between daylight and stars
: pn cze 22, 2026 12:33 am
— Czyli już nam zaplanowałaś kilka spotkań do przodu? — zapytał, nie ukrywając nawet swojego rozbawienia. Czy mu to przeszkadzało? Nie, przecież dobrze im się rozmawiało. Oprócz wszystkich gestów, które testowały ich granice, naprawdę mieli dobrą konwersację, nie ciągnęli jej na siłę i wyglądali, jakby dobrze czuli się w swoim towarzystwie. — Jak się staram? — zmarszczył lekko brwi. — Po pierwsze, nie jestem uroczy, po drugie, skąd pomysł o staraniu się? — dodał zdezorientowany. Był zbyt oczywisty? Przyniesienie kwiatów i zaplanowanie pikniku o zachodzie słońca raczej nie stawiało go na pozycji ignoranta… z pewnością chciałby za takiego uchodzić, ale ciężko było ją teraz oszukać, skoro poniekąd pokazał się jej od tej wrażliwej strony. A po prostu chciał pokazać jej coś ładnego! Zrobić coś, żeby było jej miło i od razu dostawał tak bezpośrednie słowa… starasz się. Tylko o co? Jej wzroku nie dało się nie czuć, więc spojrzał na nią kątem oka, ale nie skomentował obczajki, którą właśnie wykonywała, a jedynie uśmiechnął się zawadiacko, lekko unosząc do góry kącik ust. — No, skoro jest dobre. — Nie czuł nic złego w słowie koniecznie, dopóki zaraz Vita nie wspomniała o liście nie-randek i dopisaniu ramenowni jako kolejnego podpunktu… — To serio nie jest propozycja randki. To akurat będzie koleżeńskie wyjście, okej? — nie kwestionował innych propozycji i nie wykreślał ich z listy randek, ale przynajmniej chciał w tym momencie usprawiedliwić się i wyjść z tego obronną ręką. Nie chciał robić jej nadziei i dawać poczucia, że chciał czegoś więcej. Nie był odpowiednią osobą do związku i patrząc na nią był przekonany, że swoim zachowaniem prędzej czy później zniszczyłby ją, gdyby nie potrafił odwzajemnić jej uczuć. Był rozdarty, bo po czasie, który dotychczas dobrze spędzili, chciałby z nią utrzymywać kontakt, a jednak miał w sercu obawę.
— Może dla ciebie po prostu nie jestem straszny? — zasugerował. W pracy nie miał zbytnio przyjemnego wyrazu twarzy, zwłaszcza w sądzie, gdzie jego pewność siebie nakazywała mu zgrywanie badassa. — Albo po prostu dzisiaj masz wyjątkowe traktowanie, z racji, że to nasze pierwsze wyjście. Nie przyzwyczajaj się — odpowiedział, chociaż nie umiał stwierdzić, jak los się potoczy. Nie umiał obiecać jej, że nagle zrobi się nieprzyjemny, bo to nie było zero jedynkowe. Na słowa o jego siostrze uśmiechnął się lekko. — Nie będę się chwalić, kto ten instynkt przetrwania wytrenował — rzucił nieskromnie. Eleanor testowała jego cierpliwość, ale jednocześnie już od dzieciaka była jego ogonem i Aiden, jako big brother, pokazywał jej, jak radzić sobie z bezlitosnym światem. Odrobiła lekcje fantastycznie, bo dawał sobie jej wejść na głowę, ale usprawiedliwiał się tym, że na ten moment była najważniejszą kobietą w jego życiu. To dla niej wstawał w środku nocy, aby odbierać ją z imprez na wypiździejewiu Toronto, włamywał się do jej własnego mieszkania, kiedy zepsuł jej się zamek i był pocieszeniem w każdy gorszy dzień. — Myślę, że bez problemu byście się polubiły. — I przy okazji zagadały na śmierć, bo zdawało się, że obydwie dziewczyny mówiły tak samo dużo. Widział realne podobieństwa w ich zachowaniach. Nie mógł pohamować delikatnego zmarkotnienia i faktu, że był jednym z wielu. Czego on się w ogóle spodziewał? Dlatego spokojnie tego wysłuchiwał, starając się kontrolować własną mimikę twarzy, ale także dłoń na kierownicy, która rwała się, aby nieco bardziej zacisnąć się na jej obręczy. — Myślę, że da się zrobić. Przy okazji reszta podrabianych księci będzie wiedzieć, że są jedynie zwykłymi dworzanami — odpowiedział, zdając się na to, aby parsknąć cichym śmiechem. Książe na białym koniu mógł być jeden — i skoro jego obsadzono już w tej roli, to inni powinni znać swoje miejsce, aby nawet nie próbować.
