Strona 2 z 2

I'm not a junkie, right?

: ndz maja 10, 2026 9:16 am
autor: Elsa Eriksen
Najwyraźniej miała dużo szczęścia. Chwilowe zatrzymanie funkcji życiowych w karetce nie wpłynęło jakoś znacząco na dalsze działanie mózgu i choć sprawiała wrażenie otępiałej to jednak podchwytywanie aluzji i łączenie kropek wychodziło jej o dziwo naprawdę dobrze. Jedynie problemy z mową w tym momencie były źródłem jej największej irytacji. Bo przecież jeszcze nie tak dawno na jednym wdechu była w stanie zadać dziesięć pytań i na każde z nich jeszcze sama sobie odpowiedzieć. A teraz? Ledwo dwa słowa, a Elsa się czuła jakby przebiegła sto metrów sprintem… ktoś kto nigdy nie cierpiał na gadulstwo pospolite to nie zrozumie tej frustracji, która dosłownie targała tym jej obolałym ciałkiem.
Z lekkim uśmiechem patrzyła jak przestraszona pielęgniarka niemalże uciekła z jej sali. Może było to okropne ze strony Norweżki, ale nie pogniewałaby się, gdyby — jeśli faktycznie jej ojciec poszedł do gabinetu ordynatora — to zaraz pod jego drzwiami wpadłby na tę milutką pielęgniarkę. Może od razu dostałaby zawału? Albo na chwilę by się zatrzymała i też trafiłaby na oddział intensywnej terapii?
— Postaram… się nie… płakać za… nią — odparła, starając się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej wesoło, aby Dante mógł, pomimo tych irytujących przerw w jej mowie, wyczuć to rozbawienie, które jej towarzyszyło po tym jak odstawili we dwójkę perfekcyjny teatrzyk przed pielęgniarką. — Ale w.. takim razie będę musi…ała prosić cie o… pomoc. Dziś nie, ale… no jutro no… chciałabym wziąć… prysznic… umyć… włosy… — Bo jeśli nie mogła liczyć na pracownicę szpitala, a póki co to poruszanie się po łóżku stanowiło dla niej wyzwanie, to istniało duże prawdopodobieństwo, że następnego dnia, przejście do łazienki i ustanie w niej, aby się odświeżyć, nie wspominając już o kłakach, które dla Elsy były świętością, no powiedzmy, że mogło to być dla niej ogromnym wyzwaniem i bez pomocy kogokolwiek mogłaby nie podołać. No a przecież każdy miał swoje priorytety. Dziewczyna nie pogniewałaby się, gdyby ominęły ją te apetyczne szpitalne posiłki, ale mycie włosów? Nie było nawet takiej opcji. Zwłaszcza, że nie umyła ich dzień wcześniej w związku ze zmęczeniem wynikającym z całonocnej imprezy, a potem dosyć intensywnymi aktywnościami fizycznymi, których podjęli się zaraz po przekroczeniu progu do jego mieszkania.
Spojrzała lekko zdezorientowana w jego stronę , kiedy zapytał czy to właśnie to chciała mu powiedzieć chwilę wcześniej. Być może nawet jej chorobliwie blade policzki przybrały na moment delikatne różowe zabarwienie. Bo nie… to zdecydowanie nie miał być to.
— Weź tak… nie żartuj… — wymamrotała, marszcząc lekko brwi. Bo odebrała te jego słowa jako żart, a to wszystko za sprawą tego znikomego uśmiechu. Gdyby miała więcej sił to jakby się zamachnęła to dostałaby solidnie w potylicę, a tak to nawet nie była w stanie go postraszyć dosyć zamaszystym ruchem skierowanym w tył jego głowy. — A tamto to… nieważne… już… w sensie… nie pamiętam… ale… jak przypomnę… sobie… to dam znać — dodała po chwili.
Kłamała. Wszystko pamiętała, każde słowo, które chciała mu wtedy powiedzieć, możliwe, że pod wpływem chwili albo nagłych emocji, które w nią znienacka uderzyły i nigdy by się do tego nie przyznała, ale była wdzięczna pielęgniarce, że wtedy przerwała jej swoim nagłym wejściem. Bo… to zdecydowanie nie był odpowiedni czas.
— Nie chcę… żebyś szedł… ale… jak padasz na nos… — jęknęła sfrustrowana tym, ile zajmowało jej powiedzenie zaledwie jednego zdania — … to może… połóż… się ze… mną… no tu ob…ok — dokończyła i w tej samej chwili zaczęła się przesuwać na łóżku. Trochę nieporadnie, trochę niezdarnie, uważając jednak na kroplówkę, bo jednego tego wolałaby sobie w żaden sposób nie wyrwać. — Ściągnij buty… i chodź — dodają jeszcze głosem nieco głośniejszym niż szept. Ona naprawdę nie żartowała z tym kładzeniem sie obok niej. Potrzebowała tego. Potrzebowała jego. No i to łóżko szpitalne było naprawdę ogromne! Zarówno Elsa jak i Dante nie byli jakoś specjalnie rozbudowani wszerz, więc na spokojnie zmieściliby się na nim we dwójkę. Zwłaszcza, że sypiali już razem na dużo węższych meblach, jak na przykład połamana kanapa, której nie dało się rozłożyć, bo jakiś idiota postanowił skakać po niej jak małpa. Ach te licealne domówki…
I pewnie gdyby chłopak poprosił i odpowiednio zapłacił za jakąś leżankę to szpital by mu ją udostępnił, tak jak to robił w przypadku matek, które nie chciały zostawić dzieci samych w szpitalu. Ale to nie byłoby to samo. Nie dla niej.
— Chyba… chyba wieczorem uzupełni…łam… mu… miski… — Nie wiedziała, co nią kierowało w tamtej chwili. Jak tylko wrócili spod wspólnego prysznica to zajrzała jeszcze do kuchni i machinalnie wsypała suchej karmy do jednej miski oraz wlała świeżej wody do drugiej. Może więc istniało duże prawdopodobieństwo, że psiak nie będzie bardzo głodny, zwłaszcza, że była…
— Która jest godzina…? — zapytała jeszcze, rozglądając się po sali w poszukiwaniu zegarka na ścianie, ale takiego nie znalazła.

