Strona 2 z 3

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: czw lip 02, 2026 7:46 pm
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Tak naprawdę to mu się nie podobał, ich dom.
Od razu widać było ile czasu mu poświęcili, wspólnie. Dopieszczone do porzygu, idealne firanki w kolorze złamanej kości słoniowej, i ogromne płytki, w których Queenie mogła się pewnie przeglądać, gdy światło wpadało prosto na nie, przez te wielkie okna.
A to co? Dodatki w kolorze jej błękitnego spojrzenia? Ktoś tu bardzo się starał, żeby zadowolić swoją żonkę.
Nigdy jej nie zadowolisz Heath.
- Zabawne - zgodził się z Queenie Ares, ale jakoś tak chłodno i kiedy ona chichocze, to on tylko na nią patrzy. To tylko te ciemne oczy nie mogą się nadziwić ile sztuczności jest w tym jej uśmiechu - boki zrywać - dodał jeszcze bezczelnie, żeby ją zaczepić. Heath patrzy na nich dziwnie, jakby w swojej głowie nie wiedział o co tu w tym wszystkim chodzi. Nie rozumiał kompletnie ich gierek i zabaw.
Kiedy Queenie tak samo śmiała się z nieśmiesznych żartów swoich bogatych, dudkowatych przyjaciół, a Ares wywracał tylko oczami. Boki zrywać - ten sam tekst, który powtarzał lata temu.
Nigdy nie pasował do jej świata.
A dzisiaj odnajdywał się w nim aż za dobrze.
Chociaż dobrych manier chyba wciąż mu brakowało, przy stole, kiedy znowu arogancko zaczepiał Panią Wyatt. Uniósł jedną brew, a kącik jego ust uniósł się ku górze, kiedy dramatyzując zwróciła na siebie uwagę wszystkich. Queenie zawsze lubiła być w centrum uwagi. Lubiła kiedy wszystkie spojrzenia zwrócone były w jej kierunku, ale czy potrzebowała ich wszystkich?
Czy może jednak tylko jego?
- Nie wiem, to ty ją czytałaś Queenie, ja tylko je piszę i zamykam, a potem kobiety takie jak ty... Dopatrują się cytatów, które brzmią JAKBYM - to słowo podkreślił wchodzą w ich niewinną gierkę - pisał o nich - a przecież pisał o niej. Za każdym pierdolonym razem, chowała się za błękitnymi spojrzeniami i blond lokami bohaterek jego powieści.
Oparł łokcie na stole, zupełnie bez kultury, ale teraz doskonale widać spod białej koszuli jego tatuaże, mięśnie też rysują się pod cienkim materiałem. Coś w tym było, że Horne lubił tymi swoimi słowami wywoływać emocje, rumieniec na policzkach Bree, która teraz wpatrywała się w niego jak w jakiś piękny obraz. Westchnęła ciężko sunąc błękitnym spojrzeniem po jego ręce, i sama opiera się o obrus, z błękitnymi jak ich oczy, wstawkami.
Tylko te Aresa są ciemne, wpatrzone w Panią Wyatt, kiedy kropelka zimnej wody błądzi gdzieś w kąciku jej ust nie trafiając w te pełne wargi i spływa jej po brodzie.
Chciałby być tą kroplą.
Dopiero kiedy Heath znowu się odzywa, to Horne przenosi na niego ciemne spojrzenie. Unosi jedną brew.
Grzecznie, czy nie?
- Nu-da - niegrzecznie - gustuje raczej w kryminałach, może gdyby ktoś cię zabił i poćwiartował, wtedy mógłbym to opisać Heath - czy on mu właśnie sugerował, że Heath Wyatt wiódł nudne życie?
Oczywiście.
A do tego bezczelnie mówił, że jakby ktoś go poćwiartował byłoby ciekawe, godne spisania przez Aresa Horna.
Bree sama nie wie czy ten facet ją intryguje, czy przeraża, przygryza swoje wąskie usta wpatrując się w Aresa bardzo intensywnie. Heath coś kręci nosem. A Ares?
On znowu patrzy na Queenie. Ratuj sytuację księżniczko...
Znowu.
Zrobiła to, bo od krwawych kryminałów i mrocznej strony duszy Aresa Horna ona przechodzi do... poezji. Tego pierwiastka łagodności i poetyckości, który w nim siedział.
Głęboko.
Ale kurwa.
Kiedy on napisał jakiś wiersz? Dziesięć lat temu? Dla niej? Od tej pory próbował, z marnym skutkiem, bardzo marnym, bo nie miał natchnienia. A ono siedziało przed nim, w błękitnej sukience Grace Kelly.
- Dziesięć lat nie pisałem żadnych wierszy - najpierw zaznacza jej, że bez niej żaden z niego poeta, ale kiedy Queenie przytacza słowa, które kiedyś sam jej recytował, bardzo uroczyście. Tańcząc na parapecie jej okna, na które wspinał się po różanej pergoli, pod osłoną nocy, w świetle jedynie księżycowej poświaty.


Jeśli zgubię cię w śniegu,
nie będę szukał śladów.

Znam drogę,
którą wybiera twoje serce.


- Najciemniejszą... - to jego taką wybrało. Ciemną drogę, w której nie było jej.
Nawet na moment nie spuścił z niej spojrzenia, gdy znowu się roześmiała. Wywrócił tylko tymi ciemnymi oczami. Dzisiaj te wiersze ją bawiły. A wtedy słuchała ich z wypiekami na policzkach, prawie takimi jak te, które malowały się na bladym licu Bree.
Ares teraz wbił ciemne spojrzenie w szwagierkę Queenie.
- Kupiłem tą willę po sąsiedzku, była trochę zaniedbana, ale właśnie trwa tam remont... - rzucił jak gdyby nigdy nic. Jakby to były najnormalniejsze rzeczy na świecie, że on po dziesięciu latach wraca do Toronto i kupuje willę obok... niej.
Bree aż się zapowietrzyła, nabiera tak łapczywie w płuca powietrze, aż podniosła się na krześle, a długie, smukłe palce zaciska na jasnym obrusie.
- A może potrzebujesz dekoratorki wnętrz Ares? Bo ja się tym właśnie zajmuję - powiedziała na jednym wydechu.
A Horne uśmiechnął się do niej zaczepnie. Wiedział przecież.
- Potrzebuję - powiedział spokojnie wkładając do ust kolejny kawałek mięsa. I kiedy on je przeżuwał, to Bree zaczyna mu nawijać o tym jak piękna jest ta willa po sąsiedzku, że to kiedyś był jakiś dworek, ale go przerobili, zostały pewne elementy, że nie jest jedną z tych nowoczesnych willi, gdzie wszystkie wyglądają tak samo, tylko to miejsce z duszą.
Ares zerknął kątem oka na Queenie.
- Chciałbym wydobyć jej prawdziwy charakter, żeby nie zatraciła się w luksusie, pozostała sobą... - mówił o swoim nowym domu czy jednak Pani Wyatt? Która kiedyś była... inna? - Rozumiesz mnie Bree? - dopytał, a kobieta kiwa głową energicznie.
- Mogę jutro do ciebie przyjechać ją obejrzeć - widać po niej, że bardzo tego chciała. Obejrzeć willę? Czy jednak Aresa?
- Możesz nawet dzisiaj, po kolacji. To osiem minut spacerem przez te wietrzne wzgórza... Wiedziałaś? - teraz zwrócił się do Queenie. Wiedziała, że będzie go miała teraz tak blisko? Spacerowała po tych wzgórzach, czy już zupełnie zapomniała o tym, jak to jest? Zamykając się w luksusowym świecie, w którym nawet wiatr pachniał inaczej.

ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

wiedziałaś?

