pact with the devil
: ndz maja 17, 2026 8:19 am
Jego przygotowania do ślubu wyglądały znacznie inaczej niż te klasyczne. Niż te, które w większości spadły na Navi. Rozgrywał zupełnie inną partię szachów, angażując w to jednocześnie przyszłą żonę. Musiał nauczyć ją języka – ale to w większości zrzucił na nauczycieli, którzy z pewnością – potrafił to przyznać – posiadali znacznie lepsze predyspozycje niż on do przekazywania wiedzy; ale oprócz tego musiał nauczyć ją poruszać się w całej tej, mocno posupłanej, instytucji. Jak się zachowywać, czego unikać i z kim oraz w jaki sposób rozmawiać. Wiedział, że będzie oceniana i to nie tyle pod kątem aparycji, tak jak robiła to teraz Valentina, ale pod kontekstem słabości. Ile ich miała i jakich. A także jak bardzo podatna by była.
Próżno w jego rodzinie szukać faktycznego, rodzinnego ciepła. To było gniazdo węży, jedynie z piękną nazwą – la famiglia. I jednoczyli się głównie wtedy, kiedy groził im ktoś z zewnątrz, a nie oni sami sobie.
Teraz Navi przechodziła najważniejszy test swojego życia – i jakby samo wesele było małym faktorem stresowym, to trzeba było dodać jeszcze to.
Pozwolił jej mówić, bo Valentina jasno wskazała swoją postawą od kogo chciała odpowiedzi, a on – choć potrafił pięknie mówić i wić się w kłamstwach zwinniej niż ktokolwiek – respektował ją; była jedną z nielicznych osób, z którymi Giovanni się liczył. A liczył się – bo nie przeszkadzało mu to; gdyby uwierała go superwizja kobiety, liczyłby się z nią tylko z zewnątrz, na pokaz.
Kobieta zasłuchała się w krótką opowieść Navi i uśmiechnęła się w sposób, który zdradzał, że nie wierzyła w relacje czysto zawodowe. Na samo jednak stwierdzenie o osobliwym talencie Giovanniego, przeniosła na niego spojrzenie, tylko na krótką chwilę, ale nawet ten moment wystarczył, by poczuł jego ciężar. Jak gdyby chciała dać mu do zrozumienia, że wie doskonale o tym, że on bardzo często wkradał się w życie innych.
— Ach, tak — odpowiedziała, z niewielkim uśmiechem w kierunku panny młodej, słysząc jej domknięcie historii. — Zwykle się nie spodziewamy momentu, w którym nasze serce postanowi w końcu kogoś wybrać. I rzadko kiedy mamy na to jakikolwiek wpływ. Ale serce wie, kogo wybrać. Nie można z nim walczyć.
Giovanni powstrzymał się od przewrócenia oczami. Kogo jak kogo, ale Valentiny raczej nie posądzał o prawienie tego typu morałów. Co pozwoliło mu myśleć, że mogła nie do końca kupować jeszcze całego tego przedsięwzięcia ze ślubem. Była wyjątkowo czujna na blef, miała tę swoją intuicję.
A jeśli nie była przekonana, to trzeba było nad nią popracować. Tylko rozciągnąć to w czasie. Aby nie wiedziała, że on wie.
— Tak, cóż… Sukces w moim wyborze przypisałbym jednak rozumowi, a nie sercu.
Ciężko oddać wodze temu drugiemu, kiedy nieoficjalnie się go nie posiadało. Albo raczej – posiadało, ale w formie instrumentalnej a nie metaforycznej. Pompy do krwi, organu wewnętrznego.
— Mio caro ragazzo — zaczęła Valentina z tonem tak protekcjonalnym, że niemal poczuł, jak włoski na jego karku wstają; — Jakkolwiek byś się nie upierał, to masz to serce. Każdy je ma; niektórzy po prostu niepotrzebnie je uciszają. Jeśli ktoś miałby go nie mieć, nie byłby po prostu człowiekiem — Przeniosła spojrzenie na Navi. — A ty jak uważasz, dolcezza mia?
