I'm not a junkie, right?
: ndz maja 10, 2026 9:16 am
Najwyraźniej miała dużo szczęścia. Chwilowe zatrzymanie funkcji życiowych w karetce nie wpłynęło jakoś znacząco na dalsze działanie mózgu i choć sprawiała wrażenie otępiałej to jednak podchwytywanie aluzji i łączenie kropek wychodziło jej o dziwo naprawdę dobrze. Jedynie problemy z mową w tym momencie były źródłem jej największej irytacji. Bo przecież jeszcze nie tak dawno na jednym wdechu była w stanie zadać dziesięć pytań i na każde z nich jeszcze sama sobie odpowiedzieć. A teraz? Ledwo dwa słowa, a Elsa się czuła jakby przebiegła sto metrów sprintem… ktoś kto nigdy nie cierpiał na gadulstwo pospolite to nie zrozumie tej frustracji, która dosłownie targała tym jej obolałym ciałkiem.
Z lekkim uśmiechem patrzyła jak przestraszona pielęgniarka niemalże uciekła z jej sali. Może było to okropne ze strony Norweżki, ale nie pogniewałaby się, gdyby — jeśli faktycznie jej ojciec poszedł do gabinetu ordynatora — to zaraz pod jego drzwiami wpadłby na tę milutką pielęgniarkę. Może od razu dostałaby zawału? Albo na chwilę by się zatrzymała i też trafiłaby na oddział intensywnej terapii?
— Postaram… się nie… płakać za… nią — odparła, starając się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej wesoło, aby Dante mógł, pomimo tych irytujących przerw w jej mowie, wyczuć to rozbawienie, które jej towarzyszyło po tym jak odstawili we dwójkę perfekcyjny teatrzyk przed pielęgniarką. — Ale w.. takim razie będę musi…ała prosić cie o… pomoc. Dziś nie, ale… no jutro no… chciałabym wziąć… prysznic… umyć… włosy… — Bo jeśli nie mogła liczyć na pracownicę szpitala, a póki co to poruszanie się po łóżku stanowiło dla niej wyzwanie, to istniało duże prawdopodobieństwo, że następnego dnia, przejście do łazienki i ustanie w niej, aby się odświeżyć, nie wspominając już o kłakach, które dla Elsy były świętością, no powiedzmy, że mogło to być dla niej ogromnym wyzwaniem i bez pomocy kogokolwiek mogłaby nie podołać. No a przecież każdy miał swoje priorytety. Dziewczyna nie pogniewałaby się, gdyby ominęły ją te apetyczne szpitalne posiłki, ale mycie włosów? Nie było nawet takiej opcji. Zwłaszcza, że nie umyła ich dzień wcześniej w związku ze zmęczeniem wynikającym z całonocnej imprezy, a potem dosyć intensywnymi aktywnościami fizycznymi, których podjęli się zaraz po przekroczeniu progu do jego mieszkania.
Spojrzała lekko zdezorientowana w jego stronę , kiedy zapytał czy to właśnie to chciała mu powiedzieć chwilę wcześniej. Być może nawet jej chorobliwie blade policzki przybrały na moment delikatne różowe zabarwienie. Bo nie… to zdecydowanie nie miał być to.
— Weź tak… nie żartuj… — wymamrotała, marszcząc lekko brwi. Bo odebrała te jego słowa jako żart, a to wszystko za sprawą tego znikomego uśmiechu. Gdyby miała więcej sił to jakby się zamachnęła to dostałaby solidnie w potylicę, a tak to nawet nie była w stanie go postraszyć dosyć zamaszystym ruchem skierowanym w tył jego głowy. — A tamto to… nieważne… już… w sensie… nie pamiętam… ale… jak przypomnę… sobie… to dam znać — dodała po chwili.
Kłamała. Wszystko pamiętała, każde słowo, które chciała mu wtedy powiedzieć, możliwe, że pod wpływem chwili albo nagłych emocji, które w nią znienacka uderzyły i nigdy by się do tego nie przyznała, ale była wdzięczna pielęgniarce, że wtedy przerwała jej swoim nagłym wejściem. Bo… to zdecydowanie nie był odpowiedni czas.
— Nie chcę… żebyś szedł… ale… jak padasz na nos… — jęknęła sfrustrowana tym, ile zajmowało jej powiedzenie zaledwie jednego zdania — … to może… połóż… się ze… mną… no tu ob…ok — dokończyła i w tej samej chwili zaczęła się przesuwać na łóżku. Trochę nieporadnie, trochę niezdarnie, uważając jednak na kroplówkę, bo jednego tego wolałaby sobie w żaden sposób nie wyrwać. — Ściągnij buty… i chodź — dodają jeszcze głosem nieco głośniejszym niż szept. Ona naprawdę nie żartowała z tym kładzeniem sie obok niej. Potrzebowała tego. Potrzebowała jego. No i to łóżko szpitalne było naprawdę ogromne! Zarówno Elsa jak i Dante nie byli jakoś specjalnie rozbudowani wszerz, więc na spokojnie zmieściliby się na nim we dwójkę. Zwłaszcza, że sypiali już razem na dużo węższych meblach, jak na przykład połamana kanapa, której nie dało się rozłożyć, bo jakiś idiota postanowił skakać po niej jak małpa. Ach te licealne domówki…
I pewnie gdyby chłopak poprosił i odpowiednio zapłacił za jakąś leżankę to szpital by mu ją udostępnił, tak jak to robił w przypadku matek, które nie chciały zostawić dzieci samych w szpitalu. Ale to nie byłoby to samo. Nie dla niej.
