st jude, we were lost before we started
: pt maja 29, 2026 8:05 pm
Wbrew jego pierwszym słowom, Lina uśmiechnęła się łagodnie.
– Domyśliłam się, że nie przez przypadek zamówiłeś akurat ten alkohol wtedy w barze – skwitowała, wzruszając delikatnie ramionami i na krótką chwilę porzucając swoją uszczypliwość i żart, którym zasłaniała niemal wszystko, co mówiła. Mogła oczywiście zgrywać się dalej, rzucić jakimś dowcipem albo komentarzem, które idealnie wpasowałby się w całą tę dysputę o snobizmie, ale Lina uświadomiła sobie, że nie chce stale kontrować tego, co Horacy mówi, tylko dlatego, że to wpisuje się w podjętą grę. Chciała się dowiedzieć o nim czegoś prawdziwego, jak chociażby to, że po dyżurze zapija zimne frytki odpowiednio starą whisky. – Rozumiem. Zachowujesz balans pomiędzy przykładnym przedstawicielem gatunku snobów, a zwykłym, przeciętnym obywatelem – oceniła, chociaż doskonale wiedziała, że nie o to w tym chodzi. Przez chwilę nawet kusiło ją, żeby dopytać o ten ciężki dyżur, a raczej wszystko, co po nim. Jak radzi sobie z tym, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli, czy ma do kogo wtedy zadzwonić, ale po chwili uznała, że nie jest pewna, czy to właściwa rozmowa na te okoliczności. Coś w niej, w środku, jakby buntowało się na myśl o poruszaniu poważnych tematów tutaj, kiedy większość gości tego miejsca należała do klasy, która uosabiała wszystko, czym Lina gardziła.
– Cóż, przynajmniej kilka miejsc, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko pocztówkowy widok – przyznała, wyraźnie się rozluźniając. – Okazuje się, że Toronto jest najfajniejsze tam, gdzie przestaje udawać, że jest ładne. W zarośniętych wąwozach, pod mostami, przy torach, na małych scenach w parkach, gdzie aktorzy walczą z komarami i własną dykcją. – Nagle zamilkła, jakby uświadomiła sobie, że za dużo powiedziała. Uśmiechnęła się, chyba trochę speszona i sięgnęła po kieliszek, by napić się łyk wina. – Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc – dodała, czym chyba zaskoczyła nawet samą siebie. Odkąd przyjechała do Toronto nie za bardzo udało jej się nawiązać jakieś znajomości. Jasne, czasem się z kimś spotykała, raz czy dwa wyszła na imprezę, w tej czy innej pracy rozmawiała przecież ze swoimi współpracownikami, czasem wymieniła kilka wiadomości z właścicielką mieszkania, które wynajmowała, ale głównie żyła i radziła sobie kompletnie sama. Była samotnikiem i nie czuła potrzeby, by to zmieniać. Nauczona doświadczeniem nie pozwalała innym podchodzić zbyt blisko, bo tak było bezpieczniej. Ale od jakiegoś czasu jej system obronny jakoś szwankował.
Lina nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś naprawdę ją słuchał. Do spojrzenia Horacego, które w jej postrzeganiu wwiercało się w nią i choć to nie było w żaden sposób nieprzyjemne, trochę nie wiedziała, jak ma się zachować. Lekkość, z jakąś podchodziła do wielu tematów często była maską i po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, jakby ktoś próbował pod nią zajrzeć. Uśmiechnęła się lekko na jego komentarz, myśląc o tym, że to jej pasowało, bo zawsze to lubiła. I być może, gdyby nie jej brat, dziś zajmowałaby się tym na poważnie. Wspomnienie o bracie mimowolnie starło z jej ust uśmiech, ale na szczęście wtedy do stolika podszedł kelner, przynosząc im zamówione dania.
Kiedy tylko odszedł, Lina pochyliła się w stronę Horacego.
– Nareszcie. Już się zastanawiałam, czy przesadnie długie czekanie na jedzenie też jest jakoś wpisane w filozofię takich miejsc – powiedziała konspiracyjnie, ściszonym tonem i uśmiechnęła się łobuzersko, prędko wracając do poprzedniej pozycji. Spróbowała trochę mięsa z kaczki, a jej mina i ciche westchnienie wyraźnie świadczyły o tym, że chyba zaskoczyła się smakiem. – Do diabła. Jest spora szansa, że znienawidzę cię za to, że pokazałeś mi, jak w takich snobistycznych miejscach można rewelacyjnie przyrządzić kaczkę – rzuciła, celując w niego widelcem, ale zaraz na jej usta wpłynął uśmiech. Cóż, była spora szansa, że jadła to po raz pierwszy i ostatni, więc trzeba było się delektować. Dopiero po chwili spojrzała na niego trochę uważniej, przypominając sobie, co powiedział tuż przed tym, jak przyniesiono im jedzenie.
– Tylko?Ja potrafię czasem sprawić, że stara lampka znowu się zaświeci, i chodzę potem przez dwa dni dumna, jakbym oszukała prawa fizyki. Ty mówisz o ludziach – zauważyła, odkładając na moment sztućce i wpatrując się w niego intensywnie. – A to chyba najtrudniejszy materiał do naprawiania, bo zazwyczaj nie mają instrukcji i nawet kiedy wszystkie elementy są na swoim miejscu, wciąż coś może nie działać. – Z rzeczami niby też tak było, z tą różnicą, że je bez bólu można było wyrzucić na śmietnik, jeśli coś nie wyszło. Z ludźmi nie było tak prosto.
