Strona 2 z 2

i wish i found you sooner

: wt maja 26, 2026 11:18 pm
autor: Rhys Madden
Mógł się spodziewać, że rodzina Margo wyglądała w ten sposób. Każda z poznanych przez niego osób spokrewnionych z nią posiadała jakieś cechy, które łączyłyby ją z kobietą. Niektórzy mieli jej oczy, inni sposób, w jaki kręciły się ich ciemne włosy. Jeszcze inni posiadali ten błysk w oku poprzedzający żart, którego być może nie powinno się wypowiadać głośno.
Z niejaką ulgą przyjął zaproszenie do męskiego grona. Mercer był osobą, która lubiła skupiać na sobie uwagę, opowiadać historie z dzieciństwa swojej córki lub z własnej przeszłości. Jemu odpowiadało tkwienie w kącie i słuchanie, sporadyczne skinienie głową na potwierdzenie tego, że coś, co powiedział miało sens lub było właściwie zabawne.
Chciałby powiedzieć, że te interakcje musiała mu osładzać whisky w dłoni, ale prawda była taka, że przebywanie tutaj w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Chaos otaczał go z każdej strony, od koleżanek jej matki zaczepnie podpytujących o datę ślubu lub ilość planowanych dzieci, aż po ów dzieci należące do nich, plączące się tu i ówdzie i okazjonalnie wpadające na dorosłych.
Nigdy tego nie miał.
Jego dom był zawsze pusty, towarzystwo kameralne, rodzina - ta, która nie odsunęła się od nich przez wgląd na jego ojca - skromna. Rzadko kiedy mieli gości, a gdy ci zwykle się pojawiali, oznaczali butelkę wyjętą na stół i potrzebę ewakuacji z domu. Chaos w jego domu rodzinnym zawsze oznaczał coś złego, zawsze był niepożądany i destrukcyjny - ale tutaj wydawał się wyzbyty negatywnych konotacji. Naturalny, jak ten, który przejawiała ona sama.
Spodziewał się wyłącznie kłopotów widząc wzrok, z którym podeszła do ich kółka. Chaos mógł ich otaczać, ale Margo Mercer była jego pieprzonym ucieleśnieniem. Niepokój przemknął po jego twarzy gdy zbliżyła się, swobodnie poprawiając kołnierzyk jego koszuli z tym samym, niewinnym uśmiechem, z którym waliła drzwiami jego samochodu.
A gdy tylko się odezwała, jakaś jego cząstka umarła z zażenowania, głęboko w środku. Zakłopotany odchrząknął, potrzebując chwili na odzyskanie rezonu, którego postanowiła go w tej chwili pozbawić.
- Musicie jej wybaczyć - westchnął, obserwując, jak zwilża usta winem z uniesionego kieliszka, którego błysk natychmiast podsunął mu odpowiedź. - Bylibyśmy wcześniej, gdyby nie osuszyła połowy butelki w trakcie szykowania się...
- Margo - rzucił ostro jej ojciec, strofując kobietę. Sięgnął do kieliszka w jej dłoni i chwycił naczynie, odbierając jej je. - Nie za dużo już wypiłaś?
W geście pełnego satysfakcji zwycięstwa uniósł własną szklankę do ust i wypił łyk gorzkiej, zimnej whisky, którą stary Mercer otworzył specjalnie na tą okazję.
- Thomas, tak? - zagadnął mężczyznę, który był jednym z braci Margo. Mieli te same oczy i podobny uśmiech. Jego dłoń w tym czasie zsunęła się na kobiecą talię, przyciągając ją bliżej na wypadek, gdyby próbowała się ewakuować. Obrócił ją przy tym tak, że stała do niego bokiem. Siląc się na powagę, dodał: - Słyszałem, że wylądowałeś w szpitalu. Straszna tragedia.

