trust is a fragile commodity between us
: czw maja 21, 2026 7:22 pm
Jej odpowiedź powinna dolać więcej paliwa do ognia buzującej w nim wściekłości, ale jej płomienie już wylewały się na zewnątrz, już sięgały nawet do jej odsuniętej, wycofanej sylwetki. Wylewały się na zewnątrz, przez lekko uchylone okna prosto w promienie gorącego słońca, którego promienie rozświetlały pustą drogę.
Prawda jest taka, że s p o d z i e w a ł się takiej odpowiedzi.
Ponieważ pod maską profesjonalizmu i impulsywności, w jej wnętrzu zawsze chowała się zuchwałość i ego kogoś dużo młodszego, zarówno wiekiem jak i stażem. Objawiała się gdy tylko wytykał jej jedno bądź drugie, wywołując u niej wściekłość, nim wyrzucała każdy z jego argumentów do kosza.
Mógł się spodziewać, że taka była jej perspektywa. Że według niej to on tkwił w tym wszystkim biernie czekając na ratunek - na kogoś bystrzejszego, bardziej spostrzegawczego, kto dostrzeże to, na co on pozostawał ślepy. Kogoś, kto wjedzie na białym koniu i uratuje ich oboje, ponieważ w jej oczach wyłącznie Mercer mogła tego dokonać.
- Wierzę, że tak uważasz, Margo - prychnął, jego głowa zakręciła się w wyrazie niedowierzania, jakby w zaprzeczeniu tych słów, które przecież były całkowicie szczere. - Że przez dwa lata nie potrafiłem rozgryźć sprawy, którą ty rozgryzłaś w jedno popołudnie. Że planuję jak idiota słuchać się Carbone'a nawet, gdy będzie pluł mi prosto w twarz ponieważ boję się, że coś ci zrobi.
Był świadom tego, jak wtapiała się w okno byle tylko być z dala, z daleka od jego rąk gdyby planował je wyciągnąć ku niej - coś, czego nie zamierzał robić. Jego głos cichł w miarę kolejnych słów, wściekłość z wybuchowej zmieniała się w coś znacznie chłodniejszego.
- I wierzę, że dla ciebie mój strach o ciebie to słabość. Jesteś przekonana o tym, że Carbone cię nie tknie, a jeśli spróbuje, poradzisz sobie w ten czy inny sposób - kontynuował, temperatura w samochodzie obniżała się z każdą chwilą, choć pojazd nadal mknął z zawrotną prędkością w stronę Toronto. - Uważasz, że znajdziesz wyjście z tej sytuacji, którego ja nie widzę bo jestem zaślepionym idiotą.
Kolejny znak mignął im na drodze - z planowanych czterech godzin na kłótni upłynęło im pół godziny. Na skrajnym przekraczaniu dozwolonej prędkości niemal drugie tyle.
- Uważasz tak, bo nigdy nikogo nie straciłaś - dodał, unosząc dłoń jeśli próbowała mu przerwać, nie zamierzając oddawać jej ani chwili wyrwanej z tego, co chciał powiedzieć. - Spędziłaś swoje życie w wygodnym domku na przedmieściach, w którym największym problemem były chamskie komentarze twojego ojca. Skończyłaś akademię z wyróżnieniem i zbudowałaś sobie kwitnącą karierę zawodową, w której jedyną przeszkodą na twojej drodze był seksizm.
Jego głowa odwróciła się w jej stronę, pełen napięcia wzrok omiótł z pewnością wściekły wyraz twarzy. Podejrzewał, że po tych słowach - jak zwykle - kompletnie przestała go słuchać, jak to miała w zwyczaju.