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: ndz maja 10, 2026 4:34 pm
autor: Dante Levasseur
Mało prawdopodobne wydawało się, by miała na czas swojego pobytu w szpitalu w ogóle nie widzieć już żadnej pielęgniarki. Pozostawało pewnie liczyć jedynie na to, że każda inna, która mogłaby pojawić się w jej sali, wykazałaby się nieco lepszym podejściem – czy to przez przekazaną dalej informację na temat zbyt szerokich znajomości jej ojca, czy też przez zwyczajną empatię, której – jak sama słusznie zauważyła – ewidentnie brakowało tamtej. Mimo wszystko pewnie wciąż istniało ryzyko, że jakaś część szpitalnego personelu miałaby podzielać podejście tej, która zdążyła się już w pośpiechu ewakuować, więc… może rzeczywiście najlepszym wyjściem miało być zaangażowanie się w pomoc Elsie podczas tego wspomnianego przez nią prysznica i mycia włosów…
Choć mimo wszystko nie mógł odpuścić sobie nieco sceptycznego uniesienia brwi, kiedy wspomniała właśnie o tych nieszczęsnych włosach. Jasne, że nie miał zamiaru jej odmawiać, ale najwyraźniej nie mogło obyć się również bez adekwatnego komentarza w tym względzie. Zwłaszcza, jeśli obydwoje najwidoczniej zamierzali wciąż stwarzać pozory tego, że absolutnie wszystko było w porządku.
Nawet jeśli kompletnie nic nie było w porządku.
Myślisz, że w tutejszej łazience znajdziesz odpowiedni szampon, czy masz zamiar zrobić mi listę tego, co mam zabrać z twojej łazienki…? – nawet jeśli w pewnym stopniu pytanie było podszyte tą typową nieco żartobliwą nutą, to trudno byłoby mimo wszystko odmówić mu zasadności. Lista zdecydowanie mogła się przydać. Zwłaszcza, że bardzo wątpliwe było to, by w szpitalnej łazience dało się znaleźć cokolwiek, czego Elsa mogłaby chcieć użyć do swoich włosów.
Przez moment natomiast, słysząc jej kolejne słowa, mógł wprawdzie wyglądać jak ktoś, kto ewidentnie zamierzał coś odpowiedzieć. Podważyć to, że miałaby nie pamiętać, co chciała mu powiedzieć? Możliwe. Tak samo jak możliwe było też to, że równie dobrze po głowie mogła chodzić mu sugestia, by jednak spróbowała sobie przypomnieć, skoro w tamtym momencie faktycznie wyglądało na to, że to coś ważnego. Ostatecznie jednak… po prostu sobie odpuścił, dochodząc widocznie do wniosku, że – biorąc pod uwagę okoliczności – zdecydowanie mogła nie pamiętać. I że jakiekolwiek sugerowanie jej, że powinna sobie przypomnieć, z całą pewnością nie było czymś, czego mogłaby w tym momencie potrzebować i co mogłoby jej jakkolwiek pomóc. Właściwie… chyba nie tylko on – a z całą pewnością nie przede wszystkim on – potrzebował odrobiny odpoczynku i odespania zdecydowanie zbyt krótkiej nocy. A biorąc pod uwagę to, jak wiele trudu sprawiało jej wypowiadanie każdej kolejnej kwestii, prawdopodobnie powinien na tę dość oczywistą myśl wpaść już nieco wcześniej.
Właściwie myślałem o tym, żeby przejść się po jakąś kawę, ale… twój pomysł chyba jednak wygrywa – i na pewno nie było to coś, nad czym musiałby się szczególnie długo zastanawiać. Zwłaszcza, że na kolejną wycieczkę poza jej salę niespecjalnie miał jakąś większą ochotę, a szpitalne łóżko… może i w każdych okolicznościach można byłoby uznać za coś, co dalekie było od jakkolwiek kuszącego, ale te chyba mimo wszystko można było uznać za dość specyficzne. I to raczej nie ze względu na ten rzekomy odpoczynek, na który pewnie i tak nie miał zbytnio co liczyć. Ale zdecydowanie nie tylko ona potrzebowała aktualnie tej chwili bliskości, której trzymanie za rękę nijak nie mogło przecież zastąpić. Kładąc się jednak obok, na tym zwolnionym przez nią fragmencie łóżka, przytulił ją do siebie ostrożnie – podobnie jak ona, uważając zarówno na tę nieszczęsną kroplówkę, jak i całą resztę kabelków łączących jej ciało ze szpitalną aparaturą.
Ty też chyba powinnaś trochę odpocząć. Może… spróbuj zdrzemnąć się przynajmniej przez chwilę. Postaram się nie obudzić cię, jak już ktoś przyjdzie mnie stąd wyrzucić – znów uśmiechnął się lekko, przymykając na moment oczy i chyba nawet rozważając, czy sam też mógłby mimo wszystko liczyć na tę chwilę drzemki, zanim ktoś z przeuroczego personelu miałby zareagować na to, że tak bezceremonialnie wpakował się na łóżko pacjentki. Możliwe, że nie było to takie całkowicie nieprawdopodobne. Zwłaszcza, że dopiero teraz miał okazję odczuć, że rzeczywiście nieprzespana noc oraz zdecydowanie zbyt emocjonujące wczesnoporanne przeżycia, dawały mu się we znaki znacznie silniej, niż mógłby do tej pory zakładać.
Nie mam pojęcia, ale na pewno za wczesna jak na… to wszystko… – nie do końca wiedział ani jak dokładnie zamierzał ubrać w słowa to, co przyszło mu na myśl, ani tym bardziej jak wybrnąć z tego, kiedy już zorientował się, że był w trakcie wypowiadania kolejnych słów na głos. Możliwe więc, że wyszło nieco kulawo, ale… na to chyba i tak niewiele dało się już poradzić.
Zdecydowanie nie kłamał też w kwestii godziny – rzeczywiście nie miał pojęcia, która dokładnie mogła być. I też niekoniecznie zamierzał w tym momencie poszukiwać telefonu – czy to w kieszeni, czy też gdzieś w sali, nie do końca pamiętając, gdzie miałby go zostawić – żeby się o tym przekonać. Bo w końcu… chyba nie było to w tym momencie jakoś szczególnie istotne…?

