history likes to repeat itself
: pt cze 05, 2026 8:30 pm
Oczywiście, że się zgrywała.
Nie wątpiła, że Galen pasował do czerwonego Ferrari. Miał swój temperament. Może i przez większość czas uchował go pod złotymi mankietami i równo uszytymi marynarkami za tysiące dolarów, ale przecież Pilar widziała jego różne twarze. Widziała, kiedy się złościł, tak bardzo, że potrafił przywalić drugiemu człowiekowi, widziała go też smutnego, kiedy był załamany tym, co odkryli w Quebec, a takiego Galena na pewno tylko mała garstka ludzi miała okazję oglądać. Widziała go też w pełni desperacji, kiedy podczas treningu i tego co między nimi zaszło, dociskał ją do ściany i chciał udowodnić jej, że był wszystkim, czego potrzebowała. A przede wszystkim widziała jego szczerość w Wendy’s, kiedy dzielili się swoimi największymi demonami. Może i znała go krótko, ale za to dobrze. Znała go od strony, naprawdę niewiele osób miało okazje.
I to powodowało ten cały sentyment.
To że nie odskakiwała od niego, kiedy znajdował się za blisko, jakby jego ciało jeszcze pamiętało to aż za dobrze. Całe szczęście zaraz byli już w samochodzie. Chociaż kiedy szarpnął mocno pasem, Pilar posłała mu wymowne spojrzenie. Widziała przecież co robił, ale tym razem…
— Dasz radę — nie miała zamiaru popełniać tych samych błędów. Uśmiechnęła się za to, kiedy zaczął nawijać o tym, jak to przecież był prezesem swojej firmy i mógł sobie robić przerwy wtedy, kiedy chciał, a zaraz potem jeszcze nawijał o samochodach. Pilar uśmiechnęła się pod nosem, a zaraz do niego nachyliła, kiedy stali na czerwonym, gdy rzucił to pokaż na co go stać. — Pas, Wyatt. Bo inaczej nic nie zobaczysz — może przysunęła się za blisko, źle przekalkulowała ich odległość od siebie, bo jej oddech zdecydowanie skończył na jego policzkach. Nawet sięgnęła ręką gdzieś za jego ramię i delikatnie pociągnęła, wręczając mu końcówkę pasa do ręki.
Odsunęła się, wracając uwagą do drogi, a kiedy w końcu dźwięk zapinanego pasa wybrzmiał w aucie, Pilar przygazowała na zielonym. Może nie była to jeszcze odpowiednia prędkość, ale już można było czuć, jak ciało wbija się bardziej w fotele. Przy okazji okazało się, że Galen Wyatt nie może się zdecydować. Znowu.
— No tak — cmoknęła, nawet na niego nie patrząc. — Galen Wyatt, jak zwykle ma za dużo wybranek serca i sam nie wie, czego chce — jej głos był spokojny, chociaż dało się w nim wyczuć emocje. Zaraz nawet na niego spojrzała. — Tylko żeby tym razem nie było za późno — bo przecież do takich wniosków doszli w ich przypadku, czyż nie? Że gdyby wtedy, przy oddawaniu kluczyków on się faktycznie do niej wyrwał, pozwolił sobie ją zatrzymać i nie pozwolił jej odejść… może teraz to jego diament miałaby na palcu? Może wcale nie byłaby to ciężka literka z drobnymi ozdobnikami, a coś obrzydliwie wytwornego, co bałaby się nosić do roboty. Może. Ale Pilar już miała na palcu pierścionek, który na sam rzut okiem przypominał jej te wszystkie piękne wspomnienia z Meksyku.
— Ja też się po sobie nie spodziewałam — przyznała, wjeżdżając na autostradę i przyciskając gaz jeszcze mocniej. Spojrzała na licznik, wskazywał już ponad sto pięćdziesiąt. Na wzmiankę o Panelu przewróciła oczami, bo pieprzony Will ciągnął się przez jej życie ostatnio jak jebany smród po gaciach, za to kiedy Galen wspomniał o tym, że ostatnim razem nie była pewna, Pilar jeszcze bardziej przyśpieszyła. Dwieście. — Tak wyszło. Podobno miłość nie wybiera, nie? Ona po prostu się pojawia i nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić — dodała, kiedy licznik pokazywał już dwieście trzydzieści i dało się słyszeć koła ocierające o asfalt. Czuć na ciele prędkość, z jaką jechali. Całe szczęście drogi były puste, bo Pilar była na tyle jebnięta, żeby przy dwustu pięćdziesięciu jeszcze spojrzeć przelotnie w oczy Galena. — Sam mi to przecież powiedziałeś — wtedy w Wendy’s, że w końcu kogoś znajdzie i nawet nie zauważy kiedy straci dla tego kogoś głowę. I najbardziej niesamowite było to, że to mógł być Galen. Może. Ale tego akurat nie sprawdzą już nigdy.