— Chyba… chyba wieczorem uzupełni…łam… mu… miski… — Nie wiedziała, co nią kierowało w tamtej chwili. Jak tylko wrócili spod wspólnego prysznica to zajrzała jeszcze do kuchni i machinalnie wsypała suchej karmy do jednej miski oraz wlała świeżej wody do drugiej. Może więc istniało duże prawdopodobieństwo, że psiak nie będzie bardzo głodny, zwłaszcza, że była…
— Która jest godzina…? — zapytała jeszcze, rozglądając się po sali w poszukiwaniu zegarka na ścianie, ale takiego nie znalazła.
Dante Levasseur
Z lekkim uśmiechem patrzyła jak przestraszona pielęgniarka niemalże uciekła z jej sali. Może było to okropne ze strony Norweżki, ale nie pogniewałaby się, gdyby — jeśli faktycznie jej ojciec poszedł do gabinetu ordynatora — to zaraz pod jego drzwiami wpadłby na tę milutką pielęgniarkę. Może od razu dostałaby zawału? Albo na chwilę by się zatrzymała i też trafiłaby na oddział intensywnej terapii?
— Postaram… się nie… płakać za… nią — odparła, starając się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej wesoło, aby Dante mógł, pomimo tych irytujących przerw w jej mowie, wyczuć to rozbawienie, które jej towarzyszyło po tym jak odstawili we dwójkę perfekcyjny teatrzyk przed pielęgniarką. — Ale w.. takim razie będę musi…ała prosić cie o… pomoc. Dziś nie, ale… no jutro no… chciałabym wziąć… prysznic… umyć… włosy… — Bo jeśli nie mogła liczyć na pracownicę szpitala, a póki co to poruszanie się po łóżku stanowiło dla niej wyzwanie, to istniało duże prawdopodobieństwo, że następnego dnia, przejście do łazienki i ustanie w niej, aby się odświeżyć, nie wspominając już o kłakach, które dla Elsy były świętością, no powiedzmy, że mogło to być dla niej ogromnym wyzwaniem i bez pomocy kogokolwiek mogłaby nie podołać. No a przecież każdy miał swoje priorytety. Dziewczyna nie pogniewałaby się, gdyby ominęły ją te apetyczne szpitalne posiłki, ale mycie włosów? Nie było nawet takiej opcji. Zwłaszcza, że nie umyła ich dzień wcześniej w związku ze zmęczeniem wynikającym z całonocnej imprezy, a potem dosyć intensywnymi aktywnościami fizycznymi, których podjęli się zaraz po przekroczeniu progu do jego mieszkania.
Spojrzała lekko zdezorientowana w jego stronę , kiedy zapytał czy to właśnie to chciała mu powiedzieć chwilę wcześniej. Być może nawet jej chorobliwie blade policzki przybrały na moment delikatne różowe zabarwienie. Bo nie… to zdecydowanie nie miał być to.
— Weź tak… nie żartuj… — wymamrotała, marszcząc lekko brwi. Bo odebrała te jego słowa jako żart, a to wszystko za sprawą tego znikomego uśmiechu. Gdyby miała więcej sił to jakby się zamachnęła to dostałaby solidnie w potylicę, a tak to nawet nie była w stanie go postraszyć dosyć zamaszystym ruchem skierowanym w tył jego głowy. — A tamto to… nieważne… już… w sensie… nie pamiętam… ale… jak przypomnę… sobie… to dam znać — dodała po chwili.
Kłamała. Wszystko pamiętała, każde słowo, które chciała mu wtedy powiedzieć, możliwe, że pod wpływem chwili albo nagłych emocji, które w nią znienacka uderzyły i nigdy by się do tego nie przyznała, ale była wdzięczna pielęgniarce, że wtedy przerwała jej swoim nagłym wejściem. Bo… to zdecydowanie nie był odpowiedni czas.
— Nie chcę… żebyś szedł… ale… jak padasz na nos… — jęknęła sfrustrowana tym, ile zajmowało jej powiedzenie zaledwie jednego zdania — … to może… połóż… się ze… mną… no tu ob…ok — dokończyła i w tej samej chwili zaczęła się przesuwać na łóżku. Trochę nieporadnie, trochę niezdarnie, uważając jednak na kroplówkę, bo jednego tego wolałaby sobie w żaden sposób nie wyrwać. — Ściągnij buty… i chodź — dodają jeszcze głosem nieco głośniejszym niż szept. Ona naprawdę nie żartowała z tym kładzeniem sie obok niej. Potrzebowała tego. Potrzebowała jego. No i to łóżko szpitalne było naprawdę ogromne! Zarówno Elsa jak i Dante nie byli jakoś specjalnie rozbudowani wszerz, więc na spokojnie zmieściliby się na nim we dwójkę. Zwłaszcza, że sypiali już razem na dużo węższych meblach, jak na przykład połamana kanapa, której nie dało się rozłożyć, bo jakiś idiota postanowił skakać po niej jak małpa. Ach te licealne domówki…
I pewnie gdyby chłopak poprosił i odpowiednio zapłacił za jakąś leżankę to szpital by mu ją udostępnił, tak jak to robił w przypadku matek, które nie chciały zostawić dzieci samych w szpitalu. Ale to nie byłoby to samo. Nie dla niej.
— Chyba… chyba wieczorem uzupełni…łam… mu… miski… — Nie wiedziała, co nią kierowało w tamtej chwili. Jak tylko wrócili spod wspólnego prysznica to zajrzała jeszcze do kuchni i machinalnie wsypała suchej karmy do jednej miski oraz wlała świeżej wody do drugiej. Może więc istniało duże prawdopodobieństwo, że psiak nie będzie bardzo głodny, zwłaszcza, że była…
— Która jest godzina…? — zapytała jeszcze, rozglądając się po sali w poszukiwaniu zegarka na ścianie, ale takiego nie znalazła.
Dante Levasseur