everyone I know goes away in the end
: pn maja 18, 2026 9:00 pm
Zaciekłość, z jaką zaprzeczali własnym potrzebom, kiedy te tylko wydawały się nadmiernie ludzkie, była doprawdy niemal komiczna. Kiedy to ciało domagało się czegoś — alkoholu, nikotyny, brutalnej w swej surowości pieszczoty — nie starali się odmawiać tym żądzom, wręcz przeciwnie, rzucali się w nie bez opamiętania, a destrukcyjne decyzje były chyba jedynym stałym elementem ich codzienności.
Ale kiedy to dusza okazywała się złakniona… to tam oboje rysowali granicę. Tam, gdzie opadała zasłona chłodu i niewzruszenia, a pojawiał się głód interakcji na poziomie innym niż ten czysto fizyczny, tam tych dwoje ludzi wykutych z najtrwalszego metalu i zahartowanych w samym piekle gubili swoją odwagę. Dlatego teraz tak krążyli wokół siebie, jakby miareczkowali swoją słabość i czekali na tę trudną do zauważenia zmianę barwy odczynnika, która powiedziałaby wyraźnie, że osiągnięto już limit.
Odważni tchórze, tacy właśnie byli. Odważni w obliczu zagrożenia, które dało się wskazać wyraźnie, objąć dłonią, ogarnąć wzrokiem, ale kulili się w trwodze, wkraczając na niepewne wody złożoności ludzkiej natury i wrażliwości duszy.
Oboje byli po prostu siebie warci.
Być może dlatego — mimo pewnej niezręczności i przedłużającej się chwilami napiętej ciszy — żadne z nich wcale nie chciało rezygnować z kojącej obecności tego drugiego. Bez oceniania, bez moralizowania, po prostu tkwili we współdzielonym bólu i rosnącej żądzy zemsty, zagłuszając podszepty rozsądku alkoholem i rozrzedzając nim krew krążącą ślamazarnie po zmarzniętych, napiętych ciałach.
— Czasami mam wrażenie, że to te próby ochrony przyczyniły się do jej buntu — mruknęła Paloma, uciskając palcami grzbiet nosa. — Wiesz, co mam na myśli? Im bardziej staraliśmy się ją trzymać z daleka od kłopotów, tym bardziej ona się w nie pchała, niech ją cholera…
Nie spodziewała się, że stworzy z tą dziewczyną taką więź, a jednak. W końcu Martin też nie był tylko jej wspólnikiem, a mentorem i opiekunem, przewodnikiem po tym brutalnym świecie, w który na własne życzenie postanowiła wkroczyć; zresztą idąc przy tym w ślady własnego ojca. Niezłą stworzyli sobie rodzinkę — posklejaną wspólnymi traumami i tajemnicami, za których wyjawienie idzie się na tamten świat, pozlepianą niemal chorobliwym poczuciem lojalności, które zmuszało do czynów niewybaczalnych tylko w imię ochrony tej małej grupy ludzi, na których życiu faktycznie im zależało.
Bawili się w Boga nie wierząc, że ten kiedykolwiek sam ich dosięgnie.
Paloma w końcu odpuściła nerwowe kręcenie się po salonie; musiało być dziwne obserwowanie jej w tym roztrzęsionym stanie. Zwykle nie wykonywała gwałtownych ruchów, nie marnowała nadmiernie ani słów, ani gestów, a jej nienaganna prezencja przywodziła na myśl niewzruszony posąg z zimnego marmuru. Nie teraz. Wyłamywała sobie palce, wodziła opuszkami po karku, jakby próbowała tą drobną pieszczotą dodać sobie otuchy. Zmieniała pozycje w taki sposób, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca, jakby nie mogła znieść zbyt długo ani bliskości Carlosa, ani zbyt dużego dystansu, który sama narzucała.
