sorry for stupid people
: pn cze 08, 2026 7:05 pm
First kiss just like a drug
Under your influence
Intrygowała go. Tak cholernie go intrygowała, tą swoją zadziornością, wredotą i każdą pyskówką; każdym słowem, które nie było wypowiedziane po to, żeby usłyszał to co chciał i nie kończyło się maślanymi oczkami, z których tak zawsze drwił. W oczach Aidena, dziewczyna była najbardziej naturalną wersją siebie, bo dało się bez problemu zobaczyć to, że nie udawała swojej pewności siebie i zawziętości, z którą wpatrywała się w jego twarz, i z którą odpierała każdą jego odpowiedź — i to bez najmniejszego problemu, jakby była wręcz przygotowana na każdą jego głupią zaczepkę. — Wybacz, piękna, ale raczej nie dane ci dostąpić tego zaszczytu — parsknął; sam nie miał pojęcia, gdzie mogły być te wszystkie dziecięce kolorowanki. Babcia z pewnością magazynowała je w jednym z kartonów, co jakiś czas wracając do nich z sentymentem, ale chłopak nie był zbytnio zainteresowany starymi bazgrołami, które w gruncie rzeczy, nie przypominały mu o jakiś wybitnie dobrych czasach. Był wdzięczny za dziadków, którzy obdarowali go opieką i miłością, ale każde dziecko chciałoby czuć to uczucie również od własnych rodziców. — Tak, uratowałaś. Bohaterka, której atrybutem jest wąż z lemoniadą. Zrobiłabyś furorę we wszystkich komiksach — rzucił, posyłając jej rozbawione spojrzenie. Choć papier nie byłby w stanie oddać jej zuchwałości, którą widział w jej oczach i także tonu głosu, którym przekomarzała się z nim nieustępliwie.
Wzruszył bezwiednie ramionami. Nie oskarżał jej o nic, ale już trafił w swoim życiu na tyle wariatek, że wolał chuchać na zimno. Kobiety zdecydowanie były szalone i zmienne w swoich humorach, a często zarzucały mu manipulację, zwłaszcza w momencie gdy dowiadywały się, że z tej pobieżnej relacji nie zakwitnie wielka miłość. — Nie mam cię za nikogo, rozmawiamy ledwie piętnaście minut. To po prostu generalizowanie — wyjaśnił, gdzieś czując, że powinien; bo Vita urzekała go podczas tej całej rozmowy i nawet przez myśl mu nie przeszło złe słowo o niej. No dobra, czy nazwał ją szaloną? Może tak! Ale to tylko w dobrym tego słowa znaczeniu! I czy może on był również szalony, że poczuł się jeszcze bardziej urzeknięty przez to ciche chrumknięcie podczas śmiechu, które sprawiło, że sam się zaśmiał. Urocze, pomyślał, zaraz kręcąc głową na boki, jakby chciał wytrzepać ten epitet ze swojej głowy.
Chociaż z każdą kolejną minutą było coraz gorzej. Spoglądał na szeroki uśmiech, próbując zapanować nad tym, aby na ten widok samemu się nie uśmiechnąć. W jej oczach odbijały się przygaszone lampy barowe i świeciła się nuta rozbawienia, kiedy próbowała znaleźć jego aureolę. — Upadłe anioły już tak — rzucił, wzruszając lekko jednym ramieniem. Aniołkiem był, ale wcześniej nie dopowiedział jakim. A w końcu większość filmów pokazywała, że te złe anioły również potrafiły przybierać pozornie postać tych świętych i grzeczny — a Aiden, cóż, zdecydowanie taki nie był. — Tak? — rzucił, przechylając lekko głowę. Podniósł rękę do jej twarzy, zakładając zbłąkany kosmyk za jej ucho. — Skoro tak mówisz… Będzie to miła odmiana — odpowiedział zgodnie z prawdą. Czasami poznawał dziewczyny, a potem widywał je na ulicy, one witały się z nim, a on nie potrafił przypomnieć sobie ich imienia. Vita jednak miała rację, bo nie było szans, aby jej zapomniał, a za chwilę jeszcze bardziej utwierdzi się w tym przeświadczeniu.
