Strona 2 z 2

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 4:54 pm
autor: margo mercer
Obserwowała go uważnie, gdy wychodził ze stacji benzynowej. Widziała ten błysk w jego spojrzeniu, ledwie zauważalne drgnięcie kącika ust, które dla kogokolwiek innego mogłoby pozostać niezauważalne, ale nie dla niej.
Potrzebowała wyłącznie sekundy, by rozpoznać, że nie zamierzał zostawić tej sytuacji bez odpowiedzi. Madden nigdy nie odpuszczał tak po prostu; dokładnie tak samo jak ona - nie cofał się, gdy ktoś rzucał mu wyzwanie. Bronili się przed światem z niemal dziką zaciekłością, a później tę samą energię kierowali przeciwko sobie nawzajem, w tych małych wojnach, które prowadzili wyłącznie dla własnej przyjemności.
Najdziwniejsze było jednak to, że pośród całego tego chaosu nigdy nie ranili się n a p r a w d ę.
Granice przesunęły się między nimi tak daleko, że czasami wydawały się wręcz niewidoczne, a mimo to instynktownie wiedzieli, kiedy należało się zatrzymać. W którym miejscu prowokacja przestawała być zabawą, a zaczynała dotykać czegoś delikatniejszego. Może właśnie dlatego mogła bez wyrzutów sumienia zostawić go na środku stacji benzynowej z kłębami dymu za plecami i wiedzieć, że prędzej wybuchnie udawanym oburzeniem niż prawdziwą złością.
Bo pod tą całą irytacją zawsze kryło się rozbawienie, tak samo jak teraz.
Oparta o drzwi, obserwowała, jak wraca w jej stronę z tą swoją przesadnie spokojną miną, która niemal krzyczała, że coś kombinuje. Zadarła lekko brew ku górze, gdy przyznał jej rację tonem tak podejrzanie poważnym, że aż absurdalnym.
Na widok plastikowej kapsułki uśmiech drgnął jej w kąciku ust, a chwilę później ciepło rozlało się po całej klatce piersiowej. Tak gwałtownie, że przez krótką chwilę niemal zapomniała o własnej dumie i wcześniejszym planie zemsty. Patrzyła na ten idiotyczny pierścionek wart dolara z rozczuleniem tak ogromnym, że aż niebezpiecznym.
Bo oczywiście, że zrobiłby coś podobnego.
Oczywiście potrafił zamienić śmierdzącą benzyną stację i ślady spalonych opon w scenę, która w jej pamięci zostanie prawdopodobnie na zawsze. Nawet jeśli była zainicjowana wyłącznie po to, by utrzeć jej nosa.
- Nigdy - odpowiedziała cicho, kręcąc głową z rozbawieniem. - Będę twoim utrapieniem do końca życia. Twoją karą i największym problemem, Madden - siląc się na powagę, uniosła podbródek odrobinę wyżej, a spojrzeniem ponownie zasugerowała mu subtelnie niczym buldożer, że podobne deklaracje zwykle wymagały większej ilości romantyzmu. Chociażby symbolicznego uklęknięcia albo pocałunku, skoro najwyraźniej budżet całej ceremonii pochłonął plastikowy pierścionek.
Gdzieś obok nich rozległ się nagle dziecięcy głos. - Mamo! Ci państwo biorą ślub! - Margo parsknęła śmiechem natychmiast, odwracając głowę w stronę małej dziewczynki wysiadającej z samochodu kilka stanowisk dalej. Patrzyła na nich z absolutnym zachwytem, podczas gdy jej rodzice wyglądali na jednocześnie rozbawionych i śmiertelnie skrępowanych.
- A ty obawiałeś się, co będziemy robić w pieprzonej Ottawie - mruknęła zaczepnie, wyciągając rękę w jego stronę z ostentacyjną niecierpliwością, poruszając palcami, by wreszcie założył jej ten pierścionek.
I prawdopodobnie nigdy wcześniej żadna błyskotka nie wydawała jej się równie cenna.

