Strona 2 z 5

we're fucked.

: sob maja 09, 2026 6:39 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Taka to było współpraca z policją, że nim Pilar i Madox porządnie opuścili komisariat, już chcieli bić dwójkę innych funkcjonariuszy. Stewart chciała zająć się Haddie, która z każdym kolejnym razem, gdy dotykała jej mężczyzny, działała coraz bardziej na nerwy, a Noriega Becka, bo również pozwalał sobie na dużo za dużo. Szczególnie w towarzystwie innych osób.
Ś w i e t n i e.
Jak dalej pójdą taką tendencją zwyżkową, to za pół roku już nikt nie będzie pracował na tej komendzie. Przewróciła oczami, gdy Madox zaczął nawijać o tym, jak to już w środę ustawi się z Beckiem na maty i wszystko sobie wyjaśnią.
I co ty mu wyjaśnisz, co? — warknęła, kiedy jej palce szarpały materiał kurtki, by przypadkiem się nie wrócił na komisariat. — Beck jest niegroźny, on się po prostu martwi — machnęła ręką. Serio tak uważała, ale czy powinna? W końcu sytuacja z Daltonem wystarczająco dostanie pokazała, że ludzie przybierali różne maski. Nigdy nie było wiadomo do końca, jakie człowiek miał intencje. Chociaż akurat co do tego tutaj, z pięknymi, ciemnymi oczami była pewna na milion procent. Nie miała co do niego ani jednej kurwa wątpliwości. Do Daltona miała kilkanaście. A do Haddie?
A po co chcesz z nią gadać? — wyrzuciła oczami dookoła orbity, a następnie spojrzała na Madoxa. — Serio pytam, będziesz ją przepraszać? Będziesz błagać o wybaczenie? Prosić, żeby znowu wpadła z butami do twojego życia? — nie rozumiała, po co w ogóle Madox chciał z nią rozmawiać. Przecież Haddie nie od dzisiaj była w Toronto. Wróciła tu kilka dobrych lat temu i Madox naprawdę miał wiele sytuacji i okazji, żeby z nią pogadać i nagle teraz mu się zachciało? No nie podobało jej się to. I to nawet nie tylko z zazdrości, ale tego, że to się po prostu nie kleiło. Może nawet dodałaby coś jeszcze, ale jej facet już trzymał ją mocno za tyłek i nachylał się w jej kierunku, więc głowa automatycznie… Haddie who?.
No skoro tak właśnie powiedział Eliot, to na pewno tak jest — mruknęła zadowolona, rownież prostując kręgosłup i próbując wspiąć się do niego wyżej. Już prawie sięgała do jego ust, kiedy on oznajmił, że może powinien grać trochę mniej zajebanego. Pilar zaśmiała się głośno, wyrzucając głowę do tyłu. — No tak — pokręciła nią na boki, wracając spojrzeniem do jego twarzy. — A ja powinnam grać g ł u p i o zakochaną i ślepo w ciebie zapatrzoną — zacmokała, dłońmi rozpoczynając wędrówkę po jego ciele, od razu wdzierając się pod materiał kurtki, na ramiona i rozgrzany kark. — A czekaj… — przewróciła oczami. Akurat ona nie musiała grać absolutnie nic, biorąc pod uwagę, że świata poza nim nie widziała. Każdą jego wadę traktowała jak zaletę. Komplementowała go sobie we własnej głowie o wiele częściej niż powinna. I d e a l i z o w a ł a. Tak jak teraz, kiedy patrząc w ciemne oczy, była przekonana, że już nigdy w życiu nie zobaczy nic piękniejszego.
Chciała posmakować jego ust.
Kurwa, jak ona chciała to zrobić.
Już czuła na sobie jego ciepło. Oddech, który przyprawiał o przyjemne mrowienie i dotyk powodujący dreszcze, które on bez problemu mógł czuć pod opuszkami. Wspięła się na palcach, biorąc głębszy oddech, a on… się kurwa od niej odsunął.
Te odio — mruknęła pod nosem, kręcąc głową z poirytowania. Przesunęła rękę wzdłuż jego ramienia w dół, by odnaleźć smukłe palce. W pierwszej chwili chciała je złapać, ale kiedy jego dłoń tylko musnęła tej Pilar, kiedy poczuł od niej charakterystyczne ciepło, ona zabrała dłoń. Oczywiście specjalnie. Oczywiście zaraz po tym posyłając mu bezczelny uśmiech. — Dopiero wtedy? Myślałam, że to ja miałam zdecydować, kiedy będzie ten moment — przypomniała mu, co przecież ustalili jeszcze w Meksyku. Dla niej to nie było już żadne jeśli coś, dla niej to była kwestia tylko i wyłącznie kiedy. Wiedziała, że chce spędzić z nim resztę życia, chce nosić jego nazwisko, niezależnie od tego, jak ciężko by nie było.
No nie wiem — wzruszyła ramionami na pytanie, co jadły kaczki. — Pewnie jakiś chleb? Tam zaraz przy wejściu jest budka, możemy kupić jakaś bułkę albo droż… — nawet nie dokończyła, bo Madox już kurwował pod nosem. Sprawiając, że Pilar przystanęła momentalnie i zdążyła jedynie mrugnąć nim on rzucił się przed siebie na czerwonym, wpadając prawie pod auto. -- Kurwa — tym razem to ona rzuciła pod nosem, a potem… rzuciła się do przodu zaraz za nim, akurat kiedy auto już znowu chciało ruszać, więc ona też musiała przeprosić kierowcę. Biegła ile sił w nogach, ale kiedy dobiegła do miejsca, w którym stał Noriega, nikogo dookoła już nie było
I co? — dychnęła, spoglądając na niego wyczekująco. — Spierdolił? Kto to był? Widziałeś jego twarz? — oczywiście seria pytań autorstwa Pilar Stewart. Obróciła się jeszcze kilka razy, rozglądając dookoła, ale ludzi w parku było tak wiele, że nie było opcji teraz znaleźć tego, kto strzelał im zdjęcia. — Kurwa, trzeba będzie dojść do sedna tego — mruknęła niezadowolona i szarpnęła go za kurtkę w stronę budki z pieczywem. — I serio, Madox, ostatni raz byłeś na komisariacie — szczególnie jeśli chcieli szyć narracje tego, że on wyciągał informacje od Pilar, a nie bezpośrednio od policji, nie mogli się razem pokazywać na komencie, a najlepiej, jakby jego tam nie było wcale. Bezpieczniej. Skoro nawet teraz ktoś ich śledził.
Podeszła do lady, a starsza kobieta uśmiechnęła się szeroko. Co prawda okazało się, że nie była to zwykła budka z pieczywem, a z preclami, ale przecież to nie problem. Wzięła trzy zwykłe i oczywiście jeszcze jeden dodatkowy z nadzieniem czekoladowym, bo przecież nie byłaby sobą, jakby nie musiała pochłonąć solidnej dawki cukru. Skierowali się w stronę stawu.
Rozmawiałam z Heleną — zaczęła po chwili, urywając kawałek czekoladowego precla i podała go Noriedze, bo oczywiście Pilar musiała się z nim wszystkim podzielić. — Powiedziała, że sam numer nie ma właściciela i ciężko go namierzyć, ale udało jej się wyciągnąć listę połączeń — podniosła głowę, by spojrzeć na Madoxa. — I kilka razy wykręcał numer zakładu zamkniętego — a to zaś mogło znaczyć jedno: istniało kurewsko duże prawdopodobieństwo, że Nick Dalton faktycznie mógł mieć z tym wszystkim coś wspólnego. Mógł też nie mieć. W końcu było tam też dużo innych wariatów i bandytów… ale mógł też mieć. I ta myśli lawirowała gdzieś w jej głowie. — O patrz, tam są kaczki! — wskazała palcem na niewielki staw, jakby pierwszy raz w życiu widziała prawdziwe kaczuchy.

Te odio por no besarme ᥫ᭡.ִֶָ𓂃

we're fucked.