Wiedział, że Valentina lubiła polemikę na bezsensowne tematy. Mocno filozoficzne i takie, które nie trzymały się twardo rzeczywistości. A on był w opozycji – taka materia absolutnie go nie interesowała. Na nic nie wpływała, niczego nie mogła zmienić, była absolutnie więc niepotrzebna i była stratą czasu. Wiedział, że upierała się, że ma serce, robiąc z niego metaforę emocjonalności, ale on wiedział swoje. Chociaż ją miał to zbyt płytką i zbyt rozmytą, aby ją tak nazwać. Zbyt cichą, by dać jej sobą kierować, a przez to – zbyt nijaką, aby mówić o ‘wyborach serca’.
Navi Yun
Próżno w jego rodzinie szukać faktycznego, rodzinnego ciepła. To było gniazdo węży, jedynie z piękną nazwą – la famiglia. I jednoczyli się głównie wtedy, kiedy groził im ktoś z zewnątrz, a nie oni sami sobie.
Teraz Navi przechodziła najważniejszy test swojego życia – i jakby samo wesele było małym faktorem stresowym, to trzeba było dodać jeszcze to.
Pozwolił jej mówić, bo Valentina jasno wskazała swoją postawą od kogo chciała odpowiedzi, a on – choć potrafił pięknie mówić i wić się w kłamstwach zwinniej niż ktokolwiek – respektował ją; była jedną z nielicznych osób, z którymi Giovanni się liczył. A liczył się – bo nie przeszkadzało mu to; gdyby uwierała go superwizja kobiety, liczyłby się z nią tylko z zewnątrz, na pokaz.
Kobieta zasłuchała się w krótką opowieść Navi i uśmiechnęła się w sposób, który zdradzał, że nie wierzyła w relacje czysto zawodowe. Na samo jednak stwierdzenie o osobliwym talencie Giovanniego, przeniosła na niego spojrzenie, tylko na krótką chwilę, ale nawet ten moment wystarczył, by poczuł jego ciężar. Jak gdyby chciała dać mu do zrozumienia, że wie doskonale o tym, że on bardzo często wkradał się w życie innych.
— Ach, tak — odpowiedziała, z niewielkim uśmiechem w kierunku panny młodej, słysząc jej domknięcie historii. — Zwykle się nie spodziewamy momentu, w którym nasze serce postanowi w końcu kogoś wybrać. I rzadko kiedy mamy na to jakikolwiek wpływ. Ale serce wie, kogo wybrać. Nie można z nim walczyć.
Giovanni powstrzymał się od przewrócenia oczami. Kogo jak kogo, ale Valentiny raczej nie posądzał o prawienie tego typu morałów. Co pozwoliło mu myśleć, że mogła nie do końca kupować jeszcze całego tego przedsięwzięcia ze ślubem. Była wyjątkowo czujna na blef, miała tę swoją intuicję.
A jeśli nie była przekonana, to trzeba było nad nią popracować. Tylko rozciągnąć to w czasie. Aby nie wiedziała, że on wie.
— Tak, cóż… Sukces w moim wyborze przypisałbym jednak rozumowi, a nie sercu.
Ciężko oddać wodze temu drugiemu, kiedy nieoficjalnie się go nie posiadało. Albo raczej – posiadało, ale w formie instrumentalnej a nie metaforycznej. Pompy do krwi, organu wewnętrznego.
— Mio caro ragazzo — zaczęła Valentina z tonem tak protekcjonalnym, że niemal poczuł, jak włoski na jego karku wstają; — Jakkolwiek byś się nie upierał, to masz to serce. Każdy je ma; niektórzy po prostu niepotrzebnie je uciszają. Jeśli ktoś miałby go nie mieć, nie byłby po prostu człowiekiem — Przeniosła spojrzenie na Navi. — A ty jak uważasz, dolcezza mia?
Wiedział, że Valentina lubiła polemikę na bezsensowne tematy. Mocno filozoficzne i takie, które nie trzymały się twardo rzeczywistości. A on był w opozycji – taka materia absolutnie go nie interesowała. Na nic nie wpływała, niczego nie mogła zmienić, była absolutnie więc niepotrzebna i była stratą czasu. Wiedział, że upierała się, że ma serce, robiąc z niego metaforę emocjonalności, ale on wiedział swoje. Chociaż ją miał to zbyt płytką i zbyt rozmytą, aby ją tak nazwać. Zbyt cichą, by dać jej sobą kierować, a przez to – zbyt nijaką, aby mówić o ‘wyborach serca’.
Navi Yun