Rhys Madden

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 7:50 pm
autor: Rhys Madden
Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, jakby naprawdę rozważał wagę całej tej absurdalnej ceremonii odbywającej się pomiędzy dystrybutorem numer trzy a koszem pełnym pustych kubków po kawie. W powietrzu unosił się zapach benzyny i mógłby przysiąc, że nadal czuł smród palonej gumy z jego opon w jego samochodzie, których ślady wciąż tkwiły na ziemi, niedaleko miejsca, w którym teraz łaskawie stanęła.
A jednak jego wzrok skupiał się na tym, jak rozświetliła się jej twarz gdy wyciągnął z kieszeni tandetną ozdobę.
Plastikowa kulka była doskonałym zwiastunem jakości schowanej w środku biżuterii. Co najwyżej elementem żartu, który rozumieli wyłącznie oni, a jednak jej usta rozchyliły się w uśmiechu, na którego widok jego serce znów otuliło ciepło, miękkość chowająca pod najgorszymi z ironii.
- Obiecujesz? - mruknął, nim zdążył się powstrzymać. Słowo brzmiało poważnie w kontekście tego całego przedstawienia - oraz jej znów skrajnie subtelnego wskazania, że powinien być w tej chwili na kolanach.
Padanie na kolana na stacji benzynowej wydawało mu się przeważeniem tego sznura, który między sobą ciągle przeciągali niebezpiecznie na jej stronę. Zamiast tego sięgnął po kompromis - kompromis, który jemu osobiście podobał się znacznie bardziej.
Kompromis, w którym pochylił się, wsuwając dłonie pod jej pośladki i bezceremonialnie ją podnosząc. Mógłby przysiąc, że usłyszał jakiś okrzyk ze strony ciągnącego w stronę stacji benzynowej dziecka gdy posadził Margo na masce samochodu, uważając przy tym na odstawioną tam obrzydliwą kawę.
Zadarł głowę, spoglądając na nią z dołu. Ironia i sarkazm z wolna ulatywały z jego mimiki gdy dostrzegł jej wyciągniętą w jego stronę rękę i z westchnieniem otworzył ekstrawaganckie opakowanie, wyjmując ze środka srebrny pierścionek z zielonym kryształkiem. Musiał kosztować parę centów, wykonany w jakiejś fabryce na drugim końcu świata gdzie produkowano tandetę.
Wsunął na jej palec ozdobę w geście, który tchnął w jego serce niespodziewaną powagę. Na jedno uderzenie serca dostrzegł tę scenę w zupełnie innych odcieniach, w innym miejscu, z innym pierścionkiem w dłoni. Z wizją przyszłości, w którą wciąż w pełni nie wierzył, choć w tej chwili desperacko jej pragnął.
Przyszłości, która nie byłaby wyłącznie obróconymi w żart zaręczynami, obietnicą złożoną na stacji benzynowej w połowie drogi do pieprzonej Ottawy.
Niemal ostentacyjnie zamknął plastikowe pudełeczko, pozwalając jej podziwiać swoje dzieło i próbując wrócić do tego żartobliwego tonu, ale kiedy podniósł wzrok z powrotem na nią, coś w jego spojrzeniu było niebezpiecznie szczere.
- Zadowolona? - rzucił od niechcenia, maskując emocje, które przemknęły w zakamarkach jego mimiki chwilę wcześniej. Jakby na potwierdzenie tego, klepnął ją zaczepnie w udo, choć słowa wypowiedział ciszej niż poprzednie. - Nie przyzwyczajaj się.
Uśmiechnął się półgębkiem i wyciągnął ku niej dłoń, oferując wsparcie przy zeskakiwaniu z samochodu, którego wcale nie potrzebowała.