: sob maja 09, 2026 8:26 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Skrzywił się, kiedy Pilar powiedziała to, że Beck jest niegroźny, tylko się martwi, bo po pierwsze Dalton też był niegroźny... A po drugie? Jak to się martwi? Niech się kurwa martwi o siebie.
Już nawet miał jej to powiedzieć, ale kiedy Pilar wspomniała o Haddie, to Madox... wzruszył ramionami.
- A myślisz, że... nie powinienem jej tego wyjaśnić? - bo on właściwie uważał, że nie. Że to kurwa przeszłość, do tego tak odległa. Po prostu on przy Stewart to może chciał być troszeczkę lepszą wersją siebie?
Taką, gdzie nie musiała go kochać za te jego wady, których nie zauważała, tylko może... za dobre serce? I to, że po latach wyjaśniłby Haddie jak to naprawdę było.
Chociaż rzeczywiście teraz już wcale nie myślał o swojej byłej, kiedy jego palce zaciskały się na pośladku Stewart, odruchowo się uśmiechnął, bo kurwa... On naprawdę się cieszył, że nie musieli cały czas udawać, chować się, a mogli czasem publicznie potrzymać się za... rękę. Albo tyłek.
Popatrzeć sobie w oczy, tak jak teraz.
- Lubię kiedy grasz ślepo zapatrzoną... - rzucił jeszcze przysuwając się do niej, ocierając o nią, a palcami sunąc wyżej, tak, żeby sięgnąć na jej plecy, wedrzeć się pod materiał jej kurtki i bluzki, musnąć opuszkami jej gładką, gorącą skórę. On też był w niej zakochany. Do szaleństwa. Z dnia na dzień bardziej.
A jednak się odsunął, drażniąc z nią, bo to przecież też lubił, nigdy nie mógł sobie odmówić.
Uśmiechnął się, kiedy powiedziała mu to te odio.
- Te quiero - skontrował to od razu i... chciał się do niej znowu szarpnąć, żeby ją pocałować, ale się powstrzymał. I powstrzymał się też przed tym, żeby nie sięgnąć do jej ręki, nie spleść palców z tymi jej, kiedy mu uciekła. Objął ją za to ramieniem.
- Ty zdecydujesz... Bo jakby to ode mnie zależało, to... - to on już w Meksyku by się do tego wyrwał. Bo Madox przecież w jednej chwili miał jakiś pomysł, a zaraz to robił. Zaraz się wyrywał na przód, nie patrząc na konsekwencje. Zawsze.
Chciał, żeby została jego żoną bez względu na wszystko. Ale jeśli rzeczywiście Eliot by to poparł i półświatek...
Zaraz jednak rozmawiali o tym, co jadły kaczki, a Madox kiwał głową, że chleb będzie w porządku.
Tylko zanim zdążył się odezwać, to on już rzucił się biegiem za facetem, który robił im zdjęcia. Przez ulicę i przez park. Ale go nie złapał, nie miał szans, bo było zbyt tłoczno, chociaż jeszcze się rozglądał, kiedy dogoniła go Pilar, kiedy on też łapał w płuca łapczywie powietrze. Pokręcił głową na jej pytania.
- Nie... Był za daleko, tylko ta ciemna bluza, ale pewnie ją zdjął - jeszcze raz rzucił spojrzeniem dookoła - ale to... facet? Szybki. Mojego wzrostu, dobrze zbudowany - od razu rzucił jej to co zapamiętał, ale na niewiele się to zdało. Ilu takich mężczyzn zamieszkiwało Toronto? Od chuja.
- Ty będziesz moim łącznikiem z Eliotem - powiedział, kiedy ciągnęła go do budki z bułkami - ale kurwa Pilar… Musisz mi obiecać, że nie będziesz gubiła ochroniarza, skoro oni tak za nami łażą, w biały dzień. A Raul skarżył, że go gubisz - a dał jej najlepszego człowieka, jakiego tylko polecił mu Diego. Madox ufał Diego, na tyle, na ile w ogóle mógł ufać półświatkowi, ale pomagali sobie w wielu sprawach. Obaj pochodzili z Kolumbii. Tylko Diego nie był tam od wielu, wielu lat.
- A lody? - mruknął coś, kiedy kupowała precle, ale zaraz pochylał się do szyby i pokazywał ekspedientce, który z czekoladą ma im zapakować. A kiedy Pilar oderwał mu kawałek, to oczywiście sięgnął do jej dłoni, żeby musnąć palce wargami i złapać precla w zęby. Odgryzł kawałek, ale prawie się nim zakrztusił, kiedy powiedziała o tej Helenie, odchrząknął.
- Nie wiem która to Helena, ona też cię szarpie? Też się martwi? - wbił w nią spojrzenie, ale na jej kolejne słowa skrzywił się i chociaż już trzymał kawałek pieczywa przy ustach to go odstawił - tego zakładu zamkniętego? - zapytał, a kiedy skinęła głową, to aż się obrócił, zrobił dwa kroki w tył i zaraz z powrotem w jej stronę, tak, że prawie się z nią zderzył - mogliśmy to skonfrontować z Eliotem... Wspomnieć mu o tym, żeby sprawdził Daltona, przycisnął go - bo Madox chyba nie powinien tego robić. A ona... Ona tym bardziej. Nawet by jej kurwa nie pozwolił.
Jeszcze chciał coś powiedzieć. Może właśnie jej zabronić?
Ale Pilar już pokazywała mu kaczki, a Madox też takich chyba jeszcze nie widział. Kanadyjskie kaczki były inne niż kolumbijskie.
- Nie dam im z czekoladą - rzucił i zaraz w dwóch gryzach przełknął swój kawałek, a po chwili już stał przy Pilar i wyciągał do niej rękę, żeby dała mu też tamten dla kaczek. Oczywiście, że mu nie dała. No i chwilę się przepychali, szarpali, drażnili ze sobą. Aż jedna z tych kaczek stanęła przed nimi na brzegu, patrząc na nich jak na debili.
I kiedy Pilar podniosła do góry precla, a Madox ją szarpnął do siebie, żeby wylądowała w jego objęciach. Prosto w jego ramionach... Znowu niebezpiecznie blisko.
Kwa! Kwa!
Usłyszeli nagle, bo kaczka chyba się niecierpliwiła i zaraz nawet tym swoim kaczym chodem ruszyła w ich kierunku. I wtedy już Madox wyrwał Pilar kawałek precelka, niewielki... Taki kawałek. Tylko trochę nie wymierzył i walnął tą kaczkę w łeb. A ona znowu...
Kwakwakwakwakwa!
Zkwakała ich, aż Noriega szarpnął Pilar do tyłu.
- Daj jej cały, jest jakaś dziwna - mruknął jej do ucha.

Incluso puedo dar de comer a los patos contigo 𐙚⋆°🦢。⋆♡

we're fucked.

: ndz maja 10, 2026 12:03 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Kto robił im zdjęcia?
To pytanie kręciło się jej w głowie już od jakiegoś czasu, jednak widząc w końcu, jak ta osoba autentycznie przed nimi ucieka, na własnych oczach, można było odczuć, że to już nie są tylko gdybanki i przypadkowe foty. Ktoś ciągle za nimi łaził. Śledził ich.
Jakim cudem twoi goryle nikogo nie przyłapali? — spytała autentycznie szczerze, wcale nie z wyrzutem. I oczywiście nie chodziło jej o tego jednego gościa, ale przecież już od kilku dni oni ciągneli się za nimi jak smród po gaciach. Chociaż dobrze, że Pilar przynajmniej miała świadomość tego, co się działo, bo gdyby Madox zrobił to za jej plecami, autentycznie by zwariowała. Już i tak lekko wariowała, kiedy czasami widziała w lusterku podążające za nią auto i… — Nie moja wina, że mój na-rze-czo-ny kupił mi sportowe auto, a Raul jeździ dość… przeciętnie — wzruszyła ramionami, spoglądając wymownie na Noriegę. Czy czasami specjalnie uciekała? Nie Tak. Czasami po prostu chciała chwili dla siebie, której wieczny cień jakoś nie mógł jej dać. Pilar nigdy nie miała do czyniania z takimi zabawami, nie była do tego przyzwyczajona, raczej to ona śledziła a nie ją, więc też o wiele łatwiej jej było zauważać te nawet najdrobniejsze niuanse.
Chociaż Daltona nie zauważyła nigdy. W tym akurat był jebaniec dobry. Za dobry, biorąc pod uwagę, że potrafił przesiadywać w jej mieszkaniu, podczas gdy ona spała. Spała kurwa. Dalej za każdym razem jak o tym myślała, jej ciało przechodziły obrzydliwie chłodne dreszcze. Jak ona mogła tego nie zauważyć? Sen może i miała mocny ale… powinna się zorientować. Miała do siebie żal. Nie chciała więcej popełniać tych błędów, dlatego tak zaangażowała się z tą sprawę ze zdjęciami na nowo. Nie chciała tego bagatelizować ani temu umniejszać. Nie tym razem.
No z TEGO zakładu zamkniętego — pokiwała głową, odpowiadając na jego pytanie. — No ale tak na dobrą sprawę, co ci da Eliot w tej sprawie? Jak go przyciśnie, Madox? — podniosła spojrzenie na swojego mężczyznę i nawet na moment przystanęła w miejscu. — Dalton siedzi. W jebanej pace. Czym oni mogą go przycisnąć? A zaoferować ulgi też mu nie mogą, bo wtedy wyśpiewałby tyle kłamstw, ile tylko trzeba — bo taka była prawda. Nick zawsze był dobry w wykręcaniu się z prawdy. Umiał powiedzieć to w taki sposób, że jego słowa niby się broniły, a jednak były stekiem bzdur. I nawet ona kilka razy mu przecież uwierzyła. — Poza tym, nie możemy na razie aż tak zawężać grona podejrzanych i po prostu obstawić, że to on. Trzeba pamiętać, że tam jest jeszcze w chuj innych osób — dodała, podchodząc coraz bliżej stawu. Najgorsze, co mogli zrobić, to znowu coś bagatelizować. Nauczeni doświadczeniem tym razem powinni podejść do tego bardziej na ostrożnie. Chociaż z drugie strony Pilar miała już w głowie, że może… może powinna również sama spróbować się czegoś dowiedzieć. Ale tą myśl na ten moment postanowiła zostawić tylko i wyłącznie dla siebie.
A tak swoją drogą, nie, Helena mnie nie szarpie — wróciła jeszcze na chwile do jego wcześniejszych słów, a następnie wyprzedziła go i na króciutki moment szła do niego przodem, ciemne spojrzenie zawieszając na jego orzechowych oczach. — Z Heleną chodze na pilates — przystanęła, bo przecież już byli na miejscu. A Madox oczywiście znowu prawie na nią wpadł. Zadarła głowę do góry. — Tam się nauczyłam tego szpagatu i kilku innych jeszcze rzeczy — dodała tajemniczo, ani na moment nie spuszczając z niego wzroku. Mogli się wkurwiać i dochodzić, ale czasami wyobraźnia i tak potrafiła robić swoje.
Potrafiły też robić je kaczki, które nie przejmując się tym, że dookoła kręciła się masa ludzi, po prostu żyły swoim najlepszym życiem. Kilka pływało w stawie, ciesząc się wodą, jeszcze inne wylegiwały się na kamieniach, no i oczywiście była też jedna, która zamiast zająć się sobą, chyba jako pierwsza zwęszyła, że mieli w woreczku jakieś suweniry.
I kiedy oni kłócili się i przekomarzali o to, kto miał zarzucic pierwszym kawałekim, kaczka podeszła sobie do nich jeszcze bliżej, kwacząć jakby ten precel naprawdę się jej należał. I Madox zaraz taki kawałek jej dał. Szkoda tylko, że trafił prosto w jej łeb, a ona chyba nie ogarneła, gdzie to potem spadło.
No tam masz — Pilar próbowała ją nakierować, wskazująć urwany precelek, ale ta znowu zaczęła kwakać jak pojebana. Zaś kiedy Madox powiedział, że powinna jej dać cały, bo jest jakaś dzina, Pilar to na niego spojrzała, jakby był dziwny. — A jak ona to kurwa zje? — spytała całkiem poważnie. — Przecież kaczki chyba nie mają zębów — czy miały? W sumie nie miała pojęcia, ale patrząc na ten dziub, który w pełni się zamykał, to raczej nie wyglądało na to, jakby miały się tam zmieścić jakiekolwiek siekacze.
Może trzeba im rzucić do wody? No wiesz, żeby miały to miękkie — zaproponowała, wpadajac na świetny przecież pomysł i zaraz oderwała kilka kawałków i cisnęła nimi gdzieś na środek stawu. Ten gest sprawił, że większość kaczek w wodzie dosłownie rzu-ci-ła się na te ochłapy, walcząc między sobą o każdy kawałek, a Pilar tylko spojrzała zaskoczona na Noriegę. — Kurwa, jakby rok nic nie jadły. Trzeba było tego więcej kupić — skwitowała i znowu rzuciła kilka kawałków, przy okazji wystawiając ręke z preclem bliżej Madoxa, żeby też sobie urwał. To były prawdziwe igrzyska śmierci kaczek. Szkoda tylko, że ta jedna, która szła w ich stronę, znowu podeszła bliżej, kwacząc głośno.
Ej ta serio chyba jest jakaś chorutka — rzuciła, robić nawet mały krok w tył, bo chociaż nie znała się na kaczkach, to autentycznie widziała jakiś dziwny mord w jej oczach. — No przecież ci dałam — dała jej nawet jeszcze dwa kawałki, ale ona nic sobie z tego nie zrobiła, kwacząc na nich coraz głośniej. No i co kurwa? Spierdalać? Kopnać ją?