- Dlatego nawet teraz uważasz, że znasz lepiej świat, w którym ja żyję od dwóch lat, a którego nie byłaś częścią ani chwilę - wycedził, zwalniając wyłącznie odrobinę - na tyle, by wyprzedzić samochód, który znalazł się im na drodze. - Że wiesz, czego możesz się spodziewać po ludziach pokroju Carbone'a, z którym ja p r a c o w a ł e m, a ty zamieniłaś trzy zdania nad kolacją.
margo mercer
Prawda jest taka, że s p o d z i e w a ł się takiej odpowiedzi.
Ponieważ pod maską profesjonalizmu i impulsywności, w jej wnętrzu zawsze chowała się zuchwałość i ego kogoś dużo młodszego, zarówno wiekiem jak i stażem. Objawiała się gdy tylko wytykał jej jedno bądź drugie, wywołując u niej wściekłość, nim wyrzucała każdy z jego argumentów do kosza.
Mógł się spodziewać, że taka była jej perspektywa. Że według niej to on tkwił w tym wszystkim biernie czekając na ratunek - na kogoś bystrzejszego, bardziej spostrzegawczego, kto dostrzeże to, na co on pozostawał ślepy. Kogoś, kto wjedzie na białym koniu i uratuje ich oboje, ponieważ w jej oczach wyłącznie Mercer mogła tego dokonać.
- Wierzę, że tak uważasz, Margo - prychnął, jego głowa zakręciła się w wyrazie niedowierzania, jakby w zaprzeczeniu tych słów, które przecież były całkowicie szczere. - Że przez dwa lata nie potrafiłem rozgryźć sprawy, którą ty rozgryzłaś w jedno popołudnie. Że planuję jak idiota słuchać się Carbone'a nawet, gdy będzie pluł mi prosto w twarz ponieważ boję się, że coś ci zrobi.
Był świadom tego, jak wtapiała się w okno byle tylko być z dala, z daleka od jego rąk gdyby planował je wyciągnąć ku niej - coś, czego nie zamierzał robić. Jego głos cichł w miarę kolejnych słów, wściekłość z wybuchowej zmieniała się w coś znacznie chłodniejszego.
- I wierzę, że dla ciebie mój strach o ciebie to słabość. Jesteś przekonana o tym, że Carbone cię nie tknie, a jeśli spróbuje, poradzisz sobie w ten czy inny sposób - kontynuował, temperatura w samochodzie obniżała się z każdą chwilą, choć pojazd nadal mknął z zawrotną prędkością w stronę Toronto. - Uważasz, że znajdziesz wyjście z tej sytuacji, którego ja nie widzę bo jestem zaślepionym idiotą.
Kolejny znak mignął im na drodze - z planowanych czterech godzin na kłótni upłynęło im pół godziny. Na skrajnym przekraczaniu dozwolonej prędkości niemal drugie tyle.
- Uważasz tak, bo nigdy nikogo nie straciłaś - dodał, unosząc dłoń jeśli próbowała mu przerwać, nie zamierzając oddawać jej ani chwili wyrwanej z tego, co chciał powiedzieć. - Spędziłaś swoje życie w wygodnym domku na przedmieściach, w którym największym problemem były chamskie komentarze twojego ojca. Skończyłaś akademię z wyróżnieniem i zbudowałaś sobie kwitnącą karierę zawodową, w której jedyną przeszkodą na twojej drodze był seksizm.
Jego głowa odwróciła się w jej stronę, pełen napięcia wzrok omiótł z pewnością wściekły wyraz twarzy. Podejrzewał, że po tych słowach - jak zwykle - kompletnie przestała go słuchać, jak to miała w zwyczaju.
- Dlatego nawet teraz uważasz, że znasz lepiej świat, w którym ja żyję od dwóch lat, a którego nie byłaś częścią ani chwilę - wycedził, zwalniając wyłącznie odrobinę - na tyle, by wyprzedzić samochód, który znalazł się im na drodze. - Że wiesz, czego możesz się spodziewać po ludziach pokroju Carbone'a, z którym ja p r a c o w a ł e m, a ty zamieniłaś trzy zdania nad kolacją.
margo mercer