the devil behind the mask
: śr kwie 08, 2026 9:33 pm
Zamknęła oczy w chwili, w której jego słowa przestały być tylko dźwiękiem, a zaczęły układać się w coś nieodwracalnego. Wdzierały się powoli, bezlitośnie, rozpychając się w jej wnętrzu, aż nie zostawiły miejsca na nic innego.
Każde zdanie, które wypowiadał, odbierało jej kolejną iluzję, kolejną możliwość ucieczki, kolejne usprawiedliwienie, które jeszcze przed chwilą próbowała znaleźć. Wolała własne błędy, własne pomyłki, własną naiwność, wszystko, co mogłoby sprawić, że to ona była winna, że to ona przesadziła, że to ona dopowiedziała sobie coś, czego nie było. Wolałaby przepraszać, błagać, odwracać sytuację, niż stać tutaj i przyjmować prawdę, której nie dało się już podważyć.
Rhys Madden ją okłamał. Nie w jednym momencie, nie jednym słowem, lecz konsekwentnie, metodycznie, krok po kroku, prowadząc ją dokładnie tam, gdzie chciał.
Kręciła głową powoli, niemal niezauważalnie, jakby ten drobny ruch mógł cokolwiek zatrzymać, jakby mógł wyciszyć to, co słyszała. Jakby mogła cofnąć się do miejsca, w którym jeszcze nie wiedziała, w którym wszystko było prostsze, czystsze i mniej bolesne. Chciała tam wrócić. Do tej wersji świata, w której mogła go kochać bezwarunkowo, bez strachu, bez pytań i ciężaru, który teraz rozlewał się w jej klatce piersiowej jak zimny ołów.
Do miejsca, w którym jego spojrzenie coś znaczyło, a nie było kolejną częścią układanki, którą właśnie składała z przerażającą precyzją. Nie chciała tego świata, w którym jej serce wciąż należało do niego, mimo że wszystko krzyczało, że nie powinno.
Myśli pędziły, rozrywały ją od środka, nie dając chwili wytchnienia. Nie potrafiła oddzielić tego, co właściwe, od tego, co czuła. Nie wiedziała, gdzie kończy się obowiązek, a gdzie zaczyna zdrada. Nie wiedziała, czy powinna go zniszczyć, czy ratować, czy uciekać, czy zostać i patrzeć, jak wszystko się rozpada. Nie wiedziała już n i c.
Drżenie nasiliło się, rozlało po całym jej ciele, zdradzając to, czego nie chciała pokazać. Poczuł je na pewno pod palcami, którymi trzymał jej podbródek, zmuszając ją do konfrontacji, na którą nie była gotowa. Nie wyrwała się, nie cofnęła. Stała nieruchomo, jakby każdy ruch mógł sprawić, że to wszystko stanie się jeszcze bardziej realne.
Walczyła z łzami, które cisnęły się pod powieki, z tą jedną granicą, której nie chciała przekroczyć. Bo wiedziała, że jeśli pęknie, nie będzie już odwrotu. - Oszukałeś mnie - wyszeptała w końcu, ledwie słyszalnie, jakby te słowa ważyły więcej, niż była w stanie unieść. Nie otworzyła oczu, nie miała odwagi zobaczyć go w tej wersji, którą sam przed nią odsłonił. - Z d r a d z i ł e ś jakbym nic nie znaczyła - jej dłoń uniosła się powoli, niepewnie, odnajdując jego nadgarstek. Dotyk był słaby, pozbawiony siły, nie wiedziała, czy chce się uwolnić, czy po prostu go dotknąć.
- Odejdziesz albo ja to zrobię - dodała ciszej, a w jej głosie zabrzmiało coś, czego wcześniej tam nie było. Nie groźba, nie gniew. P r o ś b a. - Odejdziesz albo pociągnę cię na dno - wtedy otworzyła oczy. Powoli, z wysiłkiem, jakby unosiła ciężar, który przygniatał ją od środka. Spojrzenie było inne niż wszystko, co widział wcześniej; zamglone, rozbite, a jednocześnie boleśnie świadome. Zbliżyła się, nieznacznie, jakby przyciągana czymś, czego nie potrafiła powstrzymać. Ich usta dzielił ułamek przestrzeni, który przestał mieć znaczenie. Dotknęła go, lekko i niepewnie, sprawdzając, czy to też było kłamstwo.
Pocałunek był krótki, złamany, pełen tęsknoty, która nie miała prawa istnieć.
- Zniszczę cię, Rhys - szepnęła w jego usta, a jej oddech zadrżał, mieszając groźbę z czymś bardziej bolesnym. - Będziesz błagał, żeby Carbone dopadł cię pierwszy, przysięgam - jej czoło niemal dotknęło jego, gdy wspięła się na palce, głos osunął się jeszcze niżej, jakby brakowało jej sił, by utrzymać go na powierzchni.
Pierwsza łza wyrwała się spod powieki, powoli, bez pośpiechu, sunąc po jej policzku jak dowód czegoś, co właśnie umarło. W tej jednej chwili straciła wszystko, co budowała - wiarę, że można ufać, pewność, że rozróżnia dobro od zła i tę jedną, naiwną część siebie, która wierzyła, że miłość w y s t a r c z y. - Dlaczego pozwoliłeś żebym się w tobie zakochała? - to pytanie zawisło między nimi cięższe niż wszystkie oskarżenia.