Teraz jesteś pewna?
Trzysta.
— Tak — rzuciła na pełnych emocjach i adrenalinie związanej z prędkością, jaką właśnie osiągali. Wszystko dookoła buczało, razem z sercem, które waliło młotem mocno w piersi. Wszystko ją mrowiło, cała skóra, kręgosłup… dokładnie tak samo, jak kiedy dotykał ją Madox. Obłędnie. — Kurewsko pewna — wydyszała, zahipnotyzowana tym, jak auto się rozpędziło. Galen też musiał to poczuć, ten dreszcz emocji. Zaraz jednak ściągnęła nogę z gazu. Nie chciała sytuacji jak ostatnio z policją. Wtedy też wyjechali się tylko przejechać. Spojrzała na niego przelotnie, wciąż ciężko oddychając… i może chciała coś jeszcze dodać, ale czy tu było co mówić? Czym się więcej dzielić? Może i chciała, ale wtedy ktoś zatrąbił obok, a ona wróciła pełną uwagą do drogi.
— Tu jest zjazd — mruknęła, poprawiając się na fotelu i prostując plecy. — Sprawdzisz jak stąd dojechać na miejsce? — poprosiła go i w pierwszej chwili chciała mu wskazać swoj telefon, ale po ostatnim… jakoś nie ufała mu ze swoją komórką, więc poczekała aż zrobi to ze swoją. Spojrzała na trasę i skinęła głową, już widząc, gdzie powinna się kierować.
— Będziemy tam w ogóle mogli wejść bez zapowiedzi? — zainteresowała się, bo w sumie nie miała pojęcia, czy każdy mógł tak po prostu wejść z ulicy. — W schowku mam odznakę, ale strój… nie do końca roboczy — szczególnie to wycięcie na nogę, które teraz niebezpiecznie się podwinęło, pokazując jeszcze większy skrawek jej uda.
Galen L. Wyatt
Nie wątpiła, że Galen pasował do czerwonego Ferrari. Miał swój temperament. Może i przez większość czas uchował go pod złotymi mankietami i równo uszytymi marynarkami za tysiące dolarów, ale przecież Pilar widziała jego różne twarze. Widziała, kiedy się złościł, tak bardzo, że potrafił przywalić drugiemu człowiekowi, widziała go też smutnego, kiedy był załamany tym, co odkryli w Quebec, a takiego Galena na pewno tylko mała garstka ludzi miała okazję oglądać. Widziała go też w pełni desperacji, kiedy podczas treningu i tego co między nimi zaszło, dociskał ją do ściany i chciał udowodnić jej, że był wszystkim, czego potrzebowała. A przede wszystkim widziała jego szczerość w Wendy’s, kiedy dzielili się swoimi największymi demonami. Może i znała go krótko, ale za to dobrze. Znała go od strony, naprawdę niewiele osób miało okazje.
I to powodowało ten cały sentyment.
To że nie odskakiwała od niego, kiedy znajdował się za blisko, jakby jego ciało jeszcze pamiętało to aż za dobrze. Całe szczęście zaraz byli już w samochodzie. Chociaż kiedy szarpnął mocno pasem, Pilar posłała mu wymowne spojrzenie. Widziała przecież co robił, ale tym razem…
— Dasz radę — nie miała zamiaru popełniać tych samych błędów. Uśmiechnęła się za to, kiedy zaczął nawijać o tym, jak to przecież był prezesem swojej firmy i mógł sobie robić przerwy wtedy, kiedy chciał, a zaraz potem jeszcze nawijał o samochodach. Pilar uśmiechnęła się pod nosem, a zaraz do niego nachyliła, kiedy stali na czerwonym, gdy rzucił to pokaż na co go stać. — Pas, Wyatt. Bo inaczej nic nie zobaczysz — może przysunęła się za blisko, źle przekalkulowała ich odległość od siebie, bo jej oddech zdecydowanie skończył na jego policzkach. Nawet sięgnęła ręką gdzieś za jego ramię i delikatnie pociągnęła, wręczając mu końcówkę pasa do ręki.