margo mercer

i wish i found you sooner

: śr maja 27, 2026 8:43 am
autor: margo mercer
Z rozbawieniem wymalowanym na twarzy, kompletnie ignorując słowa ojca, przyjęła to, co powiedział Rhys. Spodziewała się, że pomimo zażenowania, które próbowała mu przed chwilą zafundować, nie zostawi tego bez odpowiedzi; że prędzej czy później odbije piłeczkę i przy wszystkich spróbuje zawstydzić ją równie mocno.
I niestety dla siebie, miał rację - zawstydzona była tylko raz, wtedy w Ottawie. Teraz mógł powiedzieć właściwie wszystko, pośród tych wszystkich ludzi, a ona nie czuła tego nieprzyjemnego gorąca rozlewającego się po policzkach i uszach. Była zbyt rozbawiona po ostatnich dniach pełnych napięcia, żeby naprawdę przejąć się podobnymi zaczepkami.
Przyciągnięta bliżej jego boku, objęła go dłonią w pasie, niwelując między nimi resztkę dystansu. Drgnęła lekko, ale wyłącznie z rozbawienia, gdy usłyszała pytanie skierowane przez Maddena prosto do Thomasa. Mina jej brata zmieniła się niemal natychmiast, a ona już wiedziała, że za chwilę zacznie się teatrzyk, który wszyscy doskonale znali.
Bo niezależnie od tego, jak bardzo robili sobie na złość na co dzień, jak często się prowokowali i wyciągali przeciwko sobie kompromitujące historie, w takich momentach zawsze stawali ramię w ramię. Była pewna, że Thomas, tak samo jak dwójka pozostałych braci, poszedłby w zaparte nawet wtedy, gdyby Rhys zapytał o najbardziej absurdalną rzecz na świecie.
Problem polegał wyłącznie na tym, że kłamanie nie było u nich rodzinne, a emocje wszyscy ukrywali fatalnie. Thomas zdradzał się dokładnie tak samo jak ona, spojrzeniem, mimiką, zbyt gwałtownymi gestami. - Jasne. S t r a s z n a - przytaknął teatralnie, łapiąc się za biodro, jakby właśnie ono było przyczyną kilku dni spędzonych w szpitalu wtedy, gdy Margo wyjechała na miesiąc z miasta.
Ich ojciec zmrużył oczy, przysłuchując się wymianie zdań przez krótką chwilę, aż ostatecznie zajął się rozmową ze swoimi znajomymi, ostentacyjnie ignorując własne dzieci. - Szedłem sobie spokojnie i nagle bum. Obudziłem się w szpitalu - pokiwał energicznie głową, by sekundę później samemu sobie zaprzeczyć równie gwałtownym ruchem.
Margo parsknęła śmiechem, wywracając oczami. - Słabe zagranie - rzuciła w stronę Maddena, dopijając resztę wina. Odstawiła pusty kieliszek na blat dokładnie w chwili, w której jej brat wykorzystał pierwszą okazję, by się wymiksować, mamrocząc coś o bardzo ważnej sprawie do załatwienia i znikając gdzieś w tłumie ludzi.
Dopiero wtedy odwróciła się całkowicie w stronę Rhysa, oplatając go ramionami w pasie i podnosząc głowę ku górze. W całym tym hałasie, pośród rozmów, śmiechów i muzyki sączącej się gdzieś z salonu nagle liczył się wyłącznie on. - Mam nadzieję, że masz dla mnie naprawdę dobry prezent, żeby zamazać tę paskudną niespodziankę - mruknęła cicho tuż przy jego ustach. Przesunęła dłonią po jego klatce piersiowej w powolnym, leniwym geście, zahaczając palcami o materiał koszuli.

Rhys Madden

i wish i found you sooner

: śr maja 27, 2026 11:42 pm
autor: Rhys Madden
Wersja przedstawiona przez Thomasa była szalenie przekonująca - właśnie dlatego kiwał głową, siląc się na wyraz udawanego współczucia podczas gdy ojciec Margo w tym czasie zmieniał barwę swojej twarzy na coraz bardziej purpurową.
Na jego szczęście - głównie jego - w tym małym kółku, z którego postanowili urządzić swój cyrk, nie było żadnych jego znajomych z rodzaju tych bardzo wyszukanych i eleganckich. Dwoje znajomych z policji obserwowało te wydarzenia trzymając się z boku i albo nie widzieli w nich nic podejrzanego, albo przymykali na to oko.
- Cieszę się, że tak szybko wróciłeś do zdrowia - przytaknął, brnąc w to jeszcze głębiej. Uniósł dłoń z talii kobiety wyżej i potarł ją pieszczotliwie po ramieniu w ramach pocieszenia. - Mała Margo odchodziła wprost ze zmysłów, tak bardzo się o ciebie martwiła.
Jej ojciec odchrząknął, puszczając w jego stronę pioruny, przez które Madden na chwilę mógł udawać ślepego. Odwrócił się w stronę swoich kolegów, mało subtelnie zmieniając temat - kolejna z rodzinnych cech Mercerów. Potrafili być finezyjni gdy bardzo mieli na to ochotę, ale gdy było im wszystko jedno, przetaczali się przez niuans niczym młot pneumatyczny.
- Masz na myśli zwycięskie zagranie? - odrzucił z roztargnieniem, przenosząc na nią wzrok gdy odwróciła się przodem do niego, na powrót skupiając na nim swoją uwagę. Kąciki jego ust uniosły się w wyrazie satysfakcji, lecz część z tego uśmiechu nie miała złośliwego podłoża.
Część cieszyła się, że znów była tak blisko niego.
- O tę paskudną niespodziankę musisz obwiniać swojego ojca. Już ustaliliśmy, że był gotów grozić mi bronią, żebym cię tu przywiózł - odrzucił zdawkowo, nieco ciszej, samemu również odwracając się bokiem w stronę grupki, w której wcześniej stał, choćby po to by Mercer nie słyszał tematu ich rozmowy. - Zasugerował nawet, żebym udawał, że jest to związane z pracą ale uznałem, że jeśli przywlokę cię tutaj po ośmiogodzinnej zmianie bez prysznica, tak czy siak nie dożyję ranka.
Pochylił się, muskając nosem jej nos. Zdecydowanie większość dni, które spędzali razem była na pozór normalna, ale samotna - poza nimi nie było nikogo innego. Choć wciąż tkwił w przekonaniu, że wolał mieć ją całą dla siebie, jej widok w tym wydaniu i w tym otoczeniu go cieszył.
Widział, że była szczęśliwa.
I gdy tylko to dostrzegł, poczuł wibrację telefonu w swojej kieszeni. Nawet nie drgnął jednak, choć ukłucie podejrzliwości zrodziło się gdzieś w głębi jego spojrzenia - nie zamierzał wyjmować telefonu tak długo, jak Margo stała obok, niezależnie od tego co miało się w nim znaleźć.
- Nie wiem, jakie zwyczaje ma twoja rodzina, ale u mnie prezenty są po torcie - dodał rzeczowo, tym razem celowo podnosząc nieco głos tak, że to jedno, istotne słowo przeleciało przez cały harmider panujący w pomieszczeniu i trafiło prosto do osoby, która powinna je usłyszeć.
- Właśnie! Tort! - krzyknęła jej matka, wstając od stołu by skierować się do kuchni, wzbudzając tym samym ekscytację wszystkich dzieci, które zebrały się wokół stołu, część ruszyła ku nim.
I dopiero, gdy Mercer odwróciła się do niego tyłem, wsunął dłoń do kieszeni, ominął schowany dla niej prezent i zerknął na ekran, odczytując wiadomość. Twój czas się powoli kończy, Madden.
- Ciociu, ciociu! - krzyknęła bliźniaczka, szarpiąc Margo za rękę i nieomal wpadając na drugiego detektywa. - A mogę zdmuchnąć świeczki?
Telefon już dawno tkwił w jego kieszeni gdy pochylił się konspiracyjnie w stronę dziecka.
- A wiesz, że jeśli zdmuchniesz nie twoje świeczki to nigdy nie przeżyjesz solenizanta?