margo mercer

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 8:41 pm
autor: margo mercer
Uśmiechnęła się szczerze, słysząc jego pytanie, bo pod całą tą ironią, pod prowokacją i żartem podszytym bezczelnością kryło się coś znacznie bardziej miękkiego. Coś, czego prawdopodobnie sam nie chciał wypowiadać na głos. Wiedziała jednak, że chciał to usłyszeć. Chciał mieć pewność, że nie przestanie być taka, jaka była przy nim teraz - impulsywna, uparta, momentami nieznośna, ale zawsze wracająca dokładnie w to samo miejsce - tutaj do niego.
A ich tutaj nigdy nie dotyczyło konkretnego miasta, mieszkania ani chwili. Ich tutaj było wszędzie tam, gdzie znajdowali się razem.
Margo wierzyła w to z całą swoją bezczelną pewnością. Nie słyszała w głowie tych wszystkich podszeptów rozsądku, które najwyraźniej nie dawały mu spokoju; nie analizowała przyszłości pod kątem katastrof, nie zastanawiała się, kiedy rzeczywistość wreszcie upomni się o nich z całą brutalnością.
- Obiecuję - odszepnęła, patrząc mu prosto w oczy z powagą zupełnie niepasującą do plastikowego pierścionka i stacji benzynowej.
Serce ścisnęło jej się, gdy uniósł ją bez wysiłku i posadził na masce samochodu. Z jej gardła wyrwał się krótki pisk zaskoczenia, niemal identyczny do tego, który - była tego pewna - usłyszy kiedyś jeszcze raz. W innej scenerii, z prawdziwym pierścionkiem, może nawet z jego drżącym od emocji głosem.
Wszystko pozostanie takie samo. Rozświetlone spojrzenie, którym patrzyła na niego teraz. Ta miłość rozlewająca się po całym ciele, gdy wsunął tandetną ozdobę na jej serdeczny palec. Instynktowne pochylenie się ku niemu, objęcie go ramionami i gorący pocałunek wyciśnięty na jego ustach bez najmniejszego zawahania.
Bo nie chodziło o miejsce ani o cenę pierścionka - liczył się wyłącznie on.
- Pasuje do moich oczu - mruknęła z rozbawieniem, unosząc dłoń ku górze. Zielony plastikowy kamień błysnął w promieniach zachodzącego słońca z dumą, jakby naprawdę był wart fortunę. - Powinniśmy wznieść za to toast - sięgnęła po kubek z kawą, ignorując to jedno, krótkie spojrzenie, które powinno wzbudzić jej podejrzenia. Z pełną powagą uniosła go do ust, n i e m a l z gracją, jakby zamiast stacji benzynowej znajdowali się na przyjęciu w luksusowej restauracji.
I natychmiast pożałowała swojej decyzji.
Wypluła kawę gwałtownie na asfalt, krzywiąc całą twarz w szczerym o b r z y d z e n i u, podczas gdy lepka, przesłodzona mieszanka zostawiła po sobie mdły posmak. - Gnojek - rzuciła oskarżycielsko, uderzając otwartą dłonią w jego wyciągniętą rękę. Zeskoczyła z maski samodzielnie, ostentacyjnie ignorując oferowaną pomoc, po czym obeszła samochód i wsiadła do środka z miną kobiety głęboko zdradzonej przez własnego n a r z e c z o n e g o. - Tylko ty potrafisz rozczulić i wkurwić mnie jednocześnie - mruknęła jeszcze, zapinając pas.
A później ruszyli wreszcie. Toronto zostało za nimi, wieczorne światła miasta powoli znikały w lusterkach, ustępując miejsca ciemniejszej trasie. Słońce schowało się niemal całkowicie, a wnętrze auta otulił znajomy półmrok przerywany światłami mijanych samochodów.
Siedziała bokiem w fotelu, z nogami podciągniętymi lekko ku górze i dłonią opartą o środkowy podłokietnik, obserwując go ukradkiem. Jedna ręka spoczywała swobodnie na kierownicy, druga od czasu do czasu przesuwała się niżej, bliżej niej, niemal odruchowo szukając kontaktu, który ona także inicjowała.
- Ufasz mi? - zapytała nagle, po dłuższej chwili milczenia i spokoju tak odmiennego od wydarzeń sprzed kilkudziesięciu minut.

