Strona 2 z 2

I'm also just a girl, standing in front of a boy

: ndz lip 05, 2026 4:09 pm
autor: Mara Lakefield
Momentalnie zauważyła jak nagle przestaje już być taki pewny siebie, co już wcześniej uznawała za maskę. Wyglądał jak zwierzę złapane w klatce, z której próbuje uciec, ale nie ma żadnych szans, chociaż ona mu niczego nie blokowała. Po prostu tam stała słuchając go i dając przestrzeń.

Kogoś lepszego… Kogoś kto zasługuje na to bardziej niż ja…


Te słowa ścisnęły jej serce, gdy zdawała sobie sprawę jak bardzo musiał się czuć niechciany i niegodny miłości. Już była bliska uświadomienia sobie, że specjalnie ją odpycha, aby nie być zranionym. Czuła już, że to wszystko rozgryzła. Elementy układanki zaczęły trafiać w odpowiednie miejsca tworząc w końcu gotowy obraz, ale wtedy dopowiedział kolejne słowa, które wszystko przekreśliły, a jej poprzednie przemyślenia zniknęły zostawiając czarną plamę.

To był tylko seks…


To było niczym policzek prosto w twarz. Odkąd wyszła z jego mieszkania tamtego poranka wszystko wskazywało na to, że to był tylko seks, a już szczególnie kiedy ponownie przekroczyła dzisiaj jego próg. Przestała mieć wątpliwości, że mogliby oboje dać szansę na rozwinięcie tej relacji i sprawdzenie dokąd ich zaprowadzi. - Tak, zrozumiałam Lazare. Nie musisz tego powtarzać- syknęła potwierdzając tymi słowami, że dla niej był kimś więcej niż przygodą na jeden raz. Stojąc teraz doskonale już rozumiała, że kiedy on tak uporczywie odrzucał szansę na miłość, ona od zawsze łaknęła tylko jej, ale nigdy nie była jej ona godna. Miała przed oczami Michaela, który wyjechał zostawiając ją ze złamanym sercem. Josha, który odszedł od niej do kobiety, z którą ją zdradzał podczas trwania ich małżeństwa. Arthura, który zniknął po wspólnej nocy, gdy po latach ich ścieżki się przecięły ponownie czy tak samo Michaela, który powrócił i zniknął niczym bumerang. Każde odejście burzyło jej serce na coraz mniejsze kawałki, a ona podnosiła się i łaknęła tej miłości ponownie. Z wiarą i nadzieją wstawała i nie odrzucała szans na jej odnalezienie. Znajdowała w sobie odwagę, by jej poszukiwać i przyjechać pod dom mężczyzny, który także rozpłynął się po wspólnie spędzonej nocy z nią. A to wszystko po co? Aby słyszeć niewygodne pytania wprawiające ją w dyskomfort i słyszeć, że to był tylko seks?