Rhys Madden
Każde zdanie, które wypowiadał, odbierało jej kolejną iluzję, kolejną możliwość ucieczki, kolejne usprawiedliwienie, które jeszcze przed chwilą próbowała znaleźć. Wolała własne błędy, własne pomyłki, własną naiwność, wszystko, co mogłoby sprawić, że to ona była winna, że to ona przesadziła, że to ona dopowiedziała sobie coś, czego nie było. Wolałaby przepraszać, błagać, odwracać sytuację, niż stać tutaj i przyjmować prawdę, której nie dało się już podważyć.
Rhys Madden ją okłamał. Nie w jednym momencie, nie jednym słowem, lecz konsekwentnie, metodycznie, krok po kroku, prowadząc ją dokładnie tam, gdzie chciał.
Kręciła głową powoli, niemal niezauważalnie, jakby ten drobny ruch mógł cokolwiek zatrzymać, jakby mógł wyciszyć to, co słyszała. Jakby mogła cofnąć się do miejsca, w którym jeszcze nie wiedziała, w którym wszystko było prostsze, czystsze i mniej bolesne. Chciała tam wrócić. Do tej wersji świata, w której mogła go kochać bezwarunkowo, bez strachu, bez pytań i ciężaru, który teraz rozlewał się w jej klatce piersiowej jak zimny ołów.
Do miejsca, w którym jego spojrzenie coś znaczyło, a nie było kolejną częścią układanki, którą właśnie składała z przerażającą precyzją. Nie chciała tego świata, w którym jej serce wciąż należało do niego, mimo że wszystko krzyczało, że nie powinno.
Myśli pędziły, rozrywały ją od środka, nie dając chwili wytchnienia. Nie potrafiła oddzielić tego, co właściwe, od tego, co czuła. Nie wiedziała, gdzie kończy się obowiązek, a gdzie zaczyna zdrada. Nie wiedziała, czy powinna go zniszczyć, czy ratować, czy uciekać, czy zostać i patrzeć, jak wszystko się rozpada. Nie wiedziała już n i c.
Drżenie nasiliło się, rozlało po całym jej ciele, zdradzając to, czego nie chciała pokazać. Poczuł je na pewno pod palcami, którymi trzymał jej podbródek, zmuszając ją do konfrontacji, na którą nie była gotowa. Nie wyrwała się, nie cofnęła. Stała nieruchomo, jakby każdy ruch mógł sprawić, że to wszystko stanie się jeszcze bardziej realne.
Walczyła z łzami, które cisnęły się pod powieki, z tą jedną granicą, której nie chciała przekroczyć. Bo wiedziała, że jeśli pęknie, nie będzie już odwrotu. - Oszukałeś mnie - wyszeptała w końcu, ledwie słyszalnie, jakby te słowa ważyły więcej, niż była w stanie unieść. Nie otworzyła oczu, nie miała odwagi zobaczyć go w tej wersji, którą sam przed nią odsłonił. - Z d r a d z i ł e ś jakbym nic nie znaczyła - jej dłoń uniosła się powoli, niepewnie, odnajdując jego nadgarstek. Dotyk był słaby, pozbawiony siły, nie wiedziała, czy chce się uwolnić, czy po prostu go dotknąć.
- Odejdziesz albo ja to zrobię - dodała ciszej, a w jej głosie zabrzmiało coś, czego wcześniej tam nie było. Nie groźba, nie gniew. P r o ś b a. - Odejdziesz albo pociągnę cię na dno - wtedy otworzyła oczy. Powoli, z wysiłkiem, jakby unosiła ciężar, który przygniatał ją od środka. Spojrzenie było inne niż wszystko, co widział wcześniej; zamglone, rozbite, a jednocześnie boleśnie świadome. Zbliżyła się, nieznacznie, jakby przyciągana czymś, czego nie potrafiła powstrzymać. Ich usta dzielił ułamek przestrzeni, który przestał mieć znaczenie. Dotknęła go, lekko i niepewnie, sprawdzając, czy to też było kłamstwo.
Pocałunek był krótki, złamany, pełen tęsknoty, która nie miała prawa istnieć.
- Zniszczę cię, Rhys - szepnęła w jego usta, a jej oddech zadrżał, mieszając groźbę z czymś bardziej bolesnym. - Będziesz błagał, żeby Carbone dopadł cię pierwszy, przysięgam - jej czoło niemal dotknęło jego, gdy wspięła się na palce, głos osunął się jeszcze niżej, jakby brakowało jej sił, by utrzymać go na powierzchni.
Pierwsza łza wyrwała się spod powieki, powoli, bez pośpiechu, sunąc po jej policzku jak dowód czegoś, co właśnie umarło. W tej jednej chwili straciła wszystko, co budowała - wiarę, że można ufać, pewność, że rozróżnia dobro od zła i tę jedną, naiwną część siebie, która wierzyła, że miłość w y s t a r c z y. - Dlaczego pozwoliłeś żebym się w tobie zakochała? - to pytanie zawisło między nimi cięższe niż wszystkie oskarżenia.
Rhys Madden