unnecessary comment
: wt kwie 21, 2026 11:24 pm
— Dobrze - odparła chłodno, jeszcze przez kilka sekund mierząc go spojrzeniem. W duchu myślała tylko o tym, że gdyby miał trochę oleju w głowie, w końcu przestałby ją prowokować, bo nie miała pewności, ile była jeszcze w stanie trzymać swoje emocje w ryzach. Jednocześnie przebiegło jej przez myśl, czy zawsze lubił sobie igrać z ogniem? Odkąd pojawił się w firmie, wiedziała, że powinna na niego uważać. Ociekał arogancją, obok której nie potrafiła przejść obojętnie, nie bez powodu więc wolała współpracować z jego kolegą po fachu, niż z nim. Jeśli już dochodziło między nią a Markiem do takich starć słownych, pochłaniały całą jej energię, nieustannie podtrzymując w jej żyłach wysokie ciśnienie.
Tym razem nie było inaczej, dlatego ostatecznie na jego żart i późniejszą wzmiankę o slajdach pokręciła tylko głową z dezaprobatą. Nie czuła potrzeby dalej się z nim sprzeczać, bo ostatecznie i tak wygrała. Choć czy wygraną można było nazwać współpracę po godzinach?
Nic więc dziwnego, że potrzebowała oddechu na świeżym, nieco chłodnym powietrzu, który pozwoliłby odzyskać jej zachwianą przez mężczyznę równowagę. Liczyła na to, że zmiana otoczenia, spokój i odgłosy słyszanego z dachu zgiełku miasta zniwelują napięcie w barkach i szczęce, do tej pory zaciskanej nerwowo na samą myśl o człowieku, który doprowadzał ją do szału. Niestety, myliła się.
Na insynuacje Marka na temat doświadczenia tego, co dawał klientkom aż parsknęła śmiechem, ale dopiero na wspomnienie o zazdrości na moment uniosła wysoko brwi w niedowierzaniu, by zaraz pokręcić głową z rozbawieniem.
— Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie, Rosenhall - skwitowała, lustrując go spojrzeniem, które zatrzymało się odrobinę dłużej na odpinającym się guziku jego koszuli. Powróciła wzrokiem w jego brązowe oczy. - Nie mam żadnych powodów, by być zazdrosną o Twoje klientki, bo nie dorastają mi do pięt. One się sprzedają, ja nie muszę - dodała, unosząc wysoko brodę z prowokacyjnym błyskiem w oku. Przez głowę przebiegła jej intrygująca myśl - czy chciał, żeby była zazdrosna? Bez względu na to, co też w tym momencie chodziło po głowie bruneta, nie zamierzała mu udowadniać swojej wartości, czując się po prostu lepszą od każdej, która przekraczała próg jego biura.
— Acha, najpierw voucher na masaż, potem podwyżka i co jeszcze? - ściągnęła brwi z politowaniem. - Nie jestem fundacją charytatywną - stwierdziła, przewracając przy tym oczami, na końcu języka mając uwagę, że dziwiło ją, iż nie potrafił poprosić o masaż którejś swojej klientki. W porę się jednak ugryzła, upominając się w myślach, że dalsze brnięcie w temat jego klientek rzeczywiście nie miało najmniejszego sensu. To ją przecież nie ruszało, prawda?
Jego poważny i nieco nawet ostrożny ton sprawił, że przez chwilę spojrzała na niego w zastanowieniu, czy on się czegoś z jej strony obawiał? Właściwie nie powinna być zdziwiona, skoro jeszcze chwilę temu podczas spotkania uciszyła go, przypominając o tym, z kim miał do czynienia.
— Nadal nie sądzę, żeby prezentacja na Twój temat wydała mi się wystarczająco absorbująca, żeby zajmować sobie nią głowę - rzuciła z nieznacznym rozbawieniem widocznym w kącikach jej ust, kiedy wzruszyła niedbale ramionami. Spoglądała na niego bystrym wzrokiem, będąc niezmiernie ciekawą jego reakcji, bo wcześniejsza rozmowa na jego temat, pełna aluzji i niedopowiedzeń, wydawała jej się w niego uderzyć. Musiała przyznać, że nie potrafiła oprzeć się przed tą próbą prowokacji.