margo mercer

i wish i found you sooner

: czw maja 28, 2026 8:18 am
autor: margo mercer
Była szczęśliwa, miał rację.
Nawet jeśli w swojej głowie wyobrażała sobie ten dzień zupełnie inaczej. Dużo ciszej, spokojniej, wyłącznie we dwoje; widziała ich leżących leniwie na kanapie albo w łóżku, pod cienkim kocem, z filmem lecącym w tle, którym żadne z nich nie byłoby naprawdę zainteresowane. Widziała chińskie jedzenie w kartonowych pudełkach z tej małej knajpy za rogiem jej mieszkania, jedno piwo albo wino wypite bez pośpiechu i jedną samotną świeczkę wetkniętą w małą babeczkę kupioną gdzieś po drodze.
To były jej wymarzone urodziny - ciche, zwyczajne, pozbawione całego tego zamieszania. A mimo to naprawdę była szczęśliwa. Wdzięczna, że wszyscy najbliżsi znaleźli się tego wieczoru w jednym miejscu wyłącznie dla niej.
- Już i tak będziesz musiał się nagimnastykować, żeby dożyć do poranka - rzuciła w stronę Rhysa z niewzruszoną miną, posyłając mu kolejną z tych zupełnie niegroźnych gróźb, które nigdy nie miały się spełnić. - Gdybyśmy przyjechali tu prosto po pracy, wyglądalibyśmy przy tych wszystkich ludziach jak chodzące koszmary - odszepnęła z rozbawieniem, ruchem głowy wskazując grupkę elegancko ubranych gości wyglądających tak, jakby pomylili jej urodziny z galą charytatywną w jakiejś wyszukanej sali bankietowej.
Nie zauważyła momentu, w którym coś się w nim zmieniło. Normalnie wychwyciłaby to od razu - ten krótki błysk niepokoju w spojrzeniu, drobny gest zdradzający, że dostał wiadomość, a wiadomości o tej porze dostawał praktycznie wyłącznie od jednej osoby. Teraz jednak chaos wokół skutecznie ją rozpraszał. - Ja robię wszystko według w ł a s n e j kolejności i uznałam, że teraz czas na prezent - odpowiedziała, unosząc brew ku górze. Miała właśnie wspiąć się na palce w tych piekielnie niewygodnych szpilkach, których zdjęcie rozważała w myślach już od dobrych trzydziestu minut, gdy zza pleców dobiegł ją głos matki.
Westchnęła ciężko, niechętnie odsuwając się od Maddena dokładnie w chwili, w której dzieciaki niczym tornado zakręciły się wokół nich. - Jasne. Sama nie dam rady - mruknęła, choć w środku marzyła wyłącznie o tym, żeby ta chwila minęła jak najszybciej. Nie znosiła być centrum uwagi. Lubiła robić wokół siebie hałas, prowokować i skupiać na sobie uwagę, ale wyłącznie wtedy, gdy byli sami. W tłumie czuła się dziwnie odsłonięta.
Po chwili do salonu wjechał tort, zdecydowanie za duży jak na liczbę świeczek, które ktoś w niego powtykał. Nim zdążyła się pochylić, usłyszała szept Rhysa tuż przy swoim uchu i parsknęła śmiechem, prawie od razu zakrywając usta dłonią. Jeszcze bardziej rozbawiła ją reakcja bratanicy, która momentalnie odwróciła się w stronę Maddena i bardzo dyskretnie, niemal przy własnym biodrze, wystawiła w jego kierunku środkowy palec tak, żeby nikt dorosły przypadkiem tego nie zauważył. - Wujku, ty chyba zdmuchiwałeś świeczki innym, bo jesteś stary nawet przy cioci Margo i na pewno umrzesz szybciej - odpowiedziała z pełną powagą typową dla małej Mercer, po czym odwróciła się plecami i zaczęła rytmicznie podskakiwać w oczekiwaniu na wielki moment.
Kiedy wszyscy zaczęli chórem nawoływać ją do pomyślenia życzenia, uniosła wzrok. I spojrzała wyłącznie na niego. Cały gwar dookoła nagle przycichł, rozmył się gdzieś na obrzeżach świadomości, gdy w jej oczach błysnęło coś miękkiego i ciepłego. Pochyliła się lekko nad tortem, nie odrywając od niego spojrzenia nawet na sekundę.
Było oczywiste, że k a ż d e życzenie, k a ż d a prośba i k a ż d a myśl, którą zamknęła teraz w swojej głowie, dotyczyły właśnie jego. Tego, żeby dalej był obok; żeby nadal mogli wracać do siebie po wszystkim, co świat próbował im odebrać.
A później zdmuchnęła świeczki jednym, spokojnym oddechem w towarzystwie uradowanej dziewczynki, która głośno zawołała - PREZENTY!!!

