Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?
: czw lip 02, 2026 7:46 pm
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłośćOd razu widać było ile czasu mu poświęcili, wspólnie. Dopieszczone do porzygu, idealne firanki w kolorze złamanej kości słoniowej, i ogromne płytki, w których Queenie mogła się pewnie przeglądać, gdy światło wpadało prosto na nie, przez te wielkie okna.
A to co? Dodatki w kolorze jej błękitnego spojrzenia? Ktoś tu bardzo się starał, żeby zadowolić swoją żonkę.
- Zabawne - zgodził się z Queenie Ares, ale jakoś tak chłodno i kiedy ona chichocze, to on tylko na nią patrzy. To tylko te ciemne oczy nie mogą się nadziwić ile sztuczności jest w tym jej uśmiechu - boki zrywać - dodał jeszcze bezczelnie, żeby ją zaczepić. Heath patrzy na nich dziwnie, jakby w swojej głowie nie wiedział o co tu w tym wszystkim chodzi. Nie rozumiał kompletnie ich gierek i zabaw.
Kiedy Queenie tak samo śmiała się z nieśmiesznych żartów swoich bogatych, dudkowatych przyjaciół, a Ares wywracał tylko oczami. Boki zrywać - ten sam tekst, który powtarzał lata temu.
Nigdy nie pasował do jej świata.
A dzisiaj odnajdywał się w nim aż za dobrze.
Chociaż dobrych manier chyba wciąż mu brakowało, przy stole, kiedy znowu arogancko zaczepiał Panią Wyatt. Uniósł jedną brew, a kącik jego ust uniósł się ku górze, kiedy dramatyzując zwróciła na siebie uwagę wszystkich. Queenie zawsze lubiła być w centrum uwagi. Lubiła kiedy wszystkie spojrzenia zwrócone były w jej kierunku, ale czy potrzebowała ich wszystkich?
Czy może jednak tylko jego?
- Nie wiem, to ty ją czytałaś Queenie, ja tylko je piszę i zamykam, a potem kobiety takie jak ty... Dopatrują się cytatów, które brzmią JAKBYM - to słowo podkreślił wchodzą w ich niewinną gierkę - pisał o nich - a przecież pisał o niej. Za każdym pierdolonym razem, chowała się za błękitnymi spojrzeniami i blond lokami bohaterek jego powieści.
Oparł łokcie na stole, zupełnie bez kultury, ale teraz doskonale widać spod białej koszuli jego tatuaże, mięśnie też rysują się pod cienkim materiałem. Coś w tym było, że Horne lubił tymi swoimi słowami wywoływać emocje, rumieniec na policzkach Bree, która teraz wpatrywała się w niego jak w jakiś piękny obraz. Westchnęła ciężko sunąc błękitnym spojrzeniem po jego ręce, i sama opiera się o obrus, z błękitnymi jak ich oczy, wstawkami.
Tylko te Aresa są ciemne, wpatrzone w Panią Wyatt, kiedy kropelka zimnej wody błądzi gdzieś w kąciku jej ust nie trafiając w te pełne wargi i spływa jej po brodzie.
Chciałby być tą kroplą.
Dopiero kiedy Heath znowu się odzywa, to Horne przenosi na niego ciemne spojrzenie. Unosi jedną brew.
Grzecznie, czy nie?
- Nu-da - niegrzecznie - gustuje raczej w kryminałach, może gdyby ktoś cię zabił i poćwiartował, wtedy mógłbym to opisać Heath - czy on mu właśnie sugerował, że Heath Wyatt wiódł nudne życie?
Oczywiście.
A do tego bezczelnie mówił, że jakby ktoś go poćwiartował byłoby ciekawe, godne spisania przez Aresa Horna.
Bree sama nie wie czy ten facet ją intryguje, czy przeraża, przygryza swoje wąskie usta wpatrując się w Aresa bardzo intensywnie. Heath coś kręci nosem. A Ares?
On znowu patrzy na Queenie. Ratuj sytuację księżniczko...
Znowu.
Zrobiła to, bo od krwawych kryminałów i mrocznej strony duszy Aresa Horna ona przechodzi do... poezji. Tego pierwiastka łagodności i poetyckości, który w nim siedział.
Głęboko.
Ale kurwa.
Kiedy on napisał jakiś wiersz? Dziesięć lat temu? Dla niej? Od tej pory próbował, z marnym skutkiem, bardzo marnym, bo nie miał natchnienia. A ono siedziało przed nim, w błękitnej sukience Grace Kelly.
- Dziesięć lat nie pisałem żadnych wierszy - najpierw zaznacza jej, że bez niej żaden z niego poeta, ale kiedy Queenie przytacza słowa, które kiedyś sam jej recytował, bardzo uroczyście. Tańcząc na parapecie jej okna, na które wspinał się po różanej pergoli, pod osłoną nocy, w świetle jedynie księżycowej poświaty.
nie będę szukał śladów.
Znam drogę,
którą wybiera twoje serce.
- Najciemniejszą... - to jego taką wybrało. Ciemną drogę, w której nie było jej.
Nawet na moment nie spuścił z niej spojrzenia, gdy znowu się roześmiała. Wywrócił tylko tymi ciemnymi oczami. Dzisiaj te wiersze ją bawiły. A wtedy słuchała ich z wypiekami na policzkach, prawie takimi jak te, które malowały się na bladym licu Bree.
Ares teraz wbił ciemne spojrzenie w szwagierkę Queenie.
- Kupiłem tą willę po sąsiedzku, była trochę zaniedbana, ale właśnie trwa tam remont... - rzucił jak gdyby nigdy nic. Jakby to były najnormalniejsze rzeczy na świecie, że on po dziesięciu latach wraca do Toronto i kupuje willę obok... niej.
Bree aż się zapowietrzyła, nabiera tak łapczywie w płuca powietrze, aż podniosła się na krześle, a długie, smukłe palce zaciska na jasnym obrusie.
- A może potrzebujesz dekoratorki wnętrz Ares? Bo ja się tym właśnie zajmuję - powiedziała na jednym wydechu.
A Horne uśmiechnął się do niej zaczepnie. Wiedział przecież.
- Potrzebuję - powiedział spokojnie wkładając do ust kolejny kawałek mięsa. I kiedy on je przeżuwał, to Bree zaczyna mu nawijać o tym jak piękna jest ta willa po sąsiedzku, że to kiedyś był jakiś dworek, ale go przerobili, zostały pewne elementy, że nie jest jedną z tych nowoczesnych willi, gdzie wszystkie wyglądają tak samo, tylko to miejsce z duszą.
Ares zerknął kątem oka na Queenie.
- Chciałbym wydobyć jej prawdziwy charakter, żeby nie zatraciła się w luksusie, pozostała sobą... - mówił o swoim nowym domu czy jednak Pani Wyatt? Która kiedyś była... inna? - Rozumiesz mnie Bree? - dopytał, a kobieta kiwa głową energicznie.
- Mogę jutro do ciebie przyjechać ją obejrzeć - widać po niej, że bardzo tego chciała. Obejrzeć willę? Czy jednak Aresa?
- Możesz nawet dzisiaj, po kolacji. To osiem minut spacerem przez te wietrzne wzgórza... Wiedziałaś? - teraz zwrócił się do Queenie. Wiedziała, że będzie go miała teraz tak blisko? Spacerowała po tych wzgórzach, czy już zupełnie zapomniała o tym, jak to jest? Zamykając się w luksusowym świecie, w którym nawet wiatr pachniał inaczej.
wiedziałaś?