Naked Gun - That's My Policy
: pn sie 03, 2026 8:38 am
Scott uniósł brew, gdy June z taką pewnością zakwestionowała jego własną opinię na swój temat.
- To dlatego, że widzisz tylko wybrane fragmenty - odparł spokojnie. - Gdybyś zapytała ludzi, którym w ciągu ostatnich kilku lat rozwaliłem plany, budżety albo kariery, mogłabyś usłyszeć nieco mniej romantyczne określenia - kącik jego ust drgnął lekko. - Chociaż muszę przyznać, że argument z pamiętaniem o urodzinach jest całkiem mocny - uniósł kieliszek w geście kapitulacji, który miał znaczyć tyle co: punkt dla ciebie.
Przez chwilę milczał, przyglądając się panoramie miasta. Wieczór był wyjątkowo spokojny, a obecność June pomagała w tym, by nie myśleć o pracy, troskach oraz obowiązkach, które mnożyły się każdego dnia. I trwałby pewnie tak jeszcze kilka chwil, nim blondynka nie określiła go młodym bogiem, na co mało nie zakrztusił się winem.
Odchrząknął i pokręcił głową, po czym spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Ja bym się określił raczej tytułem starego pierdziela, ale jak uważasz - choć doświadczenie nauczyło go przyjmować komplementy, tak dotyczyło to jedynie pozycji zawodowej. Gdy ktoś chwalił cokolwiek innego poza jego policyjnością, obowiązkowością czy skutecznością, od razu naruszał jego strefę komfortu, aktywując system obronny polegający na deprecjonowaniu samego siebie. Niby tylko w ramach żartu, ale jednak.
Potem wspomniała o swoim "śledztwie", a on tylko pokręcił głową.
- Jasne - odparł. - Zupełnie przypadkiem się tego dowiedziałaś - rzucił rozbawiony. Prawdę mówiąc, świadomość, że zwróciła uwagę na taką drobnostkę, była bardzo przyjemna. Miło było być w końcu Scottem Letexierem, a nie wyłącznie wicekomendantem.
Gdy wróciła do tematu prezentów, westchnął teatralnie.
- Oczywiście, że nie jest - powiedział to tonem człowieka, który właśnie ogłasza coś najbardziej oczywistego pod słońcem. -To zupełnie inna kategoria - dodał i dopiero po chwili zorientował się, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Natychmiast więc uniósł kieliszek i upił łyk wina, dając sobie kilka sekund na odzyskanie gruntu pod nogami. Na szczęście June szybko przeszła do kolejnego tematu.
Scott spojrzał na nią i bez cienia zawahania odpowiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedź może była nieco szybsza, niż planował, ale sama perspektywa wspólnego obiadu czy kolacji z Harrison wystarczyła mu, żeby go przekonać. Przez moment co prawda sam wyglądał na odrobinę zaskoczonego własną reakcją, ale ostatecznie nie wycofał się z tego. To brzmiało nazbyt ekscytująco, by mógł przejść obok tego obojętnie.
- Chociaż uprzedzam - dodał po chwili. - Jeśli chcesz mnie otruć i zgarnąć moją posadę, to lepiej przemyśl to dwa razy - rzucił z powagą w głosie. - Te stosy dokumentów są gorsze od najgorszych dilerów, ćpunów czy innych nożowników. To jest jak kara pod płaszczykiem lepszej pensji - zażartował, patrząc na nią z rozbawieniem. Przy June czuł się na tyle swobodnie, że mógł nawet krytykować swoją prace, której przecież tak naprawdę nie chciał. Miał być na zastępstwo, póki nie znajdą kogoś innego, a jednak od lat nie potrafi ustąpić, choć na horyzoncie pojawiło się kilku kandydatów. Może więc bardziej to lubił, niż wyrażał?
Scott oparł się mocniej o barierkę i spojrzał na rozświetlone Toronto.
- Dawno nie spędzałem tak miłego wieczoru... - wypalił nagle, po czym spojrzał na blondynkę, raz jeszcze zwracając uwagę na kolczyki, które bardzo do niej pasowały. - I wcale nie chodzi tu o dach czy alkohol - zakończył, nie dodając już nic więcej. Zamiast tego znów obrócił głowę w kierunku panoramy miasta i przyglądał mu się w ciszy, myśląc jednocześnie o tym, jak mogłaby zakończyć się urodzinowa kolacja w mieszkaniu June... Kilka wizji było znacznie przyjemniejszych od innych.
