Strona 2 z 2

I needed you and I'm sorry

: pn kwie 20, 2026 6:27 pm
autor: Victoria Heffernan
Świat naprawdę bywał mały w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Przez tyle lat Victoria zdążyła przywyknąć do myśli, że wszystko, co kiedyś było jej bliskie, zostało gdzieś za grubą szybą innego życia — tego sprzed małżeństwa. A jednak siedziała teraz naprzeciw Ophelii, słuchała jej głosu, patrzyła na ten znajomy sposób unoszenia ust przy żarcie i nagle miała wrażenie, że niektóre rzeczy wcale nie umierają tak łatwo.
Na nazwisko Karriona parsknęła cicho i aż pokręciła głową z niedowierzaniem, odsuwając filiżankę od ust, zanim zdążyła się napić.
Oczywiście, że go znasz – mruknęła z rozbawieniem, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś naprawdę jasnego. – To by było zbyt proste, gdybyśmy po tylu latach spotkały się i okazało się, że nasze życia jednak nie zahaczyły o siebie bokiem ani razu. – Zawsze na studiach powtarzała, że są sobie przeznaczone.
Na moment opuściła wzrok na herbatę starając się uporządkować myśli. W gruncie rzeczy bawiło ją to bardziej, niż się spodziewała. Że właśnie Karrion, ze swoją bezpośredniością, tym trochę szorstkim spokojem i spojrzeniem człowieka, który bardziej działa niż analizuje, okazał się kimś, o kim mogła usłyszeć od Ophelii. Świat był mały.
„Prosty, ale poczciwy” to chyba najuczciwsze podsumowanie, jakie można mu wystawić – przyznała, a kąciki ust uniosły jej się lekko. – Chociaż myślę, że nie docenia, jak bardzo potrafi być… uważny. W taki nieoczywisty sposób. Nie gada za dużo, nie próbuje niczego naprawiać na siłę, nie wciska się tam, gdzie go nie proszę. Po prostu jest. I chyba właśnie to mnie do niego przekonało.
Oparła łokieć o stolik, a palcami musnęła na chwilę własny nadgarstek, jakby odruchowo sprawdzała własny puls. Wciąż czuła lekkie napięcie pod skórą, to nigdy nie znikało całkiem, ale mówienie o Karrionie nie sprawiało jej dyskomfortu. Wręcz przeciwnie. Było w tym coś dziwnie nowego i kruchego, jak ostrożne dotykanie życia, które jeszcze niedawno wydawało się dla niej zamknięte.
Jest przy nim spokojniej, niż myślałam, że może być przy jakimkolwiek mężczyźnie – dodała ciszej, już bardziej szczerze niż żartobliwie. – I chyba nadal nie do końca wiem, co z tym zrobić. Część mnie chce po prostu cieszyć się tym, że nic mnie przy nim nie ściska od środka, a druga ciągle wypatruje momentu, w którym coś się popsuje. To trochę żałosne.
Uśmiechnęła się jednak zaraz potem, jakby sama próbowała odebrać tym słowom ciężar.
Na propozycję poznania Hamleta uniosła brwi z miną, która przez krótką chwilę była niemal rozbrajająco dawna.
Och, zdecydowanie chcę doświadczyć jego geniuszu osobiście – odpowiedziała. – Skoro już i tak brzmi jak najbardziej pretensjonalny mężczyzna w twoim życiu, to wypadałoby, żebym go poznała. Zwłaszcza jeśli rzeczywiście ma ambicje literackie.
Roześmiała się ciszej i ten śmiech nie był wymuszony. Rozlał się po niej przyjemnym ciepłem, rozluźnił jej barki. Patrzyła na Ophelię i coraz wyraźniej czuła, że nie chce znowu dopuścić do tego, by ta relacja wymknęła się jej z rąk. Nie w tak banalny sposób. Nie przez strach, nie przez odkładanie wszystkiego na później, nie przez to tchórzliwe „kiedyś”, które tyle razy już okazywało się nigdy.
Kiedy jednak Ophelia wróciła do własnych rozterek, coś w Victorii znów się wyciszyło.
