Strona 2 z 2

the party’s done and i’m no fun i know, i know

: sob cze 06, 2026 11:28 pm
autor: Russell Decker
Uśmiech nadal błąkał mu się po ustach, kiedy obserwował, jak kołysze biodrami dokładnie pod rytm muzyki. Miała rację — między nimi naprawdę nie było nic skomplikowanego. Żadnych wielkich obietnic, żadnego analizowania każdego spojrzenia. Chemia pojawiła się natychmiast i oboje po prostu pozwalali jej działać. Russell dawno nie spotkał kogoś, przy kim wszystko wydawało się aż tak niewymuszone. A potem wspomniała o Casanovie. Uniósł brew i zaśmiał się krótko, kręcąc głową z udawaną rezygnacją, jakby właśnie został bardzo niesprawiedliwie oceniony. — Casanova brzmi, jakbym łamał serca i pisał po nocach wiersze — odpowiedział spokojnie — a ja po prostu szybko się nudzę ludźmi, którzy od początku pokazują wszystko, co mają do zaoferowania — zakomunikował, a na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmieszek.
Russell uśmiechnął się pod nosem, kiedy usłyszał, że równie dobrze mogła bawić się bez niego. Wbrew pozorom właśnie to podobało mu się w niej najbardziej. Nie próbowała przyklejać się do niego na siłę ani robić z tej znajomości czegoś większego po piętnastu minutach tańca i kilku dwuznacznych spojrzeniach. Była jak ten cały chaos wokół — głośna muzyka, światła odbijające się od butelek i rozgrzane ciała przeciskające się przez salon — tylko że przy niej ten chaos zaczynał mieć sens. Przesunął dłonią po jej biodrze trochę wolniej niż wcześniej, bardziej świadomie. Nie zatrzymywał jej przy sobie na siłę. Wręcz przeciwnie — pozwalał jej tańczyć dokładnie tak, jak chciała, obserwując z wyraźnym rozbawieniem każdy kolejny obrót i każdy prowokacyjny ruch bioder. Wyglądała, jakby muzyka płynęła jej pod skórą. Jakby całe to miejsce należało właśnie do niej. — I to jest chyba twój największy problem — mruknął blisko jej ucha, nachylając się tylko na moment — człowiek ma ochotę skupić się na czymkolwiek innym, ale potem patrzy na ciebie i kompletnie zapomina, po co tutaj przyszedł — zaapelował, będąc przekonanym, że ona robi to umyślnie, a on jest po prostu kolejnym gościem na jej liście, który daje się uwieść.
Cofnął się o krok, dając jej przestrzeń, ale wzroku z niej nie spuszczał ani na sekundę. W jego spojrzeniu nie było już zwykłego flirtu rzucanego odruchowo każdej ładnej dziewczynie na imprezie. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego — cierpliwość faceta, który doskonale wiedział, że nie musi się spieszyć. Że najlepsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, kiedy pozwala się im powoli narastać.
Obrócił ją jeszcze raz, tym razem pewniej, a kiedy wróciła do niego, jego dłoń instynktownie osunęła się na jej dolne plecy. Ich ciała znów znalazły się blisko siebie, gorące od tańca i dusznego powietrza panującego w salonie. Ktoś obok krzyknął refren piosenki. — Spokojnie — powiedział cicho z tym swoim pewnym siebie uśmiechem — nie zamierzam zabierać ci imprezy. Po prostu mam zamiar sprawić, że ze wszystkich rzeczy, które wydarzą się dzisiejszej nocy to mnie będziesz wspominać jutro jako pierwszego — przygryzł lekko wewnętrzną stronę policzka, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy i odsłoniętej skórze, której wcześniej dotykał. Cholernie trudno było mu teraz udawać obojętność. Zwłaszcza kiedy Coven co chwilę wymykała mu się z rąk tylko po to, żeby zaraz znowu znaleźć się niebezpiecznie blisko. I właśnie to działało na niego najbardziej. Nie dziewczyna, która od razu lądowała komuś na kolanach. Nie łatwy podryw i nie szybkie deklaracje. Tylko ta iskra w jej oczach, kiedy drażniła się z nim w tańcu, jakby sprawdzała, ile jeszcze wytrzyma. Russell nachylił się jeszcze raz, tym razem muskając ustami skórę tuż przy jej szyi — A ja naprawdę lubię wyzwania — wyznał, po czym tym razem on delikatnie się odsunął.