Był już w połowie drogi, aby wiedzieć o niej nieco więcej. Znał jej imię, lustrował głębie jej oczu i przyglądał się szczegółom jej twarzy, zapamiętując każdy detal, który mógłby mu pomóc rozpoznać ją w każdym momencie, o każdej porze dnia i nocy. Przyglądał się również tym słodkim wypiekom, które z pewnością były mieszanką różnych emocji — nie tylko tych spowodowanych gniewem i rozdrażnienie, ale także przez naruszenie tej umownej granicy przestrzeni osobistej, która w standardowych warunkach powinna zostać nieprzekraczalna. Nie była anonimowa i mimowolnie bardzo go to cieszyło, chociaż podejrzewał, że już nigdy więcej się nie spotkają. Znaczy, istniało prawdopodobieństwo, że kiedyś znowu tu przyjdzie, lecz czy ona wtedy będzie na zmianie? Czy spojrzy na niego, pamiętając jego i to napięcie, które bezwątpienia obydwoje czuli, przylegając do siebie ciałami? Czy będą wtedy udawać, że się nie znają, traktując ten jeden, krótki wieczór jako błąd? Nie pamiętał, kiedy ktoś wywołał w nim tyle skrajnych emocji — od początkowego rozdrażnienia do późniejszego zafascynowania jej całą osobą. Zaskoczyła go zwróceniem się do niego po nazwisku, ale to tylko oznaczało, że rzeczywiście musiała słuchać, jakie bzdury gadała ta banda wygłodniałych krawaciarzy. Cóż, z pewnością gdyby oceniała go na podstawie znajomych, z którymi dzisiaj przyszedł, to nie miałby dobrej opinii. — Zaskocz mnie. Podobno mam nie zapomnieć o tej słodkiej buźce, więc chyba coś powinno wyjątkowo zapaść mi w pamięć — zasugerował, choć nie potrzebował więcej. Wryła się w jego pamięć i nawet jeśli nigdy już się nie spotkają, to będzie wspominać ją z lekkim uśmiechem na ustach.
Dla niektórych miała po prostu ładne, niebieski tęczówki, które z pewnością musiały urzeknąć już niejednego mężczyznę. Aiden nie był wyjątkiem, ale spoglądał w nie z o wiele większą intensywnością, dostrzegając całą głębię emocji, która się w niej kotłowała. Sam igrał ze swoim sercem, które biło jak opętane, patrząc jej prosto w oczy i dostrzegając tę zmianę, ten charakterystyczny, zadziorny błysk w jej oku, w momencie kiedy przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. Spojrzał na nią zaintrygowany, słysząc jej pytanie. Czy był gotowy? Wręcz nie mógł się doczekać, czym zaskoczy go tym razem. Uważnie śledził jej ruchy, gdy wzięła go za nadgarstek i był przygotowany na wszystko. Na każdą najbardziej niespodziewaną, a zarazem najgłupszą rzecz, którą mogła zrobić, a jednak nie przewidział jednego — nie przewidział, że Vita postanowi iść o krok dalej, nie tylko wywołując u niego ekscytację nieznanym, ale jebane podniecenie, którego nie był w stanie opanować. Nie w momencie, kiedy wsunęła kciuk do swój ust, lekko go zasysając, patrząc na niego spod długich rzęs i sprawiając, że wyobraźnia zadziała aż zbyt kreatywnie. Musiał przymknąć oczy na dwie sekundy i wziąć głęboki oddech, aby opanować swoje emocje; choć czy był w stanie? Już znajdował się na kompletnie straconej pozycji i Vita musiała o tym wiedzieć. Jak i nie poczuć. — Iskiereczko, igrasz z ogniem — zaraz mruknął w jej usta, przez chwilę skupiając na nich swój wzrok. Lekkie szturchnięcie jej nosem o ten jego sprawiło, że wrócił spojrzeniem do jej oczu, zaraz opierając swoje czoło o to jej. Pierwszym i ostatnim, dopowiedział w swoich myślach, łapiąc się na pewnej zaborczości skierowanej w jej kierunku. Przesunął swoją dłoń z jej biodra na talię, nie krępując się, aby wsunąć ją pod koszulkę i poczuć pod palcami jej delikatną, nagą skórę. — Co ty ze mną robisz — dorzucił szeptem, będąc w półkroku, aby pokonać ostatnie dzielące ich milimetry, aby w końcu mogli rozładować tę całą napiętą atmosferę, skosztować swoich ust i zatopić się w tej czułej przyjemności, ale nagle…
…nagle czar prysł.
