never look for trouble, but I keep steppin' in it
: śr cze 24, 2026 1:57 pm
Gdyby Ash był przesądny - jak, chociażby, jego własna matka, która nadal wierzyła, że czerwony sznureczek opasany wokół nadgarstka i odpowiednie błogosławieństwo są w stanie uchronić jej bliskich przed całą plejadą trosk i nieszczęść - pewnie zbulwersowałby się teraz na myśl, że Soraya zapesza, i że swym krakaniem zaraz faktycznie ściągnie na nich jakiś tragiczny wypadek który wymaga mobilizacji całego szpitalnego personelu, nieważne, czy wielu z nich zbierało się akurat do zakończenia zmiany.
Ponieważ jednak lubił uważać się za naukowca, próbował przed podobnymi założeniami wybronić się za sprawą zdrowego rozsądku i racjonalnego rozumowania, bardziej niż w przychylność lub złośliwość losu wierząc w statystykę. Statystycznie rzecz ujmując, prawdopodobieństwo pilnych interwencji rzeczywiście zawsze wzrastało w pobliżu weekendy, zwłaszcza wieczorami - choć malało koło drugiej w nocy, by potem znów wzrosnąć o świcie gdy ludzie wychodzili z imprez i wsiadali za kierownicę pod wpływem najróżniejszych substancji. To, że zaraz możliwość wyjścia z pracy o czasie zostanie Cano odebrana, było zatem prawdopodobne, ale jeszcze nie pewne. I Ash mógł tylko mieć nadzieję, że nic tego dramatycznie nie zmieni.
Wymownie skrzyżował palce, sygnalizując, że mimo wszystko będzie zaklinał wszechświat, by ten się dziś do Sorayi uśmiechnąć. Ona przynajmniej faktycznie miała do czego, i do kogo wracać.
Trochę ukuło go gdzieś po lewej stronie piersi, nieco powyżej mostka. Pierwsza, o ironio kojąca myśl, była taka, że może ma zawał (miało by to sens, biorąc pod uwagę ilość spożytej przez niego kawy oraz godzin pracy odbytych w ostatnich tygodniach). Wtedy przynajmniej znajdował się w najlepszym możliwym miejscu, i jako lekarz raczej nie protestowałby przeciwko pomocy udzielanej mu przez medyków.
O wiele gorzej było zaakceptować, że słowa pielęgniarki rzucały teraz jaskrawe światło na jego własne, głębokie poczucie samotności.
— Dorzuć ciecierzycę albo soczewicę, trochę liści curry i czosnek, a moja matka zrobiłaby z tego doskonały dal... — Uśmiechnął się mimochodem. Za nastolatka modlił się o choćby jeden tydzień gdy ich rodzinny stół nie uginał się pod ciężarem tradycyjnej potrawy, ale teraz chyba dałby sobie uciąć rękę za świeżą, parującą porcję matczynego dania. — Daj znać, jakbyś kiedyś potrzebowała przepisu.
Pokiwał głową, zastanawiając się jakim cudem w takim razie nie mieli okazji by kiedykolwiek wcześniej trafić na siebie przy automacie do kawy. Z drugiej strony w pędzie szpitalnego życia byłoby to perfekcyjnie wytłumaczalne. Oparł się wygodniej o ścianę, pocierając kciukiem kartonowy kubek.
— Trochę — Przyznał. — Rezydenturę robiłem w Kalifornii. Na Stanfordzie. — Zawsze mówił o tym trochę zbyt ostrożnie, i jednocześnie tak, jakby mówił o sklepie spożywczym za rogiem, a nie jednym z najbardziej prestiżowych ośrodków naukowych w kraju i na całym świecie. — Później zostałem tam jeszcze przez jakiś czas. Badania, praca kliniczna, trochę nauczania. Ale moi rodzice przeprowadzili się do Toronto kilka lat temu. — To było najprostsze, choć niepełne wyjaśnienie, które pozwalało mu sprawnie wyminąć bolesny powód ich przeprowadzki. Nie wspomniał o glejaku, o wizytach kontrolnych ojca które nie zwiastowały poprawy i o tym, że na długo przed przeprowadzką do Toronto przyjeżdżał do Kanady znacznie częściej niż by sobie życzył. — Więc w końcu uznałem, że rozsądnie będzie znaleźć pracę bliżej nich. A i tak zawsze wydaje mi się, że poświęcam im za mało czasu... — Westchnął, a potem zamrugał, zdając sobie sprawę, że i tak we własnym przeświadczeniu powiedział jej o sobie aż za dużo.