Nie była pewna na co liczył Lazare wypowiadając je, ale miała teraz w głębokim poważaniu, co myśli i czuje blondyn. Wcześniej rozważała i rozmyślała nad każdym wypowiadanym słowem jak on je odbierze. Teraz nie zastanawiała się nawet, co sama czuje, bo tak naprawdę złość całkowicie opanowała jej ciało i przysłoniła możliwości logicznego myślenia. Ścisnęła mocniej blat, aż tym razem to jej knykcie pobielały, a paznokcie usilnie próbowały przebić się przez marmur. - Może troszczę się dlatego, że polubiłam Twoje poczucie humoru, które bywa momentami nietuzinkowe, ale potrafi sprawić, że śmieję się całą sobą? A może dlatego, że gdy mówię, to naprawdę czuję się wysłuchana? Może spodobało mi się to, że wszystko traktujesz jak spektakl, w którym odgrywasz główną rolę, ale miałam wrażenie, że momentami wyciągam z Ciebie tego Lazare zza kulis. Tego, który nie gra, nie kontroluje wszystkiego i po prostu daje się ponieść emocjom, gdy poznawał moje ciało, aby się bardzo szybko nauczyć jak je doprowadzić do obłędu- jej głos nie był łagodny, a słowa nie wydawały się wcale wyważone. Mówiła prosto z serca, nie myśląc o konsekwencjach. - A może po prostu mam w sobie pieprzoną empatię, której Tobie najwyraźniej brakuje, bo przecież grasz w spektaklu, a cały tłum jest tutaj dla Ciebie. Nieważna jest widownia. Nieważne są ich uczucia. Najważniejszy jest wielki Lazare Moreau - gwiazda estrady. To nad nim mamy chuchać i dmuchać, a inni? Ich poczucie odrzucenia? Starania? Można je zgnieść i wrzucić do kosza- mówiła coraz głośniej, na koniec na jej twarzy malowało się poczucie rozczarowania. Naprawdę uważała go za wyjątkowego mężczyznę. Nie był kimś, w kim się od razu zakochała od pierwszego wejrzenia. Przeżyła już tyle w swoim życiu, że nie wierzyła w takie bajki. Ale wydawało jej się, że pomału przebijała się przez tą jego zbroję i to co odkrywała w środku jej się podobało. Zachęcało do odkrywania dalej. Teraz? Teraz widziała tylko mężczyznę zapatrzonego w siebie, który nie liczył się z uczuciami innych. Najważniejszy był dla niego podziw i poklask. Wszystko inne było poza polem jego zainteresowania.
Czuła żal i wstręt do samej siebie, że tak żałośnie dała się ponieść emocjom i uczuciom. Nie zamierzała wysłuchiwać kolejnych wypowiedzi, którymi rozdeptywałby jej i tak już zmiażdżone serce. - Naprawdę potrafisz być dupkiem, Lazare. Z tego co widzę, to świetnie sobie radzisz, więc na mnie już pora. Wiem, gdzie są drzwi- dodała i obeszła wyspę tak, aby przejść obok niego jak najdalej. Była wściekła na niego. Była wściekła na siebie, więc podeszła do krzesła chwytając koszulę, którą kilkadziesiąt minut wcześniej tutaj rzuciła, by opuścić w końcu to mieszkanie i nigdy nie wracać.


