you are a waste of time and a waste of space
: czw kwie 23, 2026 12:01 pm
Frustrowało ją od środka to, że została postawiona w sytuacji, w której musiała współpracować z kimś tak diametralnie różnym od niej. Już na starcie założyła, że to się nie uda, a w jej głowie ten scenariusz od początku był skazany na porażkę. Babe była przekonana, że z Laroche nie mają absolutnie nic wspólnego. Inne podejście do pracy, inne tempo, inne priorytety, a do tego sposób bycia, który działał jej na nerwy jeszcze zanim zdążyli się dobrze poznać. Nie dawała sobie nawet przestrzeni na to, żeby sprawdzić, czy może jednak coś da się między nimi zbudować. Najbardziej irytowało ją to, że nie miała na to wpływu. Gdyby mogła, po prostu trzymałaby się od niej z daleka, ale sytuacja zmuszała ją do kontaktu. Może dlatego Tom i Vinnie stwierdzili, że te dwie idealnie wpasują się w role Zefiry i Liry Venn? Celowo chcieli zestawić dwa różne charaktery, bo właśnie tak różne były od siebie bohaterki animacji. Zamysł był niezły, ale Seaton i tak nie potrafiła zmienić swojego podejścia, choć w głębi wiedziała, że to nie pomaga. Łatwiej było trzymać się tej wersji, w której wszystko jest z góry przesądzone, niż przyznać, że może się mylić i że to od niej też coś zależy.
Przynajmniej dzięki temu tak swobodnie wychodziło jej odgrywanie niechęci. Właściwie Babe wcale nie musiała niczego udawać. Vinnie zwrócił jej uwagę, że czasem brzmi aż nazbyt pretensjonalnie i że powinna przystopować, bo zaraz zrobi z Liry najbardziej irytującą postać, której nie da się nie lubić, a nie tak to miało wyglądać. Niespecjalnie był zachwycony, że nie trzyma się scenariusza. Przez to kilkakrotnie trzeba było powtarzać niektóre sceny. Znowu, a potem jeszcze raz. Paris praktycznie nie musiała robić żadnych dubli. A na pewno nie było ich tak wiele, jak w przypadku Seaton.
Kiedy Vinnie ogłosił przerwę, nie była w pełni z siebie zadowolona. Wiedziała, że stać ją na więcej, ale coś jej nie pasowało. W scenariuszu i w atmosferze panującej w studio. Może gdyby przyszło jej współpracować z kimś innym, poszłoby jej lepiej? To zabawne, bo nie miała większych powodów, żeby żywić niechęć wobec Laroche. Ale czy zawsze musi być jakiś konkretny powód? Nie wszystko, co robiła Babe miało sens. I nie wszystkich musiała darzyć sympatią. A jednocześnie oczekiwała, że wszyscy będą ją lubić. Typowa baba.
Zawiesiła swoją torebkę na ramieniu i ruszyła w stronę wyjścia na korytarz. Nie miała żadnych sprecyzowanych planów, co do lunchu. Nie zdążyła zjeść śniadania, więc właściwie mogłaby zjeść cokolwiek. Nawet te okropne kiełbaski z bufetu, które nijak nie przypominały kiełbasek. Pytanie Paris nieco zbiło ją z pantałyku. Rozejrzała się dookoła, jakby musiała się upewnić, czy aby na pewno kierowała pytanie do niej, a potem wzruszyła ramionami.
— W pobliżu nie ma żadnych sensownych knajp, więc chyba zjem na miejscu — stwierdziła i spojrzała na nią, mrużąc lekko oczy. — A ty? Nie wyglądasz na taką, która stołuje się tutejszym żarciem — stwierdziła, chociaż w sumie nie wiedziała, dlaczego i na jaką miałaby wyglądać. Może dlatego, że w wyobraźni Babe, bufetowe menu w ogóle nie pasowało do Laroche? Jakieś fancy restauracje z sushi, owszem. Ale przecież sama Seaton nie jadała tutaj z własnej woli, a właśnie dlatego, że najczęściej gonił ją czas i musiała wracać do pracy.
Paris Laroche
Przynajmniej dzięki temu tak swobodnie wychodziło jej odgrywanie niechęci. Właściwie Babe wcale nie musiała niczego udawać. Vinnie zwrócił jej uwagę, że czasem brzmi aż nazbyt pretensjonalnie i że powinna przystopować, bo zaraz zrobi z Liry najbardziej irytującą postać, której nie da się nie lubić, a nie tak to miało wyglądać. Niespecjalnie był zachwycony, że nie trzyma się scenariusza. Przez to kilkakrotnie trzeba było powtarzać niektóre sceny. Znowu, a potem jeszcze raz. Paris praktycznie nie musiała robić żadnych dubli. A na pewno nie było ich tak wiele, jak w przypadku Seaton.
Kiedy Vinnie ogłosił przerwę, nie była w pełni z siebie zadowolona. Wiedziała, że stać ją na więcej, ale coś jej nie pasowało. W scenariuszu i w atmosferze panującej w studio. Może gdyby przyszło jej współpracować z kimś innym, poszłoby jej lepiej? To zabawne, bo nie miała większych powodów, żeby żywić niechęć wobec Laroche. Ale czy zawsze musi być jakiś konkretny powód? Nie wszystko, co robiła Babe miało sens. I nie wszystkich musiała darzyć sympatią. A jednocześnie oczekiwała, że wszyscy będą ją lubić. Typowa baba.
Zawiesiła swoją torebkę na ramieniu i ruszyła w stronę wyjścia na korytarz. Nie miała żadnych sprecyzowanych planów, co do lunchu. Nie zdążyła zjeść śniadania, więc właściwie mogłaby zjeść cokolwiek. Nawet te okropne kiełbaski z bufetu, które nijak nie przypominały kiełbasek. Pytanie Paris nieco zbiło ją z pantałyku. Rozejrzała się dookoła, jakby musiała się upewnić, czy aby na pewno kierowała pytanie do niej, a potem wzruszyła ramionami.
— W pobliżu nie ma żadnych sensownych knajp, więc chyba zjem na miejscu — stwierdziła i spojrzała na nią, mrużąc lekko oczy. — A ty? Nie wyglądasz na taką, która stołuje się tutejszym żarciem — stwierdziła, chociaż w sumie nie wiedziała, dlaczego i na jaką miałaby wyglądać. Może dlatego, że w wyobraźni Babe, bufetowe menu w ogóle nie pasowało do Laroche? Jakieś fancy restauracje z sushi, owszem. Ale przecież sama Seaton nie jadała tutaj z własnej woli, a właśnie dlatego, że najczęściej gonił ją czas i musiała wracać do pracy.
Paris Laroche