Pojechanie do miejsca, które było obce, a jednocześnie sprawiało wrażenie tak bliskiego, było dla Aidena wręcz abstrakcyjne, ale także niesamowite. Sam chciałby mieć takie miejsce na ziemi; mógłby w ten sposób potraktować Irlandię, ale czy był w tym jakikolwiek najmniejszy sens, skoro nawet jego dziadkowie już lata temu przeprowadzili się do Kanady? — Nie sztuką jest gdzieś pojechać i udawać, że jest dobrze, tylko naprawdę czuć się jak w odpowiednim miejscu. Jeśli będziesz czuć się tam obco, to najwyraźniej twoje miejsce rzeczywiście jest tu, gdzie jesteś teraz — zauważył. Zdarzało mu się powiedzieć coś dobrego, czasami w punkt, ale mało osób to docenia, znając Aidena głównie z jego zadziorności; oprócz tego, był oczytany i mądry, miał całkiem dobrą intuicję, choć już wiele razy słyszał, że nie wykorzystywał jej potencjału w stu procentach. — To było bardzo… szokujące zastanawianie się nad następnym ruchem — stwierdził, przypominając sobie jej buzię i lekko uchylone usta, gdy ewidentnie nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. A było co odpowiadać? W tamtym momencie liczyły się jej usta. Uśmiechnął się; tak po prostu, zadowolony jej słowami i zrobiło mu się… miło. Ładnie wyglądający problem? — Mhm, lubię być tego typu problemem. Polecam swoją kandydaturę — zażartował, w dalszym ciągu sunąc dłońmi po jej nogach i w dalszym ciągu żałując, że wspomniał o tych głupich kleszczach. Ah, życie mogłoby być teraz o wiele bardziej swobodne, gdyby zamiast materiału spodni, mógłby zacząć badać jej miękką skórę. — Oh, to chyba powinniśmy porozmawiać o tych wymaganiach i wyobraźni. Zawsze warto przedstawić wykonawcy plan projektu — mruknął przy jej uchu, zanim zaczął obcałowywać jego okolice i śmiejąc się cicho z tego, że będzie ją mieć na sumieniu. Był grzeczny, więc przestał. Tak samo, jak ona była grzeczna, skoro starała się spokojnie jeść, a on… no nie ułatwiał jej tego.
Osiągnął swój sukces i ocenił to krótkim spojrzeniem na jej czerwieniące się policzki.
— Mój ton jest absolutnie odpowiedni i właśnie to udowadniasz — odpowiedział, nadal trzymając ją w swoich ramionach i ciesząc się, że chwilę wcześniej przestała jeść kawałek sushi. Biorąc pod uwagę jej policzki, naprawdę mogłaby się mu tu zakrztusić. — Dwa słowa i taka reakcja — zacmokał zadziornie, sięgając dłonią do jej włosów, które lekko poprawił. Niepotrzebnie, bo wyglądały wspaniale, ale chciał zachować jakikolwiek, lekki dotyk, który sprawi, że będzie reagować mocniej.
Jego dotyk pod jej bluzką był kompletnie nienatarczywy i liczył, że dzięki niemu Vita jeszcze bardziej się zrelaksuje. Może poczuł minimalne spięcie pod swoimi palcami, ale czy późniejsze, mocniejsze wtopienie się w jego ramiona, nie było o wiele lepszym sygnałem, że nie powinien przestać jej gładzić? W ten sposób to odczytał, więc kontynuował zadowolony z siebie, celebrując chwilę i wdychać zapach, który chciał kojarzyć już tylko z nią. Tak samo jak cholerny pocałunek w deszczu i tę chwilę beztroskości, gdzie przemoczenie do ostatniej nitki nie było w tym momencie kłopotem. Zignorował jej słowa o byciu problemem. Żarty żartami, ale nie miał zamiaru dopuścić do tego, aby ktokolwiek znowu się w nim zakochał. Był jednak hipokrytą — bo w imię tej myśli, powinien się odsunąć, a on coraz bardziej ją do siebie przyciągał, całując zachłannie jej usta i mając z tyłu głowy to, co mógłby z nią robić, gdyby tylko nie byli na środku cholernej polany.
you are the reason I lose control
— Może dla ciebie po prostu nie jestem straszny? — zasugerował. W pracy nie miał zbytnio przyjemnego wyrazu twarzy, zwłaszcza w sądzie, gdzie jego pewność siebie nakazywała mu zgrywanie badassa. — Albo po prostu dzisiaj masz wyjątkowe traktowanie, z racji, że to nasze pierwsze wyjście. Nie przyzwyczajaj się — odpowiedział, chociaż nie umiał stwierdzić, jak los się potoczy. Nie umiał obiecać jej, że nagle zrobi się nieprzyjemny, bo to nie było zero jedynkowe. Na słowa o jego siostrze uśmiechnął się lekko. — Nie będę się chwalić, kto ten instynkt przetrwania wytrenował — rzucił nieskromnie. Eleanor testowała jego cierpliwość, ale jednocześnie już od dzieciaka była jego ogonem i Aiden, jako big brother, pokazywał jej, jak radzić sobie z bezlitosnym światem. Odrobiła lekcje fantastycznie, bo dawał sobie jej wejść na głowę, ale usprawiedliwiał się tym, że na ten moment była najważniejszą kobietą w jego życiu. To dla niej wstawał w środku nocy, aby odbierać ją z imprez na wypiździejewiu Toronto, włamywał się do jej własnego mieszkania, kiedy zepsuł jej się zamek i był pocieszeniem w każdy gorszy dzień. — Myślę, że bez problemu byście się polubiły. — I przy okazji zagadały na śmierć, bo zdawało się, że obydwie dziewczyny mówiły tak samo dużo. Widział realne podobieństwa w ich zachowaniach. Nie mógł pohamować delikatnego zmarkotnienia i faktu, że był jednym z wielu. Czego on się w ogóle spodziewał? Dlatego spokojnie tego wysłuchiwał, starając się kontrolować własną mimikę twarzy, ale także dłoń na kierownicy, która rwała się, aby nieco bardziej zacisnąć się na jej obręczy. — Myślę, że da się zrobić. Przy okazji reszta podrabianych księci będzie wiedzieć, że są jedynie zwykłymi dworzanami — odpowiedział, zdając się na to, aby parsknąć cichym śmiechem. Książe na białym koniu mógł być jeden — i skoro jego obsadzono już w tej roli, to inni powinni znać swoje miejsce, aby nawet nie próbować.