Rhys Madden

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 9:23 pm
autor: Rhys Madden
Nic w tej ceremonii nie miało w sobie ani krzty powagi, a jednak jej obietnica rezonowała w jego sercu, odbijała się od jego ścianek i zostawiała po sobie ślad. Pulsowała w tym jego zakamarku, który był stworzony z myślą o niej i który opustoszał gdy wyjechała. Była bardziej zobowiązująca niż tandetny pierścionek ze stacji benzynowej, nawet, jeśli teraz spoglądała na niego z zachwytem, w którym, znów, tkwiło coś prawdziwego, choć przecież nie powinno.
Przecież to wszystko było w ż a r t a c h.
Z rozbawieniem patrzył jak przyglądała się sztucznemu kamieniowi i jego jadowicie zielonej barwie, która wcale nie była w stanie odzwierciedlić koloru jej tęczówek. Nie miała w sobie tej głębi, dwóch barw zderzających się ze sobą w sposób zdolny pomieścić wszystkie, skomplikowane emocje w środku.
Patrząc, zadecydował, że zasługiwała na prawdziwy.
Myśl, że miałby oświadczyć jej się na prawdę nie pojawiała się wcześniej w jego głowie - nie dlatego, że był jedną nogą w przejściu, ciągle szukając dla siebie ucieczki. Nie dlatego, że nie wierzył w instytucję małżeństwa lub nie przywiązywał uwagi do takich rzeczy, więc z góry zakładał, że i ona tego nie robiła.
Dlatego, że nie potrafił myśleć dalej niż dwa tygodnie tydzień w przód.
Carbone przemknął przez jego umysł w sposób porównywalny do kupionej przez niego kawy, ostentacyjnie wyplutej przez kobietę prosto na ziemię tuż obok śladów spalonej opony. Bezczelność tego gestu przywołała go natychmiast z powrotem, do miejsca, do którego Carbone nie miał żadnego wstępu - tu i teraz, nawet jeśli tu i teraz było obskurną stacją benzynową i paskudną kawą.
Było najszczęśliwszym miejscem pod słońcem bo tu i teraz było z n i ą.
- Wybacz, nie smakuje ci kawa, którą s o b i e kupiłem po tym, gdy u k r a d ł a ś mi samochód? - westchnął ostentacyjnie, nie potrafiąc zamaskować pełnego zadowolenia wyrazu twarzy gdy odbierał od niej napój, którego sam w najmniejszym stopniu nie miał ochoty pić.
Ale na upartego mógłby osuszyć całość.
I wyłącznie z braku laku co jakiś czas sięgał do kubka gdy wrócili na drogę, jakby sprawdzając, czy kawa była tak paskudna jak ją zapamiętał - i zawsze, gdy jej smak bladł w jego wspomnieniach, na powrót przekonywał się, że nic się nie zmieniło.
Poza tym, lubił mieć wymówkę. Jego dłoń za każdym razem po odstawieniu kubka zamiast na kierownicę, wracała na kobiece udo. Wodząc palcami po materiale jej spodni, spoglądał na mapę pokazującą, że powoli zbliżali się do Ottawy - słońce już zakradało się za horyzont, malując niebo fioletową barwą.
- Nie gdy zadajesz mi takie pytania - odparł pół żartem, pół serio, odsuwając dłoń od jej uda po to, by włączyć migacz i zjechać z drogi szybkiego ruchu. - Poza tym można tak powiedzieć.