— Jesteś stąd? Czy też sprowadziłaś się do Toronto?
Soraya Cano
Ponieważ jednak lubił uważać się za naukowca, próbował przed podobnymi założeniami wybronić się za sprawą zdrowego rozsądku i racjonalnego rozumowania, bardziej niż w przychylność lub złośliwość losu wierząc w statystykę. Statystycznie rzecz ujmując, prawdopodobieństwo pilnych interwencji rzeczywiście zawsze wzrastało w pobliżu weekendy, zwłaszcza wieczorami - choć malało koło drugiej w nocy, by potem znów wzrosnąć o świcie gdy ludzie wychodzili z imprez i wsiadali za kierownicę pod wpływem najróżniejszych substancji. To, że zaraz możliwość wyjścia z pracy o czasie zostanie Cano odebrana, było zatem prawdopodobne, ale jeszcze nie pewne. I Ash mógł tylko mieć nadzieję, że nic tego dramatycznie nie zmieni.
Wymownie skrzyżował palce, sygnalizując, że mimo wszystko będzie zaklinał wszechświat, by ten się dziś do Sorayi uśmiechnąć. Ona przynajmniej faktycznie miała do czego, i do kogo wracać.
Trochę ukuło go gdzieś po lewej stronie piersi, nieco powyżej mostka. Pierwsza, o ironio kojąca myśl, była taka, że może ma zawał (miało by to sens, biorąc pod uwagę ilość spożytej przez niego kawy oraz godzin pracy odbytych w ostatnich tygodniach). Wtedy przynajmniej znajdował się w najlepszym możliwym miejscu, i jako lekarz raczej nie protestowałby przeciwko pomocy udzielanej mu przez medyków.
O wiele gorzej było zaakceptować, że słowa pielęgniarki rzucały teraz jaskrawe światło na jego własne, głębokie poczucie samotności.
— Dorzuć ciecierzycę albo soczewicę, trochę liści curry i czosnek, a moja matka zrobiłaby z tego doskonały dal... — Uśmiechnął się mimochodem. Za nastolatka modlił się o choćby jeden tydzień gdy ich rodzinny stół nie uginał się pod ciężarem tradycyjnej potrawy, ale teraz chyba dałby sobie uciąć rękę za świeżą, parującą porcję matczynego dania. — Daj znać, jakbyś kiedyś potrzebowała przepisu.
Pokiwał głową, zastanawiając się jakim cudem w takim razie nie mieli okazji by kiedykolwiek wcześniej trafić na siebie przy automacie do kawy. Z drugiej strony w pędzie szpitalnego życia byłoby to perfekcyjnie wytłumaczalne. Oparł się wygodniej o ścianę, pocierając kciukiem kartonowy kubek.
— Trochę — Przyznał. — Rezydenturę robiłem w Kalifornii. Na Stanfordzie. — Zawsze mówił o tym trochę zbyt ostrożnie, i jednocześnie tak, jakby mówił o sklepie spożywczym za rogiem, a nie jednym z najbardziej prestiżowych ośrodków naukowych w kraju i na całym świecie. — Później zostałem tam jeszcze przez jakiś czas. Badania, praca kliniczna, trochę nauczania. Ale moi rodzice przeprowadzili się do Toronto kilka lat temu. — To było najprostsze, choć niepełne wyjaśnienie, które pozwalało mu sprawnie wyminąć bolesny powód ich przeprowadzki. Nie wspomniał o glejaku, o wizytach kontrolnych ojca które nie zwiastowały poprawy i o tym, że na długo przed przeprowadzką do Toronto przyjeżdżał do Kanady znacznie częściej niż by sobie życzył. — Więc w końcu uznałem, że rozsądnie będzie znaleźć pracę bliżej nich. A i tak zawsze wydaje mi się, że poświęcam im za mało czasu... — Westchnął, a potem zamrugał, zdając sobie sprawę, że i tak we własnym przeświadczeniu powiedział jej o sobie aż za dużo.
— Jesteś stąd? Czy też sprowadziłaś się do Toronto?
Soraya Cano