Strona 2 z 2

you are a waste of time and a waste of space

: czw kwie 23, 2026 12:01 pm
autor: babe seaton
Frustrowało ją od środka to, że została postawiona w sytuacji, w której musiała współpracować z kimś tak diametralnie różnym od niej. Już na starcie założyła, że to się nie uda, a w jej głowie ten scenariusz od początku był skazany na porażkę. Babe była przekonana, że z Laroche nie mają absolutnie nic wspólnego. Inne podejście do pracy, inne tempo, inne priorytety, a do tego sposób bycia, który działał jej na nerwy jeszcze zanim zdążyli się dobrze poznać. Nie dawała sobie nawet przestrzeni na to, żeby sprawdzić, czy może jednak coś da się między nimi zbudować. Najbardziej irytowało ją to, że nie miała na to wpływu. Gdyby mogła, po prostu trzymałaby się od niej z daleka, ale sytuacja zmuszała ją do kontaktu. Może dlatego Tom i Vinnie stwierdzili, że te dwie idealnie wpasują się w role Zefiry i Liry Venn? Celowo chcieli zestawić dwa różne charaktery, bo właśnie tak różne były od siebie bohaterki animacji. Zamysł był niezły, ale Seaton i tak nie potrafiła zmienić swojego podejścia, choć w głębi wiedziała, że to nie pomaga. Łatwiej było trzymać się tej wersji, w której wszystko jest z góry przesądzone, niż przyznać, że może się mylić i że to od niej też coś zależy.
Przynajmniej dzięki temu tak swobodnie wychodziło jej odgrywanie niechęci. Właściwie Babe wcale nie musiała niczego udawać. Vinnie zwrócił jej uwagę, że czasem brzmi aż nazbyt pretensjonalnie i że powinna przystopować, bo zaraz zrobi z Liry najbardziej irytującą postać, której nie da się nie lubić, a nie tak to miało wyglądać. Niespecjalnie był zachwycony, że nie trzyma się scenariusza. Przez to kilkakrotnie trzeba było powtarzać niektóre sceny. Znowu, a potem jeszcze raz. Paris praktycznie nie musiała robić żadnych dubli. A na pewno nie było ich tak wiele, jak w przypadku Seaton.
Kiedy Vinnie ogłosił przerwę, nie była w pełni z siebie zadowolona. Wiedziała, że stać ją na więcej, ale coś jej nie pasowało. W scenariuszu i w atmosferze panującej w studio. Może gdyby przyszło jej współpracować z kimś innym, poszłoby jej lepiej? To zabawne, bo nie miała większych powodów, żeby żywić niechęć wobec Laroche. Ale czy zawsze musi być jakiś konkretny powód? Nie wszystko, co robiła Babe miało sens. I nie wszystkich musiała darzyć sympatią. A jednocześnie oczekiwała, że wszyscy będą ją lubić. Typowa baba.
Zawiesiła swoją torebkę na ramieniu i ruszyła w stronę wyjścia na korytarz. Nie miała żadnych sprecyzowanych planów, co do lunchu. Nie zdążyła zjeść śniadania, więc właściwie mogłaby zjeść cokolwiek. Nawet te okropne kiełbaski z bufetu, które nijak nie przypominały kiełbasek. Pytanie Paris nieco zbiło ją z pantałyku. Rozejrzała się dookoła, jakby musiała się upewnić, czy aby na pewno kierowała pytanie do niej, a potem wzruszyła ramionami.
W pobliżu nie ma żadnych sensownych knajp, więc chyba zjem na miejscu — stwierdziła i spojrzała na nią, mrużąc lekko oczy. — A ty? Nie wyglądasz na taką, która stołuje się tutejszym żarciem — stwierdziła, chociaż w sumie nie wiedziała, dlaczego i na jaką miałaby wyglądać. Może dlatego, że w wyobraźni Babe, bufetowe menu w ogóle nie pasowało do Laroche? Jakieś fancy restauracje z sushi, owszem. Ale przecież sama Seaton nie jadała tutaj z własnej woli, a właśnie dlatego, że najczęściej gonił ją czas i musiała wracać do pracy.

Paris Laroche

you are a waste of time and a waste of space

: czw kwie 23, 2026 2:32 pm
autor: Paris Laroche
Nie lubiła modyfikować scenariusza do własnych widzimisię. Zdarzało jej się nieco nagiąć wypowiedzi postaci, ale nigdy nie przeginała. Wszystko mieściło się w jakichś normach i narzuconej animacjami liczbie sylab. Nie czuła się na tyle kompetentna, żeby wchodzić w paradę scenarzyście. Jej narzędziem był głos i z nim była gotowa wyprawiać cuda. Nie czuła, żeby Zefira była postacią, dla której musi wymyślać jakiś skrajnie absurdalny głos. Mogła być mniej więcej sobą, nie chciała robić z siebie jakiegoś Kaczora Donalda. Vinniemu to pasowało, co przyjęła z ulgą. Szkoda jej było czasu na wykłócanie się z nim. Nie do końca pojmowała, dlaczego Seaton nie widzi tego wszystkiego w taki sam sposób. Im więcej kombinowała, tym częściej reżyser zwracał jej uwagę. Paris rozumiała potrzebę wykazania się, ale skoro Vinnie był aż tak niechętny, to po co tak drążyć? Cóż, nie wtrącała się w te ich dyskusje. Cierpliwie czekała, aż oboje osiągną coś, z czego będą zadowoleni.
Nie do końca pojmowała również zdziwienie malujące się na twarzy Seaton, kiedy wreszcie się do niej odezwała poza studiem. Zachowywała się przecież całkowicie normalnie, nie powinna wzbudzać takich emocji. Przesunęła dłonią w okolicach ust, spodziewając się, że może ma coś brudnego na twarzy, skoro Babe tak się w nią wpatruje. Szybko jednak odrzuciła ten pomysł. Aktorka po prostu miała dziwny tok rozumowania. Laroche uniosła zaskoczona brwi.
— Nie rozumiem, czy to jest komplement czy próba obrażenia mnie — odpowiedziała szczerze. Powinno jej być miło czy przykro? Nawet jak już pozna intencje Seaton, to nadal z trudem wykrzesa z siebie wybraną emocję, bo w żadnej z tych opcji nie widziała większego sensu. To po prostu była jakaś skrajnie dziwaczna opinia.
— Wyglądasz na taką, która lubi gazpacho — dodała ostrożnie, nadal nie będąc pewną, czy we właściwy sposób dopasowała się do tej dziwacznej gry, w którą została wplątana. Przyjrzała się jej uważnie, oceniając, czy założony przez nią fakt, aby na pewno był sensowny. Coś jej podpowiadało, że tak. Nie miała pojęcia, co konkretnie, ale ta typiara wyglądała generalnie na fankę zup.
Skierowała się do wspomnianego bufetu, zgadzając się, że to będzie najszybsza i najprostsza opcja. Zdecydowała również w myślach, że zamówi sobie dzisiaj jakąś porządną kolację. Będzie musiała jakoś wynagrodzić się za to średniej jakości żarcie, które tu będzie mogła kupić. Przejście od jednego budynku do drugiego na szczęście nie zajęło zbyt dużo czasu, akurat te dwa miejsca były blisko. Przeczesała włosy, przechodząc przez rozsuwane drzwi, jakby chciała zapanować nad fryzurą, którą mógł wcześniej zniszczyć wiatr. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca, wyglądała identycznie jak po wyjściu ze studia nagraniowego. Pewnie taki odruch. Przywitała się krótko z kobietami, które minęły je w korytarzu. Kojarzyła, że pracują tu jako oświetleniowczynie, ale nie wiedziała o nich na tyle dużo, by wdawać się w jakąś pogawędkę.
— Oczywiście nie musimy jeść razem, nie czuj się zobowiązana. Spróbujmy wrócić do studia o tej samej porze, okej? — zasugerowała spokojnym tonem, gestem wskazując jej miejsce przed sobą na końcu krótkiej kolejki ustawiającej się do lady. Nie była pewna, czy wcześniej nie zabrzmiała tak, jakby próbowała namówić ją do zaprzyjaźniania się w trakcie przerwy – a przecież wcale jej na tym nie zależało.

Nawet jakbyś opierdolił Viagrę, to nie staniesz przy mnie