De la realidad escapémonos
: pn lip 13, 2026 11:42 am
Gdyby kiedykolwiek William musiał targować się o jej duszę jak w The Sims, to gwarantowała najwyższą jakość. Lucyfer zapewne jeszcze wręczyłby order prawnikowi, że jest pieprzonym samarytaninem, bo ratuje wszystkie grzeszne dusze przed jej towarzystwem. A ona zawiedziona poczłapałaby za Billem, bo już zorganizowałaby wielką orgię nad lawą, gdzie w akompaniamencie krzyków wlewałaby do wulkanu cały alkohol, żeby buchało lawą i procentami. Tylko, że alkohol wyparowałby przez ogień. Kurna cały plan trzeba przemyśleć. Usiąść na spokojnie i podumać, ale zarys już jakiś był. Więc najpierw diabelska imprezka, a potem negocjacje.
I sam diabeł wysłał swojego przedstawiciela, żeby ich uratował. A może właśnie tego dotyczył kontrakt, który zawarła babka Carmen Sandiego. Tak czy siak, gdy leżała już nieprzytomna w ramionach swojej pierwszej i ostatniej miłości, która nawet nie raczyła zapamiętać i wysłuchać jej słów tuż przed śmiercią. A ona tu takie ładne wyznanie miłosne wyszeptała na ostatnim wydechu. To lekarka działała, żeby przywrócić ją do świata żywych. Dobrze, że najpierw umyła ręce po tym klocku, którego z siebie wyrzuciła.
Jeden zastrzyk. Adrenalina, która uderzyła w samo serduszko, zmuszając jej organizm do walki. Po minucie zaczęła trzepotać swoimi długimi rzęsami i rozglądać się niespokojnie. Przełyk ją palił jakby opiła się denaturatu z menelami w bramie. Tylko, że nie leżała na chodniku, a na kurewsko drogim okrągłym blacie, gdzie jakaś typiara podnosiła ją do siadu, pierdoląc coś o drogach oddechowych.
Odruchowo przytrzymała sukienkę, żeby nie pokazać całej sali swoich brzoskwinek i starała się ogarnąć całą sytuację. Raczej wątpiła w to, że tak ją ścięło po seksie. Chociaż to tłumaczyłoby rozwiązany gorset. Następnie spojrzała na Williama, który dzierżył w swojej rączce nóż do masła, a dwóch facetów przyciskało go do podłogi.
Babka...
Kobieta trzymała się za starą obwisłą pierś, lamentując coś o tym, że Patel jest niepoczytalny.
Że co kurwa?
Jej mózg właśnie odmawiał współpracy, nie nadążając za tym, co się odpierdalało. Do sali wparowali ratownicy medyczni i zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Ktoś zadawał jej od czapy pytania, a ona ciągle zerkała na Williama. Babcia odpierdalała swój performance z zawałem, próbując zaskarbić sobie większą uwagę udając ofiarę.
- Nie chcę jechać do żadnego szpitala! - odepchnęła dłoń jednego ratownika, starając się spierdolić ze stołu. Ni chuja nie wezmą jej żywcem. I nawet nie chodziło o to, że jeden pieron wiedział o tym, czy Madi opłacał jej jakieś składki zdrowotne - w końcu pracowała u niego. Nie przerażał jej nawet sam fakt rachunku, który wystawiliby jej po leczeniu. Tyle, że to był szpital. I gdyby rudowłosa miała wskazać swoje nemezis. Swoją piętę achillesową to bez dwóch zdań byłoby to przykucie jej do łóżka w jebanym szpitalu.
I dobrze, że ktoś to całe zajście nagrywał, bo nigdy nie darowałaby sobie tego, że nie widziała napadu agresji u Patela. Kto by pomyślał, że ze wszelkich broni na stole, ten akurat użyje noża do masła.