Przeniósł spojrzenie w kierunku drzwi, zza których dobiegał ten nieznośny łoskot i miał wrażenie, że zaraz wyjdzie im przypierdolić. Musieli sobie o nim przypomnieć teraz? W momencie, w którym prawie zatopił się w uroku tej intrygującej kobiety, powodując u niego niemałą frustrację? Może tak miało być? Zwłaszcza gdy odsunęła od niego twarz, wyciągnęła klucze, do których jeszcze chwilę wcześniej sam najchętniej by się dobrał i włożyła mu je do dłoni, zaraz się od niego odsuwając. Stał w osłupieniu, z ciężkim oddechem i przez chwilę wodził za nią spojrzeniem, zastanawiając się, ile w tym wszystkim było jedynie pozornie opanowanego spokoju. Wywrócił oczami na jej komentarz i jeszcze przez chwilę miał okazję nawiązać z nią dłuższy kontakt wzrokowy. — Zostawię — rzucił, kiwając lekko głową. Co miał powiedzieć więcej? Do widzenia? Dobrej nocy? Szkoda, że nam przerwali? Odprowadził ją spojrzeniem do biura i westchnął głęboko, zwracając uwagę na drzwi, zza których dobiegły kolejne krzyki. W kilku dłuższych krokach znalazł się przy nich, odkluczając je i pozostawiając pęk w zamku.
— Co tak długo siedziałeś z tą wariatką? — rzucił pan wyszczekany, na co Aiden jedynie wzruszył ramionami.
— Wróciłem się po telefon — odpowiedział, nie czując się w obowiązku tłumaczenia im, tym bardziej że sami mogliby dostrzec pewne sygnały, jak nieco roztrzepane włosy, w których jeszcze chwilę temu umiejscowiona była drobna rączka, a wcześniej… ahhh! — Muszę wrócić pomóc jej to ogarnąć — rzucił nagle, kiedy reszta jego kumpli ruszyła w kierunku dalszej drogi. Spojrzeli na niego z dezorientacją.
— Daj spokój, Aiden to jej praca i sam prze… — zaczął James, jednak rudowłosy szybko mu przerwał.
— Została sprowokowana i teraz musi przez to siedzieć po godzinach. Idźcie, widzimy się jutro — odparł i całe szczęście nie toczyły się z nim dalsze dyskusje. Odetchnął głęboko, wracając do baru i po wejściu ponownie zakluczając za sobą drzwi. Zostawił je w zamku. Przy barze panował lekki armagedon, a póki co po dziewczynie nie było śladu. Podszedł bliżej lady w momencie, kiedy Vita wyszła z biura, skupiając spojrzenie na Aidenie. Spojrzał na nią znowu i wróciły do niego emocje — bliskość jej ciała, ciepło jej skóry, zaczepny dotyk, którym zdecydowanie chciała pokazać, kto tu rozdawał karty. Chciał coś powiedzieć, może usprawiedliwić swój powrót, ale czy to miało sens? Pokonał dzielący ich dystans w kilku szybkich krokach, łapiąc jej twarz między dłonie i nie siląc się na żadne, próbne i delikatne buziaczki, wpił się w jej usta z namiętnym pocałunkiem, tracąc jednocześnie własne myśli i przekładając w to wszystkie emocje, które nagromadziły się w nim, zanim wyszedł; bo zaczerpnięcie świeżego powietrza nie przyniosło żadnej ulgi, a tym bardziej chłód wieczornego powietrza uzmysłowił mu, że zostawił tutaj niedokończone sprawy i oszaleje, jeśli wróci do domu z poczuciem nie usatysfakcjonowania tym wieczorem. Przycisnął ją lekko do ściany, jedną z dłoni opierając o mur za jej plecami, a drugą wplątując w jej miękkie, ciemne włosy i rozkoszując się jej delikatnymi ustami, poznając ich smak, w czym między innymi kwaśność lemoniady, którą jeszcze chwilę wcześniej sam zostawił na jej wargach. Vita była uzależniająca i uświadamiał sobie to wraz z każdym kolejnym, głębokim muśnięciem, bo było mu zdecydowanie za mało.