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: czw lip 02, 2026 9:39 pm
autor: Queenie Wyatt
Boki zrywać.
Ares miał w zwyczaju śmianie się z jej bogolskich przyzwyczajeń. I z tego śmiechu. Sprowadzał ją na ziemię, chociaż tylko na momenty. Bo ona należała do wyżyn, do niebios. I tylko kiedy jego cieżkie ramiona ją ściągały, lapała się na chwilę w obręb grawitacji ziemskiej. Byli tak inni, że to nie miało szans się udać.
Powtarzała to sobie wtedy kiedy odszedł. Przecież i tak nic by z tego nie było. Ares nie mógł zapewnić jej zycia, które potrzebowała.
Dlatego, kiedy się teraz prezentuje jej w taki sposób: u szczytu kariery, z idealnie wyrzeźbionym ciałem i pewnością siebie, sama już nie wie, czy to jest ten sam chłopak, który pisał dla niej wiersze.
- Twój wydawca powinien przemyśleć, może powinienieś dodawać swoje zdjęcie na okładce - skomnetowała żartobliwie, chociaż coraz jaśniejsze było dla niej to, że faktycznie Ares pisał książki w których mówił o niej. Jeżeli by się tak zastanowić, to odnajdywała swoją cząstkę w wielu. Na przykład "Kłamstwo ma krótkie nogi", gdzie bohaterka musi poradzić sobie z konsekwencjami romansu z ogrodnikiem. Kiedy czytała tą książkę, przypominała sobie momenty, kiedy rozłożona nad basenem w willi Bylthe-ów oglądała zza przyciemnianych okularów jak Ares z nudów pomaga staremu ogrodnikowi w wykopkach. Już wtedy, mając te piętnaście lat, kied zdejmował koszulkę by niepotrzebnie nie dogrzewała go podczas pracy, kusił swoimi młodymi mięśniami młodą panienkę Bylthę. Ileż poszło lemoniad wypitych pod rząd, kiedy rozgrzewała ją sama myśl o tym, że mogłaby przejechać paznokciami po tych plecach. A "Uwiedzona" albo "Przystań"? Nic dziwnego, że bardzo intensywnie myślała o tym skąd autor wie tyle o niej rzeczy.
Z rozmyślań wyrwała ją odpowiedź Aresa do Heatha, którą tylko skomentowała prychnięciem.
- Nie doceniasz Heatha, Ares. Ale właściwie o cyzm miałaby być Twoja biografia słońce? Liczę na to, że przynajmniej kilka rzodziałów poświęciłbyś mi - i znów posyła mu słodki uśmiech.
Tak czy siak rozmawiają o poezji i Queenie niby smutna, ale jednak z pewną satysfakcją mówi:
- O, doprawdy? Szkoda
Później się śmieje. Ale to ostatni już śmiech tego wieczora.

- Kupiłeś dom? - Queenie nagle przerywa rozmowę Bree i Aresa, a palce zaciśnięte na nożu aż widcznie pobielały. Logicznym było, że skoro był poczytnym autroem było go stać na dom, ale willa w The Kingsway? Ile on zarobił na tych swoich książkach? Co więcej, to nie było tylko to. Bo dom o którym mówił Ares.. Queenie miała nieodparte wrażenie, że musi chodzić o jeden konkretny dom. Ten na którego naciskała podczas poszukiwań z Heathem, a którego nie wybrali, bo po sprawdzeniu okazało się, że zaległy się tam korniki. Ten, który miał piękną werandę z ogrodem, który miał dużo większy potencjał niż to co mieli oni. Dom. Dom, który zanim trafił na sprzedaż należał do ludzi, którzy kupili go od babki Queenie - Holly Bylthe. Dom w którym spędziła pierwsze dziesięć lat swojego życia, który pamiętała jako idealne miejsce. Dom, który na zawsze pozostał dla niej wzorem ideału. Ares go kupił? Tak po prostu? I mówi to w taki sposób?
Po jej pytaniu nie zaległa cisza przy stole, Bree śmieje się mówiąc, że tak, kupił dom, przecież o tym rozmawiają, Heath wspomina, że oni też byli nim zainteresowani i czy wie, że tam są korniki?
A Queenie patrzy uparcie na Aresa.
Jak mógł to zrobić? Jak mógł kupić ten dom i nie powiedzieć jej o tym odrazu? Musiała wyciągać z niego wiadomości, będąc przekonana, że jest w mieście tylko kilka dni.
Powoli odłożyła nóż na stół i spogląda w swoje odbicie w nim kątem oka. Och Aresku, tak chcesz grać? Nagle jej spojrzenie stało się ostre i skrzywiła się, na co Heath spytał: - Czy wszystko dobrze kochanie? - a Queenie dotyka swojej głowy - Tak mnie okropnie rozbolała głowa. Momentalnie. Może powinnam się położyć, będziecie mieli mi to za złe? - wstaje dramatycznie powoli od stołu i przechodzi ze strony z której siedzi Horne. Dotknęła jego ramienia trochę przydługo i spogląda w dół w jego twarz. Odruchowo chciała przesunąć palcem po jego szczęce, ale na całe szczęście się powstrzymała. - Nie wstawaj, posiedźcie sobie jeszcze. Aresiku, skoro jesteś naszym sąsiadem, to na pewno będziemy mieli teraz ogromnie dużo okazji do spotykania się, cieszę się, że przyszedłeś dziś. Pójdę już, bo aż mi słabo - i przechodzi dalej, żeby posłać Bree całusa w powietrzu a mężowi złożyć pocałunek na poliku. Ten położył dłoń na jej talii i mówi jeszcze do niej cicho, żeby wzieła tabletkę, to jej przejdzie. Żeby nie czekała, bo pewnie długo tu posiedzą.
Queenie wiedziała, że długo nie posiedzą. Ares nie miał powodu, żeby zostawać w pomieszczeniu, skoro jej w nim nie było.
Wyjaśniła mu tylko, że musi się koniecznie położyć i poszła na górę.
Oczywiście wcale ją głowa nie bolała. Wcale nie była zmęczona. Była zdenerwowana. Zaciska dłonie w piąstki i idzie do pokoju w którym siedzi na łóżku tylko chwile.
Jak on mógł?
Zrywa się i idzie do pokoju Percyego, który śpi. Niania, która z nim siedzi spogląda na nią i wybałusza oczy, bo wcześniej miała powiedziane, że ma się jej nie spodziewać cały wieczór. Ale teraz Queenie podchodzi do łóżeczka i patrzy na śpiące dziecko.
Jak mógł kupić dom jej babki. Przywłaszczyć sobie jej wspomnienia i jej przestrzeń. Zabrał jej marzenie, czy wiedział o tym?
Zazdrosna o spokój Percyego robi coś, czego nie zrobiłaby żadna zdrowa na umyśle matka, czyli podnosi śpiące dziecko i zaczyna je przytulać zachłannie, bo jego zapach ją uspokaja. Chodzi po całym pokoju i odkłada go dopiero po kilku minutach. Chłopiec się rozbudził i zaczyna płakać, ale Queenie nie ma na to humoru. Niania ma się tym zająć.
Wróciła znów do swojego pokoju i kładzie się w sukience na łóżku.
Nie może przestać myśleć o koszuli przylegającej widocznie do mięśni na brzuchu Aresa. I o tym, że mieszka teraz tylko niespełna dziesięć minut drogi na piechotę od niej. I niestety też o tym, że Bree najpewniej sobie dziś znajdzie drogę do tego domu.
Dziwka.

Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pt lip 03, 2026 7:18 pm
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Byli tak inni...
Tak różni. A jednak tylko on wiedział jaka jest prawdziwa Queenie, znał ją lepiej niż ona sama. Wyciągał z niej emocje tak skrajne, tak różne, że może nawet nie podejrzewała się nigdy o to, że je miała?
Nie był przy nim aniołem. Nie była księżniczką, która zadartym nosem wskazywała niebo. Była sobą. Z nim.
A teraz kim była?
Kiedy siedziała przy tym stole grając przykładną panią domu, żonę, matkę, bogaczkę, której perlisty śmiech odbija się od ścian pięknej willi. Taki sztuczny, taki brzydki.
Brzydka była ta willa, brzydkie jej udawanie. I brzydkie to jak nazywała Heatha swoim słońcem. Aresowi coraz mniej się tutaj podobało...
- I to mogłoby być ciekawe Queenie - te rozdziały poświęcone jej. Bo reszta - nuda.
Wiedział, że wcale nie żałowała tego, że on już nie pisze poezji, bo ona była dla niego jedynym natchnieniem do tych smutnych wierszy. Widział to w jej oczach, ten pewnego rodzaju triumf. Kiedy przyznał się jej, że była jego jedyną muzą.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Widział też jak zmieniła się jej twarz, gdy wspomniał o tym domu, który kupił.
- Tak... - odpowiedział jej spokojnie, a jego ciemne spojrzenie śledzi każdy jej gest. Bielejące knykcie zaciśnięte na nożu, powiększające się coraz bardziej błękitne oczy.
Z całkowitą premedytacją kupił ten właśnie dom.
Jej dom. W którym za dzieciaka siedzieli na werandzie objadając się ciastkami jej babki. Ares wtedy jeszcze jak to dzikie zwierzę, gotowe do ucieczki, jeszcze nie wierzył, że spotkało go w życiu coś tak dobrego, że jakiś Pan Blythe zapłacił za to, żeby on nie musiał pomagać na polu golfowym, tylko bawił się z jego córką.
Bawił się. Był jej posłuszny, bo czuł, że musi. Robił wszystko co chciała, chociaż w pewnym momencie zaczął się buntować. Wkroczyli w taki okres, dojrzewania, gdzie nie tylko poznawali swoje pragnienia, ale też charaktery.
Tak różne. Ale... tak do siebie pasujące, że oni tylko razem byli kompletni.
Ares i Queenie - krnąbrne, rozbrykane dzieciaki.
Ares i Queenie - zakochane w sobie szczeniaki.
Ares i Queenie - teraz osobno.
Ares słuchał Bree, słuchał jej brata, nawet rzucił jedno zdanie o tym, że korniki nie są mu straszne, bo już zatrudnił ekipę, która sobie z nimi poradzi. Ale jego ciemne spojrzenie bez przerwy uciekało do Pani Wyatt, do jej naburmuszonej miny księżniczki, której...
Ares znowu się sprzeciwił.
Queenie znowu zwraca na siebie uwagę towarzystwa, kiedy mówi, że nagle dostała okropnego bólu głowy. A Ares patrzy na nią spod przymrużonych powiek, jakby chciał jej powiedzieć kłamczuszko, ale tego nie mówi.
Kiwa tylko głową, a kiedy jej palce układają się na jego ramieniu, to przez chwilę ma ochotę do nich sięgnąć, ale na całe szczęście się powstrzymał.
- Na pewno będziemy mieli dużo okazji. Śpij dobrze Queenie - obejrzał się na nią, wbijając ciemne spojrzenie w jej jasne, piękne oczy. A potem jeszcze odprowadził ją spojrzeniem.
Heath chce dyskutować o tym domu. Bree też. Ale Ares zaraz sięgnął po serwetkę, którą wytarł swoje usta, zwinął ją kończąc jej żywot na talerzu, a tym samym oznajmiając, że dla niego kolacja też jest skończona. Wstał od stołu.
Nie miał powodu, żeby tu zostać, skoro jej tutaj nie było.
Heath jeszcze próbował go zagadać, ale Ares wykręcił się szałem twórczym, z którego musiał skorzystać, w tej właśnie chwili. Bo ta uczta była dla niego niesamowicie inspirująca.
Bree chciała udać się z Aresem, obejrzeć dom. Albo może jego właściciela w tej pościeli, o której jej mówił?
I to, i to. Wnioskując po jej błyszczącym, wyzywającym spojrzeniu. Ale Ares grzecznie jej odmówił, jutro też jest dzień. Pożegnał się i wyszedł z domu. Słońce już schowało się za horyzont, a ogród różany przed willą Wyattów ukryty był w półmroku, oświetlało go tylko światło padające z dużych okien.
Ares zajrzał w nie a widząc Heatha i jego siostrę wracających do stołu, żeby dokończyć kolację, sięgnął po telefon.
Ten sam numer, którego nie zmieniał od lat. Na którego skrzynce Queenie nagrała mu setki wiadomości, na który wysyłała smsy. Zadarł do góry głowę zerkając w okno jej sypialni, gdzie świeciło się światło.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

Ares [nieaktualny]
wyjdź do ogrodu, czekam
Wiadomość...
s z y b k o

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pt lip 03, 2026 11:44 pm
autor: Queenie Wyatt
Telefon leżący na stoliku przy łóżku zawibrował oznajmując nadchodzącego SMSa. Queenie wywróciła oczami, przekonana, że to wiadomość od jednej z koleżanek, która chciała zaprosić ją na winko, albo poinformować, że zrobiła właśnie test ciążowy i wyszło, że będzie matką. Nie chciała teraz odpisywać na takie wiadomości, przekonana o tym, że mogłaby powiedzieć że nic ją to nie interesuje i nie pije wina. To fakt, że nie piła, ale wino to również kod na ploteczki, a te lubiła i by sobie ich nigdy nie odpuściła.
Ale teraz było inaczej. Leżała wpatrując się w sypialniany sufit i czuła, jak każdy mięsień jej ciała jest napięty. Począwszy od cięzkich nóg, aż po kark, który spięty domagał się masażu. Wyraźnie czuła całym ciałem, jak spotkanie Aresa po tylu latach na nią wpłynęło. Obudził w niej dawno uśpione emocje i wspomnienia, których nie spodziewała się ponownie przeżywać. Uświadamia sobie to dopiero teraz w ciszy, którą zapewniał pokój. Co prawda z dołu dochodziły do niej przytłumione głosy. I chociaż nie chciała się do tego przyznać, podsłuchując ich doszukiwała się głosu Aresa. Ale nie znajdywała go. Musiał pójść.
W końcu stwierdziła, że musi iść się przebrać do spania. Zdjąć suknię, którą włożyła specjalnie dla swojego gościa, zmyć makijaż który podkreślał jej urodę, wyjąć wszystkie spinki z koka. Zaczęła od rozwiązywania włosów, które to pozwoliło jej się trochę rozluźnić. Kiedy usiadła na łóżku jej spojrzenie przykuł telefon. Odłożyła spinki na stolik i ciekawości i może odruchowo, wzieła telefon do rąk i odblokowała, a sms który wyświetlił jej się jako pierwszy sprawił, że telefon wypadł jej z rąk. Wstała momentalnie i podeszła do okna. Zerwała się szybko, ale ostatnie dwa kroki robi ostrożnie, niepewna tego, czy Ares faktycznie wciąż jeszcze tam jest. Na początku widziała tylko swoje odbicie. Szal z sukienki opadł na ziemię a ona przychyla się do szyby i przesłania oczy, starajac się coś wypatrzeć. Zgasiła lampkę stojącą przy oknie, dzięki czemu mogła dostrzec zarys sylwetki na trawniku. Serce zaczęło jej mocniej bić. I tylko punkcik ognia, pochodzący z żarzącego się papierosa pozwolił jej rozpoznać osobę, która tam stała.
Zmroziło ją.
Pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć "Nie, nie zejdę do ciebie" ale papieros nie zgasł, a sylwetka się nie ruszała. Mimo, że nie widziała go dokładnie, to wiedziała, że Ares patrzy na nią z ogrodu. I że nie zamierza odejść. Przez chwilę biła się z myślami, czy powinna wykonać jego polecenie. Przecież dała mu jasno do zrozumienia, że nie chce go dziś już dłużej oglądać, ale.. czy było tak na prawdę? Czy nie dlatego podbiegła do okna, bo wiedziała, że będzie mogła jeszcze przez chwilę go pooglądać?
Podjęła decyzję stojąc u szczytu schodów. Musi z nim porozmawiać na osobności. Ale ani Heath ani Bree nie mogą o tym wiedzieć. Dlatego skrada się. Z bijącym sercem mijała jadalnię, wiedząc, że nie chciałaby, by ją teraz dostrzegli. Usłyszała, jak Heath otwiera kolejną butelkę wina, i razem z Bree rozprawia o jakimś biznesie. Zadbała o to, żeby siedzący w jadalni Heath i Bree nie usłyszeli, kiedy gołymi stopami przebiegła przez korytarz i wycofała się przez wyjście z drugiej strony domu do ogrodu.