— Czyli dla mnie już nie trzeba? - Uniosła wysoko brew, wbijając w niego oczekujące spojrzenie. Zakopanie toporu wojennego nie oznaczało, że zapomni o tym, jak potraktował ją przy wszystkich w konferencyjnej. W zasadzie nie musiał być dla niej uprzejmy, wystarczyłoby, gdyby w sytuacjach takich, jak tamta, ugryzł się w ten swój długi język.
— Nazwałabym to raczej sknerstwem - parsknęła śmiechem, choć tym razem w jej głosie na próżno było słuchać wcześniejszej zjadliwości. Jego zachowanie nie miało nic wspólnego z troską, ale z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że sama skłoniła go do oddania jej swojego papierosa.
Na wspomnienie o jedzeniu aż przygryzła dolną wargę, żeby powstrzymać wstępujący na jej twarz szerszy uśmiech. Dobrego jedzenia nigdy nie odmawiała.
— Obym się nie zawiodła - odparła w zamian, zanim zbliżyła się do mężczyzny, by w kilku zdecydowanych ruchach zamienić się fajkami. Patrzyła na jego osłupienie z rosnącą satysfakcją, a na jego parsknięcie przekrzywiła nieznacznie głowę na bok. - Czy ja się śmieję? - zapytała niewinnie, ale uniesiona zaczepnie brew świadczyła o tym, że czekała na jego kolej.
Zdążyła raz zaciągnąć się nowym papierosem, gdy Mark złapał ją za nadgarstek. Zaskoczona tym nagłym, pewnym siebie odruchem wydała z siebie ciche westchnienie, a po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz. Gdy pochylił się w jej stronę, znów poczuła zapach jego nieznośnie intensywnych perfum pomieszanych z dymem tytoniowym. Jego bliskość i sposób, w jaki gorąca dłoń zaciskała się na jej nadgarstku, a oddech drażnił skórę jej dłoni, sprawiały, że powietrze między nimi zgęstniało. Przez cały ten czas tylko obserwowała go, bijąc się z myślami, co powinna zrobić, bo nagle nie chciała od niego już tylko fajki. Obecna gra stawała się niebezpieczna, a przecież mieli przed sobą jeszcze cały wieczór.
— Skąpiec - mruknęła, patrząc na niego spod zmrużonych oczu z czającym się w kącikach ust rozbawieniem, aż ostatecznie ją puścił.
Mark Rosenhall
Tym razem nie było inaczej, dlatego ostatecznie na jego żart i późniejszą wzmiankę o slajdach pokręciła tylko głową z dezaprobatą. Nie czuła potrzeby dalej się z nim sprzeczać, bo ostatecznie i tak wygrała. Choć czy wygraną można było nazwać współpracę po godzinach?
Nic więc dziwnego, że potrzebowała oddechu na świeżym, nieco chłodnym powietrzu, który pozwoliłby odzyskać jej zachwianą przez mężczyznę równowagę. Liczyła na to, że zmiana otoczenia, spokój i odgłosy słyszanego z dachu zgiełku miasta zniwelują napięcie w barkach i szczęce, do tej pory zaciskanej nerwowo na samą myśl o człowieku, który doprowadzał ją do szału. Niestety, myliła się.
Na insynuacje Marka na temat doświadczenia tego, co dawał klientkom aż parsknęła śmiechem, ale dopiero na wspomnienie o zazdrości na moment uniosła wysoko brwi w niedowierzaniu, by zaraz pokręcić głową z rozbawieniem.
— Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie, Rosenhall - skwitowała, lustrując go spojrzeniem, które zatrzymało się odrobinę dłużej na odpinającym się guziku jego koszuli. Powróciła wzrokiem w jego brązowe oczy. - Nie mam żadnych powodów, by być zazdrosną o Twoje klientki, bo nie dorastają mi do pięt. One się sprzedają, ja nie muszę - dodała, unosząc wysoko brodę z prowokacyjnym błyskiem w oku. Przez głowę przebiegła jej intrygująca myśl - czy chciał, żeby była zazdrosna? Bez względu na to, co też w tym momencie chodziło po głowie bruneta, nie zamierzała mu udowadniać swojej wartości, czując się po prostu lepszą od każdej, która przekraczała próg jego biura.
— Acha, najpierw voucher na masaż, potem podwyżka i co jeszcze? - ściągnęła brwi z politowaniem. - Nie jestem fundacją charytatywną - stwierdziła, przewracając przy tym oczami, na końcu języka mając uwagę, że dziwiło ją, iż nie potrafił poprosić o masaż którejś swojej klientki. W porę się jednak ugryzła, upominając się w myślach, że dalsze brnięcie w temat jego klientek rzeczywiście nie miało najmniejszego sensu. To ją przecież nie ruszało, prawda?
Jego poważny i nieco nawet ostrożny ton sprawił, że przez chwilę spojrzała na niego w zastanowieniu, czy on się czegoś z jej strony obawiał? Właściwie nie powinna być zdziwiona, skoro jeszcze chwilę temu podczas spotkania uciszyła go, przypominając o tym, z kim miał do czynienia.
— Nadal nie sądzę, żeby prezentacja na Twój temat wydała mi się wystarczająco absorbująca, żeby zajmować sobie nią głowę - rzuciła z nieznacznym rozbawieniem widocznym w kącikach jej ust, kiedy wzruszyła niedbale ramionami. Spoglądała na niego bystrym wzrokiem, będąc niezmiernie ciekawą jego reakcji, bo wcześniejsza rozmowa na jego temat, pełna aluzji i niedopowiedzeń, wydawała jej się w niego uderzyć. Musiała przyznać, że nie potrafiła oprzeć się przed tą próbą prowokacji.
— Czyli dla mnie już nie trzeba? - Uniosła wysoko brew, wbijając w niego oczekujące spojrzenie. Zakopanie toporu wojennego nie oznaczało, że zapomni o tym, jak potraktował ją przy wszystkich w konferencyjnej. W zasadzie nie musiał być dla niej uprzejmy, wystarczyłoby, gdyby w sytuacjach takich, jak tamta, ugryzł się w ten swój długi język.
— Nazwałabym to raczej sknerstwem - parsknęła śmiechem, choć tym razem w jej głosie na próżno było słuchać wcześniejszej zjadliwości. Jego zachowanie nie miało nic wspólnego z troską, ale z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że sama skłoniła go do oddania jej swojego papierosa.
Na wspomnienie o jedzeniu aż przygryzła dolną wargę, żeby powstrzymać wstępujący na jej twarz szerszy uśmiech. Dobrego jedzenia nigdy nie odmawiała.
— Obym się nie zawiodła - odparła w zamian, zanim zbliżyła się do mężczyzny, by w kilku zdecydowanych ruchach zamienić się fajkami. Patrzyła na jego osłupienie z rosnącą satysfakcją, a na jego parsknięcie przekrzywiła nieznacznie głowę na bok. - Czy ja się śmieję? - zapytała niewinnie, ale uniesiona zaczepnie brew świadczyła o tym, że czekała na jego kolej.
Zdążyła raz zaciągnąć się nowym papierosem, gdy Mark złapał ją za nadgarstek. Zaskoczona tym nagłym, pewnym siebie odruchem wydała z siebie ciche westchnienie, a po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz. Gdy pochylił się w jej stronę, znów poczuła zapach jego nieznośnie intensywnych perfum pomieszanych z dymem tytoniowym. Jego bliskość i sposób, w jaki gorąca dłoń zaciskała się na jej nadgarstku, a oddech drażnił skórę jej dłoni, sprawiały, że powietrze między nimi zgęstniało. Przez cały ten czas tylko obserwowała go, bijąc się z myślami, co powinna zrobić, bo nagle nie chciała od niego już tylko fajki. Obecna gra stawała się niebezpieczna, a przecież mieli przed sobą jeszcze cały wieczór.
— Skąpiec - mruknęła, patrząc na niego spod zmrużonych oczu z czającym się w kącikach ust rozbawieniem, aż ostatecznie ją puścił.
Mark Rosenhall