Boom clap, you make me feel good
Come on to me, come on to me now
demonic woman
Under your influence
Intrygowała go. Tak cholernie go intrygowała, tą swoją zadziornością, wredotą i każdą pyskówką; każdym słowem, które nie było wypowiedziane po to, żeby usłyszał to co chciał i nie kończyło się maślanymi oczkami, z których tak zawsze drwił. W oczach Aidena, dziewczyna była najbardziej naturalną wersją siebie, bo dało się bez problemu zobaczyć to, że nie udawała swojej pewności siebie i zawziętości, z którą wpatrywała się w jego twarz, i z którą odpierała każdą jego odpowiedź — i to bez najmniejszego problemu, jakby była wręcz przygotowana na każdą jego głupią zaczepkę. — Wybacz, piękna, ale raczej nie dane ci dostąpić tego zaszczytu — parsknął; sam nie miał pojęcia, gdzie mogły być te wszystkie dziecięce kolorowanki. Babcia z pewnością magazynowała je w jednym z kartonów, co jakiś czas wracając do nich z sentymentem, ale chłopak nie był zbytnio zainteresowany starymi bazgrołami, które w gruncie rzeczy, nie przypominały mu o jakiś wybitnie dobrych czasach. Był wdzięczny za dziadków, którzy obdarowali go opieką i miłością, ale każde dziecko chciałoby czuć to uczucie również od własnych rodziców. — Tak, uratowałaś. Bohaterka, której atrybutem jest wąż z lemoniadą. Zrobiłabyś furorę we wszystkich komiksach — rzucił, posyłając jej rozbawione spojrzenie. Choć papier nie byłby w stanie oddać jej zuchwałości, którą widział w jej oczach i także tonu głosu, którym przekomarzała się z nim nieustępliwie.
Wzruszył bezwiednie ramionami. Nie oskarżał jej o nic, ale już trafił w swoim życiu na tyle wariatek, że wolał chuchać na zimno. Kobiety zdecydowanie były szalone i zmienne w swoich humorach, a często zarzucały mu manipulację, zwłaszcza w momencie gdy dowiadywały się, że z tej pobieżnej relacji nie zakwitnie wielka miłość. — Nie mam cię za nikogo, rozmawiamy ledwie piętnaście minut. To po prostu generalizowanie — wyjaśnił, gdzieś czując, że powinien; bo Vita urzekała go podczas tej całej rozmowy i nawet przez myśl mu nie przeszło złe słowo o niej. No dobra, czy nazwał ją szaloną? Może tak! Ale to tylko w dobrym tego słowa znaczeniu! I czy może on był również szalony, że poczuł się jeszcze bardziej urzeknięty przez to ciche chrumknięcie podczas śmiechu, które sprawiło, że sam się zaśmiał. Urocze, pomyślał, zaraz kręcąc głową na boki, jakby chciał wytrzepać ten epitet ze swojej głowy.
Chociaż z każdą kolejną minutą było coraz gorzej. Spoglądał na szeroki uśmiech, próbując zapanować nad tym, aby na ten widok samemu się nie uśmiechnąć. W jej oczach odbijały się przygaszone lampy barowe i świeciła się nuta rozbawienia, kiedy próbowała znaleźć jego aureolę. — Upadłe anioły już tak — rzucił, wzruszając lekko jednym ramieniem. Aniołkiem był, ale wcześniej nie dopowiedział jakim. A w końcu większość filmów pokazywała, że te złe anioły również potrafiły przybierać pozornie postać tych świętych i grzeczny — a Aiden, cóż, zdecydowanie taki nie był. — Tak? — rzucił, przechylając lekko głowę. Podniósł rękę do jej twarzy, zakładając zbłąkany kosmyk za jej ucho. — Skoro tak mówisz… Będzie to miła odmiana — odpowiedział zgodnie z prawdą. Czasami poznawał dziewczyny, a potem widywał je na ulicy, one witały się z nim, a on nie potrafił przypomnieć sobie ich imienia. Vita jednak miała rację, bo nie było szans, aby jej zapomniał, a za chwilę jeszcze bardziej utwierdzi się w tym przeświadczeniu.