lazare moreau

I'm also just a girl, standing in front of a boy

: pn lip 06, 2026 2:12 pm
autor: lazare moreau
Czasem, a może zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek sam ze sobą czuł się jak zaszczute zwierzę, to właśnie te najzdrowsze relacje zaczynały przypominać klatkę. To, co innym jawiło się – i słusznie – po prostu jako rozsądnie wyznaczone granice, w oczach Lazare stawało się raczej żelaznymi prętami stanowiącymi zagrożenie dla jego poczucia wolności i niezależności. Gdyby potrafił funkcjonować w inny sposób, pewnie dałby się pokroić za związki, w których nie wydawało mu się przez cały czas, że albo za czymś goni, albo przed czymś ucieka. Ale to nie była jego rzeczywistość. Jego wewnętrzny świat wyglądał zupełnie inaczej, barwiąc filtr, przez który Moreau oglądał wszystko i wszystkich wokół siebie.
Z każdym kolejnym, wypowiedzianym w gniewie słowem, Mara trafiała w dziesiątkę, zupełnie jakby właśnie teraz, gdy wreszcie przestała się hamować i zrezygnowała na moment z tej troskliwej, empatycznej wersji siebie, celność jej werbalnych ciosów tylko nabierała na sile. Największy paradoks polegał na tym, że właśnie teraz, gdy przestała się hamować, gdy zsunęła z twarzy profesjonalizm i pozwoliła przemówić własnym emocjom, imponowała mu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Było w tym coś bezczelnie pięknego. Jeszcze chwilę temu próbowałby pewnie rozbroić sytuację jakimś wyważonym komentarzem, ale teraz już nie liczyła się z tym, jak jej wypowiedź wpłynie na Lazare. A Lazare? On powiedziałby, że do twarzy jej było z tą furią, i że może wręcz wolał patrzeć na nią właśnie taką – żywą, gwałtowną, nieprzewidywalną – niż schowaną za terapeutycznym tonem głosu i tym starannie wyuczonym spokojem. W innych okolicznościach, kilka godzin wcześniej, może nawet spróbowałby przekuć tę energię w coś zupełnie innego. W pocałunek. W dotyk. W kolejny raz na blacie, w sypialni, albo pod pryszicem.
Ale to nie było ani miejsce, ani czas na czynienie podobnych aluzji. Teraz nawet nie miał siły choćby się uśmiechnąć, jakby coś po prostu w nim po prostu zgasło. Zamiast samemu podnieść głos albo ręce, zamiast gestykulować żywo jak ludzie schwytani w samym epicentrum kłótni, Moreau znieruchomiał.
Ramiona, jeszcze przed chwilą napięte do granic możliwości, opadły ciężko wzdłuż jego tułowia, a dłonie rozluźniły się same, jakby organizm uznał, że dalsza walka zwyczajnie nie ma już sensu. Przez kilka sekund patrzył na Marę w milczeniu, nie dlatego, że brakowało mu odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, było ich w jego wnętrzu aż nazbyt wiele. Wszystkie jednak kończyły się dokładnie w tym samym miejscu.
W przekonaniu, że cokolwiek teraz powie, tylko pogorszy sprawę. Że to, co mieli - albo mogli mieć - trudno byłoby teraz odratować.
— Widziałaś to, co chciałaś zobaczyć. — Powiedział. Jego głos przepełniał zaskakujący spokój. Nie chłód, nie pogarda. Po prostu zmęczona akceptacja, jakby wielokrotnie wcześniej znalazł się dokładnie w tym samym miejscu - tylko nie z Marą, a z innymi ludźmi. Pokręcił głową. Rozumiał, co Mara mówi. I rozumiał, dlaczego potrzebowała wykrzyczeć mu to w twarz. Gdyby był na jej miejscu, pewnie zrobiłby dokładnie to samo - zmanipulowany, zmylony, pogubiony w tym, jak sprawy się między nimi potoczyły mimo potencjału na coś zupełnie innego. Nie była pierwszą, i pewnie nie ostatnią. I Moreau wiedział też, co czekało na nią, gdy Mara wreszcie wyjdzie przez te same drzwi, na które teraz padał jej wzrok. Samotność. Gdyby potrafił nie odtrącać ludzi, z pewnością by tego nie robił z taką zażartością. Ale nie umiał inaczej. — Ty też niewiele różnisz się od innych.
Nie było w tych słowach złośliwości. Nie próbował jej zranić albo obrazić. Po prostu stwierdzał fakt, zawisły w powietrzu między nimi jak tykająca bomba.
— To nawet zabawne, Mara — Wreszcie uśmiechnął się krótko, lecz jego uśmiech nie dotarł do oczu. — Cały tamten wieczór próbowałaś przekonać mnie, że nie muszę się bać odsłonić przed tobą. A kiedy w końcu to zrobiłem... - Wzruszył ramionami, ruchem dłoni wskazując jej drogę wyjścia. Nie wyobrażał sobie co mogłoby się stać, gdyby Lakefield jednak próbowała zostać. Nie wiedział czy by tego chciał. Co więcej, nie przypuszczał by istniała na to jakakolwiek szansa lub nadzieja. - Tak. Chyba faktycznie będzie lepiej, jeśli pójdziesz. Skoro faktycznie najwyraźniej jestem po prostu zwykłym dupkiem.
I najsmutniejsze było, że w jego ustach nie zabrzmiało to teraz ani jak autoironia, ani jak prowokacja, ani nawet niczym jawna kokieteria. Wyłącznie jak zdanie, które powtarzał we własnej głowie tyle razy, że przestał już wiedzieć, czy nadal jest obelgą albo oskarżeniem, czy może zwyczajnym opisem rzeczywistości.