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: ndz maja 10, 2026 8:24 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie wykluczała możliwości, że któraś z pielęgniarek by ją odwiedziła. Jakby nie patrzeć to ktoś musiał doglądać jej kroplówki i upewniać się, że dostała oraz zażyła przypisane jej leki. Jednak po tym całym przedstawieniu, którego świadkiem jak i samymi uczestnikami byli jeszcze kilka minut temu, to chyba by wolała, aby te faktycznie tylko przychodziły, robiły swoją robotę i wychodziły, aby pomóc tym bardziej potrzebującym pacjentom. Wolała sobie nie wyobrażać jak cudownie by się nią zaopiekowały w łazience. Włosy pewnie tak by jej wyszorowały, że straciłaby połowę, a na to nie mogła sobie pozwolić. Nie wspominając o tym, że może jeszcze zostałby jej przydzielony męski sanitariusz medyczny, bo przecież są braki w kadrze i nie mogli jej przydzielić żadnej kobiety. Nie, zdecydowanie wolała poprosić o pomoc Dantego i udzielać mu wszelkich wskazówek, a raczej wytycznych, co do pielęgnacji jej różowych kłaków — w końcu cała procedura ich mycia składała się z kilku kroków, przy których chłopak mógłby stracić wszystkie pokłady swojej cierpliwości, ale… była gotowa na takie ryzyko i poświęcenie.
Uśmiechnęła się na tyle szeroko na ile mogła, słysząc o całej liście zawierającej najpotrzebniejsze rzeczy, jednak miała dla niego dobrą wiadomość.
— Mówiłeś, że… tata mi przy…niesie… Ja mam taką… specjalną walizkę… tam już… już wszystko jest… nie martw się… — odparła spokojnie. Już jako nastolatka, która świadomie podejmowała decyzje o tym jakich kosmetyków chciała używać i w co się danego dnia ubrać, rodzice kazali jej co roku przygotowywać taką awaryjną walizkę właśnie na takie sytuacje jak ta, w której się znajdowała. Miały się w niej znajdować rzeczy na zmianę, bielizna, piżama i oczywiście kosmetyki — na szczęście tych ostatnich dostawała od hurtowni, w której zaopatrywała swój salon pełno miniaturowych produktów do włosów, więc nie zajmowały dużo miejsca w kosmetyczce, a miała ich zdecydowanie więcej niż tych pielęgnacyjnych do buzi i ciała. Tata z mamą wiedzieli, gdzie ta walizka się znajdowała także w jej nowym domu — wszystko właśnie po to, żeby mogli wejść do niej i bez konieczności grzebania w jej prywatnych rzeczach, wzięli wszystko co potrzeba i dostarczyli jej tak szybko jak było to możliwe. Kiedyś się śmiała, że wyglądało to trochę jak ta słynna torba do szpitala dla kobiet na porodówce. Brakowało tylko oczywiście rzeczy dla noworodka.
— Oczywiście… moje pomysły… są zawsze najlepsze… — Powoli zabrała kołdrę z tej części łóżka, którą przygotowała dla niego i gdy tylko się położył, po prostu go przykryła. Może niekoniecznie po to, żeby nie zmarzł, bo na sali było nawet ciepło, ale po to, aby jak najmniej warstw ich od siebie dzieliło. I gdy tak się do niego zbliżała, aby nie było między nimi żadnego niepotrzebnego centymetra dystansu, pociągnęła za mocno ręką, do której miała przyczepioną — starała sobie tłumaczyć, że wcale nie miała igły wbitej w żyłę — kroplówkę i czując związany z tym ból, skrzywiła się lekko, ale zaraz spróbowała zamaskować to tym swoim typowym, upartym uśmiechem, jakby samo przyznanie, że coś bolało, miało być osobistą porażką.Było jej jednak zbyt dobrze, żeby naprawdę się tym przejmować. Bo choć nie mogła poczuć jego zapachu, który zawsze ją uspokajał — a to wszystko przez założoną na twarz maskę tlenową,która mimo bycia po prostu uciążliwą, to naprawdę pomagała jej w oddychaniu — to ciepło jego ciało zdawało się ją przyjemnie otulać. Zdecydowanie przyjemniej niż ta szpitalna kołdra.
— Ja… spałam dłużej od… ciebie… — niemalże wymruczała z lekkim rozbawieniem. Cóż, jakby nie patrzeć, to straciła przytomność i ocknęła się dopiero w szpitalu. To on musiał się obudzić, wezwać karetkę i na dodatek wydawało się, że cały ten czas przy niej czuwał, nawet jeśli nie od razu wszedł do sali to był na korytarzu i czekał aż ktoś z personelu mu na to pozwoli. Czy w takim razie mogłaby zaryzykować stwierdzeniem, że miała zdecydowanie dłuższą drzemkę od niego? Chyba nawet na pewno.
— Nie daj… się… powiedz im, że… no… że taka była moja… ostania… wola… czy coś… — Może wjechał trochę za mocny czarny humor, zwłaszcza w zaistniałych okolicznościach i tym, że przecież zatrzymała się w karetce, chociaż nadal nie była pewna czy te rozmowy pielęgniarek tylko i wyłącznie jej się śniły czy naprawdę miały miejsce. No ale jeśli to sprawiłoby, że pozwoliliby Dantemu zostać w jej łóżku, w ogóle by się nie pogniewała za użycie tego argumentu. Chociaż może lepiej, żeby nie było przy tym jej ojca… No ale raczej włażenie do szpitalnego łóżka pacjentki nie było najdziwniejszą rzeczą jaką chłopak zrobił w swoim życiu. Jeszcze za czasów licealnych pewnie mogłaby wymienić przynajmniej pięć gorszych występków w jego wykonaniu. Mogłaby, gdyby naprawdę nie była wykończona, co odczuła dopiero czując pod palcami jego skórę, bo przecież nie mogła się oprzeć, żeby nie wsunąć jednej z rąk pod jego koszulkę i dźgnąć go kilka razy w mięśnie brzucha.
— Śpij… odpocznij… i… Dante, ja… nie… to znaczy… ghhh…! Wiem, że nie… nie takich atrakcji byś… chciał ze mną… a tu ciągle… coś… — odetchnęła cicho, zamykając oczy. Jak nie poparzona ręka to atak paniki na widok lekkiego draśnięcia i sączącej się z rany krwi. A na dokładkę jeszcze wycieczka do szpitala. Wydawało się tego strasznie dużo jak na kilka tygodni ich związku. Zdecydowanie za dużo. Ktoś mógłby nie wytrzymać aż tylu kłopotliwych sytuacji.
Samej odpowiedzi chlopaka jednak już nie usłyszała. Jej oddech się uspokoił, wyrównał. Zasnęła. Wtulona w niego w ten swój bezczelnie ufny sposób. Tak jakby wierzyła, że tylko przy nim mogła być bezpieczna nawet w takim miejscu jak szpital.


Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: wt maja 12, 2026 5:43 pm
autor: Dante Levasseur
Czy powinna go w jakikolwiek sposób dziwić jej specjalna walizka…? Najpewniej nie. A będąc w nieco lepszej formie, prawdopodobnie mógłby znaleźć na tę okoliczność odpowiedni komentarz. Tymczasem musiało wystarczyć posłane jej spojrzenie, w którym swego rodzaju niedowierzanie mieszało się z rozbawieniem. A także krótkie, równie rozbawione parsknięcie.
No jasne… – stwierdził krótko, wywracając wymownie oczami. Bo chociaż ta wspomniana przez nią specjalna walizka z pewnością mogła całkiem sporo ułatwiać – choćby pod względem bezproblemowego doboru odpowiednich kosmetyków do włosów… – to wciąż pozostawała mimo wszystko na swój sposób zabawna. Nawet w tych okolicznościach i nawet bez jakiegoś błyskotliwego komentarza ze strony Dantego.
W kwestii tego, czy jej pomysły zawsze były najlepsze, również nie zamierzał się z nią – tym razem! – spierać. Ten konkretny rzeczywiście mógł uznać za lepszy od własnego. Choćby dlatego, że chyba nawet w tych wyjątkowych sytuacjach, gdy rozpaczliwie potrzebowało się solidnej dawki kofeiny, nie dałoby się uznać kawy z automatu za jakkolwiek kuszącą. W przeciwieństwie do podzielenia się łóżkiem – nawet jeśli miało to być szpitalne łóżko, niekoniecznie szczególnie wygodne i raczej nie do końca przystosowane do mieszczenia na sobie dwóch osób. Wciąż przynajmniej dawało możliwość przytulenia jej do siebie i utwierdzenia się, że rzeczywiście była cała.
Nawet mimo tej uporczywie powracającej myśli, jak niewiele brakowało, by wszystko potoczyło się o wiele gorzej.
Utratafunkcji życiowychprzytomności to chyba nie do końca sen. Chcesz się o to licytować, czy masz zamiar po prostu mnie posłuchać i iść spać…?
Możliwe, że ta charakterystyczna, nieco rozbawiona nuta w tej wypowiedzi, skręciła na moment w nieco fałszywe tony. Mimo wszystko, tak samo jak on postanowił udawać, że zupełnie nic nie zauważył po tym, gdy zbyt mocno pociągnęła ręką z podpiętą kroplówką, być może również ona mogłaby udawać, że nie dopatrzyła się niczego nienaturalnego w jego słowach.
I oczywiście, że bez większego problemu dałoby się pewnie wymienić te jego pomysły, które na głowę biły wpakowanie się do szpitalnego łóżka – nawet jeśli wykluczyłoby się te, o których Elsa nie wiedziała lub o których sądził, że nie wiedziała. Jak choćby pamiętny wyścig ze znajomymi w sklepowych wózkach, absolutnym przypadkiem zakończony akurat na samochodzie Douglasa… Albo wyjątkowo nieudana próba zawinięcia ze sklepu alkoholu na imprezę, która w efekcie nie miała prawa się odbyć – zarówno przez brak odpowiedniego asortymentu, jak i większej części uczestników, którzy zamiast tego musieli spędzić czas na komisariacie… Tak, zdecydowanie zdarzało mu się odstawiać nieco gorsze akcje. A jednak mimo wszystko nie podchwycił tym razem jej żartu, być może rzeczywiście dochodząc do wniosku, że to – wraz ze świadomością, jak bardzo trafiona mogła okazać się ta wypowiedź – mogłoby w tym momencie przerosnąć jego zdolności do udawania, że wszystko miałoby być jak najbardziej w porządku.
Uśmiechnął się za to, czując jej dłoń pod swoją koszulką – nawet jeśli miałby to być dźgający go palec, to wciąż przecież była to jej dłoń. Może i wciąż niepokojąco chłodna, jak na panującą w sali temperaturę, ale… nadal jej. I to chyba w zupełności wystarczyło.
Przynajmniej na pewno nie jest nudno… – stwierdził cicho, nieświadomy tego, że tej odpowiedzi nie miała już okazji usłyszeć. Zresztą, chyba nawet nie było to szczególnie istotne. Tym bardziej, że jej bliskość, spokojny oddech, a także jego zmęczenie wystarczyło, by wkrótce sam również mógł zapaść w dość płytki, choć niewątpliwie potrzebny sen.
Chociaż… ten może jednak wcale nie był aż tak płytki, skoro wchodząca do sali pielęgniarka – nie ta sama co poprzednio, jak zdążył zauważyć – musiała się odezwać, by mógł się obudzić. Jak można było się domyślić, niekoniecznie była zachwycona tym przekształceniem łóżka na wersję dwuosobową, ale… najwyraźniej pewne wieści musiały się już rozejść, skoro jej sugestia pozostawienia w nim samej pacjentki, nie była w żaden sposób podszyta złośliwością, czy wyraźnymi pretensjami. Wystarczyło przynajmniej, by nie wdawać się z nią w żadną zbędną dyskusję.
A zanim jeszcze zebrał się do wyjścia, na moment raz jeszcze nachylił się nad łóżkiem, żeby krótko cmoknąć Elsę w policzek. Może i wspominał wcześniej o tym, że nie będzie jej w razie czego budził, ale… przecież nie mógł tak po prostu wyjść i zostawić jej bez słowa. A nawet jeśli niekoniecznie sobie tego życzył, na wyjście chyba faktycznie był już czas najwyższy…
Wrócę później z twoim telefonem. I… odpoczywaj – zanim zawahał się przed końcówka swojej wypowiedzi, chciał powiedzieć coś innego? Prawdopodobnie tak. Ostatecznie trzeba było to jednak zostawić ewentualnym domysłom, których on najwyraźniej nie zamierzał póki co rozwiewać. Zamiast tego rzeczywiście wyszedł wreszcie z jej sali, wracając do mieszkania. W końcu… pies też mimo wszystko potrzebował przynajmniej krótkiego spaceru i uzupełnienia misek, raczej nie mogąc czekać z tym dłużej – niezależnie od okoliczności.