Rhys Madden

i wish i found you sooner

: czw maja 28, 2026 4:04 pm
autor: Rhys Madden
Sekrety nie były czymś, co kiedykolwiek planował.
Nie chodziło o brak zaufania. Od dłuższego czasu między nim a Margo nie było tajemnic, oboje byli równo świadomi sytuacji, w której również teraz oboje tkwili. Wszystko co było związane z Carbone'm nie dotyczyło już wyłącznie jego, tkwiło też na jej barkach odkąd postanowiła się do niego zbliżyć. Czy tego chciał, czy nie, konsekwencje nadciągające w ich stronę nie miały już uderzyć wyłącznie niego.
A ona zasługiwała na to, by wiedzieć. Przyjemne przyjęcie urodzinowe. Wibracje telefonu o tej porze nigdy nie zwiastowały czegoś dobrego. Wiele lat temu również mógłby się pod tym stwierdzeniem podpisać, choć nieświadom tego, jak wtedy miał dobrze - potencjalne wiadomości i telefony pochodziły z pracy, zmuszając go do ruszenia się na komisariat poza godzinami. Teraz każda wiadomość przychodziła od stojącego u szczytu Ventresci mafioza.
Dlatego nie mógł ich odczytywać gdy Margo była obok.
Była szczęśliwa, otoczona wszystkimi ludźmi, których mogła uważać za bliskich. Nie chciał jej tego odbierać. Nie chciał wciągać jej w męczące procesy myślowe i wściekłość, którą wywoływał w niej Carbone. W jego sercu pojawiła się ta sama, żelazna determinacja, która wcześniej umożliwała mu trzymanie wszystkiego z dala od jej bystrego spojrzenia. Nie sięgał do urządzenia póki nie oddzielały go od niej inni ludzie, a jej twarz zwrócona była w stronę nadciągającego tortu. Thomas Mercer, po trzydziestce. Żona Anna. Ładne dzieciaki, bliźnięta. Dziesięć lat. Napięcie powróciło do jego ciała, zmuszając go do wycofania się lekko, poza zasięg jej wzroku. Wszyscy wstali od stołu, w pomieszczeniu rozległ się ferwor śpiewanej piosenki - w tłumie najłatwiej było zniknąć.
Zostały mu tylko cztery dni do wypuszczenia Morettiego. Nie wątpił, że Carbone zrobi wszystko, byle tylko do tego doprowadzić. A on nie zamierzał tego robić.
Ignorował telefon, uśmiechając się lekko na widok przepychających się w stronę Margo dzieci, których imiona w tym czasie lądowały w jego wiadomościach. Nigdy nie miał tego typu przyjęcia - myśl o wyjściu na środek i tkwieniu tam podczas gdy cały tłum ludzi gromko wyśpiewuje piosenkę była dla niego trudna do zniesienia. Nie przywykł do tego, ale miało to swój urok. Miała wielką rodzinę, która kochała ją bardzo mocno. Chyba zacznę od niego, żeby ta mała suka też mogła tego doświadczyć. Jego dłoń zacisnęła się na telefonie, w żyłach pojawił się chłód. Bił się z myślami zastanawiając nad tym, czy lepiej było wyłączyć urządzenie, czy lepiej być świadomym potencjalnych ruchów wykonywanych przez Morettiego. Wreszcie zadecydował, wyłączając powiadomienia.
Spoglądając na Margo otoczoną przez tłum ludzi, nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Wskazał podbródkiem wyjście z salonu, bez słów komunikując jej by znalazła go gdy już otrzyma wszystkie inne prezenty, których czekało na nią od groma.
W poszukiwaniu balkonu, z którego mógłby skorzystać żeby zapalić, zawędrował na piętro wyżej. Jedne z uchylonych drzwi miały przyczepioną tabliczkę z imieniem Margo i ostrzegawczym podpisem: Wstęp wzbroniony, którą, jak wiele zasad w swoim życiu, zignorował, wsuwając się do środka.
- Twoi rodzice zachowali twój pokój takim, jaki był - zauważył gdy jakiś czas później go znalazła, stojącego na środku jej dziecięcego pokoju i obserwującego z uwagą powieszone na ścianach plakaty. - Zadowolona z prezentów?

