a soulmate who wasn't meant to be
: czw kwie 16, 2026 1:37 pm
Czym był kolejny sekret w morzu wszystkich innych?
Mercer już uważała go za najgorszego, jej zdanie o nim już sięgnęło dna i nie mogło spaść niżej. Mógłby powiedzieć wszystko, mógłby odsłonić ostatnie karty, które leżały przed nimi na stole. Mógłby powiedzieć jej co z r o b i ł.
Ale ta sama cząstka, która zawsze zatrzymywała go przed zdradzeniem czegoś trudnego, nie wyłączyła się pod wpływem nienawistnych słów rzucanych w jego stronę. Wręcz przeciwnie, sprawiła, że jego buty mocniej wbiły się w ziemię, mocniej trzymały go w miejscu, nie pozwalając na ruszenie się w żadnym z kierunków w ten uparty sposób.
Nigdy nie wypowiedział tych słów głośno.
A teraz też nie musiał.
Jej nagłe słowa przedarły się przez kłębowisko splątanych myśli z impetem, którego się nie spodziewał. Odbiły się zaskoczeniem w jego mimice, nad którym nie potrafił zapanować, które wpełzło do jego mimiki niezaproszone. Spodziewał się, że będzie go nienawidzić, nie spodziewał się jednak t e g o.
Każde z jej oskarżeń odwijało kolejną warstwę, którą pieczołowicie otaczał się przez ostatnie dwa lata. Ujawniało schowane pod spodem, ropiejące wnętrze, którego unikał, nigdy nie kierując tam wzroku. Spychało go z piedestału, na który się wznosił - będąc ponad Mimmo's i tkwiących tam ludzi, ponad tych wszystkich nieposiadających odznaki, jakby ten przedmiot dawał mu jakąkolwiek przewagę.
Każde jej słowo utwierdzało go w przekonaniu, że to był k o n i e c.
Że jej wściekłość i furia nie były powierzchowne, nie były emocją, która przeminie, gdy odpowiednia ilość czasu ukoi jej złość. Że nie była w stanie patrzeć na niego przez pryzmat bliskości, która ich łączyła, tych wszystkich wyznań, które opuściły jego usta. Że nie widziała w nim już człowieka, którego pokochała, ponieważ ten człowiek nigdy nie istniał.
I był gotów się odsunąć.
Odwrócić i ruszyć do wyjścia, wiedząc, że najlepszym, co mógł zrobić, było usunięcie się z jej otoczenia. Nie pragnął walczyć o swoje dobre imię, nie próbował bronić się przed jej oskarżeniami ponieważ w głębi duszy wiedział, że miała rację. Że w niczym nie różnił się od tych, dla których pracował - że być może był od nich gorszy, wciąż pojawiając się w pracy, wciąż nosząc odznakę, z którą próbował przeciwdziałać wszystkim, wyrządzonym przez siebie krzywdom.
Ale wtedy jej wściekłość obrała zupełnie inny tor.
Jego rysy wyostrzyły się gdy słyszał jej prowokacyjne słowa, z których każde, zamiast ciąć, zamiast zostawiać po sobie otwarte rany, utwardzały coś w jego wnętrzu. Prostowały jego wcześniej pochylone barki, usztywniały ciało wcześniej złamanego człowieka z pomocą furii, którą go zarażała.
Tak samo jak z Sophie.
Krok zaniósł go w jej stronę niemal natychmiast, w tym wyrazie gwałtowności, której nie potrafił zatrzymać. Już wcześniej stali blisko, teraz jednak przestrzeń między nimi straciła na wszelkim znaczeniu. Nie po tym, co powiedziała, co zapłonęło w jego wnętrzu nienawiścią - tą samą, która ziała teraz z jej oczu.
Tą, która przykrywała wszystko inne, co do niej czuł.
- Nic ci się nie stanie, Margo - odpowiedział, chłód w jego głosie jeszcze nie zdradzał kotłującej się wewnątrz furii. Nachylił się w stronę kobiety, chwycił jej nadgarstki jeśli próbowała go odepchnąć, w bezczelny sposób wykorzystując przewagę swojej siły by na to jej nie pozwolić. - Wiesz dlaczego?
Nienawiść wykrzywiała jej mimikę w sposób, którego nie znał, czyniąc jej oblicze obcym. A jednak wiedział, że pod nią, chowała się kobieta, którą kochał. Dla której zrobiłby wszystko. Nawet, jeśli miałoby to ją złamać.
- Ponieważ wyciągnę Morettiego z więzienia - wycedził, nie odrywając wzroku od jej tęczówek, pragnąc, by każde z jej słów wyryło się w jej podświadomości. - Zrobię wszystko, czego będzie ode mnie chciał Carbone, ponieważ teraz ma ciebie.
Kartę przetargową, dzięki której nie będzie mógł odmówić. Większą niż ta, którą dyndał przed jego oczami dotychczas. Jego własny los i potencjał wylądowania w więzieniu miał pewne ograniczenia - były rzeczy, na które nawet jego skrzywiona moralność nie mogła pozwolić. Rzeczy, których nie zrobiłby, gdyby ryzykował wyłącznie sobą.