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: wt maja 12, 2026 9:35 pm
autor: Elsa Eriksen
Trzy dni później….



Świetnie się bawiła podczas wymiany smsów z Dante. Oczywiście do czasu, kiedy ten nie wspomniał, że kręciły go pielęgniarki. Czy w takim razie każdą jego wizytę powinna traktować jako pretekst, aby sobie na nie popatrzeć? Nie. Na pewno nie… przecież pierwszego dnia, kiedy się przebudziła to powiedział, że wyglądała dużo ładniej od nich. Ale co innego miał powiedzieć na wpół przytomnej dziewczynie, która zdawała sobie sprawę, że bardziej przypominała chodzącą — a może raczej leżącą — kostuchę jak nie właśnie upewniać ją, że nadal wyglądała ślicznie. A przynajmniej znośnie. I przez te kilka dni, kiedy to Dante odwiedzał ją codziennie, pomagał w umyciu się, w ogarnięciu włosów, chodził z nią na spacery po szpitalnym ogrodzie i po prostu był obok, pielęgniarki zachwycały się tym jaki był dobry i uczynny, jak bardzo jej zazdrościły chłopaka, który zdawał się nie widzieć świata poza nią!
No i poza imprezami… całonocnymi, a jakby się rozkręcił to i całotygodniowymi.
Na szczęście temat pielęgniarek umarł w ich konwersacji dosyć szybko. Bo jeszcze tego by brakowało, żeby pokłócili się o jego fantazje… tylko pytanie czy dotyczyły one stricte pań wykonujących ten zawód, czy może chodziło o Elsę w ich stroju? Cóż, nie wpadła na pomysł, aby go o to zapytać…
Ale kiedy wysłał jej zdjęcie smażącego się naleśnika, jakby cała irytacja wyparowała. Bo potrzebował dosłownie kilka minut, żeby zabrać się za przygotowywanie dla niej tego, o o go poprosiła. Czyli naprawdę musiał ją… musiał tęsknić trochę bardziej niż to "trochę", o które się go czepiała.
Po napisaniu ostatniej wiadomości odłożyła telefon na szafkę i ostrożnie się podniosła. Dalej była osłabiona, jednak winą obarczała to czym ją karmili i jakimi lekami faszerowali. Nie zdziwiłaby się, gdyby wkrótce zaczęła świecić w ciemnościach. Chyba wolała już swoje ukochane zupki chińskie od ciągłego jedzenia suchych kromek chleba z pomidorem, a na obiad kleiku ryżowego. Ale na szczęście już niedługo miała posmakować naleśników z dżemem i to truskawkowym! Do tego czasu musiała jednak się ogarnąć. Skoro miała wkrótce opuścić szpital to musiała wyglądać przy tym jak prawdziwa gwiazda.

O godzinie piętnastej, była już praktycznie gotowa do opuszczenia placówki. Spakowała tę słynną walizkę, upewniając się, że na pewno nie zostawiła w łazience żadnych kosmetyków i przede wszystkim suszarki do włosów, która kosztowała więcej niż wszystkie inne jej rzeczy razem wzięte. Pościeliła także swoje łóżko, w którym spędziła ostatnich kilka nocy, ściągając poszewkę, co by panie sprzątające miały odrobinę mniej pracy. Ubrała się w sukienkę w kolorze bladego różu, pomalowała, uczesała… i tak przygotowana usiadła na parapecie, czekając tylko na przyjście tej konkretnej osoby.
Jego.
Nie uśmiechała się tak jak zawsze. Była wręcz dosyć poddenerwowana, co zdradzało skubanie przez nią skórek przy paznokciach. Na szczęście nie robiła tego zbyt mocno, więc krew nie poleciała, wywołując u niej atak paniki. Było coś, co nie dawało jej spokoju przez te ostatnie cztery dni, a co tylko spotęgowało w niej uczucie niepokoju, gdy lekarz przed przeniesieniem ją na zwykłą salę obserwacyjną poinformował ją dokładnie o wszystkim — o wzięciu silnych narkotyków i o tym, że zatrzymała się podczas transportu karetką do szpitala. Już wcześniej chciała o tym porozmawiać z Dante, ale stchórzyła, a rozmowa z nad wyraz uprzejmą pielęgniarką dała jej wymówkę, że po prostu zapomniała, co chciała powiedzieć, ale… teraz musiała. Nie było odwrotu.
Drzwi do sali otworzyły się kilka minut przed piętnastą. Elsa poderwała głowę tak gwałtownie, że aż zakręciło jej się w niej lekko, ale nie ruszyła się z parapetu. I choć nadal nerwy zżerały ją od środka, na widok chłopaka nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Tak było za każdym razem. Nawet w chwili, gdy ledwo się ocknęła, gdy nie do końca rozumiała, co się działo i gdzie się znajdowała, jego widok był wyjątkowo uspokajający i cieszył jak nic innego. Bo jeśli był przy niej to…
— Hej… — Spojrzała na wiszący na ścianie zegarek. Mieli jeszcze trochę czasu. A ona nie mogła się już cofnąć. Przesunęła się zaraz na parapecie, robiąc dla niego miejsce, które delikatnie poklepała dłonią. — Możemy chwilkę porozmawiać? Wiem, że szpital to dziwne miejsce, ale… proszę… — Czuła jak gardło jej się zaciskało, a żołądek robił dziwne wariacje z zajęć gimnastycznych, tak jakby sobie nagle przypomniał, że to szpitalne żarcie było paskudne i wypadało się go pozbyć. No ale musiała opanować nerwy. Chociażby po to, żeby się właśnie zaraz nie porzygać.