Horacy Bell
– Domyśliłam się, że nie przez przypadek zamówiłeś akurat ten alkohol wtedy w barze – skwitowała, wzruszając delikatnie ramionami i na krótką chwilę porzucając swoją uszczypliwość i żart, którym zasłaniała niemal wszystko, co mówiła. Mogła oczywiście zgrywać się dalej, rzucić jakimś dowcipem albo komentarzem, które idealnie wpasowałby się w całą tę dysputę o snobizmie, ale Lina uświadomiła sobie, że nie chce stale kontrować tego, co Horacy mówi, tylko dlatego, że to wpisuje się w podjętą grę. Chciała się dowiedzieć o nim czegoś prawdziwego, jak chociażby to, że po dyżurze zapija zimne frytki odpowiednio starą whisky. – Rozumiem. Zachowujesz balans pomiędzy przykładnym przedstawicielem gatunku snobów, a zwykłym, przeciętnym obywatelem – oceniła, chociaż doskonale wiedziała, że nie o to w tym chodzi. Przez chwilę nawet kusiło ją, żeby dopytać o ten ciężki dyżur, a raczej wszystko, co po nim. Jak radzi sobie z tym, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli, czy ma do kogo wtedy zadzwonić, ale po chwili uznała, że nie jest pewna, czy to właściwa rozmowa na te okoliczności. Coś w niej, w środku, jakby buntowało się na myśl o poruszaniu poważnych tematów tutaj, kiedy większość gości tego miejsca należała do klasy, która uosabiała wszystko, czym Lina gardziła.
– Cóż, przynajmniej kilka miejsc, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko pocztówkowy widok – przyznała, wyraźnie się rozluźniając. – Okazuje się, że Toronto jest najfajniejsze tam, gdzie przestaje udawać, że jest ładne. W zarośniętych wąwozach, pod mostami, przy torach, na małych scenach w parkach, gdzie aktorzy walczą z komarami i własną dykcją. – Nagle zamilkła, jakby uświadomiła sobie, że za dużo powiedziała. Uśmiechnęła się, chyba trochę speszona i sięgnęła po kieliszek, by napić się łyk wina. – Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc – dodała, czym chyba zaskoczyła nawet samą siebie. Odkąd przyjechała do Toronto nie za bardzo udało jej się nawiązać jakieś znajomości. Jasne, czasem się z kimś spotykała, raz czy dwa wyszła na imprezę, w tej czy innej pracy rozmawiała przecież ze swoimi współpracownikami, czasem wymieniła kilka wiadomości z właścicielką mieszkania, które wynajmowała, ale głównie żyła i radziła sobie kompletnie sama. Była samotnikiem i nie czuła potrzeby, by to zmieniać. Nauczona doświadczeniem nie pozwalała innym podchodzić zbyt blisko, bo tak było bezpieczniej. Ale od jakiegoś czasu jej system obronny jakoś szwankował.
Lina nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś naprawdę ją słuchał. Do spojrzenia Horacego, które w jej postrzeganiu wwiercało się w nią i choć to nie było w żaden sposób nieprzyjemne, trochę nie wiedziała, jak ma się zachować. Lekkość, z jakąś podchodziła do wielu tematów często była maską i po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, jakby ktoś próbował pod nią zajrzeć. Uśmiechnęła się lekko na jego komentarz, myśląc o tym, że to jej pasowało, bo zawsze to lubiła. I być może, gdyby nie jej brat, dziś zajmowałaby się tym na poważnie. Wspomnienie o bracie mimowolnie starło z jej ust uśmiech, ale na szczęście wtedy do stolika podszedł kelner, przynosząc im zamówione dania.
Kiedy tylko odszedł, Lina pochyliła się w stronę Horacego.
– Nareszcie. Już się zastanawiałam, czy przesadnie długie czekanie na jedzenie też jest jakoś wpisane w filozofię takich miejsc – powiedziała konspiracyjnie, ściszonym tonem i uśmiechnęła się łobuzersko, prędko wracając do poprzedniej pozycji. Spróbowała trochę mięsa z kaczki, a jej mina i ciche westchnienie wyraźnie świadczyły o tym, że chyba zaskoczyła się smakiem. – Do diabła. Jest spora szansa, że znienawidzę cię za to, że pokazałeś mi, jak w takich snobistycznych miejscach można rewelacyjnie przyrządzić kaczkę – rzuciła, celując w niego widelcem, ale zaraz na jej usta wpłynął uśmiech. Cóż, była spora szansa, że jadła to po raz pierwszy i ostatni, więc trzeba było się delektować. Dopiero po chwili spojrzała na niego trochę uważniej, przypominając sobie, co powiedział tuż przed tym, jak przyniesiono im jedzenie.
– Tylko?Ja potrafię czasem sprawić, że stara lampka znowu się zaświeci, i chodzę potem przez dwa dni dumna, jakbym oszukała prawa fizyki. Ty mówisz o ludziach – zauważyła, odkładając na moment sztućce i wpatrując się w niego intensywnie. – A to chyba najtrudniejszy materiał do naprawiania, bo zazwyczaj nie mają instrukcji i nawet kiedy wszystkie elementy są na swoim miejscu, wciąż coś może nie działać. – Z rzeczami niby też tak było, z tą różnicą, że je bez bólu można było wyrzucić na śmietnik, jeśli coś nie wyszło. Z ludźmi nie było tak prosto.
Horacy Bell