Who Killed Captain Alex: Uganda's First Action Movie (English Subtitles & Video Joker) - Wakaliwood
: czw kwie 30, 2026 10:59 am
Letexier słuchał jej uważnie, z lekkim przechyleniem głowy, które zdradzało, że faktycznie analizuje to, co June mówi, a nie czeka tylko na swoją kolej. Parsknął nawet lekkim śmiechem, gdy Harrison przywołała mityczną rasę reptilian.
- Oj tak - przyznał. - Albo, że Hitler działał w porozumieniu z kosmitami - przytaknął, bo teorii było mnóstwo.
Kiedy opisała swój "las z polem siłowym", kącik jego ust uniósł się nieco wyżej, ale nie było w tym ani krzty rozbawienia kosztem jej. Raczej coś na kształt zrozumienia.
- Jeśli działa, to nie jest głupie - stwierdził spokojnie, jakby była to oczywista oczywistość. - W tej robocie skuteczność liczy się bardziej niż forma. Nieważne, czy ktoś biega po lesie, siedzi w wannie czy ogląda reptilian po północy - zrobił krótką pauzę. - Byle faktycznie odcinało i pozwalało zresetować łeb - rzekł i oparł się wygodniej, ale jego spojrzenie nadal było skupione na niej.
- Brzmi to tak, jakbyś dokładnie wiedziała, po co tam jedziesz - dodał ciszej. - To już więcej niż u większości ludzi - zauważył.
Na jej propozycję wymiany miejscówek uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawił się cień czegoś bardziej prywatnego, jakby faktycznie rozważał przez moment, czy zaprosić ją w swoje tajemne miejsca i uchylić rąbka tajemnicy pt. kim jest Scott Letexier?
- Umowa stoi - rzucił po chwili i przez moment nic nie mówił, jakby coś rozważał, po czym dodał już z wyraźnie lżejszym tonem. - Zabiorę cię kiedyś na wysokości - nie zabrzmiało to jak rzucone od niechcenia hasło. Raczej jak coś, co już w głowie zostało odhaczone jako "do zrobienia".
- Nigdy nie zastanawiało cię, dlaczego w portierni są tylko dwa komplety kluczy na dach… a nie trzy, jak wszędzie indziej? - zapytał nagle, z tym swoim ledwo zauważalnym półuśmiechem. Nie musiał nic więcej dodawać.
- Lubię takie miejsca, bo wszystko wygląda tam… prościej - powiedział. - Mniej chaosu - wzruszył lekko ramionami. - Poza tym, ruch zawsze działał na mnie lepiej niż siedzenie w miejscu. Kiedyś trenowałem częściej, teraz bywa różnie, ale ciało szybko przypomina, kiedy za długo się je ignoruje - kącik ust znów drgnął. - Gry to bardziej relikt dawnych czasów. Czasem odpalę coś na chwilę, żeby wyłączyć myślenie, ale zwykle kończy się na tym, że po dziesięciu minutach wymiękam - odparł, choć prawdziwym powodem było raczej to, że teraz zamiast gier wybierał po prostu chlanie.
Spojrzał na nią uważniej.
- Twoja ucieczka do lasu brzmi na bardziej dopracowaną metodę niż moje - zauważył.
Dopiero potem odniósł się do jej pytania o pracę.
- Jak zawsze - odparł spokojnie. - Wszystko jest na wczoraj - oparł łokieć o stół, lekko pochylając się w jej stronę. - Większym problemem jest ogarnięcie burdelu wewnątrz. Nie ma cię kilka tygodni i już niektórzy... - spojrzał w kierunku drzwi, w których niedawno zniknął Baker. - Obrastają w piórka - przeniósł wzrok z powrotem na June. - Dlatego dobrze wiedzieć, że przynajmniej część ludzi robi swoją robotę tak, jak powinna - kącik ust drgnął mu w uśmiechu. - I że można z nimi pogadać o czymś innym niż raporty. To rzadkość - dokończył z odrobinę weselszym uśmiechem i spojrzał na swój zegarek na nadgarstku.
- Jeszcze kilka minut przerwy - rzucił niby w eter, a jednak by zachęcić jeszcze June do tego, by podjęli jakiś temat na te kilka chwil. Zaskakująco dobrze mu się z nią rozmawiało i musiał przyznać, że... czuł się przy niej bardzo swobodnie. Aż za swobodnie, jak na stopień ich zażyłości.
June Harrison
- Oj tak - przyznał. - Albo, że Hitler działał w porozumieniu z kosmitami - przytaknął, bo teorii było mnóstwo.
Kiedy opisała swój "las z polem siłowym", kącik jego ust uniósł się nieco wyżej, ale nie było w tym ani krzty rozbawienia kosztem jej. Raczej coś na kształt zrozumienia.
- Jeśli działa, to nie jest głupie - stwierdził spokojnie, jakby była to oczywista oczywistość. - W tej robocie skuteczność liczy się bardziej niż forma. Nieważne, czy ktoś biega po lesie, siedzi w wannie czy ogląda reptilian po północy - zrobił krótką pauzę. - Byle faktycznie odcinało i pozwalało zresetować łeb - rzekł i oparł się wygodniej, ale jego spojrzenie nadal było skupione na niej.
- Brzmi to tak, jakbyś dokładnie wiedziała, po co tam jedziesz - dodał ciszej. - To już więcej niż u większości ludzi - zauważył.
Na jej propozycję wymiany miejscówek uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawił się cień czegoś bardziej prywatnego, jakby faktycznie rozważał przez moment, czy zaprosić ją w swoje tajemne miejsca i uchylić rąbka tajemnicy pt. kim jest Scott Letexier?
- Umowa stoi - rzucił po chwili i przez moment nic nie mówił, jakby coś rozważał, po czym dodał już z wyraźnie lżejszym tonem. - Zabiorę cię kiedyś na wysokości - nie zabrzmiało to jak rzucone od niechcenia hasło. Raczej jak coś, co już w głowie zostało odhaczone jako "do zrobienia".
- Nigdy nie zastanawiało cię, dlaczego w portierni są tylko dwa komplety kluczy na dach… a nie trzy, jak wszędzie indziej? - zapytał nagle, z tym swoim ledwo zauważalnym półuśmiechem. Nie musiał nic więcej dodawać.
- Lubię takie miejsca, bo wszystko wygląda tam… prościej - powiedział. - Mniej chaosu - wzruszył lekko ramionami. - Poza tym, ruch zawsze działał na mnie lepiej niż siedzenie w miejscu. Kiedyś trenowałem częściej, teraz bywa różnie, ale ciało szybko przypomina, kiedy za długo się je ignoruje - kącik ust znów drgnął. - Gry to bardziej relikt dawnych czasów. Czasem odpalę coś na chwilę, żeby wyłączyć myślenie, ale zwykle kończy się na tym, że po dziesięciu minutach wymiękam - odparł, choć prawdziwym powodem było raczej to, że teraz zamiast gier wybierał po prostu chlanie.
Spojrzał na nią uważniej.
- Twoja ucieczka do lasu brzmi na bardziej dopracowaną metodę niż moje - zauważył.
Dopiero potem odniósł się do jej pytania o pracę.
- Jak zawsze - odparł spokojnie. - Wszystko jest na wczoraj - oparł łokieć o stół, lekko pochylając się w jej stronę. - Większym problemem jest ogarnięcie burdelu wewnątrz. Nie ma cię kilka tygodni i już niektórzy... - spojrzał w kierunku drzwi, w których niedawno zniknął Baker. - Obrastają w piórka - przeniósł wzrok z powrotem na June. - Dlatego dobrze wiedzieć, że przynajmniej część ludzi robi swoją robotę tak, jak powinna - kącik ust drgnął mu w uśmiechu. - I że można z nimi pogadać o czymś innym niż raporty. To rzadkość - dokończył z odrobinę weselszym uśmiechem i spojrzał na swój zegarek na nadgarstku.
- Jeszcze kilka minut przerwy - rzucił niby w eter, a jednak by zachęcić jeszcze June do tego, by podjęli jakiś temat na te kilka chwil. Zaskakująco dobrze mu się z nią rozmawiało i musiał przyznać, że... czuł się przy niej bardzo swobodnie. Aż za swobodnie, jak na stopień ich zażyłości.
June Harrison