Whatermelon
: śr maja 06, 2026 2:58 pm
Co miało się źle skończyć? Nie zrozumiała. Ba! Wręcz wyśmiała jego groźbę, w której wyczuła domieszkę słodko-gorzkiego rozbawienia. Lilian, jak się nie gniewała, to była dosyć infantylna, przez co często traciła okazję na poznanie porządnego mężczyzny. Większość domniemanych adoratorów preferowało albo bardziej dojrzałe kobiety, albo takie, które pękały od nadmiaru seksapilu.
A ona była po prostu szurtnięta. Własnie dlatego Max biegał za nią po polanie, siląc się w głupiej zabawie w berka.
Nie zastanawiała się nad tym czy docenił czy jej umiejętności. Była zwinna i w miarę wysportowana, bo chętnie ćwiczyła w wolnych chwilach. W dodatku babka nieustannie wynajdowała jej zadania, więc bywały dni, że nie mogła usiąść na tyłku. Biegała, wspinała się, aby wypolerować dachówki; wciskała się pod taras czy na strych. Dużo jeździła po Toronto na rowerze lub wiecznie spóźniona pędziła na autobus.
— Wcale nie — odparła żartobliwie i wychyliwszy głowę zza potężnej kory drzewa, wytknęła w stronę Maxa język. Zaraz znowu się schowała, po czym odbiła bardziej na prawo w głąb polany.
Biegła i biegła; biegła tak szybko, że zaczęły ją piec łydki, jednak nie słysząc szelestu za plecami, intuicyjnie zwolniła. Zerknęła przez ramię i to był błąd, bo Max natychmiast znalazł się obok. Wzdrygnęła się gwałtownie i kiedy spróbowała szarpnąć do przodu — z akompaniamentem najpiękniejszego śmiechu, jaki przyszło mu słyszeć — zrozumiała, że wygrał.
Lilian miała łaskotki w okolicach talii, więc w pierwszym odruchu zaczęła drżeć rozbawiona, lecz przestała, kiedy silnym ruchem przyciągnął ją do siebie. Zrobił to na tyle intensywnie, że uderzyła plecami w jego twardy tors i mimowolnie znieruchomiała. Dopiero po paru sekundach zadarła głowę, aby zerknąć na twarz Maxa z dołu i wciąż nienaturalnie rozchochocona zacisnęła palce na dłoniach mężczyzny. Spróbowała je ściągnąć.
— No, już, już — rzuciła urwanym z wysiłku oddechem. — Puść mnie.
W pewnym momencie, gdy ta zakrawająca o intymność pozycja, zaczęła się dziwnie przeciągać, Lilia wygięła się i uszczypnęła Maxa w pierś. Skrzywiła się przy tym złośliwie i dodatkowo wykręciła mu sutek raz w lewo, raz w prawo. Wykorzystała chwilowe zaskoczenie przeciwnika i po raz kolejny zerwała się do biegu, krzycząc:
— Nadal jesteś berkiem, Max!
Podłoże stało się bardziej stromę. Musiała zwolnić, aby nie zwolnić przy schodeniu z góry, której podnóże przechodziło w gęsty las. Z każdym krokiem drzewa rosły coraz bliżej siebie, a ona, mimo trudnego terenu, przyspieszała, przeciskając się między nimi.
Przebiegła kawałek niemal na oślep. Max był tuż za nią, więc pod wpływem adrenaliny nie zarejestrowała nawet chwili, w jakiej drzewa nagle się skończyły. Wypadła na otwartą przestrzeń, gdzie zaczynał się brzeg jezora.
Zanim zdążyła pomyśleć, ruczyła dalej. Wbiegła na stary pomost i tym samym odcięła sobie dalszą drogę ucieczki.
— Nie podchodź! — krzyknęła ni to żartem, ni serio. Zasapana wyciągnęła paluch w stronę Maxa. — Naprawdę nie podchodź. Stój tam gdzie stoisz!
W tym momencie Lilian szczerze obawiała się konsekwencji. Prędko pożałowała, że uszczypnęła mężczyznę w tak strategiczne miejsce, jak sutek.
Max Korhonen
A ona była po prostu szurtnięta. Własnie dlatego Max biegał za nią po polanie, siląc się w głupiej zabawie w berka.
Nie zastanawiała się nad tym czy docenił czy jej umiejętności. Była zwinna i w miarę wysportowana, bo chętnie ćwiczyła w wolnych chwilach. W dodatku babka nieustannie wynajdowała jej zadania, więc bywały dni, że nie mogła usiąść na tyłku. Biegała, wspinała się, aby wypolerować dachówki; wciskała się pod taras czy na strych. Dużo jeździła po Toronto na rowerze lub wiecznie spóźniona pędziła na autobus.
— Wcale nie — odparła żartobliwie i wychyliwszy głowę zza potężnej kory drzewa, wytknęła w stronę Maxa język. Zaraz znowu się schowała, po czym odbiła bardziej na prawo w głąb polany.
Biegła i biegła; biegła tak szybko, że zaczęły ją piec łydki, jednak nie słysząc szelestu za plecami, intuicyjnie zwolniła. Zerknęła przez ramię i to był błąd, bo Max natychmiast znalazł się obok. Wzdrygnęła się gwałtownie i kiedy spróbowała szarpnąć do przodu — z akompaniamentem najpiękniejszego śmiechu, jaki przyszło mu słyszeć — zrozumiała, że wygrał.
Lilian miała łaskotki w okolicach talii, więc w pierwszym odruchu zaczęła drżeć rozbawiona, lecz przestała, kiedy silnym ruchem przyciągnął ją do siebie. Zrobił to na tyle intensywnie, że uderzyła plecami w jego twardy tors i mimowolnie znieruchomiała. Dopiero po paru sekundach zadarła głowę, aby zerknąć na twarz Maxa z dołu i wciąż nienaturalnie rozchochocona zacisnęła palce na dłoniach mężczyzny. Spróbowała je ściągnąć.
— No, już, już — rzuciła urwanym z wysiłku oddechem. — Puść mnie.
W pewnym momencie, gdy ta zakrawająca o intymność pozycja, zaczęła się dziwnie przeciągać, Lilia wygięła się i uszczypnęła Maxa w pierś. Skrzywiła się przy tym złośliwie i dodatkowo wykręciła mu sutek raz w lewo, raz w prawo. Wykorzystała chwilowe zaskoczenie przeciwnika i po raz kolejny zerwała się do biegu, krzycząc:
— Nadal jesteś berkiem, Max!
Podłoże stało się bardziej stromę. Musiała zwolnić, aby nie zwolnić przy schodeniu z góry, której podnóże przechodziło w gęsty las. Z każdym krokiem drzewa rosły coraz bliżej siebie, a ona, mimo trudnego terenu, przyspieszała, przeciskając się między nimi.
Przebiegła kawałek niemal na oślep. Max był tuż za nią, więc pod wpływem adrenaliny nie zarejestrowała nawet chwili, w jakiej drzewa nagle się skończyły. Wypadła na otwartą przestrzeń, gdzie zaczynał się brzeg jezora.
Zanim zdążyła pomyśleć, ruczyła dalej. Wbiegła na stary pomost i tym samym odcięła sobie dalszą drogę ucieczki.
— Nie podchodź! — krzyknęła ni to żartem, ni serio. Zasapana wyciągnęła paluch w stronę Maxa. — Naprawdę nie podchodź. Stój tam gdzie stoisz!
W tym momencie Lilian szczerze obawiała się konsekwencji. Prędko pożałowała, że uszczypnęła mężczyznę w tak strategiczne miejsce, jak sutek.
Max Korhonen