Strona 2 z 2

Ostatnia wola i niedola

: śr cze 10, 2026 8:52 am
autor: Poppy Wentworth
Kiedy świat odwraca się do ciebie plecami, ty odwracasz się do świata plecami.
Stwierdzenie wyrwane z Króla Lwa wtargnęło do życia Poppy Wentwhort i rozgościło się w nim wygodnie, choć w psychologi pewnie uznano by to za bardzo szkodliwy mechanizm obronny. Dla niektórych pewnie świadczyłoby to o izolacji i ucieczce od problemów, ale dla Poppy był to raczej akt przetrwania. Jasne, pewnie w normalnych rodzinach dzieci mogą pójść do rodziców z prośbą o wsparcie, kiedy na ich drodze pojawia się problem. Problem w tym, że świat Poppy wcale nie oferował czystej miłości, a jej próby rozmawiania z rodzeństwem lub rodzicami kończyły się na przepraszaniu za to, że istnieje. Dlatego postanowiła odwrócić się plecami od świata, w którym i tak nie mogła być sobą. Zawsze ciążyło na niej piętno porównywania albo status czarnej owcy wpisany permanentnie do drzewa genealogicznego Wentworthów. Bunt był najlepszym co mogła dla siebie zrobić, a zasadę wyznaje do dziś w stosunku do rodziny. Problem w tym, że jest takie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, więc może okazać się, że odwracanie od problemów ma już perfekcyjnie wyuczone i nie zawsze będzie jej to służyć.
W zasadzie już to robiła — u c i e k a ł a — nie tylko w stosunku do rodziny. Michael też stał się ofiarą tego stwierdzenia. Zostawiła go za sobą, nawet jeśli on sam nie odwrócił się od niej. W tamtym okresie nie myślała jednak zbyt wiele nad tym co on czuje, skoro sama nie wiedziała co czuje. Była załamana, bo jedyna osoba, która jeszcze w jakiś sposób łączyła ją z rodziną umarła. Utrata Eleanor była czymś, z czym długo nie potrafiła się pogodzić, a świadomość tego co uczyniła z Michaelem wcale tego nie ułatwiała. Długi czas odmawiała sobie prawa do żałoby, szczególnie wtedy, gdy okazało się, że jest w ciąży. Wyrzuty sumienia zżerały ją od środka i chyba dlatego do dziś czuje się winna utraty dziecka. Niejednokrotnie wyrzucała sobie, że może gdyby wtedy odpuściła, nie pluła sobie w twarz, nie obarczała się winą… że może wtedy nie skończyłoby się to tak tragicznie. Problem w tym, że nie potrafiła inaczej.
Teraz jednak mając go przed sobą czuła pewnego rodzaju tęsknotę, której nie potrafiła określić i której chyba nie chciała do siebie dopuszczać. Zbyt mocno zafiksowała się na powrocie do Vancouver, by dać sobe chociaz minimalną przestrzeń na myśli krążące wokół jego osoby. Dopiero teraz, gdy okazało się, że utknęła w Toronto mogło to ulec zmianie, ale działo się tak wiele. Testament i wzburzona rodzina skutecznie rozpraszali jej myśli.
Może i nie zapomniałam — przytaknęła, bo faktycznie gdyby się postarała to ponownie przywołałaby swój charakterek i pokazała pazury. — Problem jest w tym, że nie jestem pewna czy chcę sobie przypominać — wyznała, bo tamta dziewczyna była… wspaniała, na swój sposób trudna, zraniona, nieszczęśliwa. — Pewnie tak się stanie, Toronto wyciska z ludzi wszystko…co najgorsze, heh. Dlatego jej rodzinie tak dobrze się tutaj żyło.
