if we never make it, at least we can say we died trying
: pn kwie 13, 2026 5:10 pm
Przycisnęła palce do nasady nosa i westchnęła cicho, nastawiając się psychicznie na przybycie rodziców. Państwo Darling zawsze byli dobrzy. Autentycznie niewymuszenie dobrzy. Kochani, obecni, troskliwi. Może nawet aż za bardzo. Zwłaszcza ojciec. Matka, jako lekarz, potrafiła spojrzeć na podobne sytuacje z większym spokojem. Pan Darling natomiast siał niepotrzebną panikę, a w jego oczach każde podobne zdarzenie brzmiało jak zapowiedź końca świata. To wspaniałe, że tak martwił się o swoją jedynaczkę, ale czy nie lepiej radować się z faktu, że Teddy po prostu żyje?
— Zaraz? — spojrzała na wiszący na ścianie zegar z nadzieją, że ma jednak więcej czasu, żeby przygotować się na konfrontację. Może utkną w korku? Albo poprosi lekarza, żeby jednak ich nie wpuszczał. Jak widać, Teddy też zachowywała się jak piętnastolatka, która bała się, że dostanie opierdol. W takich momentach cykała się bardziej niż kiedy pierwszy raz przyszła do domu po grubo zakrapianej imprezie.
Spojrzała na April z pobłażliwym rozbawieniem. Czy ona siebie słyszała? Ależ ona była durna. Momentami wręcz imponująco durna! Darling ostatnie, o czym w tej chwili myślała, to jakieś tajemnicze lekarki, które - zupełnie przypadkiem, rzecz jasna - mogłyby się potknąć i wylądować prosto w jej szpitalnym wyrze. Bez przesady. Już prędzej obstawiłaby, że to Finch wpadłaby tu z jakimś kompletnie bezczelnym pretekstem, tylko po to, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Na razie wokół Teddy skakali jedynie sami mężczyźni, w tym wspomniany przez April doktor buc. Może wkrótce los okaże się łaskawy i na oddziale pojawi się w końcu jakaś sympatyczna pielęgniarka, która będzie pilnować, czy dzielna strażaczka grzecznie łyka wszystkie leki i nie próbuje kombinować. Wtedy przynajmniej obie miałyby na czym zawiesić oko.
— Jakich powikłaniach? — wsparła się na jednej ręce, robiąc przy tym wielkie oczy. Co to w ogóle znaczyło? Już do końca życia będzie miała niesprawną rękę i nie pozwolą jej wrócić do pracy? — Nawet tak nie mów — ściągnęła brwi, uznając to za bardzo głupi żart. — Sam jest powikłaniem — skomentowała jeszcze z nadąsaną miną, bo co ten lekarz próbował zrobić? Przestraszyć jej dziewczynę? Skończony pajac.
Szybko jednak naburmuszenie zamieniła na uśmiech. Dobrze, że wyglądała tak dobrze, pomimo boleści i siniaków, które pewnie piętrzyły się jeden na drugim pod szpitalną pidżamą. Właśnie, Finch będzie musiała jej przywieźć jakieś rzeczy, nie może tak przecież paradować po oddziale w tych łachmanach! Wtedy to już na pewno nie poderwie żadnej lekarki.
Wyznanie miłości zawiązało jej żołądek w ciasny supeł. Tak było za każdym razem, gdy April mówiła, że ją kocha. W jednej chwili czuła się, jakby mogła przenosić góry. Dosłownie! Miała ochotę wyrwać z siebie wszystkie te rurki, podnieść się wbrew rozsądkowi, wziąć ją w ramiona i po prostu zabrać do domu. Ale zaraz potem przyszło otrzeźwienie. Teddy uświadomiła sobie, ile strachu musiała jej napędzić. Czuła się przez to zwyczajnie paskudnie.