June Harrison
- To dlatego, że widzisz tylko wybrane fragmenty - odparł spokojnie. - Gdybyś zapytała ludzi, którym w ciągu ostatnich kilku lat rozwaliłem plany, budżety albo kariery, mogłabyś usłyszeć nieco mniej romantyczne określenia - kącik jego ust drgnął lekko. - Chociaż muszę przyznać, że argument z pamiętaniem o urodzinach jest całkiem mocny - uniósł kieliszek w geście kapitulacji, który miał znaczyć tyle co: punkt dla ciebie.
Przez chwilę milczał, przyglądając się panoramie miasta. Wieczór był wyjątkowo spokojny, a obecność June pomagała w tym, by nie myśleć o pracy, troskach oraz obowiązkach, które mnożyły się każdego dnia. I trwałby pewnie tak jeszcze kilka chwil, nim blondynka nie określiła go młodym bogiem, na co mało nie zakrztusił się winem.
Odchrząknął i pokręcił głową, po czym spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Ja bym się określił raczej tytułem starego pierdziela, ale jak uważasz - choć doświadczenie nauczyło go przyjmować komplementy, tak dotyczyło to jedynie pozycji zawodowej. Gdy ktoś chwalił cokolwiek innego poza jego policyjnością, obowiązkowością czy skutecznością, od razu naruszał jego strefę komfortu, aktywując system obronny polegający na deprecjonowaniu samego siebie. Niby tylko w ramach żartu, ale jednak.
Potem wspomniała o swoim "śledztwie", a on tylko pokręcił głową.
- Jasne - odparł. - Zupełnie przypadkiem się tego dowiedziałaś - rzucił rozbawiony. Prawdę mówiąc, świadomość, że zwróciła uwagę na taką drobnostkę, była bardzo przyjemna. Miło było być w końcu Scottem Letexierem, a nie wyłącznie wicekomendantem.
Gdy wróciła do tematu prezentów, westchnął teatralnie.
- Oczywiście, że nie jest - powiedział to tonem człowieka, który właśnie ogłasza coś najbardziej oczywistego pod słońcem. -To zupełnie inna kategoria - dodał i dopiero po chwili zorientował się, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Natychmiast więc uniósł kieliszek i upił łyk wina, dając sobie kilka sekund na odzyskanie gruntu pod nogami. Na szczęście June szybko przeszła do kolejnego tematu.
Scott spojrzał na nią i bez cienia zawahania odpowiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedź może była nieco szybsza, niż planował, ale sama perspektywa wspólnego obiadu czy kolacji z Harrison wystarczyła mu, żeby go przekonać. Przez moment co prawda sam wyglądał na odrobinę zaskoczonego własną reakcją, ale ostatecznie nie wycofał się z tego. To brzmiało nazbyt ekscytująco, by mógł przejść obok tego obojętnie.
- Chociaż uprzedzam - dodał po chwili. - Jeśli chcesz mnie otruć i zgarnąć moją posadę, to lepiej przemyśl to dwa razy - rzucił z powagą w głosie. - Te stosy dokumentów są gorsze od najgorszych dilerów, ćpunów czy innych nożowników. To jest jak kara pod płaszczykiem lepszej pensji - zażartował, patrząc na nią z rozbawieniem. Przy June czuł się na tyle swobodnie, że mógł nawet krytykować swoją prace, której przecież tak naprawdę nie chciał. Miał być na zastępstwo, póki nie znajdą kogoś innego, a jednak od lat nie potrafi ustąpić, choć na horyzoncie pojawiło się kilku kandydatów. Może więc bardziej to lubił, niż wyrażał?
Scott oparł się mocniej o barierkę i spojrzał na rozświetlone Toronto.
- Dawno nie spędzałem tak miłego wieczoru... - wypalił nagle, po czym spojrzał na blondynkę, raz jeszcze zwracając uwagę na kolczyki, które bardzo do niej pasowały. - I wcale nie chodzi tu o dach czy alkohol - zakończył, nie dodając już nic więcej. Zamiast tego znów obrócił głowę w kierunku panoramy miasta i przyglądał mu się w ciszy, myśląc jednocześnie o tym, jak mogłaby zakończyć się urodzinowa kolacja w mieszkaniu June... Kilka wizji było znacznie przyjemniejszych od innych.
June Harrison