- Każda osoba, która na tym ucierpi, będzie na twoich rękach. - jego dłoń zacisnęła się mocniej na kobiecym nadgarstku, nie pozwalając jej uciec od tej chwili, ciężaru słów, które wypływały z jego ust. - Tak długo, jak będziesz trzymać mnie na wolności, wszystko co zrobię będzie twoją odpowiedzialnością.
margo mercer
Mercer już uważała go za najgorszego, jej zdanie o nim już sięgnęło dna i nie mogło spaść niżej. Mógłby powiedzieć wszystko, mógłby odsłonić ostatnie karty, które leżały przed nimi na stole. Mógłby powiedzieć jej co z r o b i ł.
Ale ta sama cząstka, która zawsze zatrzymywała go przed zdradzeniem czegoś trudnego, nie wyłączyła się pod wpływem nienawistnych słów rzucanych w jego stronę. Wręcz przeciwnie, sprawiła, że jego buty mocniej wbiły się w ziemię, mocniej trzymały go w miejscu, nie pozwalając na ruszenie się w żadnym z kierunków w ten uparty sposób.
Nigdy nie wypowiedział tych słów głośno.
A teraz też nie musiał.
Jej nagłe słowa przedarły się przez kłębowisko splątanych myśli z impetem, którego się nie spodziewał. Odbiły się zaskoczeniem w jego mimice, nad którym nie potrafił zapanować, które wpełzło do jego mimiki niezaproszone. Spodziewał się, że będzie go nienawidzić, nie spodziewał się jednak t e g o.
Każde z jej oskarżeń odwijało kolejną warstwę, którą pieczołowicie otaczał się przez ostatnie dwa lata. Ujawniało schowane pod spodem, ropiejące wnętrze, którego unikał, nigdy nie kierując tam wzroku. Spychało go z piedestału, na który się wznosił - będąc ponad Mimmo's i tkwiących tam ludzi, ponad tych wszystkich nieposiadających odznaki, jakby ten przedmiot dawał mu jakąkolwiek przewagę.
Każde jej słowo utwierdzało go w przekonaniu, że to był k o n i e c.
Że jej wściekłość i furia nie były powierzchowne, nie były emocją, która przeminie, gdy odpowiednia ilość czasu ukoi jej złość. Że nie była w stanie patrzeć na niego przez pryzmat bliskości, która ich łączyła, tych wszystkich wyznań, które opuściły jego usta. Że nie widziała w nim już człowieka, którego pokochała, ponieważ ten człowiek nigdy nie istniał.
I był gotów się odsunąć.
Odwrócić i ruszyć do wyjścia, wiedząc, że najlepszym, co mógł zrobić, było usunięcie się z jej otoczenia. Nie pragnął walczyć o swoje dobre imię, nie próbował bronić się przed jej oskarżeniami ponieważ w głębi duszy wiedział, że miała rację. Że w niczym nie różnił się od tych, dla których pracował - że być może był od nich gorszy, wciąż pojawiając się w pracy, wciąż nosząc odznakę, z którą próbował przeciwdziałać wszystkim, wyrządzonym przez siebie krzywdom.
Ale wtedy jej wściekłość obrała zupełnie inny tor.
Jego rysy wyostrzyły się gdy słyszał jej prowokacyjne słowa, z których każde, zamiast ciąć, zamiast zostawiać po sobie otwarte rany, utwardzały coś w jego wnętrzu. Prostowały jego wcześniej pochylone barki, usztywniały ciało wcześniej złamanego człowieka z pomocą furii, którą go zarażała.
Tak samo jak z Sophie.
Krok zaniósł go w jej stronę niemal natychmiast, w tym wyrazie gwałtowności, której nie potrafił zatrzymać. Już wcześniej stali blisko, teraz jednak przestrzeń między nimi straciła na wszelkim znaczeniu. Nie po tym, co powiedziała, co zapłonęło w jego wnętrzu nienawiścią - tą samą, która ziała teraz z jej oczu.
Tą, która przykrywała wszystko inne, co do niej czuł.
- Nic ci się nie stanie, Margo - odpowiedział, chłód w jego głosie jeszcze nie zdradzał kotłującej się wewnątrz furii. Nachylił się w stronę kobiety, chwycił jej nadgarstki jeśli próbowała go odepchnąć, w bezczelny sposób wykorzystując przewagę swojej siły by na to jej nie pozwolić. - Wiesz dlaczego?
Nienawiść wykrzywiała jej mimikę w sposób, którego nie znał, czyniąc jej oblicze obcym. A jednak wiedział, że pod nią, chowała się kobieta, którą kochał. Dla której zrobiłby wszystko. Nawet, jeśli miałoby to ją złamać.
- Ponieważ wyciągnę Morettiego z więzienia - wycedził, nie odrywając wzroku od jej tęczówek, pragnąc, by każde z jej słów wyryło się w jej podświadomości. - Zrobię wszystko, czego będzie ode mnie chciał Carbone, ponieważ teraz ma ciebie.
Kartę przetargową, dzięki której nie będzie mógł odmówić. Większą niż ta, którą dyndał przed jego oczami dotychczas. Jego własny los i potencjał wylądowania w więzieniu miał pewne ograniczenia - były rzeczy, na które nawet jego skrzywiona moralność nie mogła pozwolić. Rzeczy, których nie zrobiłby, gdyby ryzykował wyłącznie sobą.
- Każda osoba, która na tym ucierpi, będzie na twoich rękach. - jego dłoń zacisnęła się mocniej na kobiecym nadgarstku, nie pozwalając jej uciec od tej chwili, ciężaru słów, które wypływały z jego ust. - Tak długo, jak będziesz trzymać mnie na wolności, wszystko co zrobię będzie twoją odpowiedzialnością.
margo mercer