Był już w połowie drogi, aby wiedzieć o niej nieco więcej. Znał jej imię, lustrował głębie jej oczu i przyglądał się szczegółom jej twarzy, zapamiętując każdy detal, który mógłby mu pomóc rozpoznać ją w każdym momencie, o każdej porze dnia i nocy. Przyglądał się również tym słodkim wypiekom, które z pewnością były mieszanką różnych emocji — nie tylko tych spowodowanych gniewem i rozdrażnienie, ale także przez naruszenie tej umownej granicy przestrzeni osobistej, która w standardowych warunkach powinna zostać nieprzekraczalna. Nie była anonimowa i mimowolnie bardzo go to cieszyło, chociaż podejrzewał, że już nigdy więcej się nie spotkają. Znaczy, istniało prawdopodobieństwo, że kiedyś znowu tu przyjdzie, lecz czy ona wtedy będzie na zmianie? Czy spojrzy na niego, pamiętając jego i to napięcie, które bezwątpienia obydwoje czuli, przylegając do siebie ciałami? Czy będą wtedy udawać, że się nie znają, traktując ten jeden, krótki wieczór jako błąd? Nie pamiętał, kiedy ktoś wywołał w nim tyle skrajnych emocji — od początkowego rozdrażnienia do późniejszego zafascynowania jej całą osobą. Zaskoczyła go zwróceniem się do niego po nazwisku, ale to tylko oznaczało, że rzeczywiście musiała słuchać, jakie bzdury gadała ta banda wygłodniałych krawaciarzy. Cóż, z pewnością gdyby oceniała go na podstawie znajomych, z którymi dzisiaj przyszedł, to nie miałby dobrej opinii. — Zaskocz mnie. Podobno mam nie zapomnieć o tej słodkiej buźce, więc chyba coś powinno wyjątkowo zapaść mi w pamięć — zasugerował, choć nie potrzebował więcej. Wryła się w jego pamięć i nawet jeśli nigdy już się nie spotkają, to będzie wspominać ją z lekkim uśmiechem na ustach.
Dla niektórych miała po prostu ładne, niebieski tęczówki, które z pewnością musiały urzeknąć już niejednego mężczyznę. Aiden nie był wyjątkiem, ale spoglądał w nie z o wiele większą intensywnością, dostrzegając całą głębię emocji, która się w niej kotłowała. Sam igrał ze swoim sercem, które biło jak opętane, patrząc jej prosto w oczy i dostrzegając tę zmianę, ten charakterystyczny, zadziorny błysk w jej oku, w momencie kiedy przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. Spojrzał na nią zaintrygowany, słysząc jej pytanie. Czy był gotowy? Wręcz nie mógł się doczekać, czym zaskoczy go tym razem. Uważnie śledził jej ruchy, gdy wzięła go za nadgarstek i był przygotowany na wszystko. Na każdą najbardziej niespodziewaną, a zarazem najgłupszą rzecz, którą mogła zrobić, a jednak nie przewidział jednego — nie przewidział, że Vita postanowi iść o krok dalej, nie tylko wywołując u niego ekscytację nieznanym, ale jebane podniecenie, którego nie był w stanie opanować. Nie w momencie, kiedy wsunęła kciuk do swój ust, lekko go zasysając, patrząc na niego spod długich rzęs i sprawiając, że wyobraźnia zadziała aż zbyt kreatywnie. Musiał przymknąć oczy na dwie sekundy i wziąć głęboki oddech, aby opanować swoje emocje; choć czy był w stanie? Już znajdował się na kompletnie straconej pozycji i Vita musiała o tym wiedzieć. Jak i nie poczuć. — Iskiereczko, igrasz z ogniem — zaraz mruknął w jej usta, przez chwilę skupiając na nich swój wzrok. Lekkie szturchnięcie jej nosem o ten jego sprawiło, że wrócił spojrzeniem do jej oczu, zaraz opierając swoje czoło o to jej. Pierwszym i ostatnim, dopowiedział w swoich myślach, łapiąc się na pewnej zaborczości skierowanej w jej kierunku. Przesunął swoją dłoń z jej biodra na talię, nie krępując się, aby wsunąć ją pod koszulkę i poczuć pod palcami jej delikatną, nagą skórę. — Co ty ze mną robisz — dorzucił szeptem, będąc w półkroku, aby pokonać ostatnie dzielące ich milimetry, aby w końcu mogli rozładować tę całą napiętą atmosferę, skosztować swoich ust i zatopić się w tej czułej przyjemności, ale nagle…
…nagle czar prysł.