Nie mów mi, kim już nie zostaniesz – odezwała się w końcu spokojnie, obracając filiżankę w palcach. – To znaczy… rozumiem, co masz na myśli. Są rzeczy, których nie da się cofnąć. Nie przeskoczy się pewnych etapów, nie wróci do wieku, w którym wszystko miało się zacząć. Ale między „nie będę baletnicą” a „już nigdy nie zrobię nic swojego” jest przecież ogromna przestrzeń.
Uniosła na nią wzrok. Ciepły, uważny, bez nacisku. Przyjacielski, jak zawsze kiedy się o nią troszczyła i zamiast się uczyć to prowadziły nad podręcznikami filozoficzne dyskusje.
Może nie chodzi o to, żeby zostać dokładnie tym, kim chciałaś być jako dziewczynka. Może chodzi o to, żebyś w końcu przestała być wyłącznie tym, kim było rozsądnie zostać. To nie jest to samo. – Zawahała się na moment, szukając właściwego brzmienia dla własnej myśli. – I nie, nie chcę ci wciskać żadnych tanich sloganów o tym, że na wszystko jest czas, bo nie jest. Ale na dużo rzeczy nadal jest. Na uczenie się czegoś dla siebie. Na robienie czegoś źle, a mimo to z przyjemnością. Na sprawdzenie, co jeszcze w tobie siedzi.
Przy tych słowach kącik jej ust drgnął lekko. Dobrze wiedziała, jak łatwo dorosłość zamieniała pasje w projekty, a pragnienia w rzeczy odkładane do rubryki „niepraktyczne”. Sama przez lata żyła w rzeczywistości, w której praktyczne było przetrwanie. Może właśnie dlatego tak drażniło ją, gdy Ophelia mówiła o sobie tak, jakby było już po wszystkim.
I w ogóle nie waż się mówić, że nie powinnaś narzekać – dodała łagodniej. – To, że mnie spotkało coś złego, nie odbiera ci prawa do własnego niedosytu. Naprawdę nie chcę, żebyś ważyła przy mnie swoje życie tylko dlatego, że moje było przez jakiś czas… inne. To nie jest konkurs na katastrofę.
Po tych słowach przesunęła palcem po brzegu spodka i przez chwilę milczała, pozwalając, by między nimi wybrzmiała zwyczajność kawiarni. Cichy stuk naczyń, szmer rozmów przy innych stolikach, zapach owocowej herbaty, która zdążyła już trochę ostygnąć. To wszystko dziwnie dobrze robiło jej głowie. Tak jakby świat wracał do normalnych proporcji.
A co do spotkania autorskiego… – zaczęła już z wyraźniejszym rozjaśnieniem na twarzy. – To jest w przyszły czwartek, o dziewiętnastej, w małej księgarni w Agincourt. Naprawdę nieduże, bardziej kameralne niż oficjalne. – Odetchnęła lekko i uśmiechnęła się pod nosem.
Na samą tę myśl zrobiło jej się lżej. Widziała to prawie wyraźnie: Ophelię gdzieś między ludźmi, ten jeden znajomy punkt w tłumie, świadomość, że nie będzie tam sama. Że ktoś z jej dawnego życia zobaczy nie tylko to, co przetrwało, ale też to, co udało jej się mimo wszystko zbudować.
Mogłabym wpaść któregoś dnia poznać Hamleta. Może w weekend? Przyniosę coś dobrego, żeby przekupić gospodarza. Ciebie zresztą też, jeśli będzie trzeba.
W jej spojrzeniu zatańczyło coś ciepłego, prawie psotnego.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: pn kwie 20, 2026 10:58 pm
autor: Ophelia Attwood
Czas i przestrzeń były pojęciami niezwykle relatywnymi. Wszystko zależało od perspektywy oraz podejścia. Chociaż istotnie te wszystkie lata można było określić mianem szmatu czasu to jednak wiele rzeczy pozostało niezmiennych pomimo jego upływu. Tak samo wielka metropolia zdawała się małym miastem, gdy tylko krążyło się między tymi samymi lokacjami i wpadało na tych samych ludzi.
- To był akurat czysty przypadek! - zarzekła się, rejestrując rozbawienie przyjaciółki i pokręciła głową. - Jeszcze okaże się, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż nam się wydaje.
Od zawsze Ophelia twierdziła, że koncept bratnich dusz nie powinien być roztrząsany jedynie w kontekście romantycznym. Według niej istniały również platoniczne bratnie dusze i swego czasu naprawdę uważała, że Victoria była dla niej właśnie kimś takim. Jak widać nawet po latach nie uległo to aż tak sporej zmianie, choć wiele aspektów swojej relacji musiały na nowo wyczuć.
