Braci się nie traci...?
: sob kwie 11, 2026 11:59 pm
Santiago zaśmiał się na stwierdzenie, że Sergio kazałby Salazarowi meldować się z ewentualnego szpitala, żeby udowodnić, że nie jest na jakichś Bahamach. Tak, tego typu numer byłby w stylu również starego Tiago, choć obecnie nawet nie myślał o tym, żeby wybywać gdzieś z tamtego szpitala - uznał, że jak już tam pojedzie, skoro się zgodził, to czystą głupotą byłoby uciekanie stamtąd i jedynie udawanie, że tam nie siedzi. To już lepiej byłoby w ogóle się na to nie zgadzać. Ale odczuwał coraz większą niechęć przed tym wyjazdem po prostu dlatego, że bał się tego, co tam usłyszy. Jednocześnie też miał silne postanowienie, że tam pojedzie i zostanie, bo jeśli istniał choć cień szansy na zahamowanie choroby, to chciał tę szansę wykorzystać.
Zerknął na odstawioną szklankę brata, również stwierdzając, że chyba za szybko pije, ale nie odstawił swojego naczynia. Obrócił je tylko w palcach, starając się nie wlać znów płynu w swoje usta i nie upić się za szybko.
Teraz już nie był zły na Sala, więc jego dotyk raczej dodał mu otuchy i wręcz zrobiło mu się nieco przykro, kiedy jego dłoń się cofnęła. Przez jego myśl przemknęły wspomnienia z dzieciństwa, kiedy przychodził do Salazara się wyżalić ze swoich bolączek - jeszcze za czasów, kiedy w ogóle to robił - i wtulał się w niego, co zawsze przynosiło mu ulgę i poczucie bezpieczeństwa. Teraz też miał ochotę zniknąć w jego ramionach i usłyszeć zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
Z tych myśli jednak wyrwało go pytanie Sala o ślub. Tiago zamrugał zaskoczony, parząc na Martineza wielkimi oczami.
- Yyy... nie wiem - poczuł, że robi mu się gorąco, a na policzki chyba wypełza rumieniec - Nie rozmawialiśmy o tym - podrapał się w głowę, zakłopotany, po czym jednak wziął kolejny łyk whisky - Nie wiem, czy jestem żonaty, skoro oficjalnie nie żyję. I... nie wiem, czy on by tego chciał. No i nie jestem pewien, czy ja się w ogóle do tego nadaję - za każdym razem po ślubie wszystko brało w łeb...
Westchnął ciężko i odwrócił głowę, wysuwając nerwowo szczękę do przodu.
- Nie wiem, czy branie kolejnego ślubu byłoby z mojej strony rozsądne. Nie chcę, żeby ten związek się spieprzył.
Salazar Martinez
Zerknął na odstawioną szklankę brata, również stwierdzając, że chyba za szybko pije, ale nie odstawił swojego naczynia. Obrócił je tylko w palcach, starając się nie wlać znów płynu w swoje usta i nie upić się za szybko.
Teraz już nie był zły na Sala, więc jego dotyk raczej dodał mu otuchy i wręcz zrobiło mu się nieco przykro, kiedy jego dłoń się cofnęła. Przez jego myśl przemknęły wspomnienia z dzieciństwa, kiedy przychodził do Salazara się wyżalić ze swoich bolączek - jeszcze za czasów, kiedy w ogóle to robił - i wtulał się w niego, co zawsze przynosiło mu ulgę i poczucie bezpieczeństwa. Teraz też miał ochotę zniknąć w jego ramionach i usłyszeć zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
Z tych myśli jednak wyrwało go pytanie Sala o ślub. Tiago zamrugał zaskoczony, parząc na Martineza wielkimi oczami.
- Yyy... nie wiem - poczuł, że robi mu się gorąco, a na policzki chyba wypełza rumieniec - Nie rozmawialiśmy o tym - podrapał się w głowę, zakłopotany, po czym jednak wziął kolejny łyk whisky - Nie wiem, czy jestem żonaty, skoro oficjalnie nie żyję. I... nie wiem, czy on by tego chciał. No i nie jestem pewien, czy ja się w ogóle do tego nadaję - za każdym razem po ślubie wszystko brało w łeb...
Westchnął ciężko i odwrócił głowę, wysuwając nerwowo szczękę do przodu.
- Nie wiem, czy branie kolejnego ślubu byłoby z mojej strony rozsądne. Nie chcę, żeby ten związek się spieprzył.
Salazar Martinez