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: śr maja 13, 2026 12:40 pm
autor: Dante Levasseur
Gdyby w ogóle zakładał, że faktycznie mogłaby potraktować na serio jego wiadomość, w której stwierdzał, że może kręciły go pielęgniarki… być może dałby sobie tę chwilę lub dwie na zastanowienie i wcale tego nie pisał. Nie zrobił tego jednak, zamiast tego rzeczywiście skupiając się na tych nieszczęsnych naleśnikach – wbrew wszystkiemu nie zamierzając ich celowo przypalać – i uznając bez większego namysłu, że przecież cała ta ich wymiana wiadomości utrzymana była w żartobliwym tonie. Wszelkie wzmianki o pielęgniarkach i ich strojach również. Nawet jeśli faktycznie nie miałby pewnie kompletnie nic przeciwko zobaczeniu jej w tym wspomnianym stroju, niewiele mającym wspólnego z realnymi pielęgniarskimi uniformami… Choć mimo wszystko – wciąż było to również coś, co w zasadzie można było uznać po prostu za zwykły żart sytuacyjny. Zapomniany zresztą stosunkowo szybko i zastąpiony smażeniem naleśników…
A skoro po truskawki nie musiał wybierać się aż do Alberty, bez problemu mogąc kupić je w okolicach mieszkania, podczas krótkiego spaceru z Murphym – przygotowanie jej tych wytęsknionych naleśników poszło nawet całkiem sprawnie. Podobnie zresztą jak dotarcie wraz z nimi do jej domu, gdzie zamierzał zostawić jedzenie i zabrać samochód Elsy. A także gdzie zamierzał ją później odwieźć, dochodząc do wniosku, że będzie to lepsza opcja niż przewożenie jej ze szpitala do swojego mieszkania. Choć pewnie trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, jaki wpływ na tę decyzję mogła mieć zawartość niektórych szuflad i ryzyko z nimi związane…
Zwykle nie słynął wprawdzie z punktualności – o czym Elsa musiała doskonale wiedzieć, wyciągając wnioski nie tylko na podstawie ich wspólnych korepetycji, na które najczęściej spóźniał się całkiem celowo, ale również z większości ich późniejszych spotkań, na które również nie często zdarzało mu się docierać na czas – jednak skoro tym razem mogło obyć się bez większych komplikacji po drodze, do szpitala rzeczywiście dotarł nawet przed tą umówioną godziną. Wyczyn, który pewnie mógłby być warty odnotowania dla jego upamiętnienia. Gdyby w ogóle zamierzał się na tym jakkolwiek skupiać, zamiast po prostu pospiesznie skierować się prosto do sali, w której spodziewał się zastać Elsę.
Coś się stało…? – w pierwszej chwili zamierzał raczej po prostu zgarnąć jej walizkę i względnie szybko zabrać się z miejsca, które chyba z reguły nie mogło kojarzyć się nikomu zbyt dobrze. A w którym, tak przy okazji, zarówno on, jak i – tym bardziej – ona spędzili w ostatnich dniach stanowczo zbyt dużo czasu.
Najwyraźniej jednak ten stosunkowo prosty i chyba całkiem niezły plan musiał ulec zmianie.
Spojrzał na nią uważnie, wahając się przez moment, zanim zdecydował się rzeczywiście podejść i zająć to wskazane miejsce obok niej. Przy okazji bez większego powodzenia starał się spośród zdecydowanie zbyt wielu pomysłów na to, co mogło być nie tak, wyłuskać ten najbardziej prawdopodobny.
Nie możemy porozmawiać po drodze…? Albo już u ciebie? – dorzucił jeszcze, podświadomie zdając sobie chyba jednak sprawę, że najpewniej wcale nie chodziło tutaj o konkretne miejsce. Bardziej o to, że przesunięcie rozmowy w czasie, dawało przynajmniej jakąś szansę, by ta nie odbyła się w ogóle. A przecież ledwie jeden rzut oka na Elsę mógł wystarczyć, by bez większego trudu dojść do wniosku, że to zdecydowanie mogła być jedna z tych rozmów, które najlepiej byłoby przełożyć na to słynne nigdy.
Właściwie chyba nie potrzebowałby wiele, żeby rzeczywiście podnieść się w jednej chwili z tego parapetu i natychmiast zebrać do wyjścia. Wystarczyłoby choćby i najbardziej niepewne przytaknięcie z jej strony – byleby nie dać jej dość czasu na zmianę zdania, wpakować się wraz z nią do samochodu i liczyć na to, że strategia miałaby okazać się skuteczna.
Z drugiej strony… jeśli cała ta niezapowiadająca się zbyt dobrze rozmowa miałaby dotyczyć tego nieszczęsnego wypadku i jej stanu po nim, to… pewnie lepiej byłoby wiedzieć. I chyba tylko ta myśl sprawiała, że postanowił faktycznie zaczekać na jakąkolwiek odpowiedź z jej strony, zamiast jeszcze bez tego chwycić jej walizkę i skierować się pospiesznie w stronę wyjścia.

Elsa Eriksen

I'm not a junkie, right?