- Po prostu nie ma wobec ciebie wymagań - podsumowała jeszcze, bo nie wydawało jej się, aby Karrion oczekiwał od kogokolwiek konkretnych rzeczy.
Dlatego był bezpieczny. Trudno było go zdenerwować albo rozczarować, a to sprawiało, że wydawał się naprawdę bardzo dobrą opcją na swoistego towarzysza. W dodatku ze względu na swój charakter oraz budowę fizyczną i umiejętności na pewno mógł uchodzić za kogoś godnego tytułu obrońcy.
- Ostatnim razem mocno się sparzyłaś. Nic dziwnego, że nie chcesz opuścić gardy... Szkoda tyko, żebyś przez to nie mogła cieszyć się tym, że masz obok siebie cudownego faceta - powiedziała jeszcze, przesuwając w zamyśleniu palcem po brzegu filiżanki.
Nie mogła się nie roześmiać z tego w jakich kategoriach był właśnie rozpatrywany jej ukochany kot. Było w tym coś naprawdę zabawnego. Zapewne teraz po powrocie do domu nie będzie mogła spojrzeć na kocura tak samo jak dotychczas.
- Oj tak. Najbardziej pretensjonalny i na ten moment jedyny, który gości w moim łóżku - rzuciła żartobliwie.
Na razie nie miała prawa na to narzekać. Przynajmniej miała dla siebie wystarczająco czasu i nie musiał się liczyć z kimś kto mógłby jedynie okazać się niezwykle roszczeniowy w kwestii tego jak Ophelia zarządzała swoim czasem.
Chyba powinna częściej rozmawiać z kimś takim jak Tori, aby w jakiś sposób sobie poprawić nastrój czy chociażby przypomnieć sobie to na czym powinna się skupić. Zawsze było to jakieś wsparcie duchowe. Może jej życie jednak wyglądałoby nieco lepiej, gdyby miała przy swoim boku zawsze taką przyjaciółkę?
- Fakt. To jest różnica - przytaknęła, bo temu nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć.
Jej wypowiedź chyba brzmiała nieco fatalistycznie. To był niezaprzeczalny fakt. Musiała teraz jedynie upić jeszcze jeden łyk herbaty i spróbować skupić się na czymś, co miało nieco pozytywniejszy wydźwięk. Tylko pewnie to będzie wymagało od niej więcej wysiłku oraz skupienia się na tym, co faktycznie mogłoby jej przynieść wyjątkowe uczucie spełnienia.
- Fakt. Gorzej tylko, gdy uświadamiasz sobie, że interesuje cię w zasadzie wszystko po trochu i zastanawiasz się, czy właściwie cokolwiek pasjonuje cię tak naprawdę - dorzuciła jeszcze od siebie, bo to był chyba jej odwieczny problem.
Zawsze skakała od jednej rzeczy do drugiej. Szukała wrażeń, inspiracji... Tylko, że potem nie bardzo wiedziała jak powinna sama siebie wyrazić. W jakiej formie to uczynić? Jak to wszystko wykorzystać? Nie miała pojęcia.
Potrzebowała na pewno przestrzeni, aby wziąć oddech. Zapewne momentu na odcięcie się od pracy i prawdziwe skupienie się na sobie i swoich potrzebach. Chyba za bardzo zajmowała się pracą oraz innymi ludźmi.
- Wiem, Tori. Wybacz - przeprosiła odruchowo, i przetarła jeszcze oczy dłonią, czując nagle jakby dopadło ją zmęczenie. - To nawet nie chodzi o ciebie. Po prostu to takie uczucie jak wtedy, gdy mama podaje ci obiad, którego nie lubisz po czym mówi ci, że dzieci w Afryce przymierają głodem i nie masz wybrzydzać... Wiesz o czym mówię?
To było zdecydowanie swego rodzaju irracjonalne poczucie winy wynikające z tego, że nagle przypominała sobie, że istnieli ludzie, którzy mieli w życiu gorzej od niej pod tym czy innym względem.
- Jasne. Wpadnę z chęcią - powtórzyła, bo przynajmniej wiedziała już kiedy i gdzie miało się odbyć to spotkanie, więc mogła sobie pod nie odpowiednio ułożyć grafik na najbliższy tydzień.
