the world ends slower beside you
: wt maja 12, 2026 4:54 pm
Obserwowała go uważnie, gdy wychodził ze stacji benzynowej. Widziała ten błysk w jego spojrzeniu, ledwie zauważalne drgnięcie kącika ust, które dla kogokolwiek innego mogłoby pozostać niezauważalne, ale nie dla niej.
Potrzebowała wyłącznie sekundy, by rozpoznać, że nie zamierzał zostawić tej sytuacji bez odpowiedzi. Madden nigdy nie odpuszczał tak po prostu; dokładnie tak samo jak ona - nie cofał się, gdy ktoś rzucał mu wyzwanie. Bronili się przed światem z niemal dziką zaciekłością, a później tę samą energię kierowali przeciwko sobie nawzajem, w tych małych wojnach, które prowadzili wyłącznie dla własnej przyjemności.
Najdziwniejsze było jednak to, że pośród całego tego chaosu nigdy nie ranili się n a p r a w d ę.
Granice przesunęły się między nimi tak daleko, że czasami wydawały się wręcz niewidoczne, a mimo to instynktownie wiedzieli, kiedy należało się zatrzymać. W którym miejscu prowokacja przestawała być zabawą, a zaczynała dotykać czegoś delikatniejszego. Może właśnie dlatego mogła bez wyrzutów sumienia zostawić go na środku stacji benzynowej z kłębami dymu za plecami i wiedzieć, że prędzej wybuchnie udawanym oburzeniem niż prawdziwą złością.
Bo pod tą całą irytacją zawsze kryło się rozbawienie, tak samo jak teraz.
Oparta o drzwi, obserwowała, jak wraca w jej stronę z tą swoją przesadnie spokojną miną, która niemal krzyczała, że coś kombinuje. Zadarła lekko brew ku górze, gdy przyznał jej rację tonem tak podejrzanie poważnym, że aż absurdalnym.
Na widok plastikowej kapsułki uśmiech drgnął jej w kąciku ust, a chwilę później ciepło rozlało się po całej klatce piersiowej. Tak gwałtownie, że przez krótką chwilę niemal zapomniała o własnej dumie i wcześniejszym planie zemsty. Patrzyła na ten idiotyczny pierścionek wart dolara z rozczuleniem tak ogromnym, że aż niebezpiecznym.
Bo oczywiście, że zrobiłby coś podobnego.
Oczywiście potrafił zamienić śmierdzącą benzyną stację i ślady spalonych opon w scenę, która w jej pamięci zostanie prawdopodobnie na zawsze. Nawet jeśli była zainicjowana wyłącznie po to, by utrzeć jej nosa.
- Nigdy - odpowiedziała cicho, kręcąc głową z rozbawieniem. - Będę twoim utrapieniem do końca życia. Twoją karą i największym problemem, Madden - siląc się na powagę, uniosła podbródek odrobinę wyżej, a spojrzeniem ponownie zasugerowała mu subtelnie niczym buldożer, że podobne deklaracje zwykle wymagały większej ilości romantyzmu. Chociażby symbolicznego uklęknięcia albo pocałunku, skoro najwyraźniej budżet całej ceremonii pochłonął plastikowy pierścionek.
Gdzieś obok nich rozległ się nagle dziecięcy głos. - Mamo! Ci państwo biorą ślub! - Margo parsknęła śmiechem natychmiast, odwracając głowę w stronę małej dziewczynki wysiadającej z samochodu kilka stanowisk dalej. Patrzyła na nich z absolutnym zachwytem, podczas gdy jej rodzice wyglądali na jednocześnie rozbawionych i śmiertelnie skrępowanych.
- A ty obawiałeś się, co będziemy robić w pieprzonej Ottawie - mruknęła zaczepnie, wyciągając rękę w jego stronę z ostentacyjną niecierpliwością, poruszając palcami, by wreszcie założył jej ten pierścionek.
I prawdopodobnie nigdy wcześniej żadna błyskotka nie wydawała jej się równie cenna.
Rhys Madden
Potrzebowała wyłącznie sekundy, by rozpoznać, że nie zamierzał zostawić tej sytuacji bez odpowiedzi. Madden nigdy nie odpuszczał tak po prostu; dokładnie tak samo jak ona - nie cofał się, gdy ktoś rzucał mu wyzwanie. Bronili się przed światem z niemal dziką zaciekłością, a później tę samą energię kierowali przeciwko sobie nawzajem, w tych małych wojnach, które prowadzili wyłącznie dla własnej przyjemności.
Najdziwniejsze było jednak to, że pośród całego tego chaosu nigdy nie ranili się n a p r a w d ę.
Granice przesunęły się między nimi tak daleko, że czasami wydawały się wręcz niewidoczne, a mimo to instynktownie wiedzieli, kiedy należało się zatrzymać. W którym miejscu prowokacja przestawała być zabawą, a zaczynała dotykać czegoś delikatniejszego. Może właśnie dlatego mogła bez wyrzutów sumienia zostawić go na środku stacji benzynowej z kłębami dymu za plecami i wiedzieć, że prędzej wybuchnie udawanym oburzeniem niż prawdziwą złością.
Bo pod tą całą irytacją zawsze kryło się rozbawienie, tak samo jak teraz.
Oparta o drzwi, obserwowała, jak wraca w jej stronę z tą swoją przesadnie spokojną miną, która niemal krzyczała, że coś kombinuje. Zadarła lekko brew ku górze, gdy przyznał jej rację tonem tak podejrzanie poważnym, że aż absurdalnym.
Na widok plastikowej kapsułki uśmiech drgnął jej w kąciku ust, a chwilę później ciepło rozlało się po całej klatce piersiowej. Tak gwałtownie, że przez krótką chwilę niemal zapomniała o własnej dumie i wcześniejszym planie zemsty. Patrzyła na ten idiotyczny pierścionek wart dolara z rozczuleniem tak ogromnym, że aż niebezpiecznym.
Bo oczywiście, że zrobiłby coś podobnego.
Oczywiście potrafił zamienić śmierdzącą benzyną stację i ślady spalonych opon w scenę, która w jej pamięci zostanie prawdopodobnie na zawsze. Nawet jeśli była zainicjowana wyłącznie po to, by utrzeć jej nosa.
- Nigdy - odpowiedziała cicho, kręcąc głową z rozbawieniem. - Będę twoim utrapieniem do końca życia. Twoją karą i największym problemem, Madden - siląc się na powagę, uniosła podbródek odrobinę wyżej, a spojrzeniem ponownie zasugerowała mu subtelnie niczym buldożer, że podobne deklaracje zwykle wymagały większej ilości romantyzmu. Chociażby symbolicznego uklęknięcia albo pocałunku, skoro najwyraźniej budżet całej ceremonii pochłonął plastikowy pierścionek.
Gdzieś obok nich rozległ się nagle dziecięcy głos. - Mamo! Ci państwo biorą ślub! - Margo parsknęła śmiechem natychmiast, odwracając głowę w stronę małej dziewczynki wysiadającej z samochodu kilka stanowisk dalej. Patrzyła na nich z absolutnym zachwytem, podczas gdy jej rodzice wyglądali na jednocześnie rozbawionych i śmiertelnie skrępowanych.
- A ty obawiałeś się, co będziemy robić w pieprzonej Ottawie - mruknęła zaczepnie, wyciągając rękę w jego stronę z ostentacyjną niecierpliwością, poruszając palcami, by wreszcie założył jej ten pierścionek.
I prawdopodobnie nigdy wcześniej żadna błyskotka nie wydawała jej się równie cenna.
Rhys Madden