. Zesztywniało w jego dłoniach, choć wcześniej reagowało na każdy dotyk.
- Zrobiło się późno - szepnęła, z tyłu głowy czując oceniające, matczyne spojrzenie sięgające z samego grobu. Nie powinno się tak robić. Nie powinno się zachowywać tak nieelegancko.
Ale czy jej matka preferowałaby, żeby rozłożyła przed kimś nogi na dachu budynku?
- Muszę już iść - dodała, odsuwając się o pół kroku, niezgrabnie, wytrącona z rytmu, zarówno jej nogi i serce, wybijające teraz przerażającą serenadę w jej klatce piersiowej. Odwróciła się, obrzucając spojrzeniem stolik, wiedząc jednak, że nie było na nim żadnych rzeczy, które powinna zabrać. - Dziękuję za kolację.
Włoski był zarezerwowany do prawdy - prawdy, na którą nie była w stanie zdobyć, nawet przed samą sobą. Dlatego odwróciła się, umykając przed jego spojrzeniem, przed ręką, którą mógł wyciągnąć w jej stronę.
I przed tym dziwnym uczuciem, którego nie znała.
koniec
cucciolo・。☽*