Mara Lakefield

I'm also just a girl, standing in front of a boy

: pn lip 06, 2026 4:39 pm
autor: Mara Lakefield
Lazare miał teraz możliwość zobaczenia prawdziwej Mary. Takiej, która się nie hamuje i nie analizuje każdego wypowiadanego słowa. Takiej, która pozwala przejąć nad sobą władzę, swojemu ognistemu charakterowi i nie raz ciętemu językowi. Może i nie była idealną terapeutką i daleko jej było do profesjonalizmu, ale jednak bardzo często się powstrzymywała przed wywróceniem oczami bądź wypowiedzeniem nieodpowiednich słów. Natomiast poza pracą? Zwalniała całkowicie hamulce.
Jeszcze przed chwilą próbowała wmawiać i jemu i sobie, że przyjechała do niego w czysto zawodowym celu. Chociaż jasne było już od progu, że to nie tylko praca ją tutaj przywołała. Teraz natomiast nie było już żadnych złudzeń, że przemawiała przez nią zraniona kobieta. Może gdyby Lazare był pierwszym bądź drugim, który złamał jej teraz serce, nie podeszłaby do tego aż tak emocjonalnie. Byłaby zła, ale potrafiłaby nad sobą zapanować. Jednak rzecz w tym, że Lakefield była już po prostu wyczerpana. Pomału wypalała się zawodowo, ponieważ ciężko jej było wykrzesać z siebie siłę do pomocy innym, kiedy jej własne życie było pasmem klęsk. Była porzucana, odrzucana, zdradzana. I to nie raz. W dodatku najbardziej okrutne był sposób w jaki to zrobił Moreau i to ją dotykało najbardziej. Mógłby ją odtrącić bardziej subtelnie i dojrzale - przyjęłaby to z pokorą, bez złości i żalu. Zamiast tego potrafił ją rozpalić jeszcze bardziej. Tamtego wieczoru robił to w odpowiednim kierunku i w odpowiedni sposób wykorzystując jej temperament. Dzisiaj był przeciwieństwem tamtego szarmanckiego mężczyzny, który ją najzwyczajniej w świecie zauroczył.
- Przestań, przestań to robić do cholery- syknęła narzucając gwałtownym ruchem koszulę na siebie i odwracając się z powrotem w jego kierunku. Tym razem wskazała na niego palcem, czując jak gniew w niej narasta.- Dostosowujesz rzeczywistość do siebie, a przy tym ją zniekształcając. Zdecyduj się - widziałam tylko to, co chciałam zobaczyć czy może jednak faktycznie się przede mną otworzyłeś?- uniosła znacząco brew, ale nie dała mu możliwości odpowiedzi, bo kontynuowała dalej.
- I przestań się teraz zachowywać jakbym była jedną z tych osób, które Cię oceniały nie znając i odtrącały jak nie spełniałeś oczekiwań. Robisz ze mnie jakiegoś drapieżnika, a wiemy, że ja nim nie jestem- podeszła do niego bliżej wbijając palec w jego nagi tors, który jeszcze całkiem niedawno dzisiejszego wieczoru, potrafił rozbudzić jej wyobraźnię. Teraz natomiast nawet nie rejestrowała czy ma koszulkę na sobie czy nie. - Ponieważ oboje chcieliśmy spędzić tę noc razem. Nie narzuciłam Ci niczego. Po wszystkim dawałam Ci przestrzeń, nie pisałam, nie naciskałam niezależnie od roli jaką mogłabym spełniać w Twoim życiu. Mimo wszystko schowałam pieprzoną dumę do kieszeni i pomimo Twojego dość jednoznacznego milczenia, przyjechałam. I znowu - dałam Ci przestrzeń. To Tobie pozwoliłam zdecydować czy chcesz mnie w swoim życiu jako terapeutkę, przyjaciółkę czy kogoś innego. Decyzję zostawiłam w Twoich rękach i nie oczekiwałam, żebyś ją podjął od razu- mówiąc to nie spuszczała spojrzenia z jego oczu. Złość w niej buzująca odbierała jej zdolność odczytywania czegokolwiek z jego na twarzy. Skupiała się tylko na słowach. Jednak mimo wszystko stanie tak blisko niego po tym jak ją odtrącił było cholernie bolesne. Czuła się jak samotna kobieta błagająca o chwilę uwagi. Dlatego cofnęła się o krok opierając ręce o biodra. - I oczywiście brałam pod uwagę, że mnie odrzucisz, ale sposób w jaki to zrobiłeś? Stawiając mnie pod ścianą? Atakując? Drwiąc ze mnie? Był okrutny i żałosny- dodała czując, że na końcu delikatnie zadrżał jej głos, więc wiedziała, że to jest moment, kiedy powinna stąd wyjść. Kiedy powinna w końcu uciec, skoro była tutaj niechciana. Odwróciła się i podeszła do drzwi, pochylając się jeszcze i zakładając szybko buty. - A teraz jeszcze próbujesz odwrócić kota ogonem. Nie potrafisz wziąć odpowiedzialności za swoje czyny i słowa. Chcesz być sam? Dobrze, to Twoje życie. Jednak to nie oznacza, że musisz być takim dupkiem dla tych, którzy chcieli dla Ciebie jak najlepiej- wyrzuciła jeszcze z siebie z wyraźnym bólem w głosie i nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, wyszła trzaskając przy tym drzwiami.


lazare moreau


koniec