down in the darkness i've made my home
: pt cze 26, 2026 6:13 pm
Musiała istnieć jakaś granica tego, od czego był w stanie odwrócić wzrok. Coś, co niezaprzeczalnie byłoby zbyt ciężkie, by jego kręgosłup moralny mógł ten ciężar utrzymać. Coś, co złamałoby go w pół gdyby spróbował to zignorować.
Czymś takim mogli być ci ludzie.
Odwracał od nich spojrzenie, zamiast tego skupiając się na niej - na jej twarzy, na której wcześniej tkwiła ręka osoby, która nie miała żadnego prawa tej ręki podnieść. Jego wściekłość mieszała się z ulgą świadomości tego, że była cała - a jednocześnie popędzana była przez świadomość, że było to tymczasowe.
Że tkwili wewnątrz pieprzonego kontenera, pośród magazynu wypełnionego uzbrojonymi członkami mafii.
- Nie zamierzałem dać się zabić, najwyraźniej w przeciwieństwie do ciebie - odparował natychmiast, sięgając pod materiał własnej koszulki by wyciągnąć spod niej kabel podsłuchu. Wyszarpnął go, nie czując odklejającej się taśmy, jakby powierzchnia jego skóry stała się nieczuła pod wpływem adrenaliny.
Zbliżył się, stając plecami do ludzi, jakby i oni byli przeciwnikami, mogącymi wykorzystać wszystko co zobaczą i usłyszą by negocjować wolność, która została im odebrana.
- Zamierzałem wpierdolić ich wszystkich do więzienia - wycedził, odłączając urządzenie, wsadzając do kieszeni pusty, elektroniczny śmieć bez żadnej wartości teraz, gdy uchwycił więcej ich winy niż grzechów mafioza. - Wszystkich, którzy w tym więzieniu powinni siedzieć.
Wszystkich, łącznie z nim.
Prychnął, odwracając się znów bokiem do niej, bokiem do zgromadzonych w kontenerze osób. Rzucił gniewne spojrzenie w stronę pełnych przerażenia wyrazów twarzy, usilnie analizując, sprawdzając czy istniała wersja rzeczywistości, w której oni wszyscy wychodzą na wolność.
W którym sprawiedliwość i prawo zwyciężały w tym pieprzonym, odwróconym do góry nogami świecie, w którym łatwiej było to prawo łamać niż go przestrzegać.
- Żadne z nas nie będzie się nikogo pozbywać - dodał wściekle, sama sugestia wzburzyła jego krew, a nawet nie padła od niej - ona tylko powtórzyła to, co wypowiedział na głos Carbone.
Wyswobodził nadgarstek z jej uścisku - nie dlatego, że potrzebował dystansu, ale dlatego, że potrzebował wolności w zaciskaniu własnej pięści bez obawy, że zaciśnie ją na jej ramieniu. Potrzebował dystansu, w którym jego przestawiony w tryb przetrwania mózg mógł posiadać trzeźwość myślenia, a napięte ciało przyzwolenie na szorstką gwałtowność.
- Wyjdziemy stąd oboje - dodał ciszej, ochryple, czując drętwienie knykci, które chwilę wcześniej usiłowały kupić sobie wolność przemocą. - Wyciągnę Morettiego z więzienia.
Dokumenty, których potrzebował Carbone, już istniały.
Powstały wtedy, gdy, zgodnie z prawdą, mówił jej, że nad tym pracuje. Wtedy, gdy wciąż widział wizję przyszłości, w której jakoś to było i po wypuszczeniu mordercy na wolność, mogliby przejść z tym do codzienności.
Coś, czego próbował uniknąć do tego stopnia, że był skłonny samemu wyciągnąć dłonie naprzód, pozwalając komuś innemu zakuć na nich kajdanki.
Coś, co nie powinno się wydarzyć w o g ó l e.
margo mercer
Czymś takim mogli być ci ludzie.
Odwracał od nich spojrzenie, zamiast tego skupiając się na niej - na jej twarzy, na której wcześniej tkwiła ręka osoby, która nie miała żadnego prawa tej ręki podnieść. Jego wściekłość mieszała się z ulgą świadomości tego, że była cała - a jednocześnie popędzana była przez świadomość, że było to tymczasowe.
Że tkwili wewnątrz pieprzonego kontenera, pośród magazynu wypełnionego uzbrojonymi członkami mafii.
- Nie zamierzałem dać się zabić, najwyraźniej w przeciwieństwie do ciebie - odparował natychmiast, sięgając pod materiał własnej koszulki by wyciągnąć spod niej kabel podsłuchu. Wyszarpnął go, nie czując odklejającej się taśmy, jakby powierzchnia jego skóry stała się nieczuła pod wpływem adrenaliny.
Zbliżył się, stając plecami do ludzi, jakby i oni byli przeciwnikami, mogącymi wykorzystać wszystko co zobaczą i usłyszą by negocjować wolność, która została im odebrana.
- Zamierzałem wpierdolić ich wszystkich do więