i slumped on the jut of the cliff
: pn kwie 27, 2026 12:40 pm
Na szczęście Langford nie wpadła na genialny pomysł, żeby za nimi iść i została w tym miejscu, w którym stała. Na szczęście, bo inaczej mogłoby dojść do jakiejś tragedii. Dziennikarka mogłaby - oczywiście całkiem przypadkiem - potknąć się i zsunąć ze skarby. Ścieżka prowadząca wzdłuż skarpy była wąska i nierówna. Chwila nieuwagi i można stracić równowagę. Wypadki chodzą po ludziach. Różnie to bywa, człowiek nie zna dnia ani godziny. Naturalnie Zaylee nie życzyła nikomu źle, ale nie gwarantowała też nikomu, że zdoła zapanować nad własnymi nerwami.
Dobrze, że Swanson potrafiła ją tak uziemić. Nie musiała nawet zbyt wiele mówić. Jej obecność wystarczyła, żeby Miller nie wpadła w szał. Jeszcze raz zerknęła przez ramię na Langfrod. Kobieta patrzyła w stronę ścieżki, jakby rozważała, czy jednak nie podejść bliżej. Ostatecznie odsunęła się od krawędzi i zaczęła gestykulować coś do swojego operatora kamery.
— Jasne — fuknęła, zdecydowanie bardziej opryskliwie niż w ogóle zamierzała. Westchnęła ciężko i na moment zamknęła oczy, dociskając palce do nasady nosa.
Nie znosiła pracować w takiej atmosferze. Wszystko ją wtedy rozpraszało, a to z kolei mogło prowadzić do błędów. A ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowały, były błędy. Opuściła dłoń i spojrzała na narzeczoną już znacznie łagodniej.
— Skupmy się na tym, po co tutaj przyjechałyśmy — oznajmiła, odcinając temat dziennikarki grubą kreską. To nie był czas ani miejsce na jałowe dyskusje.
Miały robotę do wykonania. Nieoficjalnie, bo ich przyjazd nie był zatwierdzony. Nikt z góry nie wydał polecenia i nikt nie czekał na raport. Były tu na własne ryzyko, działając na podstawie zebranych wskazówek. I jak wcześniej, zresztą całkiem słusznie, zauważyła Brenna Langford - na razie nikt nie wiedział, że pojawiły się nad jeziorem.
Miller nawet przez moment rozważała, czy nie powinny jednak kogoś poinformować. To mogłoby jakoś zabezpieczyć ich tyły. Z drugiej strony dobrze znała Sloana. Jeśli tylko dowie się o ich obecności, może zareagować dwojako. Albo natychmiast wyśle tu swoich ludzi i przejmie sprawę, albo - co bardziej prawdopodobne - każe im się wycofać, dopóki sam nie zbierze wystarczających informacji. A na to nie miała ochoty. Nie po to tu przyjechały.
Pomost zaskrzypiał pod ich butami. Zaylee spuściła wzrok, przyglądając się spróchniałym deskom. Zdecydowanie platformie przydałaby się renowacja. Przybudówce również. Kiedy Evina odbezpieczyła broń, posłusznie zrobiła krok w tyłu, stając za jej plecami. Nie zamierzała zgrywać chojraczki i zdawała sobie sprawę, że narzeczona była odpowiednio przeszkolona. Mimo wszystko wsunęła dłonie do kieszeni skórzanej kurtki i zacisnęła palce na skalpelu. Zawsze nosiła go przy sobie i niejednokrotnie ratował im życie.
Drzwi uchyliły się, a gdy Swanson miała pewność, że w środku jest bezpiecznie, Miller przekroczyła próg. Pomieszczenie było nieduże i praktycznie puste. Wnętrze pachniało stęchlizną, a rogach plątał się kurz i pajęczyny. Właśnie w jedną z nich Zaylee wlazła z impetem, przez co skrzywiła się ostentacyjna. Była ostatnią osobą, którą można nazwać wrażliwą na coś podobnego, ale cienkie nici przykleiły jej się do twarzy i włosów. Wyciągnęła z kieszeni podręczną latarkę i skierowała strumień światła na ściany i pusty, drewniany stół.
— Chyba dawno tutaj nikogo nie było — stwierdziła, zauważając wszechobecnie panujący syf, na który głównie składał się kurz i piach. — Widzisz coś interesującego? — zerknęła na Swanson i podążyła wzrokiem za światłem z jej latarki.
Evina J. Swanson
Dobrze, że Swanson potrafiła ją tak uziemić. Nie musiała nawet zbyt wiele mówić. Jej obecność wystarczyła, żeby Miller nie wpadła w szał. Jeszcze raz zerknęła przez ramię na Langfrod. Kobieta patrzyła w stronę ścieżki, jakby rozważała, czy jednak nie podejść bliżej. Ostatecznie odsunęła się od krawędzi i zaczęła gestykulować coś do swojego operatora kamery.
— Jasne — fuknęła, zdecydowanie bardziej opryskliwie niż w ogóle zamierzała. Westchnęła ciężko i na moment zamknęła oczy, dociskając palce do nasady nosa.
Nie znosiła pracować w takiej atmosferze. Wszystko ją wtedy rozpraszało, a to z kolei mogło prowadzić do błędów. A ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowały, były błędy. Opuściła dłoń i spojrzała na narzeczoną już znacznie łagodniej.
— Skupmy się na tym, po co tutaj przyjechałyśmy — oznajmiła, odcinając temat dziennikarki grubą kreską. To nie był czas ani miejsce na jałowe dyskusje.
Miały robotę do wykonania. Nieoficjalnie, bo ich przyjazd nie był zatwierdzony. Nikt z góry nie wydał polecenia i nikt nie czekał na raport. Były tu na własne ryzyko, działając na podstawie zebranych wskazówek. I jak wcześniej, zresztą całkiem słusznie, zauważyła Brenna Langford - na razie nikt nie wiedział, że pojawiły się nad jeziorem.
Miller nawet przez moment rozważała, czy nie powinny jednak kogoś poinformować. To mogłoby jakoś zabezpieczyć ich tyły. Z drugiej strony dobrze znała Sloana. Jeśli tylko dowie się o ich obecności, może zareagować dwojako. Albo natychmiast wyśle tu swoich ludzi i przejmie sprawę, albo - co bardziej prawdopodobne - każe im się wycofać, dopóki sam nie zbierze wystarczających informacji. A na to nie miała ochoty. Nie po to tu przyjechały.
Pomost zaskrzypiał pod ich butami. Zaylee spuściła wzrok, przyglądając się spróchniałym deskom. Zdecydowanie platformie przydałaby się renowacja. Przybudówce również. Kiedy Evina odbezpieczyła broń, posłusznie zrobiła krok w tyłu, stając za jej plecami. Nie zamierzała zgrywać chojraczki i zdawała sobie sprawę, że narzeczona była odpowiednio przeszkolona. Mimo wszystko wsunęła dłonie do kieszeni skórzanej kurtki i zacisnęła palce na skalpelu. Zawsze nosiła go przy sobie i niejednokrotnie ratował im życie.
Drzwi uchyliły się, a gdy Swanson miała pewność, że w środku jest bezpiecznie, Miller przekroczyła próg. Pomieszczenie było nieduże i praktycznie puste. Wnętrze pachniało stęchlizną, a rogach plątał się kurz i pajęczyny. Właśnie w jedną z nich Zaylee wlazła z impetem, przez co skrzywiła się ostentacyjna. Była ostatnią osobą, którą można nazwać wrażliwą na coś podobnego, ale cienkie nici przykleiły jej się do twarzy i włosów. Wyciągnęła z kieszeni podręczną latarkę i skierowała strumień światła na ściany i pusty, drewniany stół.
— Chyba dawno tutaj nikogo nie było — stwierdziła, zauważając wszechobecnie panujący syf, na który głównie składał się kurz i piach. — Widzisz coś interesującego? — zerknęła na Swanson i podążyła wzrokiem za światłem z jej latarki.
Evina J. Swanson