margo mercer

i wish i found you sooner

: czw maja 28, 2026 6:42 pm
autor: margo mercer
Straciła go z pola widzenia i nawet nie wiedziała kiedy.
Dostrzegła moment, w którym zaczął się wymykać, zrozumiała też to krótkie spojrzenie, którym próbował jej przekazać, że potrzebuje chwili oddechu, ale miała wrażenie, że ledwie mrugnęła, a jego już nie było.
Bardzo chciała do niego dołączyć, jednak nawet ona wiedziała, że zniknięcie z salonu pełnego gości dokładnie w chwili, gdy kolejna osoba próbowała wręczyć jej prezent albo złożyć życzenia po raz drugi, byłoby zwyczajnie niegrzeczne. Zwłaszcza, że jej ojciec stał gdzieś z boku, obserwując ją podejrzliwie, jakby znowu miała czternaście lat i planowała ucieczkę przez okno tuż przed finałem rodzinnego spotkania.
Minęło dobrych kilkanaście minut nim udało jej się wreszcie wyrwać. Kilkanaście minut uśmiechania się, prowadzenia krótkich rozmów i udawania, że każda kolejna wymiana zdań sprawia jej przyjemność. Świętowanie z najbliższymi naprawdę dawało jej szczęście, ale cała reszta - dalsi znajomi rodziców, przypadkowe osoby i wszyscy ci ludzie, którzy pojawiali się wyłącznie dlatego, że wypadało, zwyczajnie ją męczyła.
W końcu wykorzystała moment nieuwagi, pozwalając bratankom otwierać część prezentów za nią. I tak większość stanowiły koperty, bony podarunkowe albo gotówka, którą prędzej czy później podzieliłaby między dzieciaki, zanim któryś z jej braci spróbowałby odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Już na schodach zdjęła szpilki, odrzucając je niedbale na miękki dywan na piętrze, a potem skierowała się prosto do pokoju, który kiedyś należał do niej, jakby jakaś intuicja podpowiadała jej, że znajdzie go właśnie tam. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy podeszła do biurka i z jednej z szuflad wyciągnęła cienką, metalową rurkę. Kilka sekund później przekręciła nią zamek, który lata temu jej ojciec wymontował z drzwi w ramach kary za jeden z jej licznych wybryków.
Oparła się o zamknięte drzwi z cichym westchnieniem, rozkoszując się tym, że tutaj, na górze, dźwięki imprezy wydawały się ledwie przytłumionym szumem. Po czasie spędzonym w chaosie nawet namiastka ciszy wydawała się czymś niemal intymnym. - Każdy z naszych pokoi wygląda dokładnie tak samo jak w dniu, w którym wyprowadziliśmy się z domu - wzruszyła lekko ramionami. Nigdy nie rozumiała dlaczego rodzice tego nie zmienili. Mogli zrobić tutaj cokolwiek - gabinet, pokój gościnny, bibliotekę. Najwyraźniej jednak uznali, że wspomnienia są warte więcej niż dodatkowa przestrzeń.
- Otworzyłam tylko kilka prezentów. Podejrzewam, że reszta właśnie trafia do skarbonek Jules i Marcusa - dodała z rozbawieniem, wciąż nie dostrzegając tej drobnej zmiany w jego nastroju. Albo dzisiaj była ślepa, albo on wspiął się na absolutne wyżyny ukrywania emocji.
Odrywając się od drzwi, podeszła prosto do niego, powoli i bez pośpiechu, jakby nagle cały świat znowu ograniczył się wyłącznie do nich dwojga. Jej dłonie wsunęły się pod materiał jego koszuli, kiedy sama stanęła tak blisko, że czuła ciepło jego ciała nawet przez własną sukienkę. - Co dla mnie masz? - szepnęła ciszej niż wcześniej.
Nie chodziło już nawet o prezent. Nie o rzecz schowaną w kieszeni czy pudełko czekające gdzieś obok. Patrzyła na niego w ten sposób, w który patrzy się wyłącznie na osobę będącą jednocześnie spokojem i największym chaosem własnego życia. Uniosła jedną dłoń wyżej, wsuwając palce w jego włosy przy karku, a potem przyciągnęła go do siebie jeszcze odrobinę bliżej i pocałowała powoli, miękko, tak jakby chciała ukraść sobie kilka dodatkowych sekund z dala od całego świata znajdującego się piętro niżej.