tu mi patito 𓅰 𓅬 𓅭 𓅮 𓅯

we're fucked.

: ndz maja 10, 2026 2:31 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- Przy nich są ostrożniejsi? Albo może, ten ktoś wiedział, że ich odesłałem? Że ich odsyłam gdy jesteśmy razem? -bo przecież teoretycznie razem byli bezpieczni? Nie byli może... ale i tak Madox nie chciał, żeby ktoś wisiał im na ogonie, kiedy byli razem, bo przecież oni mieli różne pomysły, zaczynając od włamania do cudzego domu, żeby wykąpać się w basenie i potem w świetle księżyca tańczyć nago na stole, po kolejny włam... tym razem do chatki ratownika, albo wyjazd na jakieś szczere pole kukurydzy. Nie potrzebowali wtedy ogona.
Ale może wtedy byli właśnie najbardziej obserwowani? Bo przecież cały czas się rozpraszali, zapatrzeni w siebie, jakby kurwa cały świat poza nimi nie istniał.
- Ale hojny narzeczony - rzucił i nawet ją gdzieś lekko szturchnął w bok - może Raulowi też powinienem kupić, albo nie wiem puścić za tobą kogoś kto nadąży, albo... będzie jeździł z tobą? - zastanawiał się głośno, ale raczej w żartach, bo nie miał w planach kolejnego sportowego wozu. Nie mógł przecież tak się obnosić z forsą, którą zarobił na Ferrarim, a jak ktoś pytał, to on przecież mówił, że na wóz dla Pilar ciułał, i ciułał. Chociaż nad zmianą jej ochroniarza cały czas myślał, bo Raul był dobry, ale przecież dla Pilar to musiał być ktoś najlepszy. Bo przecież ona była dla niego najważniejsza.
Do tego stopnia, że kiedy powiedziała o zakładzie, w którym siedział Dalton, to Madox od razu się uniósł. Były takie momenty, że on naprawdę żałował, że go nie zajebał. Już wtedy w hotelu, kiedy wpadła policja i mu przeszkodziła. Albo na tym lodzie, mógł lepiej wycelować, nie tak, żeby go unieruchomić. Inaczej.
- Nie wiem, ja bym go przycisnął - rzucił i wbił w nią ciemne spojrzenie, już znowu bardziej ogniste - niech go kurwa wyślą daleko stąd, albo nie wiem, dają mu jakieś prochy, przecież jeśli to znowu on, to kurwa... Pilar policja aż tak by tego nie ogarnęła? - Madox trochę nie mógł w to uwierzyć, że oddał zwyrola w ręce wymiaru sprawiedliwości, a on co? A on sobie robi swoje, jakby nigdy nic.
Ale z drugiej strony Dalton pokazał, że oni go nie doceniali, oboje.
- Zajebie go jak to on, po prostu go zapierdole - Madox oczywiście już się nakręcał. Ale Pilar miała trochę racji... Bo w zasadzie mieli więcej wrogów niż jeden pierdolony Dalton.
Kiedy szła tyłem, to Madox pilnował ponad jej ramieniem, żeby w nic nie wpadła, ale wychodziło jej to nawet dobrze. Chociaż kiedy zaczęła temat Heleny, to znowu jego ciemne oczy zatrzymały się na jej pięknej twarzy.
- Na pilates? - powtórzył unosząc jedną brew i rzeczywiście w nią wlazł, że musiał znowu przytrzymać ją za ramię - szpagatu? W sumie całkiem niezły - stwierdził i oczywiście, że już pytał - a jakich innych rzeczy? Musisz mi pokazać, skoro Helena już wszystko widziała - znowu przewrócił oczami, ale właściwie tak tylko, żeby ją zaczepić. Znowu też się zastanowił kim jest ta Helena.
Ale nie było mu dane długo nad tym myśleć...
Bo oni rzeczywiście zaraz karmili kaczki. Preclami.
Ten pierwszy kawałek walnął kaczkę w łeb i odskoczył, i chociaż Madox nie chciał się z niej śmiać, to parsknął, a jeszcze jak Pilar dodała to no tam masz, to on już przytulał się do swojej narzeczonej.
- Jakaś tępa - rzucił, ale chyba tym jeszcze bardziej wkurzył kaczkę, bo zaczęła się wydzierać. Kwakwakwa! I kwakwakwa.
Na pytanie Stewart jak ona to zje, wzruszył ramionami. I nawet przez moment miał jej powiedzieć, że po prostu będzie w to napierdalać dziobem, może nawet zobrazować jakby to miało wyglądać? Kiwając głową. Już nabrał powietrze w płuca, ale jego mądra narzeczona wymyśliła, że trzeba to wrzucić do wody.
- Tak, jak te stare baby co maczają ciastka w herbacie - dodał, a kiedy Pilar cisnęła kawałki na środek stawy, a cała chmara kaczek, jakby nagle zleciały się jakieś dodatkowe chuj wie skąd, rzuciła się na to, to Noriega aż otworzył usta ze zdziwienia - ja pierdole, myślisz, że one mogą się za to pozabijać? - popatrzyli na siebie, jakby pierwszy raz w życiu wiedzieli coś takiego, ale może tak było? Bo te kanadyjskie kaczki były strasznie zawzięte. A Madox, kiedy tylko Pilar wyciągnęła w jego kierunku precla, to jeszcze rzucił te kawałki w sam środek piekła i tej walki, oczywiście, że specjalnie. Fascynujące to było, na swój sposób.
Za to ta kaczka, która gapiła się na nich naprawdę wyglądała jak jakaś chorutka. Madox aż się cofnął i znowu pociągnął Pilar za sobą a kaczka znowu kwa kwa.
- Ona chce ten z czekoladą - stwierdził Noriega i sięgnął do tego kawałka, którego nie zjadła jeszcze Stewart. Rzucił go kaczce, ale ona nawet nie zainteresowała się preclem.
I nagle...
Zerwała się i machając skrzydłami, skrzecząc przy tym diabelsko, ruszyła w ich kierunku, i może trzeba było spierdalać? Albo ją kopnąć? Madox brał pod uwagę taką ewentualność, ale w pierwszej chwili to zasłonił Pilar. Tylko, że kaczka zatrzymała się tuż przed nimi, wywaliła na bok, kaczymi łapami do góry i ledwo zipiąc, tylko tak cicho już kwaknęła.
Kwa. kwa. kwa.
- Nawet jej nie dotknąłem - Madox od razu spojrzał na Pilar, bo wiadomo, że takie rzeczy zawsze są na niego. Ale rzeczywiście on jej nie ruszył. Kucnął za to zaraz i przyglądał się tej kaczce, a ona łypała na niego tak jednym okiem, jakby... - ja pierdolę Pilar, musimy jej pomóc, bo ona zdechnie - i znowu Noriega odwrócił się do swojej narzeczonej i patrzył na nią z dołu pochylając się nad kaczką. W zasadzie... kaczek jeszcze nie ratowali, nie?
Zanim jeszcze Pilar zdążyła coś powiedzieć, to Madox ściągnął z siebie kurtkę i ją rzucił koło kaczki, żeby na nią wlazła, ale ona nie chciała, tylko przebiera jakoś tak tymi łapami kaczymi. Już też się zebrało koło nich kilka innych kaczek, które tak się patrzyły jakby mówiły pomóżcie jej, a przynajmniej Madox tak to już widział. Poklepał swoją kurtkę - dawaj Panchito, rusz się - już jej nawet imię dał. Ale Panchito się nie ruszył.

