mind games
: wt maja 05, 2026 11:42 pm
Blair była zbyt bystra. To była jedna z tych cech, którą w niej uwielbiał, ale nie dzisiaj, kiedy próbował uciec przed jej przenikliwym spojrzeniem i oskarżeniami. Miał wrażenie, jakby grał z nią w bardzo niebezpieczną grę - wystarczyłby jeden jego fałszywy ruch, a ona dowiedziałaby się prawdy i bezpowrotnie by ją stracił. No i dopiero teraz dotarła do niego jeszcze jedna kwestia. Nie chodziło tylko i wyłącznie o to, aby ochronić ją przed prawdą i uciszyć wyrzuty sumienia Charliego, który zaczynał plątać się w sieci swoich kłamstw. Nie. Charlie nie chciał doświadczyć momentu, w którym Blair od niego odchodzi. On... nieważne, jak teraz się pomiędzy nimi układało, nie chciał jej stracić. Być może uzmysłowił to sobie zbyt późno, ale... skoro powiedział A, musiał powiedzieć też B. Zerknął na swoją przyszłą żonę - o ile dalej chciała być jego narzeczoną - i westchnął z rezygnacją, słysząc jej kolejne słowa. Pytanie nie dotyczyło naszego obecnego miejsca zamieszkania. Oczywiście, że nie, dlaczego Mayfield zawsze musiała mieć taki trzeźwy umysł? - Nie chcę się teraz przeprowadzać, Blair, zapomnij o tym, co mówiłem - machnął ręką, aby skończyć ten temat. Według niego ta dyskusja nie miała najmniejszego sensu. Miał wrażenie, że gdyby kontynuowali, Blair wsiadłaby w auto i odjechała w siną dal, a potem spakowałaby się i opuściła ich wspólny apartament, przez co nie byłby już wspólny, tylko... Charliego. Zastanawiał się, w którym momencie zaczął plątać się w swoich kłamstwach? No i dlaczego zabrnął w nich tak daleko? Jaki to miało sens? To nie miało żadnego sensu. Zachowywał się jak idiota i na dodatek ranił kobietę, którą kochał.
Przyjrzał się Blair jeszcze raz. Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? Przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć, bo przypomniał sobie te wszystkie momenty, które spędzali razem, sam na sam. Gdy rozmawiali do świtu na tarasie, pijąc herbatę pod kocem i obserwując nocne niebo Toronto, gdy spędzali noc w altanie w Toskanii, wdychając zapach cytrusów i rozgrzanej słońcem ziemi, gdy trzymał ją za rękę, kiedy obserwowali wznoszące się nad horyzont słońce... Wtedy wszystko wydawało się takie proste i... tak dużo kiedyś rozmawiali i nie dlatego, że musieli coś wyjaśniać, ale żeby chłonąć siebie nawzajem, bo nigdy nie miał dość dzielenia się z nią swoimi poglądami. A teraz? Teraz Blair pytała go, czy powinni już całkiem przestać rozmawiać. - Tego nie powiedziałem, ale każda z naszych rozmów wygląda ostatnio w podobny sposób - zauważył dość rzeczowo. Nie chciał się z nią kłócić, ale nie pozostawiała mu wyboru. Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. Pokręcił głową, bo miłe wspomnienia zderzyły się z duszną atmosferą panującą w salonie. Wiedział, że Blair chciała szczerości, ale on nie mógł jej tej szczerości dać. Nie dziś. Nie był gotowy. No i przez to chyba jeszcze bardziej się zirytował. - Od kiedy nasze rozmowy są dla mnie osaczające? - powtórzył pod nosem, po czym wyprostował się powoli i spojrzał na Blair z frustracją wymalowaną na twarzy. - No nie wiem, może od kiedy mówię ci, o co mi chodzi, a tobie nie podoba się odpowiedź? Nie wyczaruję ci innej, zadowalającej odpowiedzi, dlatego chyba wolę nic nie mówić - wyrzucił z siebie, a zaraz wziął głęboki wdech i kontynuował, bo to nie był koniec. - Próbuję ci tłumaczyć, że jestem wypalony, że potrzebuję przestrzeni, a ty drążysz dalej - dodał, marszcząc brwi.
Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał. Myślał, że jasno jej to zakomunikował - że potrzebuje przestrzeni, czasu, wyrozumiałości - ale najwidoczniej niezbyt dobitnie. Od jakiegoś czasu nie mogli się ze sobą porozumieć, bo do żadnego z nic nie docierały potrzeby tego drugiego. Zupełnie jakby mówili w dwóch różnych językach, mimo że używali tych samych słów. Kiedyś ich myśli biegły tym samym torem, kończyli za siebie zdania, rozumieli się bez mrugnięcia okiem... A teraz? A co do mnie pasuje? Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go. Przełknął ślinę i wytrzymał jej palące spojrzenie na swojej twarzy. Nastała głucha cicha, przerywana tylko przez ich przyspieszone, zdenerwowane oddechy. - Blair, proszę cię… - odezwał się w końcu, nie wiedząc, w jaki sposób uniknąć eskalacji, ale miał wrażenie, że wybuch między nimi był nieunikniony. Ba, było już za późno na udobruchanie Blair, ale i tak nie byłby sobą, gdyby nie próbował. - Nikt nie każe ci potakiwać. Jesteś dorosła, zawsze robiłaś to, co chciałaś. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Nie mam żadnego planu na tę rozmowę, chciałem po prostu normalnie spędzić czas. Jeśli zamierzasz dalej tak gorzko analizować każde moje słowo, to chyba rzeczywiście nie mamy o czym gadać - rzekł w końcu, równie gorzkim tonem jak ona. Nie chciał eskalować problemu, ale cierpliwość dawno mu się skończyła. Przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów. Przewrócił oczami. Nie chciał umniejszać jej osiągnięciom, co to, to nie, po prostu... podziwiał ją, że radziła sobie tak świetnie bez jego pomocy, ale... jednocześnie uraziło to jego męską dumę. - Bardzo się cieszę, że radzisz sobie lepiej ode mnie - odrzekł chłodno, splatając ramiona na piersi. Zachowywał się jak dzieciak, doskonale to wiedział, ale zabolały go jej słowa. Zupełnie jakby nie miał prawa przyznać się do słabości, bo ona sobie świetnie radziła pomimo trudności. Jednak było też drugie dno. Drażniło go to, że Blair rzeczywiście potrafiła pogodzić wszystko ze sobą, a on używał pracy jako tarczy, za którą chował rozwijający się romans z Ivy. Był słaby. No i ta świadomość cholernie bolała. Już otwierał usta, żeby przeprosić ją za swoje słowa, kiedy zrzuciła na niego prawdziwą bombę.
Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej. Co? Skąd o tym wiedziała? Jak się dowiedziała? Zamarł na moment. Tamtego dnia... tak, wyszedł wcześniej z pracy, bo... chciał spotkać się z Ivy. Sam na sam, z dala od wścibskich spojrzeń. No ale nie mógł jej tego powiedzieć. Nie dziś. Zacisnął usta, a jego myśli odbijały się szaleńczo jedna od drugiej. To musiała być Cherry. To na pewno Cherry wypaplała wszystko Blair i zdradziła jej, że Charlie wyszedł wcześniej. Cholera. Nie przewidział tego. Kurwa, igrał z ogniem, ale nie zamierzał dać po sobie poznać, że Blair trafiła w samo sedno. Nie mógł. - Słucham…? - wyrwało mu się, a jego brwi powędrowały do góry. - Naprawdę? Serio? Teraz będziesz sprawdzać godziny mojego wyjścia z biura? - przerwał, żeby przeszyć ją lodowatym spojrzeniem, które miało sprawić, żeby poczuła się winna za samo zadanie tego pytania. - Miałem inne spotkanie, Blair. Poza biurem. I zgadnij z czym było związane? Z Teneryfą! - wyrzucił z siebie gładko, jakby to kłamstwo naprawdę nie sprawiło mu żadnego problemu. Zaczął powoli przechadzać się po salonie, nie mogąc ustać w jednym miejscu. - Najwyraźniej muszę mieć na wszystko potwierdzenie z pieczątką - dodał, gestykulując. Temat Teneryfy wracał jak bumerang. - Może powinienem teraz zadzwonić do Cherry i powiedzieć jej, że nie mogę lecieć, bo moja narzeczona ma obiekcje co do moich godzin pracy? - urwał, po czym zatrzymał się i utkwił wzrok w brunetce. Tylko to mu zostało. W końcu każdy wiedział, że najlepszą strategią obrony był atak, no i tylko to mu pozostało, żeby odciągnąć Blair od tematu. A jednocześnie... znów tracił jej zaufanie. Wiedział, gdy to wszystko w końcu się wyda, będzie miał przejebane, jednak wolał odciągnąć to w czasie. Jak tchórz.