Kolejna propozycja również sprawiła, że w jej klatce piersiowej zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło związane z wizją wizyty przyjaciółki. Brzmiało to trochę tak jakby znowu miały po dwadzieścia lat i planowały jakieś wspólne nocowanie oraz przekąski zajadane przy butelce wina i jakimś durnym filmie lecącym w tle.
- Brzmi jak plan. Jestem pewna, że gospodarz doceni twoje starania - odparła, kręcąc głową z niedowierzaniem, że dalej szły w żarty na temat wyższości jej kota.

Victoria Heffernan

I needed you and I'm sorry

: wt kwie 21, 2026 5:55 pm
autor: Victoria Heffernan
Victoria parsknęła cicho pod nosem na to zarzekanie się o czystym przypadku, a potem pokręciła głową z miną, która mówiła jasno, że i tak nie zamierzała w to do końca uwierzyć. Było w tym coś dziwnie kojącego — siedzieć tu z Ophelią i łapać się takich drobiazgów, takich znajomych wymian, które kiedyś przychodziły im bez wysiłku.
To by mnie nawet nie zdziwiło – przyznała z miękkim rozbawieniem. – Jeszcze chwila i okaże się, że przez ostatnie lata krążyłyśmy po tych samych miejscach, tylko w innych godzinach. Albo że znałaś pół ludzi z mojego życia, a ja nie miałam o tym pojęcia.
Na krótką uwagę o Karrionie uniosła lekko brwi, ale nie zaprzeczyła od razu. Przez moment obracała filiżankę między palcami, obserwując, jak para unosi się już słabiej niż wcześniej.
Może trochę tak – odezwała się w końcu. – Ale chyba nie tylko. Po prostu… nie próbuje mnie naginać do jakiejś wersji, która byłaby dla niego wygodniejsza. – Podniosła wzrok na Ophelię.
Uśmiechnęła się blado, lecz szczerze. Gdy Ophelia powiedziała o opuszczaniu gardy, Victoria odruchowo przesunęła kciukiem po uchu filiżanki. To określenie było aż za trafne. Nie chodziło tylko o relację z mężczyzną. Tak naprawdę od miesięcy, może od lat, żyła w stanie gotowości, z ciałem napiętym jak struna i głową, która wszędzie wypatrywała zagrożenia.
Chyba właśnie tego się boję najbardziej – przyznała już ciszej. – Nie że on okaże się zły. Tylko że ja nie będę umiała być przy nim normalna. Że wszystko, co spokojne, będę oglądać jak podejrzany pakunek zostawiony na środku ulicy. – Na moment skrzywiła się z rozbawionym zawstydzeniem własnym porównaniem. – Brzmi to trochę absurdalnie...
Przy wzmiance o jedynym, pretensjonalnym mężczyźnie goszczącym w jej łóżku, Victoria roześmiała się krótko i ciepło.
Dobrze, że chociaż jeden umie się zachować – skwitowała, kręcąc głową. – I nie marudzi, kiedy poświęcasz więcej uwagi pracy niż jemu. Chociaż zakładam, że Hamlet i tak uważa, że całe mieszkanie należy przede wszystkim do niego, a ty jesteś tam tylko personelem.
Kiedy jednak Ophelia wróciła do siebie, do tego rozsypanego „wszystko po trochu” i poczucia, że nic nie jest naprawdę jej, twarz Victorii znów złagodniała. Słuchała jej uważnie, bez wchodzenia w słowo, bez tego odruchu, żeby od razu coś naprawiać. Rozumiała ten chaos inaczej, niż rozumiała własny. Ale mimo to chyba wystarczająco dobrze, żeby nie zbyć go pustym pocieszeniem.
Wiesz, co ja słyszę, kiedy mówisz, że interesuje cię wszystko po trochu? – zapytała po chwili. – Nie brak pasji. Tylko głód. Ciekawość. To nie brzmi jak ktoś pusty w środku, tylko jak ktoś, kto tak długo wszystko obracał w obowiązki i użyteczność, że nie umie już rozpoznać, co go woła najmocniej.
Oparła się wygodniej o krzesło, ale spojrzenia z niej nie spuściła. Było w nim coś spokojnego, czułego, może nawet odrobinę upartego. Tego rodzaju uwaga, jaką dawała nielicznym.