Stał tam w ciemności pod drzewem. Jego biała koszula łapała jeszcze światło wydobywające się z wnętrza domu, ale to ogień z papierosa wskazał jej drogę. Zeszła z tarasu idzie w jego kierunku. Trawa zdązyła sie już pokryć wodą jak zwykle bywa to przy zachodzie słońca, ale może to również kwestia zraszaczy? Queenie nie myśli o tych sprawach, układa sobie to co w głowie chce powiedzieć Aresowi. Jest wściekła, jest poruszona, tak bardzo za nim tęskniła, jest rozedrgana i zaskoczona. Ale jest również Queenie. I jest pewna siebie, charakterna i czuje, że ma prawo do wyjaśnień. Dlatego właśnie zeszła. Chciała od niego komplet informacji. Co kiedy dlaczego. Ale czy zdoła je z niego wyciągnąć?
- Co ty tu robisz? - syknęła na niego stając w bezpiecznej odległości z której mógł ją słyszeć, kiedy mówiła przyciszonym głosem. - Pożegnaliśmy sie, czegoś zapomniałeś mi powiedzieć? Na przykłąd tego, że kupiłeś dom mojej babki? Co ci strzeliło do głowy, żeby go kupować? - teraz mówi zdecydowanie inaczej niż wtedy w księgarni, czy wcześniej na obiedzie. Ma do niego wyraźną pretensję. Czy to jest ta prawdziwa Queenie, za którą tak tęsknił?


Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: sob lip 04, 2026 7:45 am
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Ares [nieaktualny]
jeśli nie zejdziesz, to wejdę po ciebie na górę
Wiadomość...
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Z tylnej kieszeni spodni wyjął pomiętą paczkę papierosów, wypstryknął jednego i umieścił go między zębami. Zadarł głowę do góry wbijając spojrzenie w okno jej sypialni, i czekał.
Czekał na nią.
Biała stróżka dymu tańczyła mu wokół głowy, gdy zaciągał się nikotynowym zbawieniem, które odsuwało od niego wiele natrętnych myśli. Nie wysiedziałby dłużej na tej kolacji bez papierosa. Ale w tych czasach dżentelmeni już chyba nie palą. Fajki i nikotynę zastąpili zdrowym trybem życia. Ale Ares nigdy nie żył zdrowo. A papierosy palił odkąd skończył piętnaście lat, pokryjomu, tak, że tylko Queenie znała jego sekret. Potem przez pewien okres czasu zrezygnował z nich, bo nie było go na nie stać. Nawet na paczkę papierosów... Kiedy opuścił Toronto, uciekł od niej.
A teraz wrócił, że swoim niezdrowym przyzwyczajeniem. A do tego z chorobliwą obsesją na punkcie... Pani Wyatt.
Widział jej sylwetkę w oknie, jak wyglądała na ogród, a on w mroku, w cieniu różanej pergoli, znowu zaciągnął się dymem, końcówka papierosa rozżarzyła się na pomarańczowo, a ten białą smugą uniósł się w eter.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Wystukał jej drugą wiadomość. Wszedłby na górę, po tej mrocznej fasadzie jej domu, po ciernistej, różanej drabinie, która przylegała do ściany budynku, prowadziła prosto pod jej okno. Nie raz to robił, wspinał się do niej ryzykując, że skręci kark. Wolałby go skręcić, niż już nie zobaczyć jej tej nocy. A wtedy, gdy miał osiemnaście lat, dwadzieścia z hakiem, wspinał się do niej nie tylko po to, żeby ją zobaczyć. Ale też żeby jej lico zabarwić rumieńcem. Ściany jej pokoju wypełnić przyspieszonymi oddechami.
Kiedyś.
Bo teraz wystarczyłoby mu jeszcze jedno spojrzenie w jej piękne oczy.
Czy na pewno?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Jej cień zniknął z wielkiego, sypialnianego okno, i owszem mogła się już położyć, żeby ból głowy uciszyć w poduszkach, ale Ares wciąż czekał. Za dobrze ją znał, żeby nie wiedzieć, że do niego zejdzie.
Musiała zejść. Utrzeć mu nosa. Zaznaczyć, że to on tutaj wykonuje jej polecenia, a nie ona. On jest jej zabawką. A sama szła pod jego dyktando, boso przez ogród, zbierając rosę na swoich jasnych, nagich stópkach.
- Co ty tu robisz Queenie? - odbił piłeczkę momentalnie, niedopałek papierosa wypstrykując pod różany krzew, ten co wcześniej. Jak tak dalej pójdzie, to róża zwiędnie dokarmiana przez Aresa Horna, niedopalonymi papierosami, przy każdej jego wizycie. A planował ich więcej. Póki jej nie odbije.
W dwóch krokach pokonał dzielącą ich bezpieczną odległość. I znowu stoi przy niej, natrętnie blisko.
Za blisko.
- Co na to twój mąż? Chyba głowa by go również rozbolała, gdyby się dowiedział, że schodzisz na bosaka... Do swojego dawnego przyjaciela - spuścił spojrzenie na jej stopy.
A potem bez żadnego ostrzeżenia, z tego dżentelmena, którym starał się być przez cały wieczór, wychodzi dzikus. Nieokiełznany, uparty, który... zrobiłby dla niej wszystko, chłopak. Kiedy łapie ją bezczelnie na ręce, wsuwa rękę pod jej kolana, między niebieskie tiule i przytula ją do swojej piersi. Quennie krzyknęła zaskoczona, a on wytatuowane palce, śmierdzące papierosowym dymem opiera na jej pełnych, miękkich wargach - cicho... Nie przyszedłem tu dzisiaj, żeby cię porwać - nie dzisiaj, ale może jutro?
Dzisiaj tylko posadził ją na ogrodowym stoliku ukrytym w oplecionej różanym cierniem altanie. Żeby jej delikatna skóra, jasne stópki, nie marzły w ogrodowej rosie. Żeby nie chodziła boso po piasku. Księżniczka Queenie.
Jego spojrzenie znowu prześlizgnęło się drapieżnie po jej sylwetce, kiedy suknia się pozwijała, pokleiła do ciała, mokra od rosy. A może pierwszy raz dzisiaj takim oto wzrokiem ją obrzucił? Takim, który pożerał ją, jak lata temu.
Bo przecież przy jej mężu starał się zachować pozory. Naprawdę się starał.
Ale już nie.
Teraz bezczelnie stanął między jej nogami, rękę opierając na ukrytym pod cienkim materiałem sukienki kolanie.
- Dla ciebie go kupiłem - odpowiedział w końcu na jej pytanie - dowiedziałem się, że jest wystawiony na sprzedaż, i chociaż agentka radziła mi inwestować w nowoczesne budownictwo, to... Queenie, kurwa, musiałem go dla ciebie kupić - powiedział to powoli, a jego ciemne spojrzenie odszukało jej jasne, piękne oczy - nie cieszysz się... że będziesz... mnie znów miała obok? - powiedział to na raty, całkowicie specjalne igrając ciepłym oddechem na jej policzkach. On się cieszył. Nawet jeśli na przeszkodzie wciąż stał mu jej mąż... i dziecko.
To przecież Ares Horne doskonale wiedział, jakie on emocje w niej wywołuje. On, nie Heath.
- Czemu ten dupek nie kupił dla ciebie tego domu? - zapytał bezczelnie, nie spuszczając spojrzenie z jej pięknych, błękitnych oczu.