Przeszło mu przez głowę, że jeszcze chwila, no i w ogóle nie będzie miał ochoty jechać na tę Teneryfę, która była jego idealną wymówką od kilku tygodni, bo temat powoli zaczynał go przerastać. Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? No i znowu to samo. - Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś - westchnął. Znowu zapędziła go w kozi róg, a on znowu musiał skorzystać z manipulacji, żeby z niego uciec. Nie chciał tego robić, ale zmuszała go do tego. - Przepraszam, bo widzę, że jesteś niezadowolona, a tobie to nie pasuje. Nie przepraszam, oskarżasz mnie o brak zaangażowania. Zdecyduj się w końcu - mruknął pod nosem. No i znowu ta myśl. Nie chcę, żeby odeszła. Ahhh.
Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami. To była jedna z tych rzeczy, na które zupełnie nie miał ochoty. Nie chciał rozmawiać z rodzicami, nie chciał wyciągać tematu ślubu i nie chciał znów podporządkowywać się ich opiniom. Jednak... - Dobrze - przytaknął, żeby zamknąć temat. Oczami wyobraźni już widział twarz ojca, który kazałby mu naprawić wszystko to, co spierdolił, oraz twarz matki, która po poznaniu sytuacji, zaczęłaby narzucać różne rozwiązania ich problemu dla ich wspólnego dobra. Jednak na szczęście nie musiał długo rozmyślać o twarzach rodziców, bo Blair znów zmieniła temat. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. - Blair, przestań. Nigdy tak o tobie nie pomyślałem, a już na pewno nie to chciałem ci przekazać - powiedział. Tkwili teraz w szczelnym uścisku, Blair ułożyła policzek na jego klatce piersiowej, tak samo jak dłoń ozdobioną pierścionkiem zaręczynowym, a Charlie oparł brodę o czubek jej głowy. - Doceniam, że jesteś wyrozumiała, naprawdę, ale rozmowa i wsparcie nie polegają na wyciąganiu mi grafiku pracy sprzed kilku dni. To po prostu boli, Blair. Boli, bo mam wrażenie, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wciąż muszę ci coś udowadniać - mówił już cicho, spokojnie, nawet zaczął gładzić Blair delikatnie po plecach, żeby choć trochę ukoić jej nerwy. Po dłuższej chwili uniósł jednak jej podbródek tak, by musiała spojrzeć mu w oczy. - I nie uciekam. Jestem i nie uciekam, Blair, próbuję z tobą to wyjaśnić, więc... posłuchaj - zawiesił na chwilę głos, żeby pogładzić ją po policzku. - Czuję się tak, jakbyś nie widziała, jak bardzo staram się to wszystko poskładać. A kiedy wracam i słyszę, że sprawdzasz, o której wyszedłem z firmy, to czuję się, jakbyś mi nie ufała. A bez zaufania... co nam zostaje? - spytał, miał nadzieję, że dość czysto retorycznie. - Przepraszam, że uniosłem głos. Jestem po prostu cholernie zmęczony walką ze wszystkimi dookoła. Nie chcę walczyć jeszcze z Tobą. Jesteś jedyną osobą, przy której chciałem po prostu... odpocząć. Możemy już przestać? - zapytał i nachylił się w jej stronę, tak blisko, że czuł zapach jej perfum. Uwielbiał ten zapach. A przy okazji... skoro jej twarz znajdowała się tak blisko tej jego, badał teren, czy Blair zaraz go nie odepchnie albo nie ucieknie do sypialni, wyrywając się z tego uścisku.
