The good, and the bad, right babe?
: wt cze 09, 2026 10:34 am
- Wiem, zdarza się nawet najlepszym. - wyszczerzył się do niej bez ani grama wstydu.
W jej przypadku już dawno przestał być obiektywny. W ostatnich miesiącach zaczęła dla niego znaczyć po prostu zbyt wiele. Zawsze zarzekał się, że miłość to nie dla niego. Nie będzie taki jak niektórzy jego kumple czy współpracownicy. On będzie inny. Wolny, niezależny. Teraz patrzcie na niego. Zakochany kundel, który chętnie wraca do domu mając nadzieję, że to właśnie ona tam na niego czeka. Gotowy zaryzykować swoją karierę, wolność, byle tylko nie sprowadzić na nią niebezpieczeństwa. Nie poznawał się. Nie chodziło nawet o duszę romantyka, której rzeczywiście w nim za dużo nie było, a o to jak zaczął postrzegać ryzyko. Wiedział, że z Darcy nie musi obchodzić się jak z jajkiem. Kiedy trzeba potrafiła o siebie zadbać. Całą swoją relację ryzykowali. Jakby nie patrzeć jej mąż uchodził za całkiem niebezpiecznego człowieka. Nawet dla Arvela. Wtedy niezbyt się tym przejmował. Teraz, gdy jej imię mogłoby wyciec w nieodpowiednich kręgach i istniał chociaż cień szansy, że jakoś się to na niej odbije? Zapierał się nogami i rękami by tego nie zrobić. Teraz już wiedział, co miłość potrafi zrobić z człowiekiem i w tym przypadku ciężko było mu powiedzieć czy jest to na dobre.
- Z logicznego punktu widzenia tak, nie powinni już tego ruszać, ale prawo jest prawem, a biurokracja biurokracją. Nawet nie wiesz ile razy mogłem kogoś przyskrzynić bo wiedziałem, co zrobił. Czasami nawet to widziałem, ale jest coś takiego jak dowody, materiał dowodowy, wszystko musi mieć swoje odpowiednie pochodzenie, bla, bla... - nie zamierzał zanudzać jej tu całym wykładem.
Sam słyszał go zdecydowanie za często od wielu prawników. W swojej karierze nie raz musiał pozwolić kryminaliście wyjść na wolność przez jakieś technikalia. Na szczęście nie był z tych całkiem przykładnych policjantów więc potrafił to sobie później odbić. Sprawiedliwość wiele miała imion.
- No wiesz co... - całkiem autentycznie się żąchnął - Zabrałem Cię na randkę, kupiłem kwiaty... Co za wymagania! - pokręcił głową udając głęboko urażonego tym jawnym nie docenianiem jego starań.
- I język Ci zwiędnie jak kiedyś powiesz to wprost. - zaśmiał się bo naprawdę robiła wszystko, żeby zrobić to na około. - Też Cię kocham. - powiedział miękko doceniając jej starania i tym razem to ona zamknął jej usta w krótkim, ale znaczącym pocałunku po którym jeszcze przez chwilę patrzył jej w oczy przekazując resztę uczuć, którymi ją darzył.
Jej następne słowa natomiast sprawiły, że bardzo chytrze się uśmiechnął. To ten niebezpieczny uśmiech, który zazwyczaj dla niej zwiastował coś dobrego. Skoro poprosiła, on był dobrym chłopakiem i pokaże jej wszystkie powody. Była już blisko, więc wystarczyło przesunąć dłonie z jej bioder na pośladki by podnieść ją do góry. W dwóch krokach pokonać schody na werandę, by po kolejnych dwóch przycisnąć ją do solidnych, dębowych drzwi. Następnie zamknąć jej usta pocałunkiem z kategorii tych, które zapierają dech w piersi i powodują przyjemne mrowienie w udach. Nie tylko u niej. Namiętny, wygłodniały, zachłanny. Jego dłonie coraz mocniej zaciskające się na jej pośladkach, a jego twarde ciało napierające na jej. Ciepłe oddechy i jeszcze cieplejsze usta.
- To jest pierwszy powód. - mruknął w jej usta oblizując je jeszcze po dłuższej chwili namiętności i unosząc swoje tęczówki do jej.
Patrzył na nią tak jak lubiła. Jak na jedyną kobietę, której rzeczywiście pragnie bo tak właściwie było. Powoli opuścił ją z powrotem na werandę. Puścił jej oczko z zaczepnym uśmiechem zanim wyciągnął klucze i przekręcił je w zamku. Otworzył dla niej drzwi i zaprosił gestem dłoni.