Tenemos que ayudar a este pato 🦆⋆.˚

we're fucked.

: ndz maja 10, 2026 4:37 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Pilar nie miała pojęcia, czy to naprawde mógł być Dalton.
Kiedyś powiedziałaby, że Nick w życiu nie zrobiłby czegoś takiego, ale teraz? Teraz wiedziała, że po Daltonie można się było spodziewać absulutnie w s z y s t k i e g o najgorszego. I szczerze? Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby on naprawdę kogoś wynajął.
Nick miał problemy z głową, zapędy socjopatyczne. Można było doszukiwać sie w tej chęci zajebania Noriegi naprawdę wiele uzasadnień. Jakby na to nie spojrzeć, przed tą całą akcją, zanim Madox wsadził go za kratki, Dalton miał naprawdę wiele: świetną pracę, wysoką pozycję na komendzie, ludzie go lubili. Zapragnął jedynie kobiety, która była poza jego zasięgiem. Ale przecież we własnej głowie wciąż uważał, że Pilar była jego, że to co ich łączyło było prawdziwą miłością, której on po prostu musiał pomóc. Madox mu to wszystko odebrał, a do tego jeszcze przez niego siedział. Tutaj wcale nie ciężko było o jakieś akty nienawiści, bo lista powodów była naprawdę długa.
Dobrze wiesz, że policja nie zrobi nic, bez konkretnych dowodów — rzuciła w końcu. Musiał to wiedzieć, przecież jakby na to nie patrzeć ukończył szkołę policyjną, znał te pierdolone protokoły i regulaminy, których trzeba było przestrzegać. Nie było na to mocnych i przez bardzo dużą część czasu psiarnia miała związane ręce. Szczególnie, że Nick i tak już siedział w zakładzie przez jego problemy psychiczne, gdzie był kompletnie odcięty od ludzi z zewnątrz.
Ale czy na pewno?
Westchnęła głośno, gdy powiedział, że jeśli to on, to go zapierdoli. Łatwo było mówić, ale przecież to również wiązało się z konsekwencjami. Nikt tutaj nie mógł nikogo zajebać, chociaż Pilar wcale mu się nie dziwiła. Bo gdyby się faktycznie okazało, że Dalton chciał mu znowu zrobić krzywdę, Stewart byłaby pierwsza, która chciałaby wymierzać sprawiedliwość. Ale pierwsze do-wo-dy.
Helena jest hakerką — rzuciła w końcu, odpowiadając na jego pytanie z wcześniej. — No, to znaczy informatyczką. Tak się to nazywa profesjonalnie — przewróciła oczami, bo przecież w policji nie można było mieć pełnoprawnego hakera. Chuj, że jego robota to było dosłownie wła-my-wa-nie się do systemów i wyciąganie danych. Państwo zawsze ładnie nazywało swoich sługusów. A co do pilatesu… — Pokaże ci, pokaże — rzuciła w końcu, nachylając się bardziej w jego kierunku. — Puedo poner los pies detrás de la cabeza umiem dać nogi za głowę, dodała kompletnie luźno, jakby właśnie rozmawiała z nim o pogodzie, kiedy jakaś parka przechodziła tuż obok. I nawet dobrze się złożyło, że sobie poszli, bo przecież to był teraz ich czas, żeby nakarmić kaczki.
Swoją drogą niesamowite było to, jak bardzo one walczyły o precelki, które Pilar z Madoxem sukcesywnie im rzucali pod dzioby. Jakby nie jadły całe wieki, jakby to był jakiś precel ratujący życie co najmniej. A Madox oczywiście, jeszcze specjalnie dorzucał im w sam środek, powodując jeszcze większe walki.
Ty, a jakby tak… — zaczęła, a następnie wzięła kilka kawałków w garść i cisnęła nimi z całej siły na drugi koniec stawu. Wszystkie kaczki jak wcześniej walczyły w stadzie, tak teraz rozpoczęły epicki wyścig po precle. Niektóre podpłynęły, inne wyleciały kawałek w górę, a następnie wylądowały innym na głowach. Pilar nigdy wczesniej czegoś takiego nie widziała. — Ej bez kitu, raz w miesiącu chodzimy od teraz karmić kaczki — oznajmiła, znowu rzucając im po drugiej stronie, żeby wszystkie przeleciały cały staw. Nie miała pojęcia, że coś tak randomowego, mogło przynosić tak wiele świetnej zabawy. Chociaż zaraz okazało się, że nie wszystkim, bo ta jedna kaczka, która już wcześniej szła w ich stronę na lądzie, dalej nie mogła się zamknąć i domagała się… no właśnie czego? Na pewno nie precla z czekoladą, którym Madox znowu jebnął jej w łeb, bo tylko na niego spojrzała, a potem znowu skierowała się w ich kierunku.
Rzuci sie na nas — mruknęła Pilar, nie za głośno oczywiście, bo nie miała pojęcia, czy kaczka rozumie? Mówi po angielsku? Reaguje jakoś? Psy kurwa reagowały, to można kaczka też? — Mówię ci, ona się na nas rzuci Madox! — szarpnęła go za materiał kurtki, jakby chciała dać mu znać, że to najwyższy czas, żeby może jednak spierdalać? Nie zdążyli jednak nic więcej zrobić, bo kaczka wyskoczyła w ich kierunku, zatrzepotała skrzydłami, jednak nim ktokolwiek zdążyło coś faktycznie zrobić, ona po prostu… wyjebała się na plecki.
Padła.
Normalnie, kurwa, padła.
Coś ty jej zrobił? — spytała, pomimo tego, że Madox powiedział, że nawet jej nie dotknął. — Ja pierdole, pewnie pomyślała, że jesteś diobłem, jak Bridget — skwitowała, śmiejąc się nerwowo. Bo z jednej strony, to była wyjątkowo śmieszna sytuacja, a z drugiej… no jakby na to nie spojrzeć, mieli zgonującą kaczkę u swych stóp. Obserwowała, jak Noriega do niej doskakuje i przenosi ją na swoją kurtkę.
Co? A jak ty chcesz jej pomóc? — spojrzała na niego jak na debila. — No to nie wiem, zrób jej jakieś usta-dziub — zamiast usta-usta. No bo jak niby się ratuje kaczaki? — Albo klepnij ją w brzuch, może się zadławiła? — Pilar nie była weterynarzem ani żadnym specjalista od kaczek. Co jej mogło być? No przecież chyba nie miała zawału? Otworzyła szerzej oczy, słysząc, że Madox już nadał jej imię. KACZCE. I to był pierwszy sygnał tego, że oczywiście tak tego nie zostawią.
Ja pierdole, dobra, bierz ją — westchnęła głośno, machajac na Noriegę reką, a wtedy inne kaczki dookoła zaczęły jakoś głośniej kwawkać, gapiąc się na Pilar. — No co kurwa? Do weterynarza ją chcemy zabrać. Nie patrzcie tak na mnie — wyjaśniła, jakby one faktycznie miały cokolwiek z tego zrozumieć. — Przywieziemy ją potem — dodała, ale one dalej patrzyły na nich jak na debili. Cóż, w sumie nic nowego. I kiedy Madox podnosił Panchito, Pilar już wyciągała telefon, żeby sprawdzić, gdzie znajdował się najbliższy weterynarz. Bo może los tym razem im sprzyjał i nie musieli jechać przez pół miasta, a po prostu podejść ulice czy dwie dalej. Z kaczką na rekach…

Puedo poner los pies detrás de la cabeza

we're fucked.