Kochasz mnie jeszcze? Rozczuliło go to pytanie, bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, mimo że bardzo pogubił się w... tym... wszystkim... co robił. - Oczywiście, że cię kocham. Jak możesz w ogóle to pytać? - odparł, po czym nachylił się i w końcu odważył się na pocałowanie jej. Pocałunek był długi, powolny, czuły, jakby miał wyjaśnić wszystko to, czego nie udało im się powiedzieć. Kryzys stłumiony, ogień ugaszony, a Blair... udobruchana? Miał taką nadzieję. Przerwał pocałunek i musnął nosem jej policzek, po czym westchnął. - Chodź, zapomnijmy o tej rozmowie i obejrzyjmy film - rzucił, kierując ją delikatnie w stronę kanapy. Miał tylko nadzieję, że ją przekonał.
my love
Przyjrzał się Blair jeszcze raz. Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? Przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć, bo przypomniał sobie te wszystkie momenty, które spędzali razem, sam na sam. Gdy rozmawiali do świtu na tarasie, pijąc herbatę pod kocem i obserwując nocne niebo Toronto, gdy spędzali noc w altanie w Toskanii, wdychając zapach cytrusów i rozgrzanej słońcem ziemi, gdy trzymał ją za rękę, kiedy obserwowali wznoszące się nad horyzont słońce... Wtedy wszystko wydawało się takie proste i... tak dużo kiedyś rozmawiali i nie dlatego, że musieli coś wyjaśniać, ale żeby chłonąć siebie nawzajem, bo nigdy nie miał dość dzielenia się z nią swoimi poglądami. A teraz? Teraz Blair pytała go, czy powinni już całkiem przestać rozmawiać. - Tego nie powiedziałem, ale każda z naszych rozmów wygląda ostatnio w podobny sposób - zauważył dość rzeczowo. Nie chciał się z nią kłócić, ale nie pozostawiała mu wyboru. Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. Pokręcił głową, bo miłe wspomnienia zderzyły się z duszną atmosferą panującą w salonie. Wiedział, że Blair chciała szczerości, ale on nie mógł jej tej szczerości dać. Nie dziś. Nie był gotowy. No i przez to chyba jeszcze bardziej się zirytował. - Od kiedy nasze rozmowy są dla mnie osaczające? - powtórzył pod nosem, po czym wyprostował się powoli i spojrzał na Blair z frustracją wymalowaną na twarzy. - No nie wiem, może od kiedy mówię ci, o co mi chodzi, a tobie nie podoba się odpowiedź? Nie wyczaruję ci innej, zadowalającej odpowiedzi, dlatego chyba wolę nic nie mówić - wyrzucił z siebie, a zaraz wziął głęboki wdech i kontynuował, bo to nie był koniec. - Próbuję ci tłumaczyć, że jestem wypalony, że potrzebuję przestrzeni, a ty drążysz dalej - dodał, marszcząc brwi.
Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał. Myślał, że jasno jej to zakomunikował - że potrzebuje przestrzeni, czasu, wyrozumiałości - ale najwidoczniej niezbyt dobitnie. Od jakiegoś czasu nie mogli się ze sobą porozumieć, bo do żadnego z nic nie docierały potrzeby tego drugiego. Zupełnie jakby mówili w dwóch różnych językach, mimo że używali tych samych słów. Kiedyś ich myśli biegły tym samym torem, kończyli za siebie zdania, rozumieli się bez mrugnięcia okiem... A teraz? A co do mnie pasuje? Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go. Przełknął ślinę i wytrzymał jej palące spojrzenie na swojej twarzy. Nastała głucha cicha, przerywana tylko przez ich przyspieszone, zdenerwowane oddechy. - Blair, proszę cię… - odezwał się w końcu, nie wiedząc, w jaki sposób uniknąć eskalacji, ale miał wrażenie, że wybuch między nimi był nieunikniony. Ba, było już za późno na udobruchanie Blair, ale i tak nie byłby sobą, gdyby nie próbował. - Nikt nie każe ci potakiwać. Jesteś dorosła, zawsze robiłaś to, co chciałaś. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Nie mam żadnego planu na tę rozmowę, chciałem po prostu normalnie spędzić czas. Jeśli zamierzasz dalej tak gorzko analizować każde moje słowo, to chyba rzeczywiście nie mamy o czym gadać - rzekł w końcu, równie gorzkim tonem jak ona. Nie chciał eskalować problemu, ale cierpliwość dawno mu się skończyła. Przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów. Przewrócił oczami. Nie chciał umniejszać jej osiągnięciom, co to, to nie, po prostu... podziwiał ją, że radziła sobie tak świetnie bez jego pomocy, ale... jednocześnie uraziło to jego męską dumę. - Bardzo się cieszę, że radzisz sobie lepiej ode mnie - odrzekł chłodno, splatając ramiona na piersi. Zachowywał się jak dzieciak, doskonale to wiedział, ale zabolały go jej słowa. Zupełnie jakby nie miał prawa przyznać się do słabości, bo ona sobie świetnie radziła pomimo trudności. Jednak było też drugie dno. Drażniło go to, że Blair rzeczywiście potrafiła pogodzić wszystko ze sobą, a on używał pracy jako tarczy, za którą chował rozwijający się romans z Ivy. Był słaby. No i ta świadomość cholernie bolała. Już otwierał usta, żeby przeprosić ją za swoje słowa, kiedy zrzuciła na niego prawdziwą bombę.
Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej. Co? Skąd o tym wiedziała? Jak się dowiedziała? Zamarł na moment. Tamtego dnia... tak, wyszedł wcześniej z pracy, bo... chciał spotkać się z Ivy. Sam na sam, z dala od wścibskich spojrzeń. No ale nie mógł jej tego powiedzieć. Nie dziś. Zacisnął usta, a jego myśli odbijały się szaleńczo jedna od drugiej. To musiała być Cherry. To na pewno Cherry wypaplała wszystko Blair i zdradziła jej, że Charlie wyszedł wcześniej. Cholera. Nie przewidział tego. Kurwa, igrał z ogniem, ale nie zamierzał dać po sobie poznać, że Blair trafiła w samo sedno. Nie mógł. - Słucham…? - wyrwało mu się, a jego brwi powędrowały do góry. - Naprawdę? Serio? Teraz będziesz sprawdzać godziny mojego wyjścia z biura? - przerwał, żeby przeszyć ją lodowatym spojrzeniem, które miało sprawić, żeby poczuła się winna za samo zadanie tego pytania. - Miałem inne spotkanie, Blair. Poza biurem. I zgadnij z czym było związane? Z Teneryfą! - wyrzucił z siebie gładko, jakby to kłamstwo naprawdę nie sprawiło mu żadnego problemu. Zaczął powoli przechadzać się po salonie, nie mogąc ustać w jednym miejscu. - Najwyraźniej muszę mieć na wszystko potwierdzenie z pieczątką - dodał, gestykulując. Temat Teneryfy wracał jak bumerang. - Może powinienem teraz zadzwonić do Cherry i powiedzieć jej, że nie mogę lecieć, bo moja narzeczona ma obiekcje co do moich godzin pracy? - urwał, po czym zatrzymał się i utkwił wzrok w brunetce. Tylko to mu zostało. W końcu każdy wiedział, że najlepszą strategią obrony był atak, no i tylko to mu pozostało, żeby odciągnąć Blair od tematu. A jednocześnie... znów tracił jej zaufanie. Wiedział, gdy to wszystko w końcu się wyda, będzie miał przejebane, jednak wolał odciągnąć to w czasie. Jak tchórz.