- Panie przodem. - niech mu jeszcze raz powie, że nie jest romantyczny czy dżentelmenem.
Darcy Bowman
W jej przypadku już dawno przestał być obiektywny. W ostatnich miesiącach zaczęła dla niego znaczyć po prostu zbyt wiele. Zawsze zarzekał się, że miłość to nie dla niego. Nie będzie taki jak niektórzy jego kumple czy współpracownicy. On będzie inny. Wolny, niezależny. Teraz patrzcie na niego. Zakochany kundel, który chętnie wraca do domu mając nadzieję, że to właśnie ona tam na niego czeka. Gotowy zaryzykować swoją karierę, wolność, byle tylko nie sprowadzić na nią niebezpieczeństwa. Nie poznawał się. Nie chodziło nawet o duszę romantyka, której rzeczywiście w nim za dużo nie było, a o to jak zaczął postrzegać ryzyko. Wiedział, że z Darcy nie musi obchodzić się jak z jajkiem. Kiedy trzeba potrafiła o siebie zadbać. Całą swoją relację ryzykowali. Jakby nie patrzeć jej mąż uchodził za całkiem niebezpiecznego człowieka. Nawet dla Arvela. Wtedy niezbyt się tym przejmował. Teraz, gdy jej imię mogłoby wyciec w nieodpowiednich kręgach i istniał chociaż cień szansy, że jakoś się to na niej odbije? Zapierał się nogami i rękami by tego nie zrobić. Teraz już wiedział, co miłość potrafi zrobić z człowiekiem i w tym przypadku ciężko było mu powiedzieć czy jest to na dobre.
- Z logicznego punktu widzenia tak, nie powinni już tego ruszać, ale prawo jest prawem, a biurokracja biurokracją. Nawet nie wiesz ile razy mogłem kogoś przyskrzynić bo wiedziałem, co zrobił. Czasami nawet to widziałem, ale jest coś takiego jak dowody, materiał dowodowy, wszystko musi mieć swoje odpowiednie pochodzenie, bla, bla... - nie zamierzał zanudzać jej tu całym wykładem.
Sam słyszał go zdecydowanie za często od wielu prawników. W swojej karierze nie raz musiał pozwolić kryminaliście wyjść na wolność przez jakieś technikalia. Na szczęście nie był z tych całkiem przykładnych policjantów więc potrafił to sobie później odbić. Sprawiedliwość wiele miała imion.
- No wiesz co... - całkiem autentycznie się żąchnął - Zabrałem Cię na randkę, kupiłem kwiaty... Co za wymagania! - pokręcił głową udając głęboko urażonego tym jawnym nie docenianiem jego starań.
- I język Ci zwiędnie jak kiedyś powiesz to wprost. - zaśmiał się bo naprawdę robiła wszystko, żeby zrobić to na około. - Też Cię kocham. - powiedział miękko doceniając jej starania i tym razem to ona zamknął jej usta w krótkim, ale znaczącym pocałunku po którym jeszcze przez chwilę patrzył jej w oczy przekazując resztę uczuć, którymi ją darzył.
Jej następne słowa natomiast sprawiły, że bardzo chytrze się uśmiechnął. To ten niebezpieczny uśmiech, który zazwyczaj dla niej zwiastował coś dobrego. Skoro poprosiła, on był dobrym chłopakiem i pokaże jej wszystkie powody. Była już blisko, więc wystarczyło przesunąć dłonie z jej bioder na pośladki by podnieść ją do góry. W dwóch krokach pokonać schody na werandę, by po kolejnych dwóch przycisnąć ją do solidnych, dębowych drzwi. Następnie zamknąć jej usta pocałunkiem z kategorii tych, które zapierają dech w piersi i powodują przyjemne mrowienie w udach. Nie tylko u niej. Namiętny, wygłodniały, zachłanny. Jego dłonie coraz mocniej zaciskające się na jej pośladkach, a jego twarde ciało napierające na jej. Ciepłe oddechy i jeszcze cieplejsze usta.
- To jest pierwszy powód. - mruknął w jej usta oblizując je jeszcze po dłuższej chwili namiętności i unosząc swoje tęczówki do jej.
Patrzył na nią tak jak lubiła. Jak na jedyną kobietę, której rzeczywiście pragnie bo tak właściwie było. Powoli opuścił ją z powrotem na werandę. Puścił jej oczko z zaczepnym uśmiechem zanim wyciągnął klucze i przekręcił je w zamku. Otworzył dla niej drzwi i zaprosił gestem dłoni.
- Panie przodem. - niech mu jeszcze raz powie, że nie jest romantyczny czy dżentelmenem.
Darcy Bowman