Odsunęła się, wracając uwagą do drogi, a kiedy w końcu dźwięk zapinanego pasa wybrzmiał w aucie, Pilar przygazowała na zielonym. Może nie była to jeszcze odpowiednia prędkość, ale już można było czuć, jak ciało wbija się bardziej w fotele. Przy okazji okazało się, że Galen Wyatt nie może się zdecydować. Znowu.
— No tak — cmoknęła, nawet na niego nie patrząc. — Galen Wyatt, jak zwykle ma za dużo wybranek serca i sam nie wie, czego chce — jej głos był spokojny, chociaż dało się w nim wyczuć emocje. Zaraz nawet na niego spojrzała. — Tylko żeby tym razem nie było za późno — bo przecież do takich wniosków doszli w ich przypadku, czyż nie? Że gdyby wtedy, przy oddawaniu kluczyków on się faktycznie do niej wyrwał, pozwolił sobie ją zatrzymać i nie pozwolił jej odejść… może teraz to jego diament miałaby na palcu? Może wcale nie byłaby to ciężka literka z drobnymi ozdobnikami, a coś obrzydliwie wytwornego, co bałaby się nosić do roboty. Może. Ale Pilar już miała na palcu pierścionek, który na sam rzut okiem przypominał jej te wszystkie piękne wspomnienia z Meksyku.
— Ja też się po sobie nie spodziewałam — przyznała, wjeżdżając na autostradę i przyciskając gaz jeszcze mocniej. Spojrzała na licznik, wskazywał już ponad sto pięćdziesiąt. Na wzmiankę o Panelu przewróciła oczami, bo pieprzony Will ciągnął się przez jej życie ostatnio jak jebany smród po gaciach, za to kiedy Galen wspomniał o tym, że ostatnim razem nie była pewna, Pilar jeszcze bardziej przyśpieszyła. Dwieście. — Tak wyszło. Podobno miłość nie wybiera, nie? Ona po prostu się pojawia i nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić — dodała, kiedy licznik pokazywał już dwieście trzydzieści i dało się słyszeć koła ocierające o asfalt. Czuć na ciele prędkość, z jaką jechali. Całe szczęście drogi były puste, bo Pilar była na tyle jebnięta, żeby przy dwustu pięćdziesięciu jeszcze spojrzeć przelotnie w oczy Galena. — Sam mi to przecież powiedziałeś — wtedy w Wendy’s, że w końcu kogoś znajdzie i nawet nie zauważy kiedy straci dla tego kogoś głowę. I najbardziej niesamowite było to, że to mógł być Galen. Może. Ale tego akurat nie sprawdzą już nigdy.
Teraz jesteś pewna?
Trzysta.
— Tak — rzuciła na pełnych emocjach i adrenalinie związanej z prędkością, jaką właśnie osiągali. Wszystko dookoła buczało, razem z sercem, które waliło młotem mocno w piersi. Wszystko ją mrowiło, cała skóra, kręgosłup… dokładnie tak samo, jak kiedy dotykał ją Madox. Obłędnie. — Kurewsko pewna — wydyszała, zahipnotyzowana tym, jak auto się rozpędziło. Galen też musiał to poczuć, ten dreszcz emocji. Zaraz jednak ściągnęła nogę z gazu. Nie chciała sytuacji jak ostatnio z policją. Wtedy też wyjechali się tylko przejechać. Spojrzała na niego przelotnie, wciąż ciężko oddychając… i może chciała coś jeszcze dodać, ale czy tu było co mówić? Czym się więcej dzielić? Może i chciała, ale wtedy ktoś zatrąbił obok, a ona wróciła pełną uwagą do drogi.
— Tu jest zjazd — mruknęła, poprawiając się na fotelu i prostując plecy. — Sprawdzisz jak stąd dojechać na miejsce? — poprosiła go i w pierwszej chwili chciała mu wskazać swoj telefon, ale po ostatnim… jakoś nie ufała mu ze swoją komórką, więc poczekała aż zrobi to ze swoją. Spojrzała na trasę i skinęła głową, już widząc, gdzie powinna się kierować.
— Będziemy tam w ogóle mogli wejść bez zapowiedzi? — zainteresowała się, bo w sumie nie miała pojęcia, czy każdy mógł tak po prostu wejść z ulicy. — W schowku mam odznakę, ale strój… nie do końca roboczy — szczególnie to wycięcie na nogę, które teraz niebezpiecznie się podwinęło, pokazując jeszcze większy skrawek jej uda.
Galen L. Wyatt