Na sekundę opuściła wzrok na herbatę. To, co mówiła, dziwnie mocno wybrzmiewało też w niej samej. Jakby część tych słów była czymś, czego sama przez lata potrzebowała usłyszeć.
Ty zawsze miałaś w sobie za dużo życia, żeby zmieścić je w jednej szufladzie – dodała miękcej. – I może to wcale nie jest wada. Może problem polega tylko na tym, że próbowałaś przez długi czas żyć tak, jakby trzeba było się do jednej dopasować.
Na jej przeprosiny Victoria od razu pokręciła głową, jeszcze zanim tamta skończyła. To nie był temat, w którym chciała, żeby Oph schodziła do roli kogoś, kto musi się tłumaczyć z własnych uczuć. Gdy padło to porównanie z obiadem i dziećmi w Afryce, na ustach Tori pojawił się krótki, rozumiejący uśmiech.
Wiem. Aż za dobrze. – Oparła przedramię o stolik i pochyliła się odrobinę bliżej, jakby chciała tym ruchem skrócić dystans nie tylko fizycznie. – I właśnie dlatego ci mówię, żebyś tego przy mnie nie robiła. To, że komuś było gorzej, nie sprawia nagle, że tobie ma być dobrze. Ani że nie wolno ci czuć rozczarowania własnym życiem. To tak nie działa.
Przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu, trochę uważniej niż wcześniej. Widziała to zmęczenie, to coś przy oczach, co nie brało się tylko z dzisiejszych emocji.
Zresztą – dodała po chwili, już lżej – gdybyś naprawdę była człowiekiem bez pasji, nie zarządzałabyś klubem, nie chodziłabyś lepić garnków.
Podniosła filiżankę i upiła łyk, teraz już tylko ciepłej herbaty. Smak wciąż był znajomy. Tak samo jak to dziwne uczucie, że przy Ophelii potrafiła być jednocześnie bardziej rozbrojona i bardziej sobą. Dawniej wydawało jej się to oczywiste. Teraz zauważała każdy taki moment z niemal wzruszającą wyrazistością.
To co, sobota? – zapytała, tym razem już wyraźnie przejmując inicjatywę. – Mogę wpaść po południu. Powiedzmy… koło piątej? Ugotuje nam coś, żebyśmy nie skończyły tylko na herbacie i egzystencjalnym cierpieniu twojego kota. – Uśmiechnęła się przy tym ciepło. – I możesz mi od razu uczciwie powiedzieć, czym przekupuje się Hamleta. Nie chcę wejść do jego domu nieprzygotowana.
Zatrzymała na niej spojrzenie odrobinę dłużej. Swobodne, jasne, z tym coraz bardziej wyraźnym dawnym błyskiem, który wracał do niej powoli przez całe spotkanie.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: ndz kwie 26, 2026 9:45 am
autor: Ophelia Attwood
Musiała przysiąc, że był to przypadek. Nie byłaby w stanie zaplanować tak dziwacznego pierwszego spotkania nawet gdyby tego chciała. W końcu musiałaby mu zatruć kebaba i liczyć na to, że przyjdzie do tego konkretnego sklepu o danej godzinie, aby móc do niego wpaść z pudełkiem tabletek w ręce. To wydawało się po prostu nierealne.
- Świat jest mały także faktycznie nie byłoby to aż tak dziwne[/b] - przytaknęła, bo jakby nie patrzeć to jednak żyły w tym samym mieście, a to potrafiło nieraz się zamykać do wąskiej przestrzeni, gdzie ludzie co jakiś czas ocierali się o siebie, a z innymi z kolei mogli nie mieć jakiegokolwiek związku.
Skinęła głową, gdy tylko usłyszała w jaki sposób Victoria lekko zmieniła jej wypowiedź, dodając swoją perspektywę. No tak. Ona wiedziała najlepiej jak to ująć i w jakim sensie Karrion był inny od tego, co już znała. Zapewne po czymś takim, co przeżyła wciąż analizowała w głowie to czy znowu nie da się załapać w jakąś pułapkę. Przynajmniej Ophelia wyczuwała taki swoisty rodzaj paranoi.