Spojrzła na Michaela, który był wyraźnie rozbawiony zaistniałą sytuacją i mimowolnie uśmiech wtargnął na jej twarz. Nie bawił ją obecny obrót spraw oraz nadchodzące dni, a świadomość, że miała po swojej stronie jego nawet jeśli była odrobinę budująca, to też autentycznie ją przerażała. Jego obecność była dla niej wielką niewiadomą po tym jak zniknęła bez słowa. Nie spodziewała się, że wciąż będzie tak mocno związany z rodziną i firmą, a teraz stał tutaj przed nią taki swobodny, otwarty, pozytywnie nastawiony. W środku aż ściskało ją z nerwów, ale przecież się do tego nie przyzna. Jakby bała się, że jakiś poważniejszy temat wypłynie po tym czasie, a ona nie da rady temu sprostać.
Nie wiem co piłeś na stypie, ale wpłynęło znacząco na twój proces myślowy, bo strasznie bredzisz — oznajmiła i zaśmiała się krótko. Niby żartowała, a jednak nie do końca. To co mówił nie miało dla niej żadnego sensu. — Żebym ja się tym zajęła? Nikt z rodziny nie dał mi znać, że ojcu na mózg siadło przed śmiercią — przecież z własnej woli nie wpadłby na to, by przepisać jej taką część firmy… a jednak to zrobił. Musiał mieć jakiś powód mikrowylew. Kto wie, może list to tłumaczył albo był to ponury żart na odchodne, a może zemsta za jej uczynki albo próba pogodzenia matki z synem, bo nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg? Może jeszcze się przekona, ale na dzień dzisiejszy to było dla niej zbyt wiele.
Potrzebowała sobie dzisiaj odpuścić.
Nie ja nie chciałam dać się poznać z innej strony, tylko ty bardzo szybko przyjąłeś stronę mojej rodziny — przyznała nie odpuszczając w tej kwestii. — A to już przekreśliło cię na starcie, byłeś tacy jak oni… wszyscy — czy miała o to żal? Niekoniecznie, choć mogło tak to wybrzmieć w tym momencie. Powinien jednak docenić fakt, że użyła czasu przeszłego, w końcu wiele między nimi się zmieniło od tamtych wyskoków, kiedy głównymi emocjami jakie jej serwował to złośliwość i wylewająca się mu uszami frustracja. — Było minęło — podsumowała krótko jakby czuła, że zagłębianie się w ten temat mogłoby rozwinąć rozmowę w kierunku, na który chyba nie była gotowa.
Zagracony domek wydawał się idealną odskocznią od dotychczasowych bolączek, bo tam mogła zająć się zalegającym kurzem i robotą, by finalnie paść ze zmęczenia i o niczym nie myśleć. Hotelowy pokój nie miał szans zapełnić tej pustki jaką czuła w środku, ani przegonić myśli, które rozszalały się w jej głowie. Ruszyła więc z nim w trasę, nawet jeśli obawiała się nie była przekonana co do jego obecności w domku nad jeziorem. McDrive był obowiązkowym przystankiem, a droga upłynęła im przy rockowych brzmieniach. Gdy zrealizowali zamówienie od razu porwała swoje frytki i upaćkała je ketchupem z góry, by potem marudzić, że na dole już go nie ma.
Stare czasy miewały dobre momenty — przytaknęła i były one nieliczne, w postaci przejażdżek do McDrive albo ukrywania się po kątach pogrążonego w smutku domu.
Podczas jazdy opędzlowała całe opakowanie frytek i niczego nie żałowała jeszcze. Kiedy dojechali na miejsce posłała Michaelowi wymowne spojrzenie. — Na pewno — to nie podlegało żadnej dyskusji, o czym świadczyły jej pewne kroki, gdy kierowała się do drzwi posiadłości. Przekręcając klucz uchyliła drzwi i uśmiechnęła się pod nosem. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu. — Cudnie — odpadła na wejściu otwierając wszystkie okna w salonie, by zaraz po tym zacząć ściągać białe materiałowe płachty, którymi pokryte były meble. Musiała działać od razu, bo świadomość wiszącej nad nimi rozmowy nagle zaczęła przybierać na siłę. Czuła, że niepotrzebnie przystała na jego pomoc, bo z wszystkim na miejscu poradziłaby sobie sama… …zosia samosia.
Michael Campbell