: ndz maja 10, 2026 7:18 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Niby wiedział, że policja nie zrobi nic bez konkretnych dowodów. A jednak jeśli chodziło o funkcjonariuszkę prawa, o policjantkę, ich koleżankę, to przecież na własnej skórze przekonał się, że niektóre zasady można było nagiąć. Bardziej się przyłożyć... albo delikatnie rzecz ujmując, kogoś przycisnąć, tak jak zrobili to z nim, kiedy Dalton jego oskarżył o porwanie Pilar, nikt wtedy nie patrzył na dowody. I Madox liczył na to, że Eliot też by się bardziej postarał, gdyby wiedział, że chodzi o Stewart...
Chociaż może nie? Po tej całej akcji, którą ostatnio odstawili w jego gabinecie?
No to już wiadomo czemu Madox nie znał Heleny, jak on z komputerami byli na jakiejś wojennej ścieżce i Noriega naprawdę rzadko z tego korzystał, jak musiał, ale i tak nie ufał hakerom, czy tam informatykom, a jego klubowy komputer przecież wiecznie łapał jakieś wirusy i wyświetlał mu hot mamuśki w jego okolicy. Ale na szczęście Eric się tym zajmował.
- Ej a wolna jest ta Helena? Mam takiego kumpla, on też jest informatykiem - dzień bez swatania Stones dniem straconym... Chociaż z drugiej strony Eric mu ostatnio opowiadał o dwóch pannach, ale... przecież lepiej jak jest więcej. To znaczy, nie dotyczyło to Madoxa, bo jemu wystarczyła jedna - jego narzeczona.
Która zaraz zresztą mu mówiła, że pokaże mu czego nauczyła się na pilatesie.
- Piernas sobre la cabeza? - nogi za głowę?, znowu po niej powtarzał - to musisz mi to pokazać, chociaż już mi zakładałaś nogę... - urwał, bo jakaś parka się na nich obejrzała. Ale Madox tylko wzruszył ramionami - chodzi na pilates - wyjaśnił, a zaraz już karmili kaczki.
Chociaż nie... Oni sobie urządzali legalne walki kaczek o kawałki precla. To znaczy Madox to robił rzucając je w sam środek. A Pilar robiła jakieś wyścigi, kiedy ganiała ptaki z jednego końca stawu na drugi.
- A może następnym razem wiewiórki? Myślisz, że też walczą? Albo nie wiem... pójdziemy na ryby? - już się do niej przytulał, zarośnięty policzek opierając o jej szyję - ale tam się nic nie dzieje - bo on przecież raz był na rybach z Earlem. Ale... jakby poszedł z Pilar, to można być pewnym, że by się coś działo...
Tak jak teraz chorutka kaczka kierowała się w ich stronę olewając pysznego precelka z czekoladą.
- Nie rzuci... - mruknął Madox, ale zacisnął mocniej palce na dłoni swojej narzeczonej. A kiedy to powtórzyła, to oczywiście, że ruszył się do przodu, znowu ryzykując dla niej życie.
Ale jak się zaraz okazało, to kaczka chyba postanowiła je sobie odebrać. Chociaż... może ona serio była jakaś chora?
Madox już się jej przyglądał, wyglądała w porządku, chociaż kiedy Pilar zarzuciła mu, że pomyślała, że jest diobłem, jak Bridget, to obejrzał się przez ramię na Stewart. Dzisiaj w tej czerwonej kurtce mógł trochę wyglądać jak diabeł, chociaż ciekawe czy kaczki w ogóle odróżniają kolory? - Si pones las piernas detrás de la cabeza, te mostraré qué clase de demonio eres - jeśli założysz te nogi za głowę, to pokażę ci jaki diabeł, rzucił i pokazał jej język, a zaraz już zachęcał Panchito, żeby wlazł mu na kurtkę. Chociaż na kolejne słowa Stewart, to aż odchylił głowę do tyłu patrząc na nią - a jak jest chora na jakąś ptasią grypę i mnie zarazi? Oszalałaś? Nie chce jej dotykać - ale zaraz już owinął ją w kurtkę, a kaczka nawet nie protestowała, więc Madox wstał dumny i pokazał Pilar to zawiniątko - zobacz jak owinąłem Panchito - oczywiście musiał się jej pochwalić, a zaraz złapał tą kaczkę pod pachę jak piłkę do futbolu. Podszedł do Stewart zaglądając jej przez ramię w telefon, kiedy wpisywała najbliższego weterynarza. Inne kaczki się obruszyły, ale Madox też uspokoił je gestem ręki - dajcie spokój, zawieziemy Panchito do lekarza - wyjaśnił, chociaż czy kaczki to rozumiały, to nie wiadomo - o zobacz, przejdziemy przez park i tam jest weterynarz - pokazał jej nawet palcem gdzie i zaraz ruszyli parkowymi alejkami.
Panchito był nawet spokojny, ale gdy wyszli na ulicę, to trochę zaczął się miotać i Madox musiał go złapać inaczej, z przodu na piersi, przytulając do siebie to zawiniątko i zasłaniając kaczkę bardziej, żeby nie straszyły jej samochody. Stali na pasach na czerwonym, kiedy jakaś staruszka, która stała obok Noriegi i sięgała mu może do łokcia, odchrząknęła.
- Ekhem… Przepraszam... A co Pan tam ma? Dzieciątko? - zapytała i już podnosiła okulary, żeby zobaczyć ich dzieciątko, ale Madox spojrzał na Pilar, a zaraz pokręcił głową.
- Nie... kaczkę - i nawet się schylił, żeby pokazać staruszce kaczkę. A ta zaraz go szarpie za rękaw.
- No jak to! Złodziej, ukradł kaczkę z parku! Zaraz wołam policję! - krzyknęła, a Madox wywrócił oczami... No chyba lepiej, że kaczkę z parku, niż jakieś dzieciątko nie wiadomo skąd.
- Ona jest z policji... A ja z Green Peace, ratujemy tą kaczkę - wyjaśnił i nawet spojrzał na Pilar, żeby jej pokazała odznakę, czy coś. Ale światło się już zmieniło i mogli przejść przez ulicę. Im to wyszło sprawnie, a jednak staruszka, która przed chwilą się na nich wydzierała była może w połowie pasów, a światło już mrugało, że zaraz zmieni się na czerwone. Noriega spojrzał jeszcze na Pilar, a zaraz dał jej Panchito - ja pierdole - mruknął jeszcze, ale później wrócił się do staruszki, żeby jej pomóc. Z nim poszło jej dużo sprawniej i zaraz stali po drugiej stronie drogi a staruszka im dziękowała i jeszcze powiedziała coś, że Bóg im w dzieciach wynagrodzi.
W końcu weszli do tego weterynarza, a tam kolejka na dziesięć osób, ale Madox krzyknął od razu, od drzwi - mamy tutaj nagły przypadek! - i pociągnął Pilar za rękę do kontuaru, a zaraz pokazał recepcjonistce ich kaczkę - ona umiera, ledwo zipie, musicie jej pomóc... - oczywiście, że powiedział to tak dramatycznie, że dziewczyna za ladą aż się podniosła spoglądając na zawiniątko, a zaraz złapała kaczkę i wbiegła z nią do gabinetu, a im kazała czekać.
Czekali... W międzyczasie Madox wygłaskał wszystkie pieski w poczekalni, i pogadał chyba ze wszystkimi oczekującymi, a Pilar pewnie mu trochę ponarzekała ile to może trwać. Ale mogło. Madox coś o tym wiedział, bo chodził z Sombrą do weterynarza. W końcu... po jakiejś godzinie. Poprosili ich do gabinetu, a kaczka jak ich tylko zobaczyła, to znowu wydała z siebie radosne.
Kwa kwa!
A przynajmniej Madoxowi tak się wydawało, że jest radosne.
Lekarz wystawił mu rachunek na pięć stów, ale okazało się, że ich kaczka rzeczywiście mogła zejść i gdyby nie oni, to pewnie jutro wrzucili by ją do zgniatarki, czy co tam się robi z martwymi kaczkami w parku. Bo Panchito zjadł pierścionek. I zaraz weterynarz położył przed nimi na srebrnej tacce złoty pierścionek z czerwonym oczkiem. Madox pochylił się przyglądając mu.
- Wasza kaczka prawie zdechła bo zjadła Pani pierścionek - oznajmił lekarz, ale po pierwsze to nie była ich kaczka, a po drugie to nie był jej pierścionek, chociaż... Może już był?
Madox nawet obejrzał się na Stewart, co ona myśli na ten temat.

Pon tus piernas detrás de tu cabeza y yo soy el diablo 👹

we're fucked.

