Strona 2 z 2

mind games

: wt maja 05, 2026 11:42 pm
autor: Charlie Marshall
Blair była zbyt bystra. To była jedna z tych cech, którą w niej uwielbiał, ale nie dzisiaj, kiedy próbował uciec przed jej przenikliwym spojrzeniem i oskarżeniami. Miał wrażenie, jakby grał z nią w bardzo niebezpieczną grę - wystarczyłby jeden jego fałszywy ruch, a ona dowiedziałaby się prawdy i bezpowrotnie by ją stracił. No i dopiero teraz dotarła do niego jeszcze jedna kwestia. Nie chodziło tylko i wyłącznie o to, aby ochronić ją przed prawdą i uciszyć wyrzuty sumienia Charliego, który zaczynał plątać się w sieci swoich kłamstw. Nie. Charlie nie chciał doświadczyć momentu, w którym Blair od niego odchodzi. On... nieważne, jak teraz się pomiędzy nimi układało, nie chciał jej stracić. Być może uzmysłowił to sobie zbyt późno, ale... skoro powiedział A, musiał powiedzieć też B. Zerknął na swoją przyszłą żonę - o ile dalej chciała być jego narzeczoną - i westchnął z rezygnacją, słysząc jej kolejne słowa. Pytanie nie dotyczyło naszego obecnego miejsca zamieszkania. Oczywiście, że nie, dlaczego Mayfield zawsze musiała mieć taki trzeźwy umysł? - Nie chcę się teraz przeprowadzać, Blair, zapomnij o tym, co mówiłem - machnął ręką, aby skończyć ten temat. Według niego ta dyskusja nie miała najmniejszego sensu. Miał wrażenie, że gdyby kontynuowali, Blair wsiadłaby w auto i odjechała w siną dal, a potem spakowałaby się i opuściła ich wspólny apartament, przez co nie byłby już wspólny, tylko... Charliego. Zastanawiał się, w którym momencie zaczął plątać się w swoich kłamstwach? No i dlaczego zabrnął w nich tak daleko? Jaki to miało sens? To nie miało żadnego sensu. Zachowywał się jak idiota i na dodatek ranił kobietę, którą kochał.

Przyjrzał się Blair jeszcze raz. Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? Przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć, bo przypomniał sobie te wszystkie momenty, które spędzali razem, sam na sam. Gdy rozmawiali do świtu na tarasie, pijąc herbatę pod kocem i obserwując nocne niebo Toronto, gdy spędzali noc w altanie w Toskanii, wdychając zapach cytrusów i rozgrzanej słońcem ziemi, gdy trzymał ją za rękę, kiedy obserwowali wznoszące się nad horyzont słońce... Wtedy wszystko wydawało się takie proste i... tak dużo kiedyś rozmawiali i nie dlatego, że musieli coś wyjaśniać, ale żeby chłonąć siebie nawzajem, bo nigdy nie miał dość dzielenia się z nią swoimi poglądami. A teraz? Teraz Blair pytała go, czy powinni już całkiem przestać rozmawiać. - Tego nie powiedziałem, ale każda z naszych rozmów wygląda ostatnio w podobny sposób - zauważył dość rzeczowo. Nie chciał się z nią kłócić, ale nie pozostawiała mu wyboru. Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. Pokręcił głową, bo miłe wspomnienia zderzyły się z duszną atmosferą panującą w salonie. Wiedział, że Blair chciała szczerości, ale on nie mógł jej tej szczerości dać. Nie dziś. Nie był gotowy. No i przez to chyba jeszcze bardziej się zirytował. - Od kiedy nasze rozmowy są dla mnie osaczające? - powtórzył pod nosem, po czym wyprostował się powoli i spojrzał na Blair z frustracją wymalowaną na twarzy. - No nie wiem, może od kiedy mówię ci, o co mi chodzi, a tobie nie podoba się odpowiedź? Nie wyczaruję ci innej, zadowalającej odpowiedzi, dlatego chyba wolę nic nie mówić - wyrzucił z siebie, a zaraz wziął głęboki wdech i kontynuował, bo to nie był koniec. - Próbuję ci tłumaczyć, że jestem wypalony, że potrzebuję przestrzeni, a ty drążysz dalej - dodał, marszcząc brwi.

Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał. Myślał, że jasno jej to zakomunikował - że potrzebuje przestrzeni, czasu, wyrozumiałości - ale najwidoczniej niezbyt dobitnie. Od jakiegoś czasu nie mogli się ze sobą porozumieć, bo do żadnego z nic nie docierały potrzeby tego drugiego. Zupełnie jakby mówili w dwóch różnych językach, mimo że używali tych samych słów. Kiedyś ich myśli biegły tym samym torem, kończyli za siebie zdania, rozumieli się bez mrugnięcia okiem... A teraz? A co do mnie pasuje? Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go. Przełknął ślinę i wytrzymał jej palące spojrzenie na swojej twarzy. Nastała głucha cicha, przerywana tylko przez ich przyspieszone, zdenerwowane oddechy. - Blair, proszę cię… - odezwał się w końcu, nie wiedząc, w jaki sposób uniknąć eskalacji, ale miał wrażenie, że wybuch między nimi był nieunikniony. Ba, było już za późno na udobruchanie Blair, ale i tak nie byłby sobą, gdyby nie próbował. - Nikt nie każe ci potakiwać. Jesteś dorosła, zawsze robiłaś to, co chciałaś. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Nie mam żadnego planu na tę rozmowę, chciałem po prostu normalnie spędzić czas. Jeśli zamierzasz dalej tak gorzko analizować każde moje słowo, to chyba rzeczywiście nie mamy o czym gadać - rzekł w końcu, równie gorzkim tonem jak ona. Nie chciał eskalować problemu, ale cierpliwość dawno mu się skończyła. Przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów. Przewrócił oczami. Nie chciał umniejszać jej osiągnięciom, co to, to nie, po prostu... podziwiał ją, że radziła sobie tak świetnie bez jego pomocy, ale... jednocześnie uraziło to jego męską dumę. - Bardzo się cieszę, że radzisz sobie lepiej ode mnie - odrzekł chłodno, splatając ramiona na piersi. Zachowywał się jak dzieciak, doskonale to wiedział, ale zabolały go jej słowa. Zupełnie jakby nie miał prawa przyznać się do słabości, bo ona sobie świetnie radziła pomimo trudności. Jednak było też drugie dno. Drażniło go to, że Blair rzeczywiście potrafiła pogodzić wszystko ze sobą, a on używał pracy jako tarczy, za którą chował rozwijający się romans z Ivy. Był słaby. No i ta świadomość cholernie bolała. Już otwierał usta, żeby przeprosić ją za swoje słowa, kiedy zrzuciła na niego prawdziwą bombę.

Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej. Co? Skąd o tym wiedziała? Jak się dowiedziała? Zamarł na moment. Tamtego dnia... tak, wyszedł wcześniej z pracy, bo... chciał spotkać się z Ivy. Sam na sam, z dala od wścibskich spojrzeń. No ale nie mógł jej tego powiedzieć. Nie dziś. Zacisnął usta, a jego myśli odbijały się szaleńczo jedna od drugiej. To musiała być Cherry. To na pewno Cherry wypaplała wszystko Blair i zdradziła jej, że Charlie wyszedł wcześniej. Cholera. Nie przewidział tego. Kurwa, igrał z ogniem, ale nie zamierzał dać po sobie poznać, że Blair trafiła w samo sedno. Nie mógł. - Słucham…? - wyrwało mu się, a jego brwi powędrowały do góry. - Naprawdę? Serio? Teraz będziesz sprawdzać godziny mojego wyjścia z biura? - przerwał, żeby przeszyć ją lodowatym spojrzeniem, które miało sprawić, żeby poczuła się winna za samo zadanie tego pytania. - Miałem inne spotkanie, Blair. Poza biurem. I zgadnij z czym było związane? Z Teneryfą! - wyrzucił z siebie gładko, jakby to kłamstwo naprawdę nie sprawiło mu żadnego problemu. Zaczął powoli przechadzać się po salonie, nie mogąc ustać w jednym miejscu. - Najwyraźniej muszę mieć na wszystko potwierdzenie z pieczątką - dodał, gestykulując. Temat Teneryfy wracał jak bumerang. - Może powinienem teraz zadzwonić do Cherry i powiedzieć jej, że nie mogę lecieć, bo moja narzeczona ma obiekcje co do moich godzin pracy? - urwał, po czym zatrzymał się i utkwił wzrok w brunetce. Tylko to mu zostało. W końcu każdy wiedział, że najlepszą strategią obrony był atak, no i tylko to mu pozostało, żeby odciągnąć Blair od tematu. A jednocześnie... znów tracił jej zaufanie. Wiedział, gdy to wszystko w końcu się wyda, będzie miał przejebane, jednak wolał odciągnąć to w czasie. Jak tchórz.