Rhys Madden

i wish i found you sooner

: czw maja 28, 2026 11:38 pm
autor: Rhys Madden
Wszystko nie zmieniało się w kilkanaście minut.
Zmiana kiełkowała powoli. Zaczęła się od drobnego gestu którym był telefon jej ojca proszący - choć wymuszający byłoby lepszym określeniem - o pomoc. Krótkie przypomnienie, że poza nim, Margo miała kogoś jeszcze - bliskich, którzy pamiętali o jej urodzinach i kierowali ku niej swe myśli. Rodziców organizujących to przyjęcie-niespodziankę. Braci, którzy byli skłonni udawać wypadek w szpitalu bez zająknięcia się, gdy potrzebowała wymówki, nawet w dorosłości.
To nieprzyjemne wrażenie w jego klatce piersiowej rosło z każdą chwilą spędzaną w jej domu. W czterech ścianach wypełnionych życiem tak wielu osób splątanych ze sobą w nierozerwalny sposób. W ścianie zdjęć z dzieciństwa, na których znajome, ciemne oczka patrzyły na niego w towarzystwie rodzeństwa.
Carbone jedynie podsycał drobny płomień, który tkwił w nim od dłuższego czasu.
Przypominał, że tak długo, jak posiadali w swoim życiu coś wartego utracenia, zawsze będzie miał metodę nacisku. Wierzył, że Margo była przekonana o tym, że sobie poradzi - a jeśli nie, była skłonna podjąć ryzyko tak długo, jak ryzykowała własnym życiem.
Wiedział też jak niemożliwie trudnym zadaniem było podjęcie tego wyboru.
Stał przed nim nieustannie - przed świadomością, że każdy ruch mogący uwolnić ich od Ventresci może narazić jej życie na szwank. Wiedział, że Mercer była tego świadoma, znała stawkę, o którą toczyła się gra.
Ale jej bliscy byli tej świadomości kompletnie pozbawieni. Tak samo, jak pozbawieni byli możliwości obrony - bo choć jej ojciec miał wiele lat w policji za pasem, tego samego nie mogła powiedzieć jej matka, jej bracia, ich żony. Dzieci, plączące się pod nogami na tym przyjęciu, od których Sergio z chęcią by zaczął, w tej psychopatycznej potrzebie przekręcenia wbitego noża wyrządzając maksymalnie dużo szkód.
Nie ryzykowali wyłącznie sobą. Ryzykowali absolutnie, kurwa, w s z y s t k i m i.
On jeden miał sprowadzić na wszystkich zgubę, wkraczając do jej życia choć nie powinien tego robić, wplątując ją w interes, z którym nie miała nic wspólnego. I choć wypowiadał te słowa wcześniej w złości, wciąż w nie wierzył - Margo nie musiała przechodzić przez życie ze stratą w sercu.
Przybycie tutaj uświadomiło mu, jak wiele do stracenia miała.
Przyglądał się nastoletniemu wyposażeniu jej pokoju, utrzymanego w czystości jakby do dziś był sprzątany. Na język już nawijała mu się drobna złośliwość, wytknięcie jej przywileju posiadania rodziny na tyle dobrze ustatkowanej, że mogła pozwolić sobie na takie marnowanie przestrzeni, ale postanowił go przemilczeć. Może dlatego, że miał inne rzeczy na głowie, a może z okazji jej urodzin.
A może dlatego, że przez te kilkanaście minut zdążył zapomnieć o tym, jak pięknie wyglądała i gdy tylko jej bose stopy poprowadziły ją w jego stronę na miękkim dywanie, wszystkie uwagi wyleciały mu z głowy.
- W tej rodzinie są sami materialiści - zażartował, jako, że choć jej prezenty były rozkradane przez dzieci, jednocześnie pierwszym, co miała mu do powiedzenia po tej informacji było pytanie o własny prezent.
Wypuścił powietrze z ust, czując, jak rozluźnienie pojawia się w miejscach, których dotknęły jej dłonie. Jego własne z początku spoczęły na jej talii, owinęły się wokół niej by przyciągnąć ją bliżej siebie, by poczuć pod palcami materiał jej sukienki i gorąco skóry schowanej pod spodem. By przypomnieć sobie jej dotyk, który od chwili, w której w ciemnym komisariacie musnęła ślad na jego skroni, koił wiecznie rozogniony fragment jego duszy.
Wyczuł w jej pocałunku tęsknotę, na którą odpowiedział własną, na moment zaciskając rękę na jej talii, przytrzymując ją blisko. Dopiero po kilku, nieznośnie krótkich sekundach zdołał się od niej oderwać po to, by sięgnąć dłonią do kieszeni. Na jedno uderzenie serca zatrzymał się, wahanie odbiło się w jego mimice i natychmiast zniknęło.
- Wyjedź ze mną. - cichy głos wybrzmiał w pomieszczeniu gdy uniósł w górę dwa bilety lotnicze do Meksyku.

