wszyscy na ziemię! to napad!...
: czw lip 09, 2026 7:25 pm
- A co, chcieli crepes? - pytam, unosząc wysoko obie brwi, a ta dziewczyna, która wciąż mi wisi na ramieniu dodaje - A to nie są naleśniki? - ja patrzę na nią, ona na mnie i wreszcie obydwoje na Madoxa. Z drugiej strony samochody i crepes brzmiały jak dobre rządania, uciekniesz i się jeszcze najesz po drodze - Nie no bez sensu, a potem jakby minął kwadrans to byś strzelał do ludzi jak do kaczek? Jak nie to już wiadomo, że jesteś niewiarygodny i można robić szturm, ja bym powiedział, że okej, ale jak się nie pospieszą to wtedy każdy kulka w łeb - dodaję swoje pięć centów i kiwam głową, chociaż z naszej dwójki to akurat Madox się lepiej zna na szemranych interesach i napadach, więc może i miał rację? W każdym razie zbrodniarze się zgadzają żeby wypuścić rannych i karuzela zatacza koło - znowu jesteśmy w punkcie kto wychodzi. Dyskusja chwilę trwa, no bo jak któryś z bandytów to go zdejmą jak będzie wracał do banku, a nikt z zakładników w sumie za specjalnie nie był chętny, o dziwo. To Madox. Jak się ten bandzior go pyta czy aby na pewno wróci to ja też wbijam w niego spojrzenie bo mam nadzieję, że jednak tak. Siadamy z tą kasjerką na krzesłach i czekamy. Reszta zakładników wciąż leży na ziemi, a jak jakiś facet chce wstać to jeden ze złodziejów każe mu leżeć. Z uwagi na wrażliwość niektórych uszu nie będę cytował. Drugi niestety zbliża się do mnie i zaczyna mi grozić - Nie no co ty, wróci na pewno - mówię, chociaż wcale nie jestem taki pewien. Odwracam się żeby spojrzeć na zegarek dokładnie w tym samym momencie, w którym robi to tamten facet. Wskazówka zegara przesuwa się o każdą sekundę bardzo wyraźnie i głośno. Trochę zaczynam srać po gaciach kiedy mijają trzy minuty, więc zakładam nogę na nogę i zerkam znowu na zegarek, a potem tego typa, jak wbija we mnie spojrzenie i uderza pałką w otwartą dłoń - Wróci, wróci - powtarzam, ale przekonuję w tym momencie głównie siebie i jak tylko Noriega wraca to od razu do niego dopadam. Razem z tą laską uwieszoną na moim ramieniu - Ja pierdole już myślałem, że nie wrócisz - już sobie wyobrażałem jak tamten gość łamie mi nogi i ręce. Madox nam opowiada co mu się udało załatwić, a jak ta kasjerka zaczyna znowu ryczeć, to ją uciszam delikatnie, na co znowu smarka mi w rękaw. Już się mamy rozstawać, tylko wtedy tamci nas zatrzymują, a ja patrzę na kumpla. Ja mam prowadzić? Chyba kogoś pojebało. Już mam proponować żebyśmy zagrali o to w kamień, papier, ale znam ten knyf Madoxa i wiem doskonale jak to się skończy - on zrobi kamień, a ja w ostatniej chwili zmienię na nożyce - Dobra, niech będzie, ale muszę jeszcze jej coś powiedzieć - odbieram kluczyki, po czym się oddalam kawałek z kasjerką, żeby jej coś szepnąć na ucho. Mówię, że tam pod siedzeniami jest torba mojego kolegi i żeby jej przypilnowała, to może nawet dostanie jakieś znaleźne. Dałbym jej wizytówkę, tylko mi tamci zabrali razem z portfelem, więc liczę na to, że zapamięta jak się nazywam. Buzi na pożegnanie i możemy jechać. Okazuje się, że to auto co nam podstawili to jest taki minivan, że niby trochę ścisk, ale wszyscy się mieścimy. Ja na szczęście z przodu, obok mnie Madox i jeszcze jeden ziomek, a reszta się gniecie z tyłu. Pierwsze co to zapinam pasy, a drugie to sięgam do radio żeby włączyć muzykę. Ten bandzior po drugiej stronie Madoxa już się wyrywa do mnie przez Noriege i krzyczy co ja odpierdalam, a ja na to, że dobra, przecież już jedziemy. Odpalam silnik i ruszamy, któryś jeszcze pomyślał, żeby powiedzieć policji, że jak za nami pojadą to nas rozpierdoli. No i spoko, chociaż pewnie i tak założyli w aucie GPSa. Trochę szarpie na początku, ale w końcu wyjeżdżamy na