Przeszło mu przez głowę, że jeszcze chwila, no i w ogóle nie będzie miał ochoty jechać na tę Teneryfę, która była jego idealną wymówką od kilku tygodni, bo temat powoli zaczynał go przerastać. Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? No i znowu to samo. - Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś - westchnął. Znowu zapędziła go w kozi róg, a on znowu musiał skorzystać z manipulacji, żeby z niego uciec. Nie chciał tego robić, ale zmuszała go do tego. - Przepraszam, bo widzę, że jesteś niezadowolona, a tobie to nie pasuje. Nie przepraszam, oskarżasz mnie o brak zaangażowania. Zdecyduj się w końcu - mruknął pod nosem. No i znowu ta myśl. Nie chcę, żeby odeszła. Ahhh.

Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami. To była jedna z tych rzeczy, na które zupełnie nie miał ochoty. Nie chciał rozmawiać z rodzicami, nie chciał wyciągać tematu ślubu i nie chciał znów podporządkowywać się ich opiniom. Jednak... - Dobrze - przytaknął, żeby zamknąć temat. Oczami wyobraźni już widział twarz ojca, który kazałby mu naprawić wszystko to, co spierdolił, oraz twarz matki, która po poznaniu sytuacji, zaczęłaby narzucać różne rozwiązania ich problemu dla ich wspólnego dobra. Jednak na szczęście nie musiał długo rozmyślać o twarzach rodziców, bo Blair znów zmieniła temat. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. - Blair, przestań. Nigdy tak o tobie nie pomyślałem, a już na pewno nie to chciałem ci przekazać - powiedział. Tkwili teraz w szczelnym uścisku, Blair ułożyła policzek na jego klatce piersiowej, tak samo jak dłoń ozdobioną pierścionkiem zaręczynowym, a Charlie oparł brodę o czubek jej głowy. - Doceniam, że jesteś wyrozumiała, naprawdę, ale rozmowa i wsparcie nie polegają na wyciąganiu mi grafiku pracy sprzed kilku dni. To po prostu boli, Blair. Boli, bo mam wrażenie, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wciąż muszę ci coś udowadniać - mówił już cicho, spokojnie, nawet zaczął gładzić Blair delikatnie po plecach, żeby choć trochę ukoić jej nerwy. Po dłuższej chwili uniósł jednak jej podbródek tak, by musiała spojrzeć mu w oczy. - I nie uciekam. Jestem i nie uciekam, Blair, próbuję z tobą to wyjaśnić, więc... posłuchaj - zawiesił na chwilę głos, żeby pogładzić ją po policzku. - Czuję się tak, jakbyś nie widziała, jak bardzo staram się to wszystko poskładać. A kiedy wracam i słyszę, że sprawdzasz, o której wyszedłem z firmy, to czuję się, jakbyś mi nie ufała. A bez zaufania... co nam zostaje? - spytał, miał nadzieję, że dość czysto retorycznie. - Przepraszam, że uniosłem głos. Jestem po prostu cholernie zmęczony walką ze wszystkimi dookoła. Nie chcę walczyć jeszcze z Tobą. Jesteś jedyną osobą, przy której chciałem po prostu... odpocząć. Możemy już przestać? - zapytał i nachylił się w jej stronę, tak blisko, że czuł zapach jej perfum. Uwielbiał ten zapach. A przy okazji... skoro jej twarz znajdowała się tak blisko tej jego, badał teren, czy Blair zaraz go nie odepchnie albo nie ucieknie do sypialni, wyrywając się z tego uścisku.