Skórzane obicie sofy nie zdążyło jeszcze wystygnąć po kontakcie z jej ciałem, gdy z powrotem opadła na szerokie siedzisko. Nie chciała dać tego po sobie poznać, ale… pytanie Carlosa ukoiło jej nerwy.
Nie chciała dać tego po sobie poznać, ale ona też nie chciała być tej nocy sama.
Nie powiedziała więc nic, a skoro gin jeszcze się nie skończył, to przejęła butelkę od Carlosa.
— Wiesz też, co mówią o piciu we dwójkę. A może nic nie mówią? Sama już nie wiem. — Wahała się przy każdym słowie, można było odnieść wrażenie, że to alkohol w końcu zaczyna przejmować kontrolę i chyba nawet Paloma nie była pewna, co konkretnie się z nią dzieje. Przeładowany układ nerwowy zaczynał się wyciszać, a wraz z tym procesem jej ciało zdawało się coraz cięższe, coraz głębiej zapadała się w skórzaną sofę, przyjmując pozycję zupełnie odmienną od tej, w której zazwyczaj można było ją zobaczyć.
Brak sztywnych pleców i perfekcyjnie trzymanej linii ramion. Podbródek wtulony w pierś, barki przyciągnięte do uszu, bose stopy oparte teraz o krawędź siedziska.
Nie była maszyną bez uczuć, a zwykłą kobietą, przytłoczoną rzeczywistością.
Jej głowa opadła na męskie ramię bez dramatyzmu i bez czułości, a po prostu jakby szukała fizycznego kontaktu, który mógłby zatrzymać ją w tym konkretnym momencie.
— Od czego mamy zacząć, Carlosie?
Nie powinna była zadawać tego pytania; powinna wiedzieć, co należy teraz robić. W ciągu swojej całej kariery starała się w to nie angażować, pozostawać w tej bardziej logistycznej sferze interesów, ale przecież… i ona miała krew na rękach. A jednak myśl o tym, by znaleźć tego skurwysyna, który odebrał im przyjaciela, dziwnie ją teraz przytłaczała; jakby naprawdę nie miała pojęcia, jaki powinien być pierwszy krok.
Z pewnością nie upijanie się do nieprzytomności, ale to w tym kierunku właśnie zmierzali, egoistycznie wybierając zapomnienie ponad zrozumieniem.
Carlos Salazar
Ale kiedy to dusza okazywała się złakniona… to tam oboje rysowali granicę. Tam, gdzie opadała zasłona chłodu i niewzruszenia, a pojawiał się głód interakcji na poziomie innym niż ten czysto fizyczny, tam tych dwoje ludzi wykutych z najtrwalszego metalu i zahartowanych w samym piekle gubili swoją odwagę. Dlatego teraz tak krążyli wokół siebie, jakby miareczkowali swoją słabość i czekali na tę trudną do zauważenia zmianę barwy odczynnika, która powiedziałaby wyraźnie, że osiągnięto już limit.
Odważni tchórze, tacy właśnie byli. Odważni w obliczu zagrożenia, które dało się wskazać wyraźnie, objąć dłonią, ogarnąć wzrokiem, ale kulili się w trwodze, wkraczając na niepewne wody złożoności ludzkiej natury i wrażliwości duszy.
Oboje byli po prostu siebie warci.
Być może dlatego — mimo pewnej niezręczności i przedłużającej się chwilami napiętej ciszy — żadne z nich wcale nie chciało rezygnować z kojącej obecności tego drugiego. Bez oceniania, bez moralizowania, po prostu tkwili we współdzielonym bólu i rosnącej żądzy zemsty, zagłuszając podszepty rozsądku alkoholem i rozrzedzając nim krew krążącą ślamazarnie po zmarzniętych, napiętych ciałach.