- Biorąc uwagę przez co już przeszłaś to nie jest to absurdalne. Po prostu masz taki mechanizm obronny i musisz przepracować tę traumę - zapewniła ją, bo były to jak najbardziej realne obawy, które nie wynikały z irracjonalnych powodów.
Zapewne jeszcze wiele czasu upłynie nim Tori poczuje się swobodnie między ludźmi. Ważne jednak, aby faktycznie pracowała nad tym, aby jeden człowiek nie zdefiniował całego jej życia. W dodatku w tak okrutny sposób.
- Biorąc pod uwagę, że on spędza w tym domu o wiele więcej czasu ode mnie to na pewno może się czuć jego głównym mieszkańcem - odpowiedziała, bo akurat biorąc pod uwagę to, że potrafiła nieraz wrócić do apartamentu tylko po to, aby zaznać kilku godzin snu to na pewno Hamlet mógł czuć, że ma większe prawo do tego mieszkania.
To dziwne uczucie pewnej pustki czy rozdarcia towarzyszyło jej od naprawdę dawna. Przeszkadzało jej i sprawiało, że nie czuła się kompletna. Starała się to sobie jakoś zrekompensować, ale jedyne, co jej się udawało to wpadać w coraz to nowsze destrukcyjne schematy w pogoni za swoistą przyjemnością. Wiedziała jednak, że w zasadzie to nie tędy wiodła droga. Chociaż w zasadzie jaki był sens życia?
- Coś w tym jest. Tylko jest to głód wiecznie nienasycony, a ja nie wiem w jaki sposób go zaspokoić - przyznała szczerze.
Przez moment skupiała się wyłącznie na herbacie, którą miała przed sobą. Jej łagodny owocowy smak potrafił idealnie wprost podziałać na zszargane nerwy i ukoić wszelkie targające człowiekiem emocje. Właśnie dlatego tak często po nią sięgały, gdy tylko pojawiały się w tym miejscu na studiach. Nawet jeśli aktualnie nie przeżywały żadnych dramatów to wciąż mogły liczyć na coś niezwykle przyjemnego i słodkiego.
- Naprawdę nieźle radzisz sobie ze słowami. Doskonale wiesz jakich użyć. Dlatego nic dziwnego, że zostałaś pisarką - stwierdziła, uśmiechając się, gdy tylko usłyszała jej wypowiedź.
Musiała w końcu przeczytać którąś z jej książek. Nie miała jeszcze pojęcia kiedy znajdzie na to czas, ale z pewnością postara się coś z tym zrobić. W końcu nie mogła pójść kompletnie nieprzygotowana na jej spotkanie autorskie. Tak po prostu nie wypadało.
- Jak sobie życzysz. Od tego czasu będę ci się użalać do woli i będziesz żałowała tego, że mi na to pozwoliłaś - odparła, uśmiechając się w jej stronę, chcąc się z nią jeszcze trochę podroczyć.
Starała się zachować w jakiś sposób pogodę ducha. W końcu widziały się pierwszy raz od tak wielu lat, więc nie wypadało nawet skupiać się zbytnio na jakichkolwiek negatywnych rzeczach. Najważniejsze było o, że w końcu siedziały razem w kawiarni i popijały herbatę jak za starych czasów.
- Oj, to jest naprawdę mocno amatorskie. Poza tym koleżanka, która mnie na to wyciąga kusi winem i przekąskami - zastrzegła od razu, aby Tori miała przynajmniej pełen obraz sytuacji.
Zajmowała się naprawdę wieloma rzeczami, ale było to w pewien sposób powierzchniowe. Nie zamierzała jednak spędzać zbyt wiele czasu na roztrząsaniu tego zagadnienia. Wolała zamiast tego zacząć myśleć nad tym w jaki sposób chciałaby spędzić czas z dawną przyjaciółką.
- Sobota brzmi dobrze. Postaram się zwolnić grafik - obiecała, uśmiechając się szczerze. - Hamlet nie jest zbyt wymagający, więc jakikolwiek smaczek jest mu w stanie przypaść do gustu... Wiesz już, co chciałabyś ugotować?
Mogłaby zaproponować, że mogłyby wspólnie coś upichcić, ale takie atrakcje mogły sobie zostawić na kolejny raz. Chwilowo odpowiadała jej opcja, w której Heffernan po prostu przynosi do jej domu jedzenie, które należało w najlepszym wypadku jedynie podgrzać.

Victoria Heffernan