dla ciebie... wszystko

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: ndz lip 05, 2026 12:12 am
autor: Queenie Wyatt
Dobrze, że nie zobaczyła drugiego smsa. Na przekór mogłaby wcale nie zejść. Siedziałaby w pokoju, prychając pod nosem na tego groźby. Ciekawe jakby niby wszedł, skoro wszystkie drzwi do domu miały zabezpieczenia antywłamaniowe. Nie pomyślała oczywiście, że mógłby chcieć się wspinać po ścianie zewnętrznej - takie rzeczy pozostawiła w przeszłości, kiedy byli nastolatkami. Wtedy faktycznie wspinał się po fasadzie domu jej rodziców, żeby dostać się do jej pokoju pod osłoną nocy. Musiał obiecać, że nigdy więcej tego nie zrobi, kiedy gdy robił to ostatni raz spadł z trzech metrów na krzaki. Nie dość, że zrobił sobie wtedy coś w plecy, to musiała się gęsto za niego tłumaczyć z połamanych gałęzi ulubionego krzaka matki. Nie było jej jego żal, chociaż spoglądała na ból rysujący się wtedy na jego twarzy z ciekawością. Czy właśnie tak będzie go bolało, kiedy straci ją na dobre?
Zabrał jej możliwość ujrzenia tego na jego twarzy, w jego oczach i spojrzeniu, kiedy odszedł bez słowa. Zostawił ją samą, i to ona cierpiała.
Za blisko.
Musi odnaleźć się w tej niebezpiecznej odległości. Nie była na nią przygotowana i może dlatego oderwała od niego spojrzenie. Chociaż otacza ich ciemność, ciekawskie oczy biegają po jego policzkach, po jego szczęce, szyji, odkrywa znane i nowe części, zapisując sobie wszystko w głowie. W końcu podąża za tym jego w dół na swoje stopy. Co powiedziałby Heath? Czy Ares nie wie, że przy nim, myśli o Heathie opuszczają jej głowę? Jakby nagle znów miała lat naście.
- Poprosiłeś żebym zeszła… - uparta, bo przecież nie przyzna, że chciała go jeszcze zobaczyć dziś raz, odchyla od niego głowę odruchowo, jakby się bała tego, że Ares mógłby okazać się być wariatem, który ją zwabia do ciemnego ogrodu w niecnych celach. I chociaż jej ruch przemyślany i mógł jeszcze ją ocalić, to zaraz pisnęła, bo Ares jeszcze bardziej zmniejsza dystans i podnosi ją z ziemi. Wcale nie krzyknęła dlatego, że była zaskoczona jego działaniem. Nawet nie po to, żeby zaalarmować Wyattów. Chyba po prostu chciała wyrazić swoje niezadowolenie. A mimo to wyciąga ręce i zawiesza je wokół jego karku. Zatkało ją, kiedy powiedział jej, że ma być cicho. Jej oczy nagle rozbłysły. Sam pomysł, że Ares mógłby ją przyjąć porwać z jakiegoś powodu był bardzo interesujący. A gdyby tak na prawdę ją porwał?
- Postaw mnie na ziemię- rozkazała mu, oczywiście bez efektu. Ares nieprzerwanie niesie ją, a ona opiera się o jego klatę i odruchowo pociera kciukiem po jego karku, jakby jej ciało zaprzeczało wszystkiemu co mówiła.
Kiedy w końcu weszli do altanki, poczuła się trochę bezpieczniej, uświadamiając sobie że ani Heath ani Bree ich tutaj nie dojrzą, chyba że przyszliby specjalnie na tył ogrodu. Usiadła, czy raczej została posądzona na stoliku pod altanką ogrodową i odsuwa ręce z jego szyii. Jednocześnie znów odzyskała swój dystans… teoretycznie, bo oczywiście nie ze strony Aresa, który wciąż trzymał rękę na jej kolanie.
-Dla mnie?- powtórzyła zupełnie nieświadomie wypatrując w jego oczach wyjaśnienia. Zamiast tego jego twarz znalazła się jeszcze bliżej, a z każdą chwilą, kiedy Ares łaskotał ją oddechem, jej postanowienie, żeby być zdystansowana, zostaje wystawione na próbę. -Nie musiałam cię nigdy tracić - odpowiada mu bardzo poważnie. Przez chwile mogli mieć moment na odkrywanie straconych szans i przemyślenie tego co się nie wydarzyło. Ale Ares musiał wszystko zniszczyć.
Patrzy wciąż w jego oczy, kiedy zadal pytanie. Nie podobał jej się ton Aresa. Zachowywał się tak, jakby miał prawo do tego, by nazywać Heatha dupkiem.
- Slyszales, że tam są korniki…- zaczyna tłumaczyć się, ale odrazu przechodzi do ofensywy, kładzie rękę na jego klacie i naciska, jakby chciała go odsunąć od siebie - Co to znaczy, że kupiłeś go dla mnie?! Jeszcze trzy dni temu nawet nie rozmawialiśmy i nie wiedzieliśmy o tym, że oboje jesteśmy tu w Toronto… - a kiedy to powiedziała jej dłoń nagle zaciska się na jego koszuli, bo zrozumiała coś kiedy mówiła te słowa - ale ty wiedziałeś, że ja tu jestem. Ty to sobie wszystko wymyśliłeś… - puściła znów jego koszule - Jakim prawem sobie tak ze mną pogrywasz Ares? Zostawiłeś mnie tu na tyle lat bez słowa i nagle wracasz i mówisz, że kupiłeś dom. Obok mnie. Dla mnie

Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: ndz lip 05, 2026 4:00 pm
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Nie chciał, żeby myślała przy nim o swoim mężu...
A może chciał? Może specjalnie to robił, by w swojej ślicznej główce porównywała ich obu.
I który w tej walce wygrywał? Mąż, z którym mogła teraz pić wino przy długim stole i rozmawiać o tym swoim pięknym życiu?
Czy Ares, który samym spojrzeniem przywoływał te wspomnienia, jak miała lat naście. Jak wzdychała do niego, a on obiecywał jej, że zawsze będą razem?
Ten dla którego zbiegła tutaj na boso. Dla którego przemierzała ten cichy, ciemny ogród, bo... prosił, żeby zeszła. Nie prosił, on jej kazał tutaj zejść.
Jak miał czelność? A potem jeszcze jej grozić...
Dobrze, że nie przeczytała tej jego kolejnej aroganckiej wiadomości. Ale przecież oni zawsze tak działali, nie prosili, wydawali sobie polecenia, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Ares zrób to. Ares...
On zrobiłby dla niej wszystko. Był jej, cały.
I w pewnym momencie też nabrał tego brzydkiego przyzwyczajenia, że zachowywał się, jakby Queenie była jego. Wiedział, że jest butna, że będzie z nim walczyć, sprzeciwiać mu się, uciekać, ale i tak zawsze... Prędzej, czy później lądowała przy nim. Zejdź do mnie. Wróć do mnie. Queenie.
Złapał ją na ręce bez ostrzeżenia, nie dając jej wyboru, ani ucieczki. Bo może już go nie miała? Ares to już nie był ten dzieciak, który ze złamanym sercem tak szybko się poddał. On teraz zamierzał o nią walczyć. Nawet jeśli miałby przy tym Heatha poćwiartować i opisać to w swojej książce.
- Nie - odpowiedział od razu, kiedy kazała mu się postawić. Ale przecież oni oboje wiedzieli, że tego nie zrobi. Bo chociaż to Ares zazwyczaj giął przed nią kark, spełniał jej zachcianki, to też potrafił się jej zbuntować.
Wciągnąć ją na drzewo i zostawić na najwyższej gałęzi, tylko po to, żeby patrzeć jak się na niego złości, jak każe mu się ściągnąć.
Teraz też się mogła złościć, ale on jeszcze zaczepnie poprawiła ją w ramionach, podrzucając. Musiała czuć na policzku, jak serce wali mu w piersi, jak uderza mocno, jakby chciało się z niej wyrwać, do niej...
Do żadnej innej tak nie biło.
Posadził ją na stole, ale się nie odsunął, wręcz przeciwnie jego ręka na jej kolanie bezpośrednim przekazem mówiła jej, że on nie zamierza się dystansować. Nie zamierza już jej zostawiać. Ani też pozwolić jej uciec.
- A dla kogo? - odpowiedział pytaniem na to jej, jakby chciał jej pokazać, że przecież dla niego, zawsze, liczyła się tylko ona. Nikt więcej.
Nie musiałam cię nigdy tracić, te słowa jakoś tak boleśnie wdzierają mu się pod skórę, dotykają gdzieś głęboko, bo co mu chciała w ten sposób powiedzieć?
Że nie potrafiła go kochać, bo jak? Jego?
Tego biednego dzieciaka? Który nigdy by jej nie dał tego co Heath. Wtedy.
Ale mogła go trzymać przy sobie, jako jej zabawkę? Tego chciała? Mieć go zawsze przy sobie, na każde zawołanie? Nie kochać go, ale go mieć?
Tylko Aresowi w pewnym momencie to chyba już nie wystarczało, być tylko jej chłopcem do zabawy. Bo on pokochał ją całym sercem, całym sobą. Nad życie. Na wieczność. Po prostu ją kochał. I kiedy wierzył, że to jest ten moment, żeby wyznać jej co czuje, to co ona zrobiła?
Zgniotła. Zbrukała, te jego uczucia. Kilkoma zdaniami.
Jego kochać?
Wybrała tego dupka Heatha. Kompletnie nie przejmując się Aresowym sercem. Złamane. Pęknięte na pół. Milion kawałeczków, z których każdy jeden wciąż był tylko jej.
- Jest tam też pełno luźnych desek w podłodze, a ty wiesz jak po nich iść, żeby nie skrzypiały, żebyś mogła się wymknąć. Wciąż skrzypią Queenie, ja nie umiem ich omijać... - ciemne spojrzenie utkwił w jej oczach, chcąc jej przypomnieć jak go pouczała zawsze, Ares nie wchodź do salonu, bo deski skrzypią. A ona później je liczyła, w pięknym, lekkim tańcu, pokonując wszystkie bez jednego nawet jęknięcie wysłużonej podłogi. Czym były korniki do tych wspomnień?
Ona go od siebie odsuwa, a on napiera na jej rękę mocniej, bo chce być bliżej. Bo chce ją mieć znowu, blisko, dla siebie.
- Ja przecież ciebie zawsze Queenie... - zaczął, ale ona zaciska mocniej palce na jego koszuli, a Ares spuścił na nie spojrzenie, na jej drobne, jasne paluszki. A kiedy ona znowu mu robi te wyrzuty, to... O kurwa. Jak on bardzo chciał się do niej znowu szarpnąć, wpić łapczywie w te miękkie, pełne wargi. W pocałunku, który rozwiałby jej wszystkie wątpliwości. Tylko czy miał do tego jakiekolwiek prawo?
Cofnął się, przesuwając palcami po jej kolanie, zabierając rękę, którą zaraz włożył do kieszeni spodni.
- Bo teraz mogę kupić ci dom. Mogę ci dać wszystko, to czego pragnęłaś... Już możesz mnie po prostu... - nie dokończył, bo wtedy usłyszeli śmiechy i rozmowy na werandzie. Heath i Bree, która zaraz odezwała się głośno.
- Co to za wspaniały wieczór braciszku! Przespacerujmy się po ogrodzie... Słyszysz jak świerszcze grają? Cudownie... - może Queenie chciała się ujawnić?
Może powinna, wyjść tam i powiedzieć, że przyszła się przewietrzyć?
A Ares mógłby zostać w cieniu, póki nie opuszczą ogrodu, ale zamiast tego, on znowu robił coś... irracjonalnego.
Bo znowu wyrwał się za Queenie, żeby przyciągnąć ją do siebie, w najbardziej zacieniony zaułek altany. Przycisnął ją do siebie mocno, tak, że na plecach mogła czuć jak galopuje mu w piersi serce. Dziko. Szybko.
Palce ułożył na jej pełnych wargach, zamykając je, i tylko jej szybki oddech, powietrze, które wypuszczała nosem, igrało na jego palcach.
- Zostań ze mną... - wyszeptał jej do ucha, kiedy jego zarośnięty policzek wtulił się gdzieś w jej jasne loki.
A Heath i Bree, trzymając się pod rękę zaczęli beztroski spacer po ogrodzie wsłuchując się w melodie, które wygrywały im świerszcze i cykady. Ares wsłuchiwał się w oddech Queenie. Ukryci w mroku, który dawały im różane krzewy, których ciernie... wbijały mu się w plecy, do krwi.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


zostań ze mną

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: ndz lip 05, 2026 10:22 pm
autor: Queenie Wyatt
- Nie wiem, dla siebie? Jesteś przecież najbardziej samolubnym człowiekiem, jakiego znam- wycedziła przez zęby, starając się jeszcze nie unosić na niego głosu. Krzyk nie byłby ich sprzymierzeńcem, szczególnie, że starali się ukrywać. To znaczy ona się starała, bo on nie podnosił głosu wiedząc, że nawet bez tego jest w stanie wyprowadzić ją z równowagi.
A było tak.
Patrzy na niego i nie wierzy w to co on mówi. O luźnych deskach, które łamią jej serce, bo przypomina sobie jak skakała przez nie bezgłośnie. I o tym, że teraz może dać jej ten dom. Jej serce zatrzymało się na chwilę, kiedy zrozumiała, poniekąd do czego on pije.
Ares chciał jej dać te bogactwa? Tak jakby mógł wymazać pieniędzmi dekadę swojej nieobecności? Jak bardzo stał się podobny do Bylthów, do Wyattów, skoro sądzi, że prezent może być warty tyle ile jego (nie)obecność.
Nagle drzwi na taras się otwierają, a ona panikuje. Już myśli, żeby położyć sie na deskach w altance i jej myśli galopują wymyslając wszystkie rodzaje wymówek, które sprzeda Heathowi, który ją zaraz znajdzie tu. Ją która boli podobno głowa. Z Aresem dyskutującą tak, że ledwo jakiekolwiek centymetry dzielą ich twarze. Na początku zdenerwowała się okrutnie tym co zrobił Ares. Miotał nią jak szmacianą kukłą, tu ją sadza na stole, tu ją znów ściąga z niego i zaciąga ją w najciemniejszy kąt. Dobrze, że zasłonił jej usta, chociaż na początku chcała go ugryźć. Wstrzymała oddech słyszac, jak Bree i Heath postanawiają, że zrobią sobie spacer. Była po prostu p r z e r a ż o n a.
Jeżeli Heath ją tu zobaczy z Aresem - co sobie pomyśli? Gorzej, co Queenie zrobi? Czy będzie się mu tłumaczyć, czy wybuchnie śmiechem widząc jego zdziwioną twarz. Przecież Wyatt nie mógł poważnie sądzić, że zdoła ją zdobyć, prawda?
Mogła też wyrwać się Aresowi, zdradzić swoje położenie a może nawet oskarżyć go to, że ją obłapywal w altance w jej własnym domu. Mogłaby to zrobić, przecież była na niego zezłoszczona.
Ale miała wątpliwość, czy to dobry pomysł.
I wtedy usłyszała w szept Horne'a, który pomógł jej podjąć decyzję i zostać na miejscu. Jej własne serce mocno biło, ale może wydawało jej się, że czuła też to jego. Uniosła rękę do jego ramienia, którym trzymał jej usta, ale nie kazała jej zabrać. Drugą dłonią odnalazła tę jego i splotła z nim palce. Przez chwilę ta dziwna pozycja była najgorszą w jakim mógł ich znaleźć jej mąż, ale zaraz Ares ją obejmuje a ona trzyma go wciąż za rękę obejmującą, więc robi się jeszcze bardziej nie-wybaczalnie.
Kiedy Heath z siostrą przechodzili na wysokości altanki Queenie odruchowo jeszcze mocniej się chce cofnąć i teraz już całym ciałem przylega do Aresa. Jej dłonie zaczęły drżeć ze stresu, kiedy Bree spytała:
- Robiliście jakąś renowację altanki? Queenie mówiła, że chciałaby tam zawiesić lampeczki.. - świergocze, na co Heath odpowiada - A faktycznie, ale od narodzin Percy'ego zarzuciliśmy ten plan, musimy do tego wrócić. Chodź pokażę ci nasz basen, planowaliśmy z Queenie zrobić pool party.. - i przechodzą dalej, dalej, aż nagle znikają za rogiem domu, tam gdzie jest basen.
Całe ciało Queenie się rozluźnia, poczuła że była spięta dopiero wtedy kiedy się rozluźniła. Palce Aresa również odpuszczają, co pozwala jej odnaleźć się w sytuacji i momentalnie odchodzi od niego, chociaż jeszcze przez moment czuje na plecach twardość jego ciała. Zaraz odwraca się do niego przodem i kręci głową.
-Nie waż się więcej robić nic podobnego, ja mam męża Ares - powiedziała to tak, jakby wcale nie był z nią wcześniej dopiero co na obiedzie z tym mężem. Stojąc przed nim, mimo ciemności, widziała jego oczy , bo kiedy zrobił kilka kroków w jej stronę światło z księżyca oświetliło mu część twarzy. Wyglądał jak bohater swojej powieści.
A ona przez moment w jego ramionach zachowała się jak głupia bohaterka jego powieści.
Nie chciała odchodzić pokłócona. Przejeżdża rękoma po sukience, jakby chciała ją wyprostować i składa ręce splecione z przodu.
- Pojutrze przyjdę odwiedzić Cię w nowym domu. Liczę, że będziesz wtedy zachowywać się bardziej cywilizowanie - i jak oświadczyła, tak jeszcze przez moment zawiesiła na nim spojrzenie, i odwróciła się, żeby wrócić do willi. Jeszcze gdzieś z tyłu słyszała przytłumione głosy Heatha i Bree, którzy przeszli na przód budynku i żegnali się, bo Bree już miała zamówioną limuzynę do domu, a ona tymczasem wróciła do domu, zamknęła na cztery spusty drzwi tarasowe i pobiegła w ostatniej chwili na górę, bo chwilę później przyszedł Heath oświadczyć, że wszyscy już poszli.
Tylko Queenie nie była taka do końca pewna, czy wszyscy poszli.
Bo kiedy poszła odłożyć diamentowe kolczyki na toaletce przy oknie, miała wrażenie, że widzi mały punkcik światła w ciemnym ogrodzie. Przypominający żarzący się papieros.
jesteś tu jeszcze?