margo mercer

i wish i found you sooner

: pt maja 29, 2026 8:37 am
autor: margo mercer
Dopiero tutaj, gdy zostali sami, odcięci od hałasu przyjęcia, dostrzegła tę drobną zmianę. Nie było w niej nic spektakularnego, nic co ktokolwiek poza nią byłby w stanie zauważyć. Ledwie iskra.
Tyle że ona nauczyła się rozpoznawać je wszystkie. Wiedziała już, jak wyglądał gniew na chwilę przed tym, nim wybuchał; zaczynał się od napięcia zbierającego się przy linii szczęki i od zmarszczki pojawiającej się między brwiami. Smutek rozpoznawała po spojrzeniu, które stawało się cięższe, bardziej odległe, jakby nagle cały świat ważył trochę więcej niż powinien. Szczęście było najłatwiejsze do odczytania, bo wtedy mówił więcej, śmiał się częściej i pozwalał sobie na lekkość, którą na co dzień pilnował niemal równie mocno jak własnych sekretów.
Zmartwienie wyglądało jeszcze inaczej. W takich chwilach szukał jej bardziej niż zwykle. Normalnie też ją przytulał, całował bez powodu, zatrzymywał w przejściu kładąc dłoń na jej biodrze albo znajdował pretekst, by znaleźć się blisko. Kiedy jednak coś naprawdę nie dawało mu spokoju, kiedy oddech Ventresci stawał się zbyt wyraźny albo termin wiszący nad nimi zaczynał palić czerwienią gdzieś z tyłu głowy, chciał mieć ją niemal przyklejoną do siebie. Jakby wyobrażał sobie, że samą bliskością jest w stanie ochronić ją przed wszystkim, co mogło nadejść.
Nie wiedziała, co było powodem tym razem. Czy chodziło o Carbone'a, czy o ten dom pełen ludzi, którzy kochali ją bezwarunkowo. Czy może o jedno i drugie. Była gotowa wymknąć się stąd tylnym wyjściem, wrócić do ich mieszkania i zamknąć cały świat po drugiej stronie drzwi.
Znała jednak także te momenty, gdy nie chciał pytań. Gdy nie potrzebował rozmowy ani analizowania własnych emocji, a jedynie czegoś, co pozwoliłoby mu odsunąć je na bok. Dlatego nie zapytała. Uśmiechnęła się, widząc jak sięga do kieszeni po prezent, którego tak bezwstydnie się domagała. - Teraz? W tej chwili? - uniosła brew, przyglądając się biletom. Zauważyła wyłącznie co było miejscem docelowym, nie zwróciwszy uwagi na datę, długość pobytu ani nawet na to, czy były to bilety w obie strony. Nie miało to najmniejszego znaczenia.
Zamiast odpowiedzieć, zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła go do siebie gwałtownie, bez ostrzeżenia. Wpiła się w jego usta z całą radością, którą przez ostatnie tygodnie skutecznie tłumiła pod sprawami, raportami, Ventrescą i strachem o przyszłość. Dłonie zacisnęły się mocno na jego ramionach, gdy instynktownie przylgnęła do niego jeszcze bliżej, pozwalając mu złapać się za pośladki i unieść w górę. Oderwała się dopiero wtedy, gdy zaczęło brakować jej tchu, opierając czoło o jego własne.
- Pojadę z tobą wszędzie - powiedziała cicho, nie odrywając od niego spojrzenia. - Rzucę wszystko i nigdy nie będę niczego żałować - patrzyła na niego jeszcze przez moment, a w jej oczach było coś tak prostego i szczerego, że nie potrafiłaby tego ukryć nawet gdyby próbowała.
S z c z ę ś c i e.
Czyste, nieskrępowane szczęście. Jakby mogli po prostu wsiąść do samolotu i zniknąć. - Nie jesteś w stanie, w tej swojej małej główce, wyobrazić sobie jak bardzo cię kocham - uśmiechnęła się wreszcie z nutą udawanej złośliwości, stukając go lekko palcem w skroń i wciąż nie odsuwając się nawet o centymetr.

Rhys Madden

i wish i found you sooner

: wt cze 02, 2026 11:59 am
autor: Rhys Madden
Nie był w stanie tego w ten sposób zaplanować - a przynajmniej nie w pełni świadomie.
Z początku miała to być wyłącznie wycieczka. Chwila oddechu, urlopu, który po tym wszystkim zdecydowanie mógł im się przydać. W miejscu, o którym już żartowali wcześniej, we wnętrzu jego mieszkania, w łóżku wciąż nakrytym rozgrzaną pościelą.
Mogli wyjechać niezależnie od tego, co zrobił z Morettim.
Zarówno w formie ucieczki i dystansu, jak i chwilowego otrzeźwienia po wypuszczeniu mężczyzny na wolność. Od chwili, w której we wnętrzu samochodu mknącego w stronę Toronto, Margo wyznała mu prawdę, jego myśli intensywnie krążyły wokół Ventresci, niezdolne do skupienia się na tu i teraz tak, jak robiły to zawsze.
Jednak im mniej było czasu, tym większe ogarniały go wątpliwości.
Wiadomości przychodzące na telefon były tylko przypomnieniem tego, co przechodziło mu przez głowę wcześniej. Świadomością tego, jakie reperkusje mogły ich spotkać inne od tych, które cały ten czas zakładali. Świadomością, która wypełniała wnętrze jej małej sypialni w postaci odległych odgłosów imprezy, krzyków bawiących się dzieci i gwaru rozmawiających dorosłych.
- Nie. W niedzielę - odrzucił z początku, gdy jego serce zamarło na widok brwi unoszącej się w górę.
W niedzielę kończył się wyznaczony mu przez Carbone'a czas. W niedzielę miał podrzucić dowody potrzebne do wypuszczenia mężczyzny na zewnątrz, gdy w poniedziałek na rozprawie mało wszystko się rozstrzygnąć.
Nie zdążył wyjaśnić, wytłumaczyć swojej decyzji. Dostrzegł odpowiedź w jej oczach, w sposobie, w który zarzucała ręce na jego szyję. Znajomy ciężar kobiecego ciała był niczym gorący kompres na jego spięte mięśnie, jego własne odpowiadało automatycznie - wyczuwając jej intencje, unosząc ją w górę, pozwalając, by oplotła nogami jego biodra. Kąciki jego ust uniosły się w górę w reakcji na ten gest, na kompletny brak zawahania, który mu towarzyszył - wyraz wyczuwalny pod pocałunkiem, w którego wnętrzu chowała się cała, zgromadzona pasja.
- Wszędzie? - odrzucił, drocząc się w reakcji na dłoń pieszczotliwie stukającą w jego skroń i drobną złośliwość charakterystyczną dla kobiety od dnia, w którym wkroczyła na komisariat. - Myślałem też o Kazachstanie. Podobno mają interesujące wycieczki.
Jego dłonie przesunęły się po kobiecym ciele, jedna zsunęła w dół, zahaczając o materiał ciemnej sukienki, który wraz z uniesieniem jej w górę podjechał do połowy jej uda. Wsunął palce pod spód, muskając schowaną tam skórę palcami.
- Ale tam nie możesz wyglądać w ten sposób - mruknął, przesuwając się niżej, muskając nosem jej policzek pod kurtyną włosów, która zwykle oddzielała go od rzeczywistości. Jej szczęście dawało mu złudne poczucie słuszności tego wyboru, który wciąż obracał w swojej głowie na tysiące sposobów. - Kocham cię.
Na tle tysiąca wątpliwości, sięgał po tą jedną rzecz, która zawsze była stała i prawdziwa.