: pn maja 11, 2026 11:24 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Gdyby jeszcze dzisiaj rano ktoś jej powiedział, że po ciężkiej batalii z Eliotem, pójdą z Madoxem do parku karmić kaczki… chyba by wysłała tego kogoś do zakładu zamkniętego, w dodatku w trybie pilnym, a do tego pewnie jeszcze uśmiechała się po pachy. No tylko życie pokazało, że czasami potrafiło zaskakiwać, a oni będąc razem wpadali na coraz to durniejsze pomysły.
No wiec stali przy niewielkim stawie i rzucali precelkami, podziwiali, jak kaczki walcząc na śmierć i życie o każdy kąsek i przelatują z jednej strony na drugą, bo to przecież nie tak, że Stewart albo Noriega mogliby im po prostu rzucić żarcie i tyle — oni musieli urządzić im prawdziwe igrzyska. Tylko zaraz się okazało, że pod nogami mieli jakiegoś uciekiniera z dystryktu dwunastego, w dodatku takiego, który wyjebał nóżki w stronę nieba.
Musieli mu pomóc.
Przecież oni wszystkim pomagali. Dlatego kiedy Pilar dyskutowała z kaczkami, że to tylko na chwile go zabiorą do lekarza i oddadzą, Madox już zawijał Panchito w swoją czerwoną kurtkę i dopytywał, czy nie jest jakaś chorutka.
No może być, więc nie dotykaj jej za bardzo — skwitowała zajebiście pomocnie, sama szukając najbliżej kliniki weterynaryjnej. — A potem spalimy tą kurtkę — dodała równie pokrzepiająco, nawet na niego nie patrząc, bo już wpatrywała się z mapę i to, jak powinni najlepiej przejść, by ominąć wielkie skupiska ludzi i przeciskanie się przez tłum. Skinęła głową z pełną aprobatą, gdy pokazał jej jak ładnie zawinął Pachnito, a następnie ruszyli w stronę weta, oczywiście po drodze spotykając jakąś wariatkę na pasach, która już gotowa była dzwonić na policję, bo wynoszą kaczki z parku. Kurwa, jakby chcieli kraść kaczki, to chociaż wzięliby sobie tą najbardziej dziką i nieokiełznaną, a nie taką schorowaną, która tylko kwakała smutno, gdzieś pod pachą Madoxa. Pilar pokazała kobiecie odznakę i wcisnęła jakiś kit o robieniu kaczce eskorty. Nagle z bycia złodziejami, zostali przez kobietę okrzyknięci bohaterami i nawet krzyczała ludziom, że mają zejść z drogi, bo idzie oddział ratujący kaczki. No i pięknie.
Chociaż u weterynarza okazało się nie być tak pięknie, a już na pewno nie priorytetowo, jakby można oczekiwać. Bo w momencie, gdy pracownica przychodni zabrała od Madoxa kaczkę i pobiegła do jednego z gabinetów, rozpoczęło się ciągnące się w nieskończoność czekanie. Do tego wszystkiego dostali oczywiście plik papierów do wypełnienia. Dobrze, że chociaż imię już mieli, to pierwsza część poszła nawet sprawnie.
— A jak myślisz, ile może mieć lat? — dopytała, stukając długopisem o kolano i wpatrując się w ankietę. — Dobra, wpisze trzy — no bo właściwie ile żyły takie kaczki? Pilar nawet nie wiedziała, jaki był przeciętny wiek takiego kwakacza, dlatego trzy wydało się jej odpowiednie. Oczywiście zaznaczyła, że Panchito nie miał wcześniej żadnych chorób, a jak trzeba było wpisać rasę, to googlowali cokolwiek, co było najbardziej zbliżone do tej, którą przynieśli.
Pilar faktycznie trochę się ponudziła. Nigdy nie umiała bezczynnie siedzieć. Przede wszystkim dlatego, że kiedy siedziała, to również… myślała. Dużo. Nadmiernie. Przechodziła w głowie jeszcze raz rozmowę z Eliotem, tym co teraz będą musieli zrobić, ale również i kwestie tego kogoś, kto ich śledził. Nawet wyjrzała kilka razy przez okno, spoglądając na otoczenie. Chociaż nie chciała, autentycznie zaczęła rozważać scenariusz, w którym odwiedza Daltona. Wiedziała, że to kurwa głupi pomysł i Madox z pewnością by się wkurwił, dlatego… na razie nic mu nie powiedziała, a kiedy on poszedł głaskać jakiegoś dobermana, opowiadając facetowi, że też miał takiego w domu, Pilar napisała do jednego z kumpli z komendy z zapytaniem, jak trudno byłoby zorganizować wizytę z kimś z zakładu zamkniętego.
Gdy pielęgniarka w końcu ich wywołała, Stewart zerwała się z miejsca jak proca i weszła tuż przed Madoxem do gabinetu, gdzie kaczka stała już o własnych nogach i do tego radośnie na nich kwakała. Miała świadomość, że uratowali jej życie? No pewnie nie, ale Stewart też to sobie tak postanowiła tłumaczyć, że to z dozgonnej wdzięczności. I z równie mocno miała nadzieje, ze ładnie pozwoli im się odnieść do stawu w parku. Tylko zanim to, okazało się, że Panchito prawie umarł, bo zjadł… pierścionek. Ładny, czerwony. Pilar aż przewróciła oczami, bo to było niesamowite, jak bardzo kolor czerwony towarzyszył im niezależnie od tego, co robili i gdzie byli. Był nawet W KACZCE, której mogli. Zamrugała kilkakrotnie i chociaż w pierwszej chwili chciała powiedzieć, że to nie jej pierścionek, tak finalnie…
O jezu, jak ona go dorwała?! — przyaktorzyła trochę, oczywiście udając zaskoczenie, zaczęła oglądać ręce, a lekarz chociaż to kupił, dał im przy okazji reprymendę, że musza bardziej uważać na swoją kaczkę, bo te stworzonka miały bardzo mały przełyk. Oczywiście pokiwali głowami, przeprosili, a kiedy Noriega poszedł zapłacić, Pilar zawinęła Panchito w jego kurtkę, by potem jak jedna, wielka rodzinka, wyjść wszyscy razem na świeże powietrze. Oddała mu kacze dziecko, a sama sięgnęła do kieszeni kurtki po pierścionek, który zabrali ze sobą. Przyjrzała mu się dokładnie.
Ładny — skwitowała, odkręcając go na strony i przyglądając się, jak czerwony kamień mienił się w słońcu. — No i po co go zeżarłeś? — spojrzała na Panchito, jakby faktycznie miał jej cokolwiek odpowiedzieć. Tyle ile oni się dzisiaj nagadali do tych kaczek, to już chyba wyrobili limit na następny kilka lat. Podniosła spojrzenie na swojego narzeczonego, przy okazji podrzucając pierścionkiem w ręce. — Pójdzie do pudełka pod łóżkiem — oznajmiła zadowolona. Bo przecież ona swój już miała, ale za to jak kiedyś sobie na niego spojrzą przy okazji przeprowadzki czy procesu awaryjnego, od razu przypomną sobie cała aferę z kaczkami w parku i może trochę się pośmieją.
Ciekawe czy się martwiły — zagaiła, gdy już przechadzali się ścieżkami pomiędzy drzewami. Panchito o dziwo siedział grzecznie w kurtce Noriegi, jakby faktycznie przeczuwał, że lada moment odstawią go na miejsce. Przeczuwały chyba też inne kaczki, bo nim nawet Madox zdążył z nim przejść połowę trawnika, reszta kaczej już zaczęła tuptać w ich kierunku, kwacząc głośno. — No już cicho, mamy waszego kumpla — oznajmiła i stanęła tuż za Noriegą, kiedy ten kucał z Panchito na dłoniach i spuszczał go z kurtki. Kaczka od razu pobiegła do swojej rodzinki, tarzając się z nimi przy trawie, a oni stali jak ci dumni rodzice, którzy pierwszy raz puścili dziecko na plac zabaw do innych dzieci.
To co, teraz lody? — odezwała się w końcu, bo przecież ile można było stać i patrzeć, jak kaczki się cieszą? Oni też powinni się trochę pocieszyć z tego, że znowu komuś pomogli i w dodatku rozszerzyli swoje usługi o zwierzęta. — Patrz, tam jest budka — zacisnęła palce na jego przedramieniu i szarpnęła go w odpowiednim kierunku, już zastanawiając się, jakie smaki będzie chciała oprócz czekoladowego (bo ten akurat był oczywisty). Tylko kiedy byli już w połowie drogi, przechodzili akurat koło załamanej parki.
No przecież kupię ci nowy, Polly, nie przejmuj się — tłumaczył chłopak, nachylając się nad swoją kobietą i głaszcząc ją po plecach.
Nie chce nowego, tamten był mamusi!!! — kwiczała, zasłaniając twarz długimi szponami, które przeplatały się z blond włosami, opadającymi na jej buzie. — A może to znak? — wyrwała energicznie głowę, tak, że podsłuchująca Pilar aż lekko przysunęła się do Noriegi. — Może nie powinnam przyjmować twoich oświadczyn? Może to wrzechświat chce mi coś przekazać?! — nawijała, a Pilar aż spojrzała wymownie na Madoxa. Po pierwsze skąd oni znali te wszystkie… nieudane zaręczyny i kłótnie z wszechświatem, a po drugie, czy przypadkiem oni nie mieli czegoś, co wprowadziło parkę w taki właśnie stan?

Este anillo no es nuestro 💍

we're fucked.