Przeniósł spojrzenie w kierunku drzwi, zza których dobiegał ten nieznośny łoskot i miał wrażenie, że zaraz wyjdzie im przypierdolić. Musieli sobie o nim przypomnieć teraz? W momencie, w którym prawie zatopił się w uroku tej intrygującej kobiety, powodując u niego niemałą frustrację? Może tak miało być? Zwłaszcza gdy odsunęła od niego twarz, wyciągnęła klucze, do których jeszcze chwilę wcześniej sam najchętniej by się dobrał i włożyła mu je do dłoni, zaraz się od niego odsuwając. Stał w osłupieniu, z ciężkim oddechem i przez chwilę wodził za nią spojrzeniem, zastanawiając się, ile w tym wszystkim było jedynie pozornie opanowanego spokoju. Wywrócił oczami na jej komentarz i jeszcze przez chwilę miał okazję nawiązać z nią dłuższy kontakt wzrokowy. — Zostawię — rzucił, kiwając lekko głową. Co miał powiedzieć więcej? Do widzenia? Dobrej nocy? Szkoda, że nam przerwali? Odprowadził ją spojrzeniem do biura i westchnął głęboko, zwracając uwagę na drzwi, zza których dobiegły kolejne krzyki. W kilku dłuższych krokach znalazł się przy nich, odkluczając je i pozostawiając pęk w zamku.
— Co tak długo siedziałeś z tą wariatką? — rzucił pan wyszczekany, na co Aiden jedynie wzruszył ramionami.
— Wróciłem się po telefon — odpowiedział, nie czując się w obowiązku tłumaczenia im, tym bardziej że sami mogliby dostrzec pewne sygnały, jak nieco roztrzepane włosy, w których jeszcze chwilę temu umiejscowiona była drobna rączka, a wcześniej… ahhh! — Muszę wrócić pomóc jej to ogarnąć — rzucił nagle, kiedy reszta jego kumpli ruszyła w kierunku dalszej drogi. Spojrzeli na niego z dezorientacją.
— Daj spokój, Aiden to jej praca i sam prze… — zaczął James, jednak rudowłosy szybko mu przerwał.
— Została sprowokowana i teraz musi przez to siedzieć po godzinach. Idźcie, widzimy się jutro — odparł i całe szczęście nie toczyły się z nim dalsze dyskusje. Odetchnął głęboko, wracając do baru i po wejściu ponownie zakluczając za sobą drzwi. Zostawił je w zamku. Przy barze panował lekki armagedon, a póki co po dziewczynie nie było śladu. Podszedł bliżej lady w momencie, kiedy Vita wyszła z biura, skupiając spojrzenie na Aidenie. Spojrzał na nią znowu i wróciły do niego emocje — bliskość jej ciała, ciepło jej skóry, zaczepny dotyk, którym zdecydowanie chciała pokazać, kto tu rozdawał karty. Chciał coś powiedzieć, może usprawiedliwić swój powrót, ale czy to miało sens? Pokonał dzielący ich dystans w kilku szybkich krokach, łapiąc jej twarz między dłonie i nie siląc się na żadne, próbne i delikatne buziaczki, wpił się w jej usta z namiętnym pocałunkiem, tracąc jednocześnie własne myśli i przekładając w to wszystkie emocje, które nagromadziły się w nim, zanim wyszedł; bo zaczerpnięcie świeżego powietrza nie przyniosło żadnej ulgi, a tym bardziej chłód wieczornego powietrza uzmysłowił mu, że zostawił tutaj niedokończone sprawy i oszaleje, jeśli wróci do domu z poczuciem nie usatysfakcjonowania tym wieczorem. Przycisnął ją lekko do ściany, jedną z dłoni opierając o mur za jej plecami, a drugą wplątując w jej miękkie, ciemne włosy i rozkoszując się jej delikatnymi ustami, poznając ich smak, w czym między innymi kwaśność lemoniady, którą jeszcze chwilę wcześniej sam zostawił na jej wargach. Vita była uzależniająca i uświadamiał sobie to wraz z każdym kolejnym, głębokim muśnięciem, bo było mu zdecydowanie za mało.
Boom clap, you make me feel good
Come on to me, come on to me now
demonic woman