coven bremers

the party’s done and i’m no fun i know, i know

: ndz cze 07, 2026 5:37 pm
autor: coven bremers
Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się uważniej. I im dłużej patrzyła, tym bardziej dochodziła do wniosku, że wyglądał dokładnie jak ktoś, kto regularnie zostawia za sobą złamane serca. Kobiece. Męskie. Jakiekolwiek. Nie jej to było oceniać! W końcu sama nie należała do osób, które lubiły zamykać się w sztywnych definicjach. Życie było zbyt krótkie, żeby ograniczać się wyłącznie do tego, co znane i przewidywalne. Coven od zawsze miała w sobie sporą dozę ciekawości świata i ludzi. Chętnie poznawała nowych znajomych, kolekcjonowała doświadczenia i rzadko mówiła nie, jeśli coś wydawało się interesujące. Dotyczyło to zresztą nie tylko towarzystwa. Była otwarta i skłonna do eksperymentowania. Nie widziała sensu w ocenianiu cudzych wyborów, skoro sama nieraz wychodziła poza utarte schematy. Dlatego zamiast zastanawiać się, kogo ten facet zwykle podrywał, bardziej interesowało ją, czy rzeczywiście był tak czarujący, jak próbował się wydawać.
Właśnie taki wrażenie sprawiasz — stwierdziła krótko. — Ale z tymi wierszami, to chyba trochę cię poniosło — parsknęła pod nosem, bo kto w tych czasach czytał, a co dopiero pisał poezję? Bremers zazwyczaj nie rozumiała, co poeta miał na myśli. Nie kumała tych dziwnych porównań i wyniosłych opisów. Była naprawdę prostą dziewczyną, która nie potrzebowała do szczęścia metafor.
Nie rozumiała też, o jakim problemie mówił Russell. Ona nim była, czy według niego jakiś miała? Trudno było za nim nadążyć.
Co masz na myśli? — postanowiła dopytać, znów podchodząc bliżej, żeby zaraz zwiększyć dystans. — Nie moja wina, że nie potrafisz się przy mnie opanować — wzruszyła lekko ramionami. Nie miała wpływu na to, jak działała na ludzi. Zachowywała się przecież całkiem normalnie. Nawet nie tańczyła jakoś szczególnie wyzywająco. Nie prowokowała też swoim wyglądem. To, że strażak zaczynał tracić dla niej głowę, było wyłącznie jej problemem.
Jeszcze tego brakowało, żeby chciał zabrać ją z imprezy! Chyba musiałby użyć do tego jakiegoś dźwigu, który odciągnąłby ją od dobrej zabawy.
Tak? — popatrzyła na niego z rozbawieniem. Była przekonana, że jedyne, co będzie jutro pamiętać, to hektolitry wypitego alkoholu. A w sumie to też nie. Raczej nie będzie pamiętać zbyt wiele, łącznie z tym, z kim spędziła noc. — Skoro jestem dla ciebie takim wyzwaniem, to bardzo nisko stawiasz poprzeczkę — zaśmiała się, ale bez złośliwości. Tym sposobem dawała mu jasno do zrozumienia, że naprawdę nie trzeba robić nie wiadomo czego, żeby jej zaimponować. Nie zgrywała na wielce niedostępnej. Głównie dlatego, że wcale taka nie była. Dlaczego więc miałaby udawać kogoś, kim nie była? — No to proszę bardzo. Próbuj swoich sił — rozłożyła na boki ręce, pozostawiając Russellowi pełne pole do popisu. Pytanie brzmiało, czy to on zdoła ją zainteresować i czy był tylko taką krową, która dużo muczy, a daje mało mleka?

Russell Decker