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pn lip 06, 2026 1:17 pm
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Jesteś przecież najbardziej samolubnym człowiekiem, jakiego znam - był?
Czy może to panienka Queenie Bylthe, lat osiemnaście, była? Kiedy tak bezczelnie patrzyła mu w oczy i powtarzała, jesteś mój Ares, już zawsze będziemy razem, a później co?
Później w odruchu egoizmu, złamała mu serce.
Wywrócił czarnymi ślepiami, ale zamiast jej to powiedzieć, że samolubna była tylko ona, to on jej opowiada o deskach, o dworku, który kupił dla niej.
Bo teraz mógł. A nie tak, jak kiedyś. Co on wtedy mógł jej dać? Oprócz swojego serca? Oprócz miłości, takiej, która wydawało im się wtedy, że mogła góry przenosić.
A jednego dnia po prostu zniknęła. Pogrzebana w bólu, we łzach, w zaciśniętych zębach. W jednym zdaniu jak mogłabym go kochać Kristin?
Nie mogła.
Ale teraz może?
Nie. Bo nagle do ogrodu wychodzi jej mąż. Bo Queenie Wyatt przecież jest mężatką. A Ares czasem o tym zapomina. Jak teraz kiedy wciągnął ją w zacieniony kąt altanki, kiedy krępuje ją w uścisku, w swoich ramionach, które otaczają ją szczelnie. A palce na jej ustach muskając jej wargi, jakoś tak czule, kiedy oparła dłoń na jego przedramieniu. Ich ręce odszukały się, i co gorsza, wciąż idealnie do siebie pasowały, kiedy splotła swoje jasne paluszki z tymi jego, smagłymi i szorstkim. A kiedy cofnęła się jeszcze mocniej przywierając do jego torsu, to nie liczyły się nawet ciernie róż, które wbijały się w jego plecy, bo liczyło się tylko to, że była blisko. Tak blisko, że czuł na sobie jak... drżała. I tak trwali, słuchając rozmowy na temat altanki.
Na szczęście Heath sprowadza ją na temat basenu, a Ares... pożałował, że tu nie weszli. Że Wyatt nie zobaczył swojej żony w jego ramionach. Tam, gdzie było jej miejsce. Przy Aresie.
Zabrał powoli rękę z jej ust, opuszkami jeszcze muskając pełne, gorące i drżące wargi. Drżały ze strachu, czy już z jego dotyku?
- Masz, i co? - zmarszczył brwi i zrobił krok w jej kierunku, bo kim był jej głupi mąż, żeby ich rozdzielić? Nikim.
Światło księżyca pada na jego twarz wyostrzając jego i tak już posępne rysy, kiedy tak się w nią wpatruje czarnymi oczami. Chciał się do niej wyrwać, ale Queenie dystansuje go dłońmi splecionymi z przodu. Zamyka się przed nim. A Ares tylko stoi z tym ciemnym spojrzeniem wbitym intensywnie w jej jasne oczy.
Chciała go, czy nie?
Chciała.
- Pojutrze... A czemu nie jutro? - zapytał od razu, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Nie dostał od niej już nic...
Dostał, ostatnie ukradkowe spojrzenie w kierunku altanki, kiedy wchodziła do domu.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Nie wiedział ile czasu spędził jeszcze w jej ogrodzie. Z głową zadartą do góry, wpatrując się w okno jej sypialni, gdzie jeszcze wciąż świeciło się światło. Wypalił trzy papierosy, każdy jeden z niedopałków lądował pod różą.
Aż w końcu okno zaszło czernią. A Ares jeszcze przez chwilę w nie patrzył, jakby spodziewał się tam jej jasnej postaci.
Nie doczekał się.
Wrócił do domu, gdzie od razu zaprał białą koszulę, na której, na plecach, miał ślady świeżej krwi.
W lustrze widział na swojej skórze te czerwone pręgi, które zostawiła mu piękna, dostojna róża z ogrodu Wyattów.
Ale te pręgi były niczym w porównaniu do bólu, który toczył go od środka, kiedy zastanawiał się... czy ona wciąż do niego coś czuje.
W jej oczach widział, że tak. Ale te słowa.
Nie waż się więcej robić nic podobnego, ja mam męża Ares.

Odważy się?

Oczywiście.
Już na następny dzień spacerował po Wichrowych Wzgórzach, które rozciągały się pomiędzy willą Wyattów i jego starym dworkiem Bylthów. Ciągnęło go do Queenie.
Ale popołudniem swoją obecnością zaszczyciła go Bree.
Zjedli razem obiad, który przygotował im sam Ares, nie żadną sałatkę, a ciężkie risotto z boczkiem. Wypili butelkę czerwonego wina, które sprawiło, że policzki panny Wyatt pokryły się rumieńcem, a może to jednak te dwuznaczne teksty, które posyłał jej Horne?
Chciała... Jak ona bardzo chciała wylądować w jego pościeli. Bo czytała już chyba namiętnie Obietnicę, nawiązała do niej. Ale Ares uznał, że ciekawszym tematem był... wazon, który został tutaj po babce Bylth, stara porcelana.
- Okropny - stwierdziła Bree.
- Jak twoja sukienka Bree, a jednak zachowałem to dla siebie - odburknął jej bezczelnie Ares.
A blondynka się obraziła. Ale jeszcze zawahała się na progu jego domostwa, jeszcze zapatrzyła w jego ciemne oczy.
Mogła mu to wybaczyć? W jednej z trzech sypialni na górze, o których jej opowiadał?
Pewnie tak, ale nie było im dane się o tym przekonać.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Następnego dnia Bree bez zapowiedzi wpadła do swojego brata i szwagierki, która ewidentnie gdzieś się szykowała przekładając w jednej z szaf swoje sukienki.
- Idziesz gdzieś Queenie? - zapytała, ale nie zraziło jej to wcale, oparła się o ścianę obok szafy, a zaraz kontynuowała - byłam wczoraj u twojego przyjaciela Aresa. Boże Queenie, jaki on jest okropny, a jednocześnie... pociągający - wypuściła ciężko powietrze z płuc wspominając tą wizytę z drżeniem, które powędrowała po karku prosto do jej ust. Nie całowali się nawet, a ona marzyła o tym, żeby tak było, śniło jej się to. Nie mogła przestać o tym myśleć - Queenie może powiedziałabyś mu o mnie coś... miłego? - zapytała trochę nieśmiało, Bree nigdy nie była przebojowa, na tle swojego brata i kuzynostwa wypadała blado. Cichutka, szara myszka, wśród lwów, reszty Wyattów.

przyjdź do mnie

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: śr lip 08, 2026 12:20 am
autor: Queenie Wyatt
Jutro nie, bo jutro... jutro brzmi jakby była desperacko oczekująca jego obecności. A ona musała ochłonąć, pozwolić sobie na zdystansowanie się do sytuacji. Musiała sprawdzić, czy jeżeli minie czterdzieści godzin odkąd się ostatnio widzieli, to czy będzie w stanie zachować się przy nim mniej podejrzanie?