: pn maja 11, 2026 2:21 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Odwrócił się na Pilar przez ramię, kiedy powiedziała, że spalą jego lubioną, czerwoną kurtkę, ale chyba tak było trzeba, gdyby kaczka rzeczywiście okazała się bardzo chora.
Chociaż kiedy już siedzieli u weterynarza, to chyba nie mogło być tak źle, bo gdyby umierała, to jednak by ich poinformowali, a tam cisza. Chociaż Madox raz zaczepił recepcjonistkę pytając o kaczkę, ale powiedziała, że jest w dobrych rękach.
- To chyba w kwiecie kaczego wieku - rzucił, kiedy Stewart oznajmiła, że Panchito ma trzy lata, a zaraz przysunął się do niej z krzesłem, żeby trochę ją pozaczepiać, popatrzeć w ankietę nad jej ramieniem - a czemu płeć dałaś pytajniki? Przecież od razu widać, że to chłopak, Panchito Pistoles, z trzej Caballeros, oglądałaś tą bajkę? - Madox oglądał, bo to był trochę taki meksykański Kaczor Donald, co prawda był kogutem, ale to szczegół. Drób to drób.
Madox zagadał już chyba wszystkich właścicieli czworonogów i finalnie wylądował koło gościa z dobermanem, oczywiście nawijając o tym, że też ma takiego, w podobnym wieku, tylko jego był brązowy, a tej czarny podpalany, okazało się też że to suka. Nawet się umówili, że kiedyś muszą ich spiknąć.
- Patrz to suczka, ustawię ją z Sombrą, chociaż on się ogląda za taką... Biały, puchaty, nie wiem co to za rasa, ale za każdym razem w parku ucieka mi do niej - oczywiście musiał opowiedzieć Pilar o podbojach miłosnych jego psa. Bo to był pies na baby, trochę jak jego pan. Wcale nie.
W końcu weszli do gabinetu, a Panchito ucieszył się na ich widok. A do tego zaraz się okazało, że uratowali mu życie, bo zeżarł pierścionek, który należał do Pilar.
- Wszystko zeżre co popadnie, kamienie... Śmieci, chyba myśli, że to kacza karma - Madox zaczął wymieniać weterynarzowi, żeby wersja Pilar z pierścionkiem była bardziej wiarygodna, ale facet popatrzył na niego jakoś dziwnie. Mimo to oddał im kaczkę, a Noriega znowu niósł ją na rękach w kierunku parku, owiniętą w swoją kurtkę. Chociaż portfel miał lżejszy o pięć stów, to jednak... uratowali jej życie, no i jeszcze mieli ten pierścionek, który w palcach obracała Pilar.
- Jest trochę podobny do tego mojej matki... - zaczął, ale kiedy Stewart powiedziała, że pójdzie do pudełka pod łóżkiem, to podniósł spojrzenie na nią - a może byś go nosiła jako moja narzeczona? Skoro już wiesz, możemy się z tym trochę obnosić? Mniej rzuca się w oczy niż ten z M - zaproponował. Chociaż... może po prostu powinien jej kupić pierścionek? A nie, najpierw chciał jej dać taki, który ukradł własnej matce, a potem taki, który... wyprodukował (żeby nie używać innych słów, związanych z ku... pą ;p) im Panchito.
Kiedy Madox położył kurtkę z ich kaczką na ziemi, a Panchito się z niej wygramoli, to te inne kaczki od razu się zbiegły - patrz jak się cieszą, pewnie myślały, że zdechł - Noriega wyprostował się koło Pilar i jeszcze przez chwilę patrzyli na te kaczki. Ale zaraz Madox oglądał swoją kurtkę - kurwa... Osrał ją - i rzeczywiście Panchito zostawił mu na plecach wielkiego kleksa. Jeszcze przez chwilę Noriega stał nad koszem i zastanawiał się - a może oddam ją do pralni? Lubię tę kurtkę... - a skoro Panchito nie był śmiertelnie chory na ptasią grypę, to może rzeczywiście mógł ją po prostu uprać? O ile to w ogóle się spierze. Ale Madox miał taka ulubioną pralnię, gdzie zawsze spierali z jego drogich koszul krew, mógł spróbować.
I kiedy oni tak stali przy śmietniku, a Noriega zastanawiał się czy wyjebać kurtkę, czy jednak ją uprać, a Pilar jakie chce lody, to wtedy dobiegły do nich głosy tej pary.
- Mam nadzieję, że mają mango... - rzucił Madox i jednak złożył kurtkę zabierając ją ze sobą. Nawet już się ruszyli do budki z lodami, ale przecież... Oczywiście musieli się zatrzymać gdzieś niedaleko płaczącej dziewczyny i jej chłopaka. Madox tylko zerknął kątem oka, ale nawet nie bardzo go obchodziło co tam zaszło, bo on już wyczerpał na dzisiaj limit pomagania, kaczka i stara baba na pasach. Wystarczy. Ale Pilar zaraz się do niego przysunęła ewidentnie zainteresowana rozmową.
I Madox dałby sobie rękę upierdolić po samą pachę, że przecież ona zaraz będzie musiała się tam wtrącić.
- Pilar nie... To miał być twój pierścionek, niech sobie znajdą inną chorą kaczkę - mruknął jej do ucha i objął ją szczelniej ramieniem.
Tylko wszechświat nie mógł tego tak zostawić, bo Polly zaraz zerwała się z ławki i wycelowała palcem w swojego chłopaka.
- Jeśli mój rodowy pierścionek przepadł Bob, to znaczy, że to nie było to... Wybacz mi, kocham cię nad życie, ale... - i znowu chowała twarz w dłoniach zawodząc przy tym. Większej dramy to Madox dawno nie widział. Chyba w tym serialu, który oglądali u Bridget - to są znaki z nieba, to się po prostu nie może udać. A przecież wiesz, że jako twoja asystentka, to nie mogę zostać twoją żoną - dodała i znowu zasłoniła się rękami. A Bob podszedł do niej, żeby sięgnąć do jej ramienia - Polly, nawet jakbym miał odejść z firmy, to ja... kocham cię - trochę znajomo to wyglądało. Chociaż akurat w kwestii Pilar i Madoxa to sprawa była chyba ze sto razy bardziej skomplikowana. Ale miłość ponad wszystko... to akurat znali.
- No dobra - Madox w końcu się zatrzymał i puścił Stewart - oddaj im go - innej opcji nie było. I jeszcze do listy dobrych uczynków dopiszą sobie tą parkę. Mogliby chociaż za to dostać jakieś zaproszenie na ślub. Albo pięć stówek, które Madox wydał na ten pierścionek.
Chociaż... to że uratowali życie Panchito powinno być dla niego bezcenne.
Było.

Supongo que te quedarás con 𑣲𝐌 °❀⋆.ೃ࿔*:・

we're fucked.

: pn maja 11, 2026 5:16 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Czy on naprawdę chciał, żeby Pilar nosiła pierścionek wyciągnięty z brzucha kaczki, który nawet nie należał do nich na palcu jako zaręczynowy? Zamrugała kilkakrotnie, mając nadzieje, że żartował. Pilar może i nie była żadną damą czy nawet romantyczną duszą, która wymagała jakichkolwiek prezentów, ale lubiła tą ich sentymentalność. Lubiła fakt, że jej zaręczynowym pierścionkiem był ten z literką M, przywieziony prosto z Meksyku wrąz z całym kalejdoskopem emocji. Za każdym razem jak na niego patrzyła, przypominał jej o tym wszystkim, co razem przeszli, to jak silna i niepodważalna była ich miłość.
A ten?
Ten nie był nawet ich.
I nim ona zdążyła to z Noriegą przedyskutować, w drodze na lody okazało się, że zaraz znaleźli się nawet właściciele zjedzonego przez Panchito Pistoles sygnetu. Pilar przystanęła na moment, żeby nieco lepiej się przysłuchać, a że jak tak bezczynnie stali na środku chodnika to wyglądali jak debile, więc nie myśląc za wiele, przyciągnęła do siebie Madoxa za pasek od spodni i zarzuciła mu ręce na szyję, zaglądając w ciemne, czekoladowe oczy.
Ale to nigdy nie był mój pierścionek, cariño — rzuciła spokojnie, przyciszonym głosem, przesuwając ich delikatnie jeszcze bliżej parki. — Ja już mam swój, najpiękniejszy kurwa na świecie i nie chce żadnego innego — mówiła zupełnie szczerze. Nie potrzebowała od niego błyskotek, a tym bardziej kradzionych. Bo jak się zaraz okazało ten pierścionek był rodowym pierścionkiem Polly, a co za tym szło — miał wartość sentymentalną (i pewnie można było dostać za niego sporą ilość szmalu). Może zwróciłby się rachunek za weterynarza.
Był dla niej ważny.
Tak ważny, że zaraz wstawała z ławki i krzyczała na biednego Boba, że skoro pierścionek zniknął, to razem z nich ich wielka miłość, która przecież miała pokonać wszelkie przeciwności losu. Jak widać pokonała ich kaczka. Chociaż może to, że Pilar i Madox akurat się tu znaleźli wcale nie było przypadkiem? No bo kurwa jakie istniało prawdopodobieństwo, że tak po prostu wydostali z kaczki pierścionek i nagle przechodzili obok parki, która go straciła? M a ł e.
Oddajmy im go — poprosiła, zaglądając w oczy swojemu narzeczonemu. — Im bardziej się przyda — bo skoro Polly potrzebowała świecidełka do tego, żeby wiedzieć, czy Bob był jej pisany czy nie, to niech tak będzie. Innym wystarczyły oświadczyny przy śmietniku lub opuszczonym domu, do którego się włamano, ale niektórzy ludzie po prostu byli pierdolnięci. Nie potrzebowali rzeczy materialnych do wyrażania swojej miłości, bo oni przekazywali ją w czynach.
Skinęła głową, kiedy się zgodził, jednak nim go puściła, to wspięła się na palcach i kompletnie bez ostrzeżenia, wpiła się w jego usta. Gorąco i z wyczuciem. Tak jak chciała to zrobić już wcześniej, po wyjściu z komisariatu. I dopiero po kilku dobrych sekundach, kiedy czuła, że jeszcze trochę i nie będzie umiała się od niego oderwać, odsunęła się na bezpieczną odległość, a następnie z krótkim Vamos, cariño na ustach, złapała Madoxa za rękę i pociągnęła w stronę ławki, gdzie Polly już zbierała wszystkie swoje rzeczy.
Przepraszam… — zaczęła Stewart, trzymając w dłoni pierścionek, ale blondynka nawet nie dała jej dokończyć, bo już machała na nią ręką.
Nie mamy pieniędzy — mruknęła wciąż zrozpaczona, płacząc w dłonie. Bob natomiast spojrzał na nich jakoś przepraszająco chociaż równie smutno i dopiero po chwili, zobaczył błyskotkę w rękach Pilar.
Jezu Polly, patrz!!!!! — zerwał się z miejsca, dosłownie szarpiąc swoją wybrankę za przedramię i dopadając do Pilar dosłownie na kolanach. Stewart jakoś automatycznie wykonała taktyczny krok w tył, tak dla nabrania dystansu.
O-EM-GIE, skąd to macie!? — spytała zaskoczona, a jednocześnie z kompletnym niedowierzaniem w głosie. Pilar spojrzała przelotnie na Madoxa, jakby cicho chciała się od niego dowiedzieć, czy powinni mówić prawdę, ale z drugiej strony po co kłamać?
Kaczka go zjadła — wyjaśniła po krótce, myśląc, że takie wytłumaczenie im wystarczy. Oczywiście nie wystarczyło. Polly i Bob spojrzeli na nią jak na wariatkę ,czekając na dalszy rozwój wydarzeń. — A, no i prawie się przy nas udusiła ale zabraliśmy ją do weta i lekarz wyciągnął to — wskazała na błyskotkę. — To chyba wasze — przyznała, po czym wyciągnęła pierścionek w kierunku Boba, żeby ten mógł założyć go swojej ukochanej na palec.
Widzisz, Pol? To przeznaczenie!!! — wyznał cały rozradowany i przekręcił się na kolanie tym razem w stronę blondynki, nawet nie wstając w podłogi. — Musiliśmy się dowiedzieć, co mogliśmy stracić, żeby teraz docenić to jeszcze bardziej. Kocham cię, Polly, rozumiesz?! Chce spędzić z tobą resztę życia, nic nie stanie nam na przeszkodzę — gadał i gadał, i chociaż jego słowa mocno rezonowały ze Stewart, tak nie za bardzo wiedziała, co powinni zrobić. Szczególnie, kiedy Polly powiedziała tak i rzuciła się na swojego ukochanego, darując go namiętnym pocałunkiem. Pilar spojrzała na Madoxa, a potem… zaklaskała. Tak w formie gratulacji.
To ten, no… to my już pójdziemy — oznajmiła, łapiąc Noriegę za rękę. — Gratulacje.
Czekaj!! — Polly pociągnęła nosem, łapiąc Pilar za materiał koszulki. — Jak możemy wam się odwdzięczyć. Ten pierścionek jest bezcenny, może chociaż damy wam znaleźne? — spytała niby do nich, a niby do swojego już narzeczonego. — Bob, daj im jakieś znaleźne — chuj, że wcześniej mówiła, że nie mieli pieniędzy. Zaraz się okazało, że mieli i to sporo. Bobowi aż się wysypywały z portfela, a Pilar uniosła w górę brew, kiedy się okazało, że wystawiał w stronę Madoxa całego tysiaczka w gotówce. No prosze. Niby dobre uczynki się nie opłacały, a oni nie dość, że wykonali podwójną pomoc, to jeszcze mogli na koniec dnia wyjść pięć stów do przodu.

