Strona 2 z 2

003. white party part 2

: czw maja 28, 2026 12:02 am
autor: Wendy Gardner
Peter to chyba miał ją za straszną latawicę, jak on już z przyczajki sobie wyobrażał, że to właśnie ona gździ się za posągiem i badylami, jak ta impreza zrzeszała masę ludzi co to niby niewinnie na biało się ubrali, a wcale nie byli tacy niewinni. Gardner to im pewnie do pięt nie dorastała w tym kontekście, choć nie można ukrywać, że lubiła się zabawić. I pewnie w piotrusiowym odpowiednim towarzystwie byłaby zdolna ta kieckę tam ściągać faktycznie, kryjąc się po kątach jak jakaś głupiutka nastolatka, to jednak aktualne okoliczności temu nie sprzyjały. Bo ona miała misję! I ta misja wcale nie polegała na obściskiwaniu się z Williamem.
Bez urazy, ale no to był Will.
Jej p r z y j a c i e l Will.
Jednak w jakimś chorym zbiegu okoliczności i w efekcie jej nieposkromionej paniki założyła przyjacielowi ręce na ramię w głowie mając tylko jego wcześniejsze słowa: w razie wpadki udawaj, że się obściskujemy. Cholera, zamiast podejść do sprawy jak przystało na dorosłą i poważną obywatelkę niższej klasy społecznej otoczonej bogackim światem, co zrobiła Gardner?
Spanikowała.
Nie zadarła brody do góry i nie udawała, że zupełnie przypadkiem znalazła się tak blisko nich. Ona zwyczajnie siłą Patelowską pchnięta wywinęła takiego orła, że pociągnęła go razem ze sobą. Oczy zwilżyły się w jednej chwili, jak bolesny prąd przeszedł po jej łokciu wzdłuż ręki, wargę przygryzła, a z jej ust wydobyło się cichutkie i piskliwe — ja pierdole — które mógł usłyszeć jedynie William i o mój boże, ten sam, którego twarz miała milimetry od swojej. Zaraz jak tylko to zobaczyła poderwała się do góry, a przynajmniej próbowała, ale była niczym sarna na lodzie lub żyrafa świeżo po porodzie, w efekcie rozjeżdżała się jak jakaś łamaga i zdążyła jeszcze dwa razy spaść — zapewne boleśnie — na Williama nim w końcu udało się jej podnieść. Od razu zaczęła nerwowo poprawiać sukienkę, a potem wspaniałomyślnie podała w końcu dłoń swojemu przyjacielowi, by pomóc mu wstać na nogi.
Nie to, to nie tak… — wyrzuciła nagle słysząc o używaniu ogrodu, a wiadomym było, że w takich sytuacjach to strasznie się jej język plątał. Bo przecież to wcale nie tak jak Peter sobie pomyślał! Uwielbiała Williama, ale już pierwsze spotkanie przy butelce naznaczyło ich znajomość, a podbicie oka zamiast pocałunku było chyba najlepszym co mogło się jej przydarzyć wtedy, bo zyskała super przyjaciela. I tak się bujali, a wszelkie potencjalne okazje do zbliżenia, o którym oni sami nawet nie myśleli to był czysty chaos. Jakby los sprawował nad nimi opiekę, by tego nie spaprali w żaden sposób. W innym uniwersum pewnie wymiatali jako para, ale w tym świecie nie miało prawa się przydarzyć.
Jakoś tak poleciałam, a on poleciał na mnie i tak sobie polecieliśmy — spojrzała na Willa jakby chciała powiedzieć: ratunku?! i zarazem PRZEPRASZAM, bo nie chciała go w żaden sposób uszkodzić. Tylko tak się składało, że Gardner uszkadzała wszystkich wokół i nieliczni okazywali się odporni na jej chaos. A przecież nie chciała uszkodzić żadnego z nich.
Ze smutkiem obserwuje więc jak Peter garnie się do odejścia, ale gdy nagle przystanął to drgnęła. Delikatnie wciskała już pedał gazu, by skierować się w stronę paniki, ale jednak wciąż stała i patrzyła na niego jakby czekała, aż… aż coś zaproponuje. Nawet jeśli nie gadała z nim od ich ostatniej kłótni to wcale nie oznaczało, że tego chciała. Nie lubiła ciszy i nie znosiła się kłócić.
No jasne, że możemy — chciała dodać, że nawet teraz, już, natychmiast, ale zalatywałoby straszną desperacją, co nie?