: śr maja 13, 2026 5:33 pm
autor: Elsa Eriksen
I ona się zdziwiła, widząc go w sali przed czasem. Nie wiedziała, co nim kierowało, chociaż cichy głosik niepoprawnej romantyczki w jej głowie podszeptywał, że to na pewno z tej tęsknoty, o której pisali wcześniej. Że nie mógł się doczekać aż wreszcie zobaczy ją w tym bardziej żywym wydaniu i zabierze wreszcie do domu, gdzie będą mogli odpocząć od trudnych dla ich dwójki ostatnich dni.
Ale oczywiście, jakaś inna część jej osobowości postanowiła, że to się nawet dobrze składało, bo ta poważna rozmowa musiała się odbyć właśnie tutaj. Na stosunkowo neutralnym gruncie, w przeciwieństwie do jej auta czy któregoś z ich mieszkań.
— Coś… to chyba całkiem trafne określenie. — Uśmiechnęła się nerwowo, wpatrując się w swoje dłonie. Nasłuchiwała jego kroków, kątem oka dostrzegając jego buty, gdy był już stosunkowo blisko parapetu, na którym to siedziała. A kiedy do niej dołączył, poczuła delikatny, maślany zapach. Przesiąkł aromatem smażonych naleśników, o które go poprosiła, a których samo wyobrażenie wywoływało u jej ślinianek intensywną pracę.
Gdy zapytał czy nie mogliby porozmawiać w domu albo w aucie, pokręciła jedynie głową. Bo co miała mu odpowiedzieć? Że wolałaby, żeby nie wyskakiwał z samochodu na pierwszym lepszym skrzyżowaniu?
Odwróciła się lekko w jego stronę, aby nie siedzieć do niego bokiem, a żeby mogła na niego patrzeć, a przynajmniej mogłaby, gdyby głowa nie była w tej chwili tak cholernie ciężka, że jedyne co znajdowało się na wysokości jej wzroku to klatka piersiowa Dantego. Przez chwilę naprawdę zamierzała powiedzieć, że to w sumie nic takiego, że znów zapomniała i wrócą do tego innym razem, gdy już sobie przypomni. Tylko najgorsze było to, że mogło tego innego razu już nigdy nie być. Dlatego musiała wziąć się w garść. Chociaż spróbować otworzyć ten niewyparzony dziób i słowa może same zaczną się wylewać. Tak przecież zawsze było.
— Lekarz mi powiedział, że miałam nagle zatrzymanie krążenia, gdy mnie wieźli do szpitala… że udało się mnie odzyskać, ale… trochę to trwało i ratownicy się namęczyli… — wymamrotała, wpatrując się w tatuaże na jego prawej dłoni. I choć bardzo chciała ją złapać, spleść ich palce ze sobą, z dziwnych powodów… nie potrafiła.
— Wiesz, zawsze myślałam, że jestem niezniszczalna. I że złego diabli nie biorą, więc przeżyję wszystko i wszystkich… Ale skoro przywracanie mi tych wszystkich funkcji życiowych trochę zajęło to chyba się myliłam. Musieli się tam mocno targować z diabłem, żeby pozwolił mi wrócić…
Dopiero wtedy odważyła się podnieść wzrok. Powoli, centymetr po centymetrze, jakby bała się, że jeśli zrobi to zbyt gwałtownie, wszystko runie. Że zobaczy w jego twarzy coś, czego nie będzie umiała znieść.
—I chciałam ci to powiedzieć wcześniej, zaraz po przebudzeniu, ale powstrzymała mnie chyba myśl, że uznałbyś, że nadal nie ma ze mną najlepszego kontaktu, więc nie ma sensu brać tego na poważnie. A to jest naprawdę ważne i poważne… przynajmniej dla mnie… — westchnęła cicho. Nie mówiła tak szybko jak zdarzało jej się przed tym incydentem. Wyglądało to trochę jakby tym razem naprawdę starała się odpowiednio dobrać słowa, nie pozostawiając mu żadnego pola do interpretacji. Nie chciała, aby cokolwiek źle zrozumiał. Wszytko miało być czyste i klarowne.
Parsknęła zaraz cicho, bardziej z bezradności niż rozbawienia, i pokręciła głową.
— Bo w tej całej sytuacji, mnie dobijała jedna myśl… — W końcu wyciągnęła dłoń — drżącą i niepewną. Ale nie złapała go za rękę, a zahaczyła swój mały paluszek o jego.
— Że jeśli bym wtedy nie wróciła… To umarłabym ze świadomością, że nie zdążyłam ci powiedzieć czegoś najważniejszego.
Miała wrażenie, że zaraz oszaleje. Serce waliło jej jak po solidnej działce amfetaminy, co było ciekawym porównaniem, bo nigdy tego nie brała, ale słyszała, że takie są właśnie objawy. Mięsień tłukł ją tak mocno w klatkę piersiową, że gdyby było to możliwe to posiniaczyłby ją od wewnątrz.
I wreszcie to zrobiła. Wreszcie spojrzała mu prosto w oczy. No i już nie było odwrotu.
— Kocham cię, Dante.
Te dwa, a raczej trzy słowa zawisły między nimi nagie i prawdziwe. Bo spotykali się. Chodzili razem za rękę po parku, całowali się, dzielili każdą intymną chwilę. I nawet jeśli od jakiegoś czasu mogła nazywać się jego dziewczyną, a on jej chłopakiem, to wcale nie oznaczało, że musieli się kochać. A dla niej było to coś ważnego i wyjątkowego. To co czuła do niego praktycznie nieprzerwanie od liceum to magia, której nie było przy nikim innym. Nawet jak starała się zapomnieć o tym dupku, który ją zostawił, a potem znalazł sobie inną to… to tak nie działało.
— I nie, nie oczekuję, że odpowiesz mi tym samym… wiem, że pewne historie mogą być jeszcze świeże i ja to rozumiem, naprawdę! Po prostu… cały czas sobie myślałam, że każdego dnia może coś mnie przejechać w drodze do pracy, na uczelni jakiś student może mnie zadźgać, bo nie chciałam dać mu ściągnąć na egzaminie… więc jeśli miałabym cie tutaj zostawić, to chciałabym, żebyś wiedział… — Odetchnęła ciężko, na nowo spuszczając wzrok na ich dłonie i wtedy do niej dotarło, że ta należąca do niej ciągle drżała. Parkinson ostatniego stadium. Jak nic.
Zaraz po tym zeskoczyła z parapetu, zabierając rękę, aby nie musiał się czuć jeszcze bardziej niezręcznie. Kolana się na sekundę pod nią ugięły, uświadamiając ją jak bardzo się denerwowała tym wszystkim, co właśnie udało jej się z siebie wyrzucić. Na szczęście utrzymała równowagę i nikt nie musiał jej zbierać z podłogi. Poprawiła sukienkę, która i tak układała się na niej idealnie, ale musiała czymś zająć łapki.
— To jak? Wracamy już? — zapytała siląc się na jak najbardziej pogodny i radosny ton głosu.
Chyba, że cię przytłoczyłam i chcesz uciec… zrozumiem… zawsze staram się zrozumieć…

Dante Levasseur

I'm not a junkie, right?