Las buenas acciones regresan con el doble de fuerza ⋆˚✿🍒𐙚⋆˚

we're fucked.

: pn maja 11, 2026 10:21 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Teraz już był ich.
W końcu Panchito go dla nich zjadł, a potem... właściwie nie dowiedzieli się jak, go wyjęli. Więc Madox rzeczywiście chciał, żeby Pilar nosiła na palcu ten pierścionek. Bo czemu nie? Trafili na niego zupełnym przypadkiem, zaraz po tym jak dogadali się z Eliotem, że nie muszą się ukrywać, też mógł być pewnym symbolem.
Tylko, że kiedy Noriega próbował iść w symbolikę, to przecież wiecznie mu to nie wychodziło...
I tak było też tym razem. Bo zaraz się okazało, że to rodowy pierścionek jakiejś Polly. Kiedy Pilar przyciągnęła go do siebie, to objął ją w pasie, przyciągając do siebie jeszcze bliżej, a tymi ciemnymi oczami wywrócił.
- Ale mógłby być... - zaczął i odszukał jej piękne, przenikliwe spojrzenie. Chociaż kiedy tak mu mówiła, że ona już ma pierścionek, najpiękniejszy na świecie, to kąciki jego ust automatycznie uniosły się ku górze - to załóż go... Albo ja ci go założę - i już sięgał do tego jej łańcuszka, na którym wisiał jego pierścień z literką M, ale tylko wyjął go na wierzch jej koszulki. Tylko zawisł pomiędzy jej piersiami, bo zaraz Polly i Bob zaczęli przedstawienie i nawet Madox się na nich zapatrzył.
A zaraz westchnął ciężko, ale skinął głową.
- Właściwie weterynarz nawet nie powiedział nam jak go z tej kaczki wyjął - rzucił zaciskając mocniej palce na dłoni Pilar, do której już sięgnął. Chciał dla niej tego ładnego pierścionka z czerwonym oczkiem, takiego jak nosiła jego matka, albo Polly.
Tylko, że... Stewart nie była ani trochę jak one, nie jak Esme, która pozwoliła przez tyle lat Lopezowi na siebie czekać, ani jak Polly, dla której ten pierścionek mógł zniszczyć ich miłość.
Bo kurwa tej, którą oni dzielili z Pilar nic nie mogłoby zniszczyć, i też oni nie potrafili by już chyba żyć bez siebie. A przynajmniej on bez niej by nie umiał.
Bo kiedy czuł na swoich wargach jej pełne, gorące usta, kiedy oddawał jej ten pocałunek, to przecież czuł, wiedział, że tylko z nią chciał być, do końca życia. Na dobre i na złe. I z tymi zaręczynami, które też w ich wypadku nie były łatwe.
Stanął za Stewart, kiedy pociągnęła go w kierunku ławki, chociaż zaraz podniósł rękę, żeby się przywitać. Nawet miał coś powiedzieć, że nie chcę pieniędzy, ale Bob już zerwał się z miejsca i padał przed Pilar na kolana, a Madox oczywiście odruchowo zasłonił ją ramieniem.
- Prawie zabiliście tym pierścionkiem Panchito, weterynarz powiedział, żeby lepiej go pilnować - musiał się wtrącić Madox, kiedy Pilar już wyciągała pierścionek w ich kierunku. I kiedy Bob tak go złapał, to Noriega jeszcze pociągnął do siebie Stewart, tak, że już opierała się o jego klatkę - też się musieliśmy dowiedzieć, co byśmy stracili - mruknął do ucha Pilar. Bo w zasadzie to tak było, że kiedy ona mu odmówiła zaręczyn, a Madox zaczął się miotać, a nawet próbował ją odesłać, to czy wtedy nie zrozumieli, co mogli stracić?
Mogliby, bo u nich ciężko było o jakieś półśrodki, kiedy coś robili to dawali z siebie sto procent. Kochali się na zabój. I gdyby się rozeszli, to pewnie ciężko byłoby szukać zgody. Chociaż... może?
Bo w tym wszystkim co mieli, to oni przecież też uczyli się wielu nowych rzeczy. I teraz Madox chyba się nauczył jak powinny wyglądać prawdziwe zaręczyny, chociaż... nie przebiły chyba tych jego. Drugich, bo pierwsze były nawet podobne, na kolanach, przy osranych spodniach, a Polly i Bob przy osranej kurtce, którą Noriega wciąż gdzieś tam z tyłu trzymał.
- Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, czy coś... - jeszcze dorzucił Madox i rzeczywiście chciał już Pilar pociągnąć do budki z lodami, bo przecież te lody to w tym momencie im się należały jak nie wiadomo co. Tyle dobrych uczynków. Znowu.
Tylko wtedy Polly złapała Pilar za koszulkę, a Madox się skrzywił, a jednak kiedy blondynka powiedziała o znaleźnym, a Bob wyciągnął wypchany dolarami portfel, to Noriega zaraz zawiesił na nim spojrzenie. Powinni wziąć ten tysiączek i iść sobie za niego na jakąś fajną kolację...
Tylko, że bez tego też mogli iść, a oni i tak wybierali knajpę pod domem i kanapę, albo w ogóle randomowe miejsce.
- Nie no schowaj Bob, albo wpłać na jakieś bezdomne psy, czy kaczki - Madox wzruszył ramionami i zerknął na Pilar. Okej może i Bob i Polly też nie wyglądali na biedaków, ale... - albo dołożycie sobie do wesela - no bo to pewnie też kosztuje.
Polly wystąpiła do przodu.
- Ale my już mamy wszystko zaplanowane, wesele za tydzień, nad wodospadem Niagara... - powiedziała i spojrzała na swojego narzeczonego - to może... zaprosimy was na to wesele? Uratowaliście nasz związek, musicie tam z nami być - i już łapała ich za ręce - daj Bobowi wasz adres, to wyśle wam zaproszenie - i Bob już wyciągał telefon, żeby go sobie zapisać. Madox jeszcze się zawahał... No bo w sumie to obcy ludzie, ale z drugiej strony zaproszenie to nie jest nic wiążącego, nie?
Podał Bobowi adres skrzynki pocztowej Patela.
No bo wiadomo, że nie ich, może to jacyś psychopaci, nigdy nie wiadomo, a on zawsze to robił i potem te listy wyciągał przed Williamem. Bob wklepał adres do telefonu, Polly jeszcze ich wyściskała i powiedziała coś, że muszą przyjechać. Bob też i obiecał, że wpłaci ten tysiąc na jakieś dzikie kanadyjskie kaczki, czy coś takiego, nawet już znalazł w telefonie organizację.
A Pilar i Madox mogli w końcu iść na lody.
- Myślisz, że wyślą to zaproszenie? Byłaś nad Niagarą? - zapytał kiedy już stali w kolejce, a przed nimi jakiś dzieciak wybierał lodowy deser na sześć kulek. I prosił o spróbowanie chyba każdego możliwego smaku.

para bien y para mal 𝑀𝒾 𝒜𝓂𝑜𝓇 ✧˚ ༘ ⋆。♡˚