Pojechanie do miejsca, które było obce, a jednocześnie sprawiało wrażenie tak bliskiego, było dla Aidena wręcz abstrakcyjne, ale także niesamowite. Sam chciałby mieć takie miejsce na ziemi; mógłby w ten sposób potraktować Irlandię, ale czy był w tym jakikolwiek najmniejszy sens, skoro nawet jego dziadkowie już lata temu przeprowadzili się do Kanady? — Nie sztuką jest gdzieś pojechać i udawać, że jest dobrze, tylko naprawdę czuć się jak w odpowiednim miejscu. Jeśli będziesz czuć się tam obco, to najwyraźniej twoje miejsce rzeczywiście jest tu, gdzie jesteś teraz — zauważył. Zdarzało mu się powiedzieć coś dobrego, czasami w punkt, ale mało osób to docenia, znając Aidena głównie z jego zadziorności; oprócz tego, był oczytany i mądry, miał całkiem dobrą intuicję, choć już wiele razy słyszał, że nie wykorzystywał jej potencjału w stu procentach. — To było bardzo… szokujące zastanawianie się nad następnym ruchem — stwierdził, przypominając sobie jej buzię i lekko uchylone usta, gdy ewidentnie nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. A było co odpowiadać? W tamtym momencie liczyły się jej usta. Uśmiechnął się; tak po prostu, zadowolony jej słowami i zrobiło mu się… miło. Ładnie wyglądający problem? — Mhm, lubię być tego typu problemem. Polecam swoją kandydaturę — zażartował, w dalszym ciągu sunąc dłońmi po jej nogach i w dalszym ciągu żałując, że wspomniał o tych głupich kleszczach. Ah, życie mogłoby być teraz o wiele bardziej swobodne, gdyby zamiast materiału spodni, mógłby zacząć badać jej miękką skórę. — Oh, to chyba powinniśmy porozmawiać o tych wymaganiach i wyobraźni. Zawsze warto przedstawić wykonawcy plan projektu — mruknął przy jej uchu, zanim zaczął obcałowywać jego okolice i śmiejąc się cicho z tego, że będzie ją mieć na sumieniu. Był grzeczny, więc przestał. Tak samo, jak ona była grzeczna, skoro starała się spokojnie jeść, a on… no nie ułatwiał jej tego.
Osiągnął swój sukces i ocenił to krótkim spojrzeniem na jej czerwieniące się policzki.
— Mój ton jest absolutnie odpowiedni i właśnie to udowadniasz — odpowiedział, nadal trzymając ją w swoich ramionach i ciesząc się, że chwilę wcześniej przestała jeść kawałek sushi. Biorąc pod uwagę jej policzki, naprawdę mogłaby się mu tu zakrztusić. — Dwa słowa i taka reakcja — zacmokał zadziornie, sięgając dłonią do jej włosów, które lekko poprawił. Niepotrzebnie, bo wyglądały wspaniale, ale chciał zachować jakikolwiek, lekki dotyk, który sprawi, że będzie reagować mocniej.
Jego dotyk pod jej bluzką był kompletnie nienatarczywy i liczył, że dzięki niemu Vita jeszcze bardziej się zrelaksuje. Może poczuł minimalne spięcie pod swoimi palcami, ale czy późniejsze, mocniejsze wtopienie się w jego ramiona, nie było o wiele lepszym sygnałem, że nie powinien przestać jej gładzić? W ten sposób to odczytał, więc kontynuował zadowolony z siebie, celebrując chwilę i wdychać zapach, który chciał kojarzyć już tylko z nią. Tak samo jak cholerny pocałunek w deszczu i tę chwilę beztroskości, gdzie przemoczenie do ostatniej nitki nie było w tym momencie kłopotem. Zignorował jej słowa o byciu problemem. Żarty żartami, ale nie miał zamiaru dopuścić do tego, aby ktokolwiek znowu się w nim zakochał. Był jednak hipokrytą — bo w imię tej myśli, powinien się odsunąć, a on coraz bardziej ją do siebie przyciągał, całując zachłannie jej usta i mając z tyłu głowy to, co mógłby z nią robić, gdyby tylko nie byli na środku cholernej polany.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
you are the reason I lose control