margo mercer

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 10:28 pm
autor: margo mercer
Wraz z upływającymi kilometrami, wraz ze spokojem i wyciszającymi się emocjami - wracała rzeczywistość. Pomału i subtelnie, ale jednak w r a c a ł a.
Prawdziwy powód ich przyjazdu do Ottawy nieustannie krążył jej po głowie, uderzając w sumienie cicho, niemal niezauważalnie, ale wywołując to nieprzyjemne uczucie. Bo nie lubiła mieć przed nim tajemnic. Nigdy ich między nimi nie budowała; nie zatajała prawdy dla jego dobra, nie podejmowała decyzji za nich oboje, nie ukrywała niczego pod warstwą niedopowiedzeń. To była domena Rhysa, jego sposób chronienia ludzi, którego nigdy do końca nie potrafiła zaakceptować, nawet jeśli rozumiała intencje.
Ona nie umiała tak funkcjonować.
Dlatego pytanie o zaufanie nie padło przypadkiem i również dlatego uśmiechnęła się na jego odpowiedź nie bez powodu.
Milczała przez dłuższą chwilę, obserwując krajobraz przesuwający się za szybą i rozważając wszystkie możliwe scenariusze. Czy powinna w ogóle tam być i próbować? Czy warto było mówić mu cokolwiek, nim upewni się, że jej przeczucie nie prowadzi donikąd? W ich pracy ślepe zaułki zdarzały się bez przerwy; fałszywe tropy, błędy i intuicje, które finalnie nie miały żadnego znaczenia były częścią codzienności.
Westchnęła ciężko, nim wreszcie przesunęła własną dłoń na jego, zatrzymując ruch jego palców na swoim udzie. Nie pozwoliła mu jej cofnąć, zaciskając palce mocniej, jakby ten gest miał dodać jej odwagi. - Potrzebuję w Ottawie kilku godzin prywatności - odezwała się spokojnie, choć nerwowy ucisk zdążył ścisnąć jej żołądek ciasnym supłem.
Doskonale znała Maddena. Wiedziała, jak gwałtownie potrafił reagować, jak szybko jego gniew przybierał na sile, szczególnie wtedy, gdy chodziło o nią albo o sytuacje wymykające mu się spod kontroli. - Muszę coś sprawdzić. Jedną rzecz, Rhys - mówiła ostrożnie, dobierając słowa z większą uwagą niż zwykle. Bała się, że jeśli powie za dużo, zacznie zadawać pytania, na które nie była jeszcze gotowa odpowiadać. Na które nawet nie miała odpowiedzi.
- Obiecuję, że kiedy to zrobię, wszystko ci wyjaśnię - dodała ciszej, nie odsuwając od niego spojrzenia. - Ale muszę pójść tam sama, dobrze? - samo wypowiedzenie tych słów wydawało się absurdalne, bo znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nawet jeśli przytaknie i tak stanie się jej cieniem. Będzie trzymał się kilka kroków za nią, przekonany, że robi to niezauważalnie.
- To nie jest nic niebezpiecznego. Nic mi nie grozi - powiedziała szybko, zanim zdążył wejść jej w słowo i wtedy dopiero zamilkła.
C z e k a ł a.
Na wybuch złości, na lodowaty chłód albo na jedną z tych kłótni, które zawsze balansowały gdzieś pomiędzy troską a furią. Tak samo jak zawsze spodziewała się po nim wszystkiego, tak samo nigdy nie była pewna, którą wersję Rhysa dostanie tym razem.
I w całym swoim szaleństwie, była to jednak z tych rzeczy, które fascynowały ją w nim najbardziej.

Rhys Madden

the world ends slower beside you

: wt maja 12, 2026 11:07 pm
autor: Rhys Madden
Wyczuł zmianę nastroju w powietrzu jeszcze zanim rozwinęła swoje mało konkretne pytanie. Jego wzrok wciąż pozostał utkwiony w drodze naprzeciw, sporadycznie kątem oka kontrolując nawigację, ale świadomość w pełni przeniosła się do wnętrza samochodu. Do niej, siedzącej obok, splatającej swoje palce z jego w zwykle niewinnym geście, który teraz wydawał się czymś obarczony.
Byłby hipokrytą, gdyby odmawiał jej sekretów.
Ukrywał przed nią tak wiele od początku ich relacji, że obopólna szczerość w ich związku była w raczej początkowym stadium. Doskonale rozumiał powody, dla których mogłaby nie chcieć mu czegoś powiedzieć lub uznawała, że tak było lepiej. Dla niego, dla niej, dla ich obojga.
Ale mimo wszystko spiął się w fotelu kierowcy na myśl o tym, że miała w Ottawie do załatwienia coś, czego nie chciała przed nim odsłaniać. Częściowo dlatego, że Margo nie była osobą posiadającą sekrety. Świadomie odsłaniała przed nim wszystkie zakamarki swojego życia, była jak otwarta księga i odczuwała z tego powodu dumę - co niejednokrotnie podkreślała gdy rozmowa schodziła na to, że on był tego przeciwieństwem.
A częściowo przez to, że jeśli chciała trzymać coś przed nim w sekrecie, musiało to być związane z jakąś sprawą, której nie byłby w stanie puścić jej płazem.
Nie dbał o bardzo wiele rzeczy, którymi przejmowali się inni policjanci, inni mężczyźni, inni l u d z i e. Nie przejmował się wyznaczonymi przez społeczeństwo podstawowymi normami zachowania ani w swoim przypadku, ani w innych. Jego elastyczność pozwalała na to szaleństwo, które wprowadzała do jego życia, na to ostentacyjne wzdychanie za pierścionkiem i na uprowadzanie jego samochodu.
Ale ta elastyczność miała swoje granice. Rzeczy, o które nie dbał, były ogromnym zbiorem, ale ten miał gdzieś swój koniec. Margo o tym wiedziała. Znała każdą z linii, których nie powinno się przekraczać i potrafiła stąpać między nimi z wprawą sapera.
Jeśli nie chciała czegoś przed nim odsłonić, musiało to znajdować się daleko za jedną z nich.
Milczał, analizując wszystkie możliwości po kolei gdy samochód mknął naprzód, zbliżając się do jaskrawych świateł miasta wznoszącego na ciemnym niebie. Ta analityczna część jego umysłu dusiła w sobie nieufność i napięcie, rozkładając wszystko na czynniki pierwsze - kategoryzując rzeczy, które były dla niego akceptowalne i oddzielając je od tych, na które nie mógł się zgodzić.
- Czy to jest w jakikolwiek sposób związane z Carbone'm? - odpowiedział wreszcie, lewą dłoń mocniej zaciskając na kierownicy, drugą zaś zmuszając do rozluźnienia bo spoczywała w niej jej palce. - Lub Ventrescą? - dodał, uściślając, bo nie wątpił, że tego typu drobnostki wykorzystałaby w pierwszej kolejności.