Ale minęło godzin dziesięć i przy śniadaniu złapała się na tym, że przygotowując naleśniki dla męża (czego nie robiła za często, bo mieli pomoc domową), odpływa myślami. I spaliła pięć kolejnych naleśników, nim porzuciła ten pomysł. Powiedziała Heathowi, że muszą wymienić patelnię albo kuchenkę, na co on skomentował to tak, że Carmen - ich gosposia - jakoś sobie świetnie z nią radzi, więc póki ona mu nie zwróci na to uwagę, to nie będzie nic takiego robić. Minęło czternaście godzin i przejeżdzając samochodem w drodze na kawkę z koleżankami, przejechała zupełnie zaplanowanym przypadkiem tuż przed jego domem.
Dworek nie wyglądał na bardzo ogarnięty, ale widać było że przed wejściem stoi wielki kontener, który zapełniał się śmieciami, deskami, kamieniami, wynoszonymi z wnętrza. Przychyliła się nad kierownicą, chcąc zajrzeć na górę, czy przypadkiem witraż nad wejściem jeszcze istnieje. Istniał. Uśmiecha się lekko, ale chwilę później jej serce zaczyna przyśpieszać, bo kiedy już ma minąć dom, widzi ruch w kuchni.
Czy to był on?
Czy robił sobie teraz obiad?
Czy szykował się na wieczór? A może szykuje jakieś smakołyki na przyjęcie jej kolejnego dnia?
Dwadzieścia dwie godziny później całowała swojego męża i chociaż ich pieszczoty przypominały każdą inną grę wstępną, która prowadzili w ostatnich pięciu latach, myślami była gdzieś indziej. Mówiła nagle Heathowi gdzie ma ją dotknąć, co go zdezorientowało, nawet chyba spyta, czy ona myśli że on nie wie, jak ma dać przyjemność żonie? Arogancka nuta nawet jej się spodobała, ale to tyle. Ares wciąż siedział w jej głowie. Musiała sobie wyobrazić, że to jego ręce ją dotykają, żeby nie udawać przy mężu za bardzo.

Czterdzieści pięć godzin później przerzucała sukienki w szafie z zapałem. Miała prawie piętnaście żółtych sukienek. Co ona zrobi z tymi żółtymi sukienkami teraz? Chyba podświadomie kupowała je dlatego, że Ares by ich znienawidził, ale co ciekawe Heath mówił zawsze, że pięknie jej w żółtym. I w złotym. Moment rozważań przerywa siostra Heatha, która niespodziewanie pojawia się w rezydencji. Najwyraźniej przyszła poplotkować, na co Queenie nie miała teraz czasu. Tyle, że zainteresowała się, bo Bree twierdzi, że była wczoraj u Aresa. CO? Jakim niby prawem tam polazła? Musiał ją zaprosić. W co on pogrywa? Queenie unosi bystre spojrzenie i kieruje je w stronę szagierki.
-Ale dlaczego miałabym mu coś o Tobie powiedzieć, skarbie? - pyta słodko, udając zupełnie nieświadomą tego do czego pije Bree. Najwyraźniej i ją dopadł amor Horne'a. Już zapomniała jaki efekt na kobiety mógł mieć Ares. Bree śmieje się lekko i rumieni - Och, no wiesz, bo pomyślałam, że mogłabym się z nim umówić. Z tego co wiem nie ma nikogo i jest wolny. Takie ciacha nie są długo wolne - paple, a Queenie czuje jak zaczyna jej coś pulsować w głowie, chyba żyłka nerwu. Umówić? Bree? Dobre sobie, może odrazu powinni się umówić na podwójną randkę?! - I sądzisz, że mógłby się Tobą zainteresować? Proszę Cię, nie jesteś w jego typie - powiedziała nieco ostro, na co Bree nieco się obruszyła i Queenie widzi w lustrze jej zmarszczone czoło. Przesadziła. Pokazała ślad prawdziwej twarzy, coś co ukrywała przed Wyattami wiele lat. Musi się wytłumaczyć. - To znaczy, kochanie, to nie chodzi o Ciebie, nie przypominam sobie po prostu aby Ares traktował poważnie jakąkolwiek dziewczynę, nie chciałabym, żeby się toba zabawił - udaje troskę, dobrze wiedząc, że Ares bardzo poważnie traktował tylko ją. A później nie widziała go dziesięć lat, więc co niby wie. Ale wtedy Bree ją rozwaliła tym co powiedziała: - Ale ja bym nie miała nic przeciwko, żeby się ze mną zabawił. Widziałaś jakie on ma ramiona?
Oczywiście, że widziała.
Wybrała dwie sukienki, które podobały jej się najbardziej: różową oraz białą. Przez moment obserwuje ich materiały i porównuje. Różowa była nieco bardziej seksowna, ale biała... biała sukienka robiła wrażenie. Queenie przechodzi do toaletki przy której zaczyna rozpuszczać swoje loki z papilotów.
-Poza tym, wczoraj dawał mi sygnały, że jest mną zainteresowany... poniekąd - to brzmiało trochę jak przechwałki i Queenie podejrzewała, że było absolutnym mitomaństwem. Jak Ares mógłby być zaintersowany takką kreaturą, kiedy wiedział, że ma ją na odległość kilku kroków?
-To nie jest mężczyzna dla Ciebie
Queenie była zdecydowana i zdecydowanie chce skończyć tę rozmowę. Bree natomiast zdziwiła się i powiedziała, że już nie będzie jej przeszkadzać w szykowaniu sie.
Zanim Queenie wyszła z domu jeszcze tylko dwa razy została zaczepiona przez Bree.
Miała jej serdecznie dość.

Wciska dzwonek do drzwi, ale nie rozlega się żaden dźwięk. Zastanawia się chwilę, ale po naciśnięciu klamki okazuje się, że drzwi są zamknięte. Nie czekał na nią? Poprawiła materiał białej rozkloszowanej sukienki wiązanej na szyji i postanawia przejść się wokół domu. W jednej ręce balansuje z koszyczkiem z ciastkami, w drugiej... cóż próbuje złapać równowagę. Dopiero po pokonaniu dwóch zakrętów, kiedy obeszła dom, okazuje sie, że Ares siedzi z tyłu.
Przy lampeczkach i świecach rozstawionych na tarasie wyglądał zjawiskowo.
- Zapominałeś, że obiecałam Cię dziś odwiedzić? Twój dzwonek nie działa.. - uświadamia mu pewnie znany mu fakt i po chwli zastanowienia stawia na stolik koszyk, który przyniosła. W środku były ciasteczka, ale też kanapki z indykiem. Oczywiście sama nie robiła tych kanapek.
- Przyniosłam Ci coś do jedzenia, bo pewnie jesteś zmęczony po dzisiejszych robotach wokół domu
Ciekawe, bo nie wyglada na bardzo zmęczonego. Raczej na kogoś kto czekał na gości.

na kogo czekasz?