— Wiem — powiedziała cicho, przymykając oczy pod wpływem ciepłych ust, które musnęły dłoń. — Ja ciebie też. Najbardziej. Och, April — wyciągnęła rękę, żeby pogładzić ją po policzku i spojrzała jej prosto w oczy. — Przepraszam. Nie chciałam cię postawić w takiej sytuacji — wyznała szczerze. Niby Finch od lat wiedziała, z czym wiąże się jej praca, jednak nie dało się nie zauważyć, że teraz przeżywała wszystko ze zdwojoną mocą. — To była chwila, nie zdążyłam nic zrobić, a chłopaki mówili, żeby się nie wygłupiała... Właśnie, co z nimi? — zapytała, zerkając w kierunku drzwi. Czekali? Obwiniali bez powodu? Wściekali się, że wyrwała się przez szereg jak jakaś amatorka?
nie chcę apteki, chcę, żeby tu została dni, godziny
— Zaraz? — spojrzała na wiszący na ścianie zegar z nadzieją, że ma jednak więcej czasu, żeby przygotować się na konfrontację. Może utkną w korku? Albo poprosi lekarza, żeby jednak ich nie wpuszczał. Jak widać, Teddy też zachowywała się jak piętnastolatka, która bała się, że dostanie opierdol. W takich momentach cykała się bardziej niż kiedy pierwszy raz przyszła do domu po grubo zakrapianej imprezie.
Spojrzała na April z pobłażliwym rozbawieniem. Czy ona siebie słyszała? Ależ ona była durna. Momentami wręcz imponująco durna! Darling ostatnie, o czym w tej chwili myślała, to jakieś tajemnicze lekarki, które - zupełnie przypadkiem, rzecz jasna - mogłyby się potknąć i wylądować prosto w jej szpitalnym wyrze. Bez przesady. Już prędzej obstawiłaby, że to Finch wpadłaby tu z jakimś kompletnie bezczelnym pretekstem, tylko po to, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Na razie wokół Teddy skakali jedynie sami mężczyźni, w tym wspomniany przez April doktor buc. Może wkrótce los okaże się łaskawy i na oddziale pojawi się w końcu jakaś sympatyczna pielęgniarka, która będzie pilnować, czy dzielna strażaczka grzecznie łyka wszystkie leki i nie próbuje kombinować. Wtedy przynajmniej obie miałyby na czym zawiesić oko.
— Jakich powikłaniach? — wsparła się na jednej ręce, robiąc przy tym wielkie oczy. Co to w ogóle znaczyło? Już do końca życia będzie miała niesprawną rękę i nie pozwolą jej wrócić do pracy? — Nawet tak nie mów — ściągnęła brwi, uznając to za bardzo głupi żart. — Sam jest powikłaniem — skomentowała jeszcze z nadąsaną miną, bo co ten lekarz próbował zrobić? Przestraszyć jej dziewczynę? Skończony pajac.
Szybko jednak naburmuszenie zamieniła na uśmiech. Dobrze, że wyglądała tak dobrze, pomimo boleści i siniaków, które pewnie piętrzyły się jeden na drugim pod szpitalną pidżamą. Właśnie, Finch będzie musiała jej przywieźć jakieś rzeczy, nie może tak przecież paradować po oddziale w tych łachmanach! Wtedy to już na pewno nie poderwie żadnej lekarki.
Wyznanie miłości zawiązało jej żołądek w ciasny supeł. Tak było za każdym razem, gdy April mówiła, że ją kocha. W jednej chwili czuła się, jakby mogła przenosić góry. Dosłownie! Miała ochotę wyrwać z siebie wszystkie te rurki, podnieść się wbrew rozsądkowi, wziąć ją w ramiona i po prostu zabrać do domu. Ale zaraz potem przyszło otrzeźwienie. Teddy uświadomiła sobie, ile strachu musiała jej napędzić. Czuła się przez to zwyczajnie paskudnie.
— Wiem — powiedziała cicho, przymykając oczy pod wpływem ciepłych ust, które musnęły dłoń. — Ja ciebie też. Najbardziej. Och, April — wyciągnęła rękę, żeby pogładzić ją po policzku i spojrzała jej prosto w oczy. — Przepraszam. Nie chciałam cię postawić w takiej sytuacji — wyznała szczerze. Niby Finch od lat wiedziała, z czym wiąże się jej praca, jednak nie dało się nie zauważyć, że teraz przeżywała wszystko ze zdwojoną mocą. — To była chwila, nie zdążyłam nic zrobić, a chłopaki mówili, żeby się nie wygłupiała... Właśnie, co z nimi? — zapytała, zerkając w kierunku drzwi. Czekali? Obwiniali bez powodu? Wściekali się, że wyrwała się przez szereg jak jakaś amatorka?
nie chcę apteki, chcę, żeby tu została dni, godziny