Kochasz mnie jeszcze? Rozczuliło go to pytanie, bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, mimo że bardzo pogubił się w... tym... wszystkim... co robił. - Oczywiście, że cię kocham. Jak możesz w ogóle to pytać? - odparł, po czym nachylił się i w końcu odważył się na pocałowanie jej. Pocałunek był długi, powolny, czuły, jakby miał wyjaśnić wszystko to, czego nie udało im się powiedzieć. Kryzys stłumiony, ogień ugaszony, a Blair... udobruchana? Miał taką nadzieję. Przerwał pocałunek i musnął nosem jej policzek, po czym westchnął. - Chodź, zapomnijmy o tej rozmowie i obejrzyjmy film - rzucił, kierując ją delikatnie w stronę kanapy. Miał tylko nadzieję, że ją przekonał.

my love

mind games

: pt maja 08, 2026 12:17 am
autor: Blair Mayfield
Bez problemu mogła ciągnąć dalej ten temat, prowadzić dyskusję, która rozdrażniłaby ich jeszcze bardziej. Dla niej nie było to czymś nieważnym, także ciężko ot tak zapomnieć o rozmowie. Blair była mistrzynią udawania dobrej miny do złej gry i nawet jeśli teoretycznie zapomni o tym, o czym jej mówił, to w praktyce będzie pamiętać to do końca swoich dni; a dodatkowo, pewnie wyciągnie mu to w dalszej lub bliższej przyszłości, boleśnie przypominając, że nie da się ot tak udawać, że dane słowa nigdy nie padły. Teraz jeszcze miała nadzieję, że ten wieczór miał szansę przetrwać i skończyć się całkiem dobrze. Napięcie jednak nie opadło i dość szybko zrozumiała, że rozmowa o ich wspólnym apartamencie, czy przyszłościowo wspólnym domu, była tylko wierzchołkiem góry lodowej, z której coraz to bardziej zaczynali spadać.
Wzięła głęboki oddech, spoglądając na niego póki co dość spokojnie. Miał rację, że ich ostatnie rozmowy wyglądały dość podobnie jak ta — pełne emocji i czasami nawet ciężkiej atmosfery, która między nimi wisiała. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak było. Dlaczego nagle osoba, którą znała jak własną kieszeń, coraz bardziej się od niej oddalała? Gdzie podziała się stara Blair i Charlie, którzy chodzili na spokojne kolacje, degustowali wina, a gdy dopadała ich zbyt duża tęsknota, to zostawali w domu, aby móc się sobą nacieszyć? Gdzie była ta para, dla której nie było tematów tabu, nawet jeśli wizja ślubu organizowanego przez rodziców, odciskała się na ich myślach, nieznośnie przygniatając? Mayfield uwielbiała gadać, choć w ich relacji kochała słuchać, co jej narzeczony miał do powiedzenia, niezależnie co to było; czy opowiadał jej o ciężkim dniu w firmie, czy o czymś ciekawym, co widział danego dnia, czy jak snuli plany na najbliższą przyszłość, na przykład zastanawiając się, jakie następne miejsce powinni zwiedzić. Teraz? Teraz absolutnie nie miała ochoty go słuchać. — No i to chyba nie do końca jest normalne, prawda? — zasugerowała; nie było normalne w ani najmniejszym stopniu, bo w ich związku nie było miejsca na kłótnie, przepychanki czy gorzkie słowa. Potrafili wyjaśnić to, co ich poróżniło, czasami dyskutowali, czasami obrażali się na siebie na kilka