margo mercer

the world ends slower beside you

: śr maja 13, 2026 8:09 am
autor: margo mercer
Czy sekretem można było nazwać to, co robiła?
Nie ukrywała przed nim prawdy w dosłownym znaczeniu tego słowa. Wytrzymała ledwie kilka godzin nim zdecydowała się powiedzieć mu o powodzie ich podróży do Ottawy, nawet jeśli ten, który przemilczała od początku był najważniejszy. Przynajmniej do chwili, w której wyjechali z Toronto, bo teraz coraz częściej łapała się na tym, że zaczynała myśleć o tym wyjeździe jak o ich czasie. Na moment zapominała, że gdzieś pomiędzy wspólnym pokojem hotelowym, śmiechem i jego dłonią przesuwającą się po jej udzie, ukryty był jeszcze jeden przystanek.
Nie potrafiła żyć w kłamstwie. Nie umiała patrzeć mu prosto w oczy i jednocześnie zatajać czegoś świadomie. Nigdy nie wykształciła w sobie tej umiejętności. Paradoksalnie, po raz pierwszy od bardzo dawna trochę tego żałowała - wyłącznie teraz, w tej jednej sytuacji, kiedy naturalna potrzeba bycia transparentną nie pozwalała jej załatwić wszystkiego po cichu, bez jego ingerencji i bez dokładania mu kolejnego ciężaru.
Wyczuwała napięcie bijące od niego niemal fizycznie. Widziała ile kosztowało go utrzymywanie emocji na wodzy, jak mocno skupiał się na drodze wyłącznie po to, by nie skupić się całkowicie na niej i na tym, co właśnie usłyszał. Nawet jego dłoń spleciona z jej palcami, pozostawała napięta, choć wyraźnie próbował zmusić ją do rozluźnienia.
Tak samo wyczuwała, że połączy fakty niemal natychmiast. Nie potrzebował wiele czasu; znał ją wystarczająco dobrze, by zrozumieć, że skoro prosiła o prywatność właśnie teraz, to wszystko musiało prowadzić do jednej sprawy. Tej samej, wokół której od tygodni kręciło się całe ich życie. Sprawy odmierzanej wskazówkami zegara, kolejnymi dniami skreślanymi z kalendarza i datą, która wisiała nad nimi ciężko niczym wyrok.
- Oczywiście, że jest - westchnęła cicho, opierając głowę o zagłówek fotela. Nawet przez sekundę nie rozważała udawania, że chodziło o cokolwiek innego. - Chcę się z kimś spotkać, tylko porozmawiać. Ta kobieta nie ma z nimi nic wspólnego, po prostu w pewnym momencie jej życie przecięło się z Ventrescą - mówiła spokojnie, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że żadne słowa nie były w stanie realnie go uspokoić.
- Powiedziałeś, że można powiedzieć, że mi ufasz - przypomniała mu cicho, mrużąc lekko powieki. Ironia tej sytuacji nie umknęła jej ani trochę; to ona powinna mieć problem z zaufaniem po wszystkim, co przed nią ukrywał. Ona powinna być ostrożna i niepewna. Tymczasem mimo wszystko siedziała obok niego i dawała mu prawdę, nawet jeśli była niepełna. - Spróbuj, proszę cię.
Ścisnęła mocniej jego palce, a drugą dłonią sięgnęła ku jego twarzy, zmuszając go delikatnym ruchem, by choć na moment oderwał wzrok od drogi i spojrzał właśnie na nią. - Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie sprawdziła każdego tropu, który może nas od nich uwolnić, Rhys - ciężar tej rozmowy osiadał na jej barkach powoli, nieprzyjemnie, ale jednocześnie czuła coś jeszcze - ulgę rozlewającą się po ciele. Nawet jeśli część rzeczy nadal zatrzymała dla siebie, samo wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że napięcie ściskające ją od momentu wyjazdu zaczynało powoli odpuszczać.

