This is mine, damn it
: czw cze 25, 2026 1:38 am
Lilian aż zachłysnęła się z oburzenia. Jej skóra momentalnie pokryła się intensywnym rumieńcem, który z każdą kolejną sekundą przybierał coraz ciemniejszy odcień czerwieni. Nadymała policzki niczym rozgniewany chomik, wpatrując się w Archiego tak, jakby lada moment miała go zabić
Nie rozumiała, jak śmiał nie oddać jej szminki. I jeszcze bezczelnie grozić, że użyje jej sam. W dodatku widok wysuniętej pomadki sprawił, że, o ile to możliwe, jeszcze bardziej zaparowała ze złości.
— Nawet. Się. Nie. Waż się! — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie zamierzała dłużej dyskutować. Zamiast tego uniosła nogę i spróbowała ponownie nadepnąć mu na stopę, ale, cholerka, nie trafiła! But Lilian niezdarnie przejechał po sklepowej podłodze, zgrabnie omijając buta mężczyzny.
I jeżeli Lilian Davenport raptem chwilę wcześniej przypominała dojrzałego pomidora, to teraz osiągnęła odcień bordowy godny królewskiego wina. Ze złości aż zacisnęła dłonie w pięści i ponownie nadęła policzki, wypuszczając z nosa głośne powietrze.
— Jesteś nieznośny! — rzuciła wściekła. — I przestań! To moja szminka! — wrzasnęła, próbując jednocześnie przebić się przez arię krzykw Archiego. Znowu wyciągnęła rękę, chcąc wyrwać mu szminkę, choć przecież wiedziała, że przy tej cholernej różnicy wzrostu i ewidentnej chęci dokuczania Archibalda, szanse powodzenia były wręcz żałosne.
To tylko jeszcze bardziej podsyciło jej frustrację. Lilian musiała jednak wziąć się w garść, bo odzyskanie limitowanej szminki wymagało czegoś więcej niż kolejnego wybuchu. Potrzebowała konkretnego planu. Problem polegał na tym, że Archie miał wyjątkowy talent do podnoszenia jej ciśnienia dokładnie w chwili, gdy zaczynała odzyskiwać panowanie nad sobą. Naprawdę wierzyła, że karta do spożywczaka i obietnica drinka wystarczą, aby skłonić go do oddania pomadki. Jak się jednak okazało, po raz kolejny musiała przełknąć gorycz.
Co ten facet wyczyniał...
Lilian zmrużyła oczy, obserwując Archiego z wyraźną podejrzliwością. Własciwie początkowo nie miała pojęcia do czego zmierzał, a jego tajemniczy uśmieszek wcale w niczyzm nie pomagał.
— Pojedynek? — powtórzyła nieufnie. — O czym ty w ogóle piep... — Podążyła wzrokiem za ruchem ręki mężczyzny. Spoglądnęła we wskazanym kierunku, po czym wróciła spojrzeniem do jego twarzy. — Czuję, że chcesz mnie wciągnąć w jakiś wyjątkowo durny pomysł. Tak, byłam tam — odpowiedziała zgodnie z prawdą, nadal nie rozumiejąc.
Oczy Lilian momentalnie się rozszerzyły. Przez kilka sekund patrzyła na niego w kompletnej ciszy, jakby próbowała ustalić, czy właśnie żartował, czy rzeczywiście zaproponował nielegalny wyścig na hulajnogach przez środek sklepu.
— Jesteś nienormalny. — Wybałuszyła oczy jeszcze bardziej, gdy dotarło do niej, że Archie mówił calkiem serio, ale prędko dodała: — Jeśli wygram, oddajesz mi szminkę od razu. I nie kombinujesz!
Niby stanowczo wypowiedziała te słowa stanowczo, jednak doskonale wiedziała, że prosiła o niemożliwe. Archie kombinował za każdym razem, kiedy przyszło mu przegrać. Przecież Lilian doskonale go znała i gdyby wygrała, to z pewnością znalazłby przynajmniej trzy powody, dla których wyścig należało powtórzyć. Ale... pomimo tego musiała spróbować. Nawet jeśli rozwiązanie tego absurdalnego konfliktu było najgłupszą rzeczą, w jakiej od bardzo dawna brała udział.
Kilka minut później znaleźli się przy stojaku z hulajnogami. Lilian jeszcze raz posłała Archiemu nienawistne, pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym zgodnie z instrukcją stanęła na różowej hulajnodze. Sam fakt, że brała udział w czymś takim, był wystarczająco upokarzający, więc kuźwa, nie zamierzała dodatkowo kłócić się o kolor.
— Jeśli ochrona nas złapie, zwalam wszystko na ciebie, Archie — poinformowała, aby był świadomy, że w razie problemów wszystkiego się wyprze.
Przed nimi ciągnęła się alejka, za którą skręcał dział ogrodowy. Między regałami kręcili się klienci. Gdzieniegdzie stały wystawione produkty i palety z towarem, co dodatkowo komplikowało tor wyścigu.