szosę, tylko ja generalnie jestem dosyć słaby w szybkiej jeździe, zresztą jak tylko widzę z oddali, że światła się zmieniają na pomarańczowe, to redukuję biegi i zaczynam zwalniać, ale tym razem jakiś bandzior z tyłu się drze, że mam dawać gaz do dechy - Ale zaraz będzie czerwone - zaczynam, na co w odpowiedzi dostaję głośne JEDŹ KURWA i w łeb, więc jako że nie mam za bardzo wyboru to dociskam pedał gazu aż do samego końca i dosłownie wjeżdżam prawie że slalomem między rozpędzone auta, które już przecinają skrzyżowanie. Chyba tylko cudem nam się udaje uniknąć kolizji, na co wzdycham głośno, zresztą jak każdy ściśnięty w tym aucie. Zbir siedzący z przodu zaczyna mi robić za nawigatora, że skręć teraz w prawo, a potem w lewo, na rondzie prosto, dalej przed siebie. Kręcę kierownicą i chyba tylko dzięki adrenalinie buzującej w żyłach (poniekąd to też ćpanie) idzie mi tak dobrze. Zmieniam bieg, żeby przyspieszyć ile silnik da. A na następnych pasach staruszka, zerkam w lusterko, na skrzywione miny swoich pasażerów i wiem, że jak będę chciał ją przepuścić to naprawdę któryś z nich mnie zabije albo przynajmniej przekopie. W duchu się modlę żebym jej nie ściągnął przypadkiem i najwidoczniej moje modły zostają wysłuchane bo mijamy ją dosłownie o centymetry, a w tym samym czasie Lou Reed w głośnikach śpiewa pam param param pam pam pam pam - Ufff, blisko było - nie chciałbym mieć jej później na sumieniu. Gdzieś z oddali dochodzą do nas dźwięki policyjnych syren, a w lusterkach już widać łunę świateł na horyzoncie. W środku robi się poruszenie, że kurwa musimy ich zgubić, mam jechać szybciej, tylko ten samochód niestety nie pojedzie szybciej. Któryś z moich potencjalnych klientów zaczyna mi tłumaczyć, że mam jechać tędy albo tamtędy, a ja na to - Nie, znam lepszą drogę, tylko muszą się trochę do nas zbliżyć - wszyscy patrzą na mnie i dosłownie słyszę strzęk strzelających kości przy tych wszystkich zaciskających się w złości pięściach - Wiem co robię - nikt w to nie wierzy, może Madox? Chociaż wątpię szczerze mówiąc. Niemniej nie ustępuję pod naporem wyzwisk rzucanych w moją stronę, jeden nawet grozi, że mnie zabije, ale chuj z tym. Powoli zwalniam, żeby radiowozy mogły dojechać nam bliżej do dupy, potem przyspieszam kiedy są już za blisko i znowu zwalniam dając im kolejną szansę. Bawimy się tak przez chwilę, a kiedy są już tuż za mną, na drodze prostej jak dupa węża to dosłownie w ostatniej chwili kręcę kółkiem żeby odbić w ledwie widoczną, boczną uliczkę, zaś wszystkie radiowozy, jak jeden mąż gnają prosto przed siebie, dźwięki syren stają się coraz słabsze, za to trzask pękających, policyjnych tyłków słychać aż tutaj. Jedziemy jeszcze kawałek na wpół dziką uliczką i w końcu wypadamy na autostradę, wprost w strumień pędzących aut. Chyba naprawdę udało nam się ich zgubić , przynajmniej chwilowo. Tylko szybko pojawia się inny problem, bo oczywiście poskąpili nam paliwa i właśnie zapala się kontrolka - Muszę zjechać na stację - informuję resztę. Na szczęście wyświetla się taka na horyzoncie i już po chwili parkuję przy dystrybutorze - Kto idzie? - pytam, a wszyscy wbijają we mnie spojrzenie. No i dobra, w sumie mogę się przejść, tylko - A dostanę jakiś hajs? - bo ja nie mam, tak się składa, że zostałem dzisiaj okradziony i pojmany. Tym razem wszystkie oczy zwracają się w stronę bandziora z workiem na śmieci, do którego zbierał fanty od zakładników. Podaje mi jakiś losowy, więc zaglądam do środka, a tam raptem pięć dolarów i guzik, ktoś był w chuj bogaty - Mało, podaj mi mój - macham ręką. Chłop pyta, który jest mój, a ja na to, że taki w skórę węża i jak mi go zwraca to wychodzę z auta żeby zalać je do pełna.
Madox A. Noriega
Madox A. Noriega