Ratownicy przenieśli do swojego papamobilu całą trójkę. Ją po tej głupiej truskawce. Babcie, bo dalej symulowała zawał. Oraz Williama, bo po dzikich akrobacjach z nożem i obezwładnieniu, okazało się, że jego nadgarstek wyglądał jak opuchnięta śliwka. I musieli sprawdzić czy to skręcenie, czy jednak złamanie. Nie ma co, bardzo miła kolacja rodzinna. A na SORZE czekały już gliny. Zapowiadał się naprawdę cudowny wieczór.
William N. Patel
I sam diabeł wysłał swojego przedstawiciela, żeby ich uratował. A może właśnie tego dotyczył kontrakt, który zawarła babka Carmen Sandiego. Tak czy siak, gdy leżała już nieprzytomna w ramionach swojej pierwszej i ostatniej miłości, która nawet nie raczyła zapamiętać i wysłuchać jej słów tuż przed śmiercią. A ona tu takie ładne wyznanie miłosne wyszeptała na ostatnim wydechu. To lekarka działała, żeby przywrócić ją do świata żywych. Dobrze, że najpierw umyła ręce po tym klocku, którego z siebie wyrzuciła.
Jeden zastrzyk. Adrenalina, która uderzyła w samo serduszko, zmuszając jej organizm do walki. Po minucie zaczęła trzepotać swoimi długimi rzęsami i rozglądać się niespokojnie. Przełyk ją palił jakby opiła się denaturatu z menelami w bramie. Tylko, że nie leżała na chodniku, a na kurewsko drogim okrągłym blacie, gdzie jakaś typiara podnosiła ją do siadu, pierdoląc coś o drogach oddechowych.
Odruchowo przytrzymała sukienkę, żeby nie pokazać całej sali swoich brzoskwinek i starała się ogarnąć całą sytuację. Raczej wątpiła w to, że tak ją ścięło po seksie. Chociaż to tłumaczyłoby rozwiązany gorset. Następnie spojrzała na Williama, który dzierżył w swojej rączce nóż do masła, a dwóch facetów przyciskało go do podłogi.
Babka...
Kobieta trzymała się za starą obwisłą pierś, lamentując coś o tym, że Patel jest niepoczytalny.
Że co kurwa?
Jej mózg właśnie odmawiał współpracy, nie nadążając za tym, co się odpierdalało. Do sali wparowali ratownicy medyczni i zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Ktoś zadawał jej od czapy pytania, a ona ciągle zerkała na Williama. Babcia odpierdalała swój performance z zawałem, próbując zaskarbić sobie większą uwagę udając ofiarę.
- Nie chcę jechać do żadnego szpitala! - odepchnęła dłoń jednego ratownika, starając się spierdolić ze stołu. Ni chuja nie wezmą jej żywcem. I nawet nie chodziło o to, że jeden pieron wiedział o tym, czy Madi opłacał jej jakieś składki zdrowotne - w końcu pracowała u niego. Nie przerażał jej nawet sam fakt rachunku, który wystawiliby jej po leczeniu. Tyle, że to był szpital. I gdyby rudowłosa miała wskazać swoje nemezis. Swoją piętę achillesową to bez dwóch zdań byłoby to przykucie jej do łóżka w jebanym szpitalu.
I dobrze, że ktoś to całe zajście nagrywał, bo nigdy nie darowałaby sobie tego, że nie widziała napadu agresji u Patela. Kto by pomyślał, że ze wszelkich broni na stole, ten akurat użyje noża do masła.
Ratownicy przenieśli do swojego papamobilu całą trójkę. Ją po tej głupiej truskawce. Babcie, bo dalej symulowała zawał. Oraz Williama, bo po dzikich akrobacjach z nożem i obezwładnieniu, okazało się, że jego nadgarstek wyglądał jak opuchnięta śliwka. I musieli sprawdzić czy to skręcenie, czy jednak złamanie. Nie ma co, bardzo miła kolacja rodzinna. A na SORZE czekały już gliny. Zapowiadał się naprawdę cudowny wieczór.
William N. Patel