— Na trzy? — zapytała głupio. Zerknęła na Archiego i odbiła się lekko nogą od podłogi.
Archie Miller
Nie rozumiała, jak śmiał nie oddać jej szminki. I jeszcze bezczelnie grozić, że użyje jej sam. W dodatku widok wysuniętej pomadki sprawił, że, o ile to możliwe, jeszcze bardziej zaparowała ze złości.
— Nawet. Się. Nie. Waż się! — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie zamierzała dłużej dyskutować. Zamiast tego uniosła nogę i spróbowała ponownie nadepnąć mu na stopę, ale, cholerka, nie trafiła! But Lilian niezdarnie przejechał po sklepowej podłodze, zgrabnie omijając buta mężczyzny.
I jeżeli Lilian Davenport raptem chwilę wcześniej przypominała dojrzałego pomidora, to teraz osiągnęła odcień bordowy godny królewskiego wina. Ze złości aż zacisnęła dłonie w pięści i ponownie nadęła policzki, wypuszczając z nosa głośne powietrze.
— Jesteś nieznośny! — rzuciła wściekła. — I przestań! To moja szminka! — wrzasnęła, próbując jednocześnie przebić się przez arię krzykw Archiego. Znowu wyciągnęła rękę, chcąc wyrwać mu szminkę, choć przecież wiedziała, że przy tej cholernej różnicy wzrostu i ewidentnej chęci dokuczania Archibalda, szanse powodzenia były wręcz żałosne.
To tylko jeszcze bardziej podsyciło jej frustrację. Lilian musiała jednak wziąć się w garść, bo odzyskanie limitowanej szminki wymagało czegoś więcej niż kolejnego wybuchu. Potrzebowała konkretnego planu. Problem polegał na tym, że Archie miał wyjątkowy talent do podnoszenia jej ciśnienia dokładnie w chwili, gdy zaczynała odzyskiwać panowanie nad sobą. Naprawdę wierzyła, że karta do spożywczaka i obietnica drinka wystarczą, aby skłonić go do oddania pomadki. Jak się jednak okazało, po raz kolejny musiała przełknąć gorycz.
Co ten facet wyczyniał...
Lilian zmrużyła oczy, obserwując Archiego z wyraźną podejrzliwością. Własciwie początkowo nie miała pojęcia do czego zmierzał, a jego tajemniczy uśmieszek wcale w niczyzm nie pomagał.
— Pojedynek? — powtórzyła nieufnie. — O czym ty w ogóle piep... — Podążyła wzrokiem za ruchem ręki mężczyzny. Spoglądnęła we wskazanym kierunku, po czym wróciła spojrzeniem do jego twarzy. — Czuję, że chcesz mnie wciągnąć w jakiś wyjątkowo durny pomysł. Tak, byłam tam — odpowiedziała zgodnie z prawdą, nadal nie rozumiejąc.
Oczy Lilian momentalnie się rozszerzyły. Przez kilka sekund patrzyła na niego w kompletnej ciszy, jakby próbowała ustalić, czy właśnie żartował, czy rzeczywiście zaproponował nielegalny wyścig na hulajnogach przez środek sklepu.
— Jesteś nienormalny. — Wybałuszyła oczy jeszcze bardziej, gdy dotarło do niej, że Archie mówił calkiem serio, ale prędko dodała: — Jeśli wygram, oddajesz mi szminkę od razu. I nie kombinujesz!
Niby stanowczo wypowiedziała te słowa stanowczo, jednak doskonale wiedziała, że prosiła o niemożliwe. Archie kombinował za każdym razem, kiedy przyszło mu przegrać. Przecież Lilian doskonale go znała i gdyby wygrała, to z pewnością znalazłby przynajmniej trzy powody, dla których wyścig należało powtórzyć. Ale... pomimo tego musiała spróbować. Nawet jeśli rozwiązanie tego absurdalnego konfliktu było najgłupszą rzeczą, w jakiej od bardzo dawna brała udział.
Kilka minut później znaleźli się przy stojaku z hulajnogami. Lilian jeszcze raz posłała Archiemu nienawistne, pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym zgodnie z instrukcją stanęła na różowej hulajnodze. Sam fakt, że brała udział w czymś takim, był wystarczająco upokarzający, więc kuźwa, nie zamierzała dodatkowo kłócić się o kolor.
— Jeśli ochrona nas złapie, zwalam wszystko na ciebie, Archie — poinformowała, aby był świadomy, że w razie problemów wszystkiego się wyprze.
Przed nimi ciągnęła się alejka, za którą skręcał dział ogrodowy. Między regałami kręcili się klienci. Gdzieniegdzie stały wystawione produkty i palety z towarem, co dodatkowo komplikowało tor wyścigu.
— Na trzy? — zapytała głupio. Zerknęła na Archiego i odbiła się lekko nogą od podłogi.
Archie Miller
