panic belts, it's red alert
: sob cze 13, 2026 3:21 pm
Zazwyczaj Leo nie upijał się na smutno, wręcz przeciwnie, po alkoholu przypominał raczej śmiesznego, uroczego słodziaka (dlatego tak rzadko pił alkohol, okej?), ale dzisiaj, jak na złość, jak na zawołanie wpadł w bardzo melancholijny nastrój. Słuchał wszystkich mądrości Marshalla, kiwał potulnie głową po każdym jego zdaniu i każdą puentę kwitował kolejnym łykiem whisky. Właśnie wewnętrznie poddawał w wątpliwość swoje istnienie. Eh... no dałeś się wychujać, Rosie. Leo westchnął głośno, jak prawdziwa drama queen. - Od razu wychujać, no... - zaoponował, ale jakoś tak bez przekonania. Z jednej strony wiedział, że potrzebował solidnego opierdolu za lekkomyślne decyzje po alkoholu, ale z drugiej... zrobiło mu się zwyczajnie smutno. I PRZYKRO. Przecież nikt z nich jeszcze nie poznał Luny, nawet on, Leonidas, a już wszyscy zdążyli wydać na nią wyrok śmierci i zrobić z niej wyrachowaną naciągaczkę. Czy naprawdę był aż tak beznadziejnym przypadkiem, że nikt nie wierzył w jego szczęście? Ech. Może i był naiwny, ale przez chwilę był też naprawdę szczęśliwy, że w końcu coś mu się udało osiągnąć w życiu, nawet jeśli była to tylko nieznajoma kobieta przywieziona z Vegas. Weź mi tu nie rycz, Różyczko, bo to spotkanie, które ma na celu opierdolenie ciebie za wpieprzenie się w najgorsze bagno, zmieni się w całkowite opłakiwanie mojego pogrzebu, gdzie ja jeszcze dycham, he?! Leo znowu westchnął i nalał sobie więcej alkoholu. Czy to była właśnie trzecia szklaneczka? Powoli zaczynał tracić rachubę. - Cassie, to nie tak, po prostu mamy bardzo smutne życie - skwitował filozoficznie. Pewnie gdyby jako nastolatek nie zakochał się w motoryzacji, studiowałby filozofię, a potem pisał wiersze. Totalnie.
Na szczęście, atmosfera zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy Caspian wyjął z kieszeni telefon i pokazał Rosenhallowi zdjęcie swojej księżniczki. Taktyczna zmiana tematu, bardzo ładnie. Leo mrugnął kilka razy i przybliżył twarz niebezpiecznie blisko ekranu, ale miał ku temu bardzo poważny powód! Dziewczyna ze zdjęcia była po prostu podobna do jego żony! - A gdzie taką zmajstrowałeś? - ożywił się, a na jego usta w końcu wpełzł długo wyczekiwany uśmiech. - W ogóle obawiam się, że mamy bardzo podobny gust, jeśli chodzi o kobiety... Widzisz to? Ciemne włosy, oczy, pełne usta... Chociaż twoja bardziej przypomina anioła, a moja diablicę - dodał, kiwając głową z uznaniem. No, nareszcie trochę się rozchmurzył! Brunetka Caspiana faktycznie wyglądała jak dystyngowana dama z wyższych sfer, podczas gdy Luna... była... Luną, dla której pobiegłby do ołtarza bez butów, gdyby nie udało mu się ich znaleźć. No ale anyway, już nieważne, bo chwilę później Marshall odpiął płaszcz i wyciągnął torebkę z dwoma skrętami. Leo złożył dłonie jak do modlitwy i wzniósł zachwycone oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, z którego odpadała farba tu i ówdzie. - Na ciebie zawsze można liczyć, Cassie - skomentował, i już wyciągał rączki ku blantom, kiedy - po dwóch szybkich stuknięciach - drzwi gabinetu się otworzyły, a w progu stanęła Flavia. Leo aż podskoczył na fotelu, a jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. - Flavor! - zawołał radośnie, natychmiast wstając (i ignorując chwilowy ból w kolanie), żeby zamknąć ją w braterskim uścisku. - Jak dobrze, że każdy dywanik w tym pensjonacie jest mój - skomentował z rozbawieniem, po czym wrócił na miejsce. Zostawić cię na kilka dni samego… Chociaż bardziej mnie zastanawia, co za wariatka zgodziła się ciebie przygarnąć. Parsknął śmiechem. - Luna Rivera-Rosenhall, tak się teraz nazywa - podpowiedział przyjaciołom, po czym znowu nalał sobie alkoholu do szklanki. Oj, zanosiło się na to, że Rosenhall naprawdę skończy dziś na dywaniku, jak tak dalej pójdzie z tą whisky, padnie i nie wstanie. Upił jeszcze łyczek i zmarszczył brwi, posyłając ciekawskie spojrzenie w stronę Rosendale. - Mówiłem ci, że jest chyba w ciąży? A Cassie się upiera, że ona chce mnie wychujać na hajs - dodał, po czym spojrzał na Flavię ponownie z miną zbitego psa. - Może chociaż ty mi powiesz, że wszystko ze mną w porządku? No weź, Flavor, powiedz, że nie jestem debilem - wyjęczał. Leo był jak muszkieter, wiecie? Tylko że zamiast jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, było LEO NA WSZYSTKICH, WSZYSCY NA LEO! No, przynajmniej jednak coś tam do niego trafiało i wprawiało jego mózg w myślenie, bo powoli zaczynał wątpić w swój osąd, ale... mniejsza z tym, czas przekierować atencję na jedyną kobietę w pomieszczeniu, let's go! Caspian właśnie podał mu zapalonego blanta, więc Leo zaciągnął się mocno, pozwolił, by dym na moment uspokoił jego zszargane nerwy, po czym posłał Flavii kolejne ciekawskie spojrzenie. - A co u tego twojego pilocika, Flavor? - spytał przekornie, po czym z szerokim uśmiechem podał skręta prosto w dłonie brunetki.