Przeszło mu przez głowę, że jeszcze chwila, no i w ogóle nie będzie miał ochoty jechać na tę Teneryfę, która była jego idealną wymówką od kilku tygodni, bo temat powoli zaczynał go przerastać. Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? No i znowu to samo. - Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś - westchnął. Znowu zapędziła go w kozi róg, a on znowu musiał skorzystać z manipulacji, żeby z niego uciec. Nie chciał tego robić, ale zmuszała go do tego. - Przepraszam, bo widzę, że jesteś niezadowolona, a tobie to nie pasuje. Nie przepraszam, oskarżasz mnie o brak zaangażowania. Zdecyduj się w końcu - mruknął pod nosem. No i znowu ta myśl. Nie chcę, żeby odeszła. Ahhh.
Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami. To była jedna z tych rzeczy, na które zupełnie nie miał ochoty. Nie chciał rozmawiać z rodzicami, nie chciał wyciągać tematu ślubu i nie chciał znów podporządkowywać się ich opiniom. Jednak... - Dobrze - przytaknął, żeby zamknąć temat. Oczami wyobraźni już widział twarz ojca, który kazałby mu naprawić wszystko to, co spierdolił, oraz twarz matki, która po poznaniu sytuacji, zaczęłaby narzucać różne rozwiązania ich problemu dla ich wspólnego dobra. Jednak na szczęście nie musiał długo rozmyślać o twarzach rodziców, bo Blair znów zmieniła temat. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. - Blair, przestań. Nigdy tak o tobie nie pomyślałem, a już na pewno nie to chciałem ci przekazać - powiedział. Tkwili teraz w szczelnym uścisku, Blair ułożyła policzek na jego klatce piersiowej, tak samo jak dłoń ozdobioną pierścionkiem zaręczynowym, a Charlie oparł brodę o czubek jej głowy. - Doceniam, że jesteś wyrozumiała, naprawdę, ale rozmowa i wsparcie nie polegają na wyciąganiu mi grafiku pracy sprzed kilku dni. To po prostu boli, Blair. Boli, bo mam wrażenie, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wciąż muszę ci coś udowadniać - mówił już cicho, spokojnie, nawet zaczął gładzić Blair delikatnie po plecach, żeby choć trochę ukoić jej nerwy. Po dłuższej chwili uniósł jednak jej podbródek tak, by musiała spojrzeć mu w oczy. - I nie uciekam. Jestem i nie uciekam, Blair, próbuję z tobą to wyjaśnić, więc... posłuchaj - zawiesił na chwilę głos, żeby pogładzić ją po policzku. - Czuję się tak, jakbyś nie widziała, jak bardzo staram się to wszystko poskładać. A kiedy wracam i słyszę, że sprawdzasz, o której wyszedłem z firmy, to czuję się, jakbyś mi nie ufała. A bez zaufania... co nam zostaje? - spytał, miał nadzieję, że dość czysto retorycznie. - Przepraszam, że uniosłem głos. Jestem po prostu cholernie zmęczony walką ze wszystkimi dookoła. Nie chcę walczyć jeszcze z Tobą. Jesteś jedyną osobą, przy której chciałem po prostu... odpocząć. Możemy już przestać? - zapytał i nachylił się w jej stronę, tak blisko, że czuł zapach jej perfum. Uwielbiał ten zapach. A przy okazji... skoro jej twarz znajdowała się tak blisko tej jego, badał teren, czy Blair zaraz go nie odepchnie albo nie ucieknie do sypialni, wyrywając się z tego uścisku.
Kochasz mnie jeszcze? Rozczuliło go to pytanie, bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, mimo że bardzo pogubił się w... tym... wszystkim... co robił. - Oczywiście, że cię kocham. Jak możesz w ogóle to pytać? - odparł, po czym nachylił się i w końcu odważył się na pocałowanie jej. Pocałunek był długi, powolny, czuły, jakby miał wyjaśnić wszystko to, czego nie udało im się powiedzieć. Kryzys stłumiony, ogień ugaszony, a Blair... udobruchana? Miał taką nadzieję. Przerwał pocałunek i musnął nosem jej policzek, po czym westchnął. - Chodź, zapomnijmy o tej rozmowie i obejrzyjmy film - rzucił, kierując ją delikatnie w stronę kanapy. Miał tylko nadzieję, że ją przekonał.
my love