: czw maja 14, 2026 8:25 pm
autor: Dante Levasseur
Nie miał pojęcia, czego powinien spodziewać się po tej jej chęci do rozmowy, ale… absolutnie wszystko w jej zachowaniu zdawało się mówić, że nie mogło to być nic przyjemnego. Nic dziwnego, że przynajmniej przez moment musiał rozważyć, czy aby przypadkiem nie powinien udać, że wcale nie zauważył tego jej przeczącego ruchu głową i samemu zdecydować, że zdecydowanie powinni przełożyć tę rozmowę na jakiś nieco bardziej sprzyjający moment. Ale przecież nie sposób byłoby nie zauważyć tak oczywistego gestu, skoro od dłuższej chwili przyglądał się jej uważnie. Wciąż mimo wszystko tkwiąc na tym nieprzyjemnie chłodnym parapecie i nie mogąc zdecydować się na to, żeby przerwać jej, zanim jeszcze miałaby zacząć mówić cokolwiek.
I chociaż wreszcie rzeczywiście otworzył usta, by przerwać jej ledwie w połowie pierwszego zdania… dość szybko musiał zamknąć je ponownie. Wiedział oczywiście o tym, że zatrzymała się w drodze do szpitala. Trudno byłoby o tym zapomnieć, nawet jeśli w ciągu tych ostatnich dni nabrał już chyba całkiem niezłej wprawy w zagłuszaniu związanego z tym poczucia winy. Zwłaszcza odwiedzając ją codziennie i widząc, że całkiem szybko wracała do formy i… że nawet znalezienie w jego szufladzie i przypadkowe zażycie jego tabletek, które omal jej nie zabiły, nie było najwyraźniej wystarczającym powodem, by miała dojść do wniosku, że nie chciała się z nim więcej widywać. Choć pewnie byłby to całkiem rozsądny powód…
Jak dotąd nie wiedział jednak, że ratownicy namęczyli się przywracając jej funkcje życiowe. I… chyba nie do końca był pewny, czy faktycznie tej wiedzy potrzebował. Zwłaszcza, że wraz z nią, coraz bardziej racjonalny stawał się powód, dla którego Elsa mogłaby dojść wreszcie do wniosku, że ta ich znajomość niespecjalnie jej służyła – co pewnie i tak mogłoby być sporym niedopowiedzeniem… A jednak jeszcze zanim mógłby na poważnie zacząć sądzić, że każde jej kolejne słowo zmierzało do tego właśnie wniosku, pojawił się pierwszy, niespecjalnie pasujący do tego element. Z pewnym zaskoczeniem przeniósł na moment spojrzenie na ich zahaczone o siebie palce, przywołujące na myśl niezbyt już wyraźne wspomnienie o tym, że chyba właśnie w ten sposób trzymali się za ręce po raz pierwszy. Kiedy jeszcze żadne z nich nie do końca potrafiło przyjąć do wiadomości, że całkiem niedługo miałoby ich połączyć coś więcej niż tylko te nieszczęsne spotkania w szkolnej bibliotece.
Zdążywszy gdzieś po drodze trochę zgubić się we własnych myślach i domysłach, kompletnie nie spodziewał się za to tego, co faktycznie było w całej jej wypowiedzi najważniejsze. Właściwie pewnie niewiele brakowało, by nie do końca ufając własnym zmysłom w kwestii tego, co właśnie usłyszał, uraczył ją w odpowiedzi klasycznym co…? zdradzającym dość jednoznacznie, że przynajmniej przez moment znajdował się zupełnie gdzieś indziej. Na szczęście, zaskoczenie mieszające się z ulgą i… jeszcze czymś, czego chyba nie potrafiłby jednoznacznie nazwać, skutecznie go przed tym powstrzymało. Niestety, dokładnie z tego samego powodu zwlekał o tych kilka chwil za długo, zanim zdecydowała się zabrać swoją dłoń i zejść z parapetu, odsuwając się stanowczo zbyt daleko.
W takim razie lepiej pamiętaj, żeby zawsze dawać innym ściągać na egzaminach. No i o tym, żeby bardziej na siebie uważać w drodze do pracy, a wszystkich podejrzanych klientów od razu odstraszać lakierem do włosów, czy czymkolwiek innym – uśmiechnął się wreszcie, schodząc z parapetu i podchodząc do niej, by w kolejnej chwili przyciągnąć ją do siebie i mocno objąć. Nie musiał ani przez moment zastanawiać się, zanim złączył ich wargi w dłuższym pocałunku – takim, który być może powinien wystarczyć za odpowiedź na to jej wyznanie i podczas którego ewidentnie nie zamierzał się przejmować tym, że w zasadzie w każdej chwili ktoś pewnie mógłby zajrzeć do tej sali. Właściwie… gdyby rzeczywiście ktoś wpadł na taki pomysł – tym też najpewniej zbytnio by się nie przejął.
I też cię kocham – dodał, odsuwając się od niej tylko na tyle, by móc na moment spojrzeć jej w oczy. Pewnie mógłby bez większego problemu wymienić przynajmniej kilka wcześniejszych sytuacji, w których powinien jej to powiedzieć, a w których… być może te pewne historie dawały o sobie znać zbyt natrętnie, by ostatecznie się na to zdecydować. I pewnie mogłoby przydarzyć się jeszcze kolejnych tyle podobnych okazji, gdyby nie zdobyła się na to pierwsza, uprzednio budując napięcie na tyle skutecznie, że omal nie doprowadzając go do zawału.
A jednak… chyba nie miała powodu, by odczuć, że jego wypowiedź miałaby być jakkolwiek wymuszona przez jej słowa. Bo przecież mówił szczerze, samemu również jak najbardziej w to wierząc i chyba coraz bardziej upewniając się w tym wraz z każdą kolejną chwilą tej ich nowej-starej znajomości. I chociaż miał przy okazji wielką ochotę pocałować ją znowu, ta szpitalna sala chyba jednak wciąż nie była tą najbardziej wymarzoną scenerią. Zdecydowanie więc większą ochotę miał na to, by móc wraz z nią zmienić otoczenie na dużo przyjemniejsze, wychodząc ze szpitala i bez zbędnej zwłoki kierując się prosto do samochodu.

/ zt

Elsa Eriksen