𝒻𝓁𝒶𝓋𝑜𝓇
𝒸𝒶𝓈𝓈𝒾𝑒
Na szczęście, atmosfera zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy Caspian wyjął z kieszeni telefon i pokazał Rosenhallowi zdjęcie swojej księżniczki. Taktyczna zmiana tematu, bardzo ładnie. Leo mrugnął kilka razy i przybliżył twarz niebezpiecznie blisko ekranu, ale miał ku temu bardzo poważny powód! Dziewczyna ze zdjęcia była po prostu podobna do jego żony! - A gdzie taką zmajstrowałeś? - ożywił się, a na jego usta w końcu wpełzł długo wyczekiwany uśmiech. - W ogóle obawiam się, że mamy bardzo podobny gust, jeśli chodzi o kobiety... Widzisz to? Ciemne włosy, oczy, pełne usta... Chociaż twoja bardziej przypomina anioła, a moja diablicę - dodał, kiwając głową z uznaniem. No, nareszcie trochę się rozchmurzył! Brunetka Caspiana faktycznie wyglądała jak dystyngowana dama z wyższych sfer, podczas gdy Luna... była... Luną, dla której pobiegłby do ołtarza bez butów, gdyby nie udało mu się ich znaleźć. No ale anyway, już nieważne, bo chwilę później Marshall odpiął płaszcz i wyciągnął torebkę z dwoma skrętami. Leo złożył dłonie jak do modlitwy i wzniósł zachwycone oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, z którego odpadała farba tu i ówdzie. - Na ciebie zawsze można liczyć, Cassie - skomentował, i już wyciągał rączki ku blantom, kiedy - po dwóch szybkich stuknięciach - drzwi gabinetu się otworzyły, a w progu stanęła Flavia. Leo aż podskoczył na fotelu, a jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. - Flavor! - zawołał radośnie, natychmiast wstając (i ignorując chwilowy ból w kolanie), żeby zamknąć ją w braterskim uścisku. - Jak dobrze, że każdy dywanik w tym pensjonacie jest mój - skomentował z rozbawieniem, po czym wrócił na miejsce. Zostawić cię na kilka dni samego… Chociaż bardziej mnie zastanawia, co za wariatka zgodziła się ciebie przygarnąć. Parsknął śmiechem. - Luna Rivera-Rosenhall, tak się teraz nazywa - podpowiedział przyjaciołom, po czym znowu nalał sobie alkoholu do szklanki. Oj, zanosiło się na to, że Rosenhall naprawdę skończy dziś na dywaniku, jak tak dalej pójdzie z tą whisky, padnie i nie wstanie. Upił jeszcze łyczek i zmarszczył brwi, posyłając ciekawskie spojrzenie w stronę Rosendale. - Mówiłem ci, że jest chyba w ciąży? A Cassie się upiera, że ona chce mnie wychujać na hajs - dodał, po czym spojrzał na Flavię ponownie z miną zbitego psa. - Może chociaż ty mi powiesz, że wszystko ze mną w porządku? No weź, Flavor, powiedz, że nie jestem debilem - wyjęczał. Leo był jak muszkieter, wiecie? Tylko że zamiast jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, było LEO NA WSZYSTKICH, WSZYSCY NA LEO! No, przynajmniej jednak coś tam do niego trafiało i wprawiało jego mózg w myślenie, bo powoli zaczynał wątpić w swój osąd, ale... mniejsza z tym, czas przekierować atencję na jedyną kobietę w pomieszczeniu, let's go! Caspian właśnie podał mu zapalonego blanta, więc Leo zaciągnął się mocno, pozwolił, by dym na moment uspokoił jego zszargane nerwy, po czym posłał Flavii kolejne ciekawskie spojrzenie. - A co u tego twojego pilocika, Flavor? - spytał przekornie, po czym z szerokim uśmiechem podał skręta prosto w dłonie brunetki.
𝒻𝓁𝒶𝓋𝑜𝓇
𝒸𝒶𝓈𝓈𝒾𝑒