Rhys Madden

the world ends slower beside you

: śr maja 13, 2026 11:42 am
autor: Rhys Madden
Było tak wiele możliwości, które byłby skłonny zaakceptować. Ich praca nie była standardowa, często wymagała śledzenia tych tropów, które w teorii znajdowały się poza ich zasięgiem, zmuszając ich do improwizacji. Margo mogła kierować się intuicją, która kierowała ją do Ottawy w sprawie któregokolwiek z śledztw, które teoretycznie były już zamknięte. Mogła chcieć spotkać się z kimś znajomym, kimś z rodziny, mogła mieć milion powodów, dla których potrzebowała chwili prywatności.
Ale czuł pod skórą, że to dotyczyło j e g o.
W sposobie, w jaki krążyła wokół tematu zamiast do niego przejść. W tym, jak wiedziała, jaką reakcję wzbudzą jej słowa, spodziewała się tego - napięcia, stresu, złości bądź wyrzutów. I miała r a c j ę.
Bo byłby w stanie bez żadnego oporu pozwolić jej na wszystko póki nie dotyczyło Carbone'a.
Póki nie zbliżało jej to do mężczyzny, który tylko szukał pretekstu by spróbować zrobić z niej narzędzie. Mężczyzny, który niejednokrotnie jej groził w spotkaniach z Maddenem, patrząc na to, jaką wywoływało to w nim reakcję. Sama myśl, że miałaby się zbliżać do kogokolwiek, kto był związany z Ventrescą, wzbudzała w nim głęboki sprzeciw.
- Jaką... - zaczął, od razu rzucając się do kobiety, o której wspomniała, jednak urwał, świadom tego, że to nie było jego miejsce. W nim jednym go nie chciała.
Odwrócił głowę w jej stronę, wiedziony wyłącznie kobiecą dłonią zatrzymującą się na jego szczęce. Było tysiące rzeczy, które mógłby jej w tej chwili odpowiedzieć - od zaprzeczenia aż po przypominanie o tym, by była bezpieczna i uważała na siebie. Wszystkich tych słów musiała się spodziewać.
- W porządku - westchnął, zmuszając się do zagryzienia zębów i niewypowiadania wszystkiego innego, co pchało mu się na język. Mimo tego odwrócił głowę, przenosząc swój wzrok na ulicę.
Nie potrafił patrzeć na nią i zgadzać się na to, by potencjalnie w pojedynkę właziła w bagno, z którego nie będzie w stanie się wydostać. Nie potrafił tego robić i nie wyobrażać sobie wszystkich złych scenariuszy, które podpowiadała mu wyobraźnia.
- Czy mam znaleźć hotel z wanną w pokoju? - dodał z przekąsem, teraz świadom tego, że spontaniczność ich wyjazdu była w praktyce skrupulatnie zaplanowana. - Czy mam podrzucić cię na miejsce i poczekać na zewnątrz, gdy będziesz załatwiać swoje sekretne rzeczy?
Nuta sarkazmu wybrzmiała w jego słowach i żeby się jej pozbyć, sięgnął do obrzydliwie słodkiej kawy i wypił jej resztkę, odstawiając kubek z powrotem na swoje miejsce, a dłonią znów, mimo wszystko, muskając jej udo.

margo mercer