William N. Patel Peter Blythe

003. white party part 2

: pt maja 29, 2026 4:45 pm
autor: William N. Patel
Modlę się w duchu żeby jej kolano nie wylądowało na moim kroczu, kiedy próbuje wstać rozjeżdżając się przy tym jak żaba na betonie, po raz pierwszy i po raz drugi - z marnym skutkiem - Wendy, kurwa - wyrzucam z siebie i chociaż w pierwszej chwili właściwie nie chcę jej za bardzo dotykać, żeby Peter czasem nie pomyślał sobie tego, co pewnie właśnie chodziło mu po głowie, to ostatecznie chyba nie mam wyboru - wspieram dłonie na dziewczęcych ramionach, żeby ją od siebie odepchnąć, tym samym trochę pomagając jej stanąć na równe nogi. Potem i ja się podnoszę, tym razem z pomocą Wendy - Wenus?... - powtarzam, jeszcze raz zerkając na pomnik, udaję zainteresowanie rzeźbą, kiwając głową jak jakiś znawca, chociaż mam to w dupie, dużo bardziej ciekawi mnie to o czym jeszcze przed chwilą gadał ze swoją już chyba narzeczoną? A jeszcze bardziej interesowało mnie to, o czym już za chwilę będzie gadał z Wendy - Co? Nie, nie, my sobie tylko... Spacerowaliśmy, a potem no właśnie tak jak Wendy mówi, ona poleciała, no ja niestety też i tak jakoś wyszło - wzruszam ramionami. No tak, przecież to całkiem normalne, że ludzie sobie spacerują wspólnie po podejrzanych zaroślach, kiedy mają do dyspozycji cały dojebany, bogacki ogród, nic dziwnego, no nie? W zasadzie to jeszcze dziwniejsze było to, że nie potrafiłem się wygęgać skoro byłem przecież prawnikiem i zawsze miałem coś na swoją obronę. Mogliśmy powiedzieć, że burgery mi zaszkodziły i poszła przytrzymać mi włosy podczas opróżniania żołądka, ale teraz to już pobite gary. Wzdycham przeciągle, patrząc jak Peter zaczyna się wycofywać. Ciekawe, że był człowiekiem, z którego ciężko cokolwiek wyczytać, ale to pewnie bogolska tresura - nie pokazywać za wiele emocji. Też przez to przechodziłem, ale w moim przypadku sprawdzało się głównie na sali sądowej, gdzie byłem prawdziwym profesjonalistą, poza nią? No, bywało różnie. Rzucam Gardner porozumiewawcze spojrzenie, żeby zagadała zanim odejdzie, ale w tym samym momencie młody Blythe jednak odwraca się w naszą stronę i zwraca w sumie bardziej do swojej przyjaciółki niż do mnie, ona zaś odpowiada momentalnie, a ja? Ja chyba właśnie zostałem piątym kołem u wozu, więc rozglądam się wokół i mówię - O chyba mnie Galen woła - chociaż Wyatta nawet nie ma nigdzie na horyzoncie, więc chyba jakoś telepatycznie co najwyżej - To ja będę... Gdzieś tam - macham jedną ręką w bliżej nieokreślonym kierunku i ostatni raz zerkam na Wendy, znowu porozumiewawczo, ale tak porozumiewawczo, że zrozumie tylko ten, z kim znasz się pół życia, czyli tak jak my właśnie. W tym spojrzeniu można nawet dostrzec nieme życzenie powodzenia. Po cichu liczę na to, że przyjaciółka zda mi później relacje z tej rozmowy. Potem przelotem spoglądam na Petera i wreszcie zostawiam ich samych, oddalając się w bliżej nieokreślonym kierunku. Tył mojej koszuli wygląda tragicznie, a gorzej wyglądają chyba tylko spodnie.

/ja zt

Wendy Gardner Peter Blythe