godzin, ale koniec końców potrafili ze sobą rozmawiać. No, przynajmniej tak się Blair kiedyś wydawało. — Bo próbuję zrozumieć, jak mogę ci jeszcze pomóc, skoro danie przestrzeni nie daje żadnego efektu, a jedynie jeszcze bardziej nas pogrąża — wypaliła. Sądziła, że w ostatnim czasie miał od niej przestrzeń — w końcu spędzali ze sobą tak mało czasu, że Mayfield realnie zdążyła się za nim stęsknić. Najwidoczniej miała jakieś delulu, skoro jego potrzeby były inne niż jej się wydawało. — Poza tym wypalony od czego? Bo jak od pracy, to jak ja mam ci w tym pomóc? Możemy porozmawiać i może ci to coś pomoże. Możemy wyjechać gdzieś nawet na tydzień, żebyś mógł pobiegać na plaży, zjeść niezdrowe ilości owoców morza i po prostu przestać myśleć o pracy, ale jak mogę ci to zaproponować, skoro ze mną nie rozmawiasz — zauważyła, dalej drążąc ten temat. Miała zamiar drążyć tak długo, dopóki nie wydrąży; dopóki nie zacznie z nią rozmawiać tak jak zawsze, bo to nie była kwestia odpowiedzi, która jej się nie podobała, a braku szczegółów w tym wszystkim. Była przyzwyczajona do nieco bardziej rozbudowanych wypowiedzi niż do tylko zdawkowo rzuconych słów — bo tak, to akurat rzeczywiście jej nie pasowało.
Wybuchła, podpalona przez jego słowa; a raczej przez zwrócenie uwagi, które w ostatnim czasie, pełnym oczekiwań i sugestii, działało na nią jak płachta na byka. Czuła, że jej serce biło jak opętane i jednocześnie żołądek ściskał się w supeł przez cały stres, spowodowany tą ostrą wymianą zdań. Jednym słowem, czuła się okropnie, jednak nie chciała tracić okazji, aby móc choć trochę to wszystko wyjaśnić. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Parsknęła pod nosem na te słowa, wywracając oczami. Jej zagubienie trwało od dobrych sześciu miesięcy, a rozpoczęło się od pędzącego, ślubnego tematu i z tygodnia na tydzień coraz bardziej się pogłębiało. Nie zrzucała na nikogo winy, lecz nie dało się zaprzeczyć, że Charlie był jednym z głównym powodów jej niepewności. Skoro wymagał od niej nie analizowania jego słów, to oszczędziła sobie swoich dalszych przemyśleń. W końcu milczenie jest złotem, czy coś. — Charlie. — Nie mogła powstrzymać się od ciężkiego westchnienia na kolejne zdanie, którym ją zaszczycił. — Nie to miałam na myśli — rzuciła, bo nie chciała się wybielać ani sugerować, że jej wszystko szło jak po maśle. Może wybrzmiało to inaczej, może wyglądało to tak, jakby nie pozwalała mu mieć gorszego czasu, ale nie miała już siły wracać do punktu wyjścia i pić o tę rozmowę, której ostatnio między nimi brakuje. — Po prostu zawsze tak było, a jakoś razem dawaliśmy radę — zaznaczyła dosadnie fakt, że czuła, jakby teraz grali do dwóch różnych bramek. Nie rozumiała skąd wzięło się to jego nastawienie. Nawet jeśli obecność innej osoby przeszła jej niejednokrotnie przez myśl, to jednak nigdy nie brała tego za pewnik. Dalej gdzieś go wybielała i próbowała usprawiedliwić jego zachowania, choć czasami już nie potrafiła wymyślić kolejnych argumentów.
Poruszanie tego tematu było dla niej trudne. Cały ten wieczór, który miał miejsce już jakiś czas temu, był tylko zlepkiem jej niepotwierdzonych faktów i domysłów, a także garści informacji, jakie dostała. Charlie osiągnął swój cel — lodowate spojrzenie sprawiło, że zmalała gdzieś wewnątrz siebie i od razu pożałowała, że dała ponieść się emocjom, rozpoczynając tę rozmowę. Mogła ugryźć się w język i dalej męczyć się z tym pytaniem w swojej podświadomości, zamiast patrzeć na niego teraz zagubionym wzrokiem. — Nie sprawdzałam twoich godzin wyjścia z biura, tylko sam napisałeś mi, że zostajesz tego dnia dłużej w pracy. A to, że dowiedziałam się o tym, że jednak wyszedłeś wcześniej, to czysty przypadek — odpowiedziała, tłumacząc się. Blair Mayfield właśnie zaczęła się tłumaczyć, zamiast atakować dalej. Nic dziwnego, skoro sama najchętniej zrobiłaby od niego dwa kroki w tył. Widziała, że był na nią zły i najchętniej wycofałaby się z tej rozmowy. Miałem inne spotkanie, Blair; przeklęła w duchu, bo musiała przyznać rację Cherry, która w tamtym momencie uspokajała ją właśnie tym argumentem. Jebana Teneryfa. Nie skomentowała jego słów; bo co miała w tamtym momencie powiedzieć? Nie miała racji, ale przyznanie się do błędu w trakcie tak zawziętej kłótni było niczym wywieszenie białej flagi — a ona nie skapitulowała, Charlie jedynie co, to zdobył o punkt więcej w rundzie. — Nie potrzebuje potwierdzeń z pieczątką — mruknęła pod nosem, patrząc na niego miną zbitego psa. Bo co jej pozostało? Zagrać w jego manipulatorską grę i spojrzeć na niego smutnymi oczami, które miała nadzieję, że choć minimalnie zmiękczą jego obecną postawę. — Nieważne, zapomnij — wymamrotała, powtarzając jego słowa z początku rozmowy. Skoro ona miała zapomnieć o tamtym temacie, to czy on nie mógł zignorować poruszonej teraz sprawy? Jednak to działało w obydwie strony; to, że teraz o tym zapomną, nie znaczy, że słowa nie zostały wypowiedziane.
W tym momencie była zmęczona psychicznie i fizycznie, miała dość tej rozmowy i już była o krok od odwrócenia się na pięcie, aby po prostu udać się do sypialni. Albo pod prysznic, żeby oczyścić własne emocje i zatuszować ewentualnie słone łzy wodą z deszczownicy. — Przeprasza się, gdy jest jakiś powód, a nie z widzimisię. O takich rzeczach się rozmawia, ale chyba straciliśmy tę umiejętność — odpowiedziała. Nie chciała się znowu tłumaczyć, tym bardziej że zupełnie inaczej to odbierała. Po całej rozmowie, przedstawienie swojego punktu widzenia zdawało się nie mieć najmniejszego sensu.
Szczelny uścisk, w którym tkwili i cicha, spokojna rozmowa odbijała się ogromnym kontrastem od tego, co było jeszcze chwilę temu. Emocje dalej w niej wrzały, jednak przez żal, który zakradał się w jej serce. Obydwoje wychodzili stąd ze zranionymi serduszkami. Blair chciałaby zachować pewien dystans, pokazać, że to wszystko nie spłynęło po niej jak woda, a jednak ogromnie potrzebowała bliskości i choć chwilowego zapewnienia, że jeszcze mogło być dobrze. Potrzebowała znowu poczuć się bezpiecznie w jego ramionach, poczuć zapach jego perfum, które od razu działały kojąco na jej zmysły, uzmysławiając, że po prostu była w domu. On był jej domem i nie powinna tego podważać. Westchnęła cichutko, słysząc nawiązanie do tego cholernego grafiku i wyjścia z pracy. — Przepraszam — wymamrotała w jego koszulę, czując się zobligowana, aby te słowa padły z jej ust. — Wyciągnęłam ten argument, bo najwidoczniej dalej siedziało we mnie niezrozumienie, dlaczego piszesz mi jedno, a dowiaduję się czegoś innego — dodała. W tamtym momencie było to dla niej dziwne, bo miała wrażenie, że Cherry wiedziała o wszystkim; jednak jak to jego siostra stwierdziła jeszcze tamtego wieczoru, Charlie miał własnych klientów, a przecież jebana Teneryfa była tym najważniejszym — i to bez zbędnej ironii. — Po prostu przepraszam. Nie musisz mi nic udowadniać. Po prostu chcę, żebyśmy dalej szli przez wszystko razem, a nie przeciwko sobie. — To była chwila szczerości bez piekielnego żaru i goryczy, która wcześniej piekła ją w gardło. Pasowało jej, że nie musiała teraz walczyć z nim na spojrzenie, jednak zaraz uniósł jej podbródek, a ona zerknęła mu w oczy ze smutnym, kompletnie nie wymuszonym, wzrokiem. — Nie sprawdzam, o której wychodzisz z pracy… — westchnęła. Nie była obsesyjna; choć może był to jej błąd. Może wtedy już dawno wiedziałaby, że tak naprawdę stoi na grząskim gruncie. — Wiem, że życie nie jest prostolinijne, że nigdy nie będzie wyglądać tak samo, ale nie rozumiem, co się ostatnio między nami dzieje. — A działo się wiele. Odwoływanie wspólnych spotkań to jedno, ale unikanie jej spojrzenia czy spinanie się, gdy była blisko, zapalało u niej lampkę ostrzegawczą. — I ufam ci. Jakbym mogła inaczej? — pokiwała na boki głową. Zaufanie ciągnęło za sobą całą masę rzeczy, a przede wszystkim to, że nawet w najcięższym czasie nie miała zamiaru go skreślać. Po to tu stała i dyskutowała, aby dojść do jakiegoś konsensusu, aby walczyć o nich i o ich wspólną przyszłość, o której przecież tak marzyła. — Możemy przestać. Ale po prostu ze mną rozmawiaj. Nawet o pierdołach, o tym co ci leży na sercu. Albo wykrzycz mi to w twarz, jeśli tak będzie lepiej, ale po prostu nie milcz, Charlie — wyszeptała mu praktycznie że w usta, kiedy się do niej zbliżył. Odpowiedź na jej pytanie przyniosła niebywałą ulgę. Nawet jeśli podświadomie w to nie zwątpiła, to potrzebowała tego usłyszeć; że ta cała wymiana zdań nie sprawiła, że nagle zaczął myśleć o nich inaczej, że nie zaczął jej inaczej postrzegać. Odpowiedź była niczym plasterek na jej połamane serduszko, a długi pocałunek jak cały bandaż, który miał zasklepić je na nowo. Potrzebowała czułości, gwarancji, że w tej całej pojebanej sytuacji i zawiłych emocjach, dalej była miłość. Przez jej głowę przeszła myśl, czy nie odpuszczała zbyt szybko; ale jak mogła inaczej postąpić wobec osoby, którą kochała całą sobą? — Wyciągnijmy z tej rozmowy wnioski i obejrzyjmy film — poprawiła go, żartobliwie piorunując Charliego spojrzeniem. Nie powinni o tym zapominać, żeby nie wrócić do Toronto i nie znaleźć się znowu w punkcie wyjścia. W końcu na spokojnie usiedli na kanapie, a Blair oparła się głową o jego biceps, przyglądając, jak wybierał film. — I jeśli mam być szczera, to nie wiem czy jutro zwlekę się na ten spacer po rogaliki — stwierdziła po chwili rozmyślań. Zmęczył ją jak nigdy, choć zazwyczaj robił to w o wiele przyjemniejszy sposób. — Może po prostu przejdziemy się gdzieś po południu? Po drodze widziałam, że niedaleko jest jezioro. Może być ładnie, skoro już w Toronto wiosna zaczęła rozkwitać — zagadnęła, żeby na szybko zaproponować mu alternatywę. Chciała mu dać przestrzeń, ale jednocześnie chciała spędzić z nim czas na tym wyjeździe. Brakowało jej tego.

you're my home