margo mercer

i wish i found you sooner

: wt cze 02, 2026 5:24 pm
autor: margo mercer
Proponowała mu to już dawno. Właściwie niemal natychmiast po tym, gdy poznała prawdę, gdy pierwszy szok ustąpił miejsca zrozumieniu, a zrozumienie akceptacji tego, co zrobił i co nadal robił; pierwszą myślą, która pojawiła się w jej głowie, nie był gniew, rozczarowanie ani strach.
Była nią ucieczka. Zaproponowała mu, że wyjadą. Z n i k n ą.
Nie miała planu, nie wiedziała dokąd mieliby się udać, z czego żyć ani jak długo byliby w stanie się ukrywać. Wiedziała jedynie, że chciała spakować walizkę, zabrać go ze sobą na lotnisko i kupić dwa bilety na pierwszy samolot odlatujący dokądkolwiek.
Być może pragnęła tego nawet wcześniej. Jeszcze zanim Carbone na dobre wdarł się do ich życia. Jeszcze zanim poznała wszystkie jego sekrety i zanim zrozumiała, jak wiele ciężaru nosił na własnych barkach.
Prawda była taka, że od samego początku miała w sobie coś niebezpiecznie egoistycznego. Pragnienie zamknięcia ich świata wyłącznie do nich. Ograniczenia całej reszty do minimum, zostawienia gdzieś daleko pracy, problemów, znajomych i obowiązków, aby zatrzymać przy sobie tylko jego.
Był jej w s z y s t k i m. Jej partnerem, przyjacielem, powiernikiem wszystkich myśli, których nie wypowiadała przed nikim innym. Był jej największą miłością i najbezpieczniejszym miejscem, jakie znała. Był rodziną, którą wybrała sama. Dlatego nie zawahałaby się ani chwili. Złapałaby go za rękę i poszła w każdym kierunku, który by wskazał, nawet gdyby na końcu tej drogi czekało ją szczęście równie wielkie jak ból zdolny rozedrzeć serce na pół. Chciała ryzykować tylko z nim.
- W niedzielę - powtórzyła cicho. Wiedziała, co oznaczał ten dzień, wiedziała również, że być może po nim nie będą mieli już do czego wracać. Mimo to nie pozwoliła tej myśli wygnać się z jego ramion. Próbowała skupić się na wszystkim tym, co dobre - na cieple jego dłoni, na spojrzeniu, które zawsze sprawiało, że miękła w środku, na ustach muskających jej skórę z tą samą zachłannością, jakby każdy pocałunek był pierwszym.
Jednak natrętne myśli wciąż krążyły gdzieś z tyłu głowy. Tak samo jak świadomość, że ten prezent nie był wyłącznie prezentem - był przede wszystkim d e c y z j ą.
Westchnęła cicho, ignorując dobiegające z dołu dźwięki. - Boję się, że to największa głupota jaką robisz, Rhys. Jesteś tego pewien? - znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że działał dokładnie tak samo jak ona. Kiedy widział przed sobą choć cień możliwości, potrafił rzucić się za nim bez oglądania się na konsekwencje. - Zrobisz to i wyjedziemy. Obiecujesz? - ruchem głowy wskazała na łóżko, do którego ich zaprowadził. Wciąż siedziała na nim okrakiem, przesuwając opuszkami palców po jego policzku, szczęce i skroni, próbując zapamiętać każdy szczegół tej chwili.
Próbując utożsamić ją jedynie ze szczęściem.

Rhys Madden