— Czasami mam wrażenie, że to te próby ochrony przyczyniły się do jej buntu — mruknęła Paloma, uciskając palcami grzbiet nosa. — Wiesz, co mam na myśli? Im bardziej staraliśmy się ją trzymać z daleka od kłopotów, tym bardziej ona się w nie pchała, niech ją cholera…
Nie spodziewała się, że stworzy z tą dziewczyną taką więź, a jednak. W końcu Martin też nie był tylko jej wspólnikiem, a mentorem i opiekunem, przewodnikiem po tym brutalnym świecie, w który na własne życzenie postanowiła wkroczyć; zresztą idąc przy tym w ślady własnego ojca. Niezłą stworzyli sobie rodzinkę — posklejaną wspólnymi traumami i tajemnicami, za których wyjawienie idzie się na tamten świat, pozlepianą niemal chorobliwym poczuciem lojalności, które zmuszało do czynów niewybaczalnych tylko w imię ochrony tej małej grupy ludzi, na których życiu faktycznie im zależało.
Bawili się w Boga nie wierząc, że ten kiedykolwiek sam ich dosięgnie.
Paloma w końcu odpuściła nerwowe kręcenie się po salonie; musiało być dziwne obserwowanie jej w tym roztrzęsionym stanie. Zwykle nie wykonywała gwałtownych ruchów, nie marnowała nadmiernie ani słów, ani gestów, a jej nienaganna prezencja przywodziła na myśl niewzruszony posąg z zimnego marmuru. Nie teraz. Wyłamywała sobie palce, wodziła opuszkami po karku, jakby próbowała tą drobną pieszczotą dodać sobie otuchy. Zmieniała pozycje w taki sposób, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca, jakby nie mogła znieść zbyt długo ani bliskości Carlosa, ani zbyt dużego dystansu, który sama narzucała.
Skórzane obicie sofy nie zdążyło jeszcze wystygnąć po kontakcie z jej ciałem, gdy z powrotem opadła na szerokie siedzisko. Nie chciała dać tego po sobie poznać, ale… pytanie Carlosa ukoiło jej nerwy.
Nie chciała dać tego po sobie poznać, ale ona też nie chciała być tej nocy sama.
Nie powiedziała więc nic, a skoro gin jeszcze się nie skończył, to przejęła butelkę od Carlosa.
— Wiesz też, co mówią o piciu we dwójkę. A może nic nie mówią? Sama już nie wiem. — Wahała się przy każdym słowie, można było odnieść wrażenie, że to alkohol w końcu zaczyna przejmować kontrolę i chyba nawet Paloma nie była pewna, co konkretnie się z nią dzieje. Przeładowany układ nerwowy zaczynał się wyciszać, a wraz z tym procesem jej ciało zdawało się coraz cięższe, coraz głębiej zapadała się w skórzaną sofę, przyjmując pozycję zupełnie odmienną od tej, w której zazwyczaj można było ją zobaczyć.
Brak sztywnych pleców i perfekcyjnie trzymanej linii ramion. Podbródek wtulony w pierś, barki przyciągnięte do uszu, bose stopy oparte teraz o krawędź siedziska.
Nie była maszyną bez uczuć, a zwykłą kobietą, przytłoczoną rzeczywistością.
Jej głowa opadła na męskie ramię bez dramatyzmu i bez czułości, a po prostu jakby szukała fizycznego kontaktu, który mógłby zatrzymać ją w tym konkretnym momencie.
— Od czego mamy zacząć, Carlosie?
Nie powinna była zadawać tego pytania; powinna wiedzieć, co należy teraz robić. W ciągu swojej całej kariery starała się w to nie angażować, pozostawać w tej bardziej logistycznej sferze interesów, ale przecież… i ona miała krew na rękach. A jednak myśl o tym, by znaleźć tego skurwysyna, który odebrał im przyjaciela, dziwnie ją teraz przytłaczała; jakby naprawdę nie miała pojęcia, jaki powinien być pierwszy krok.
Z pewnością nie upijanie się do nieprzytomności, ale to w tym kierunku właśnie zmierzali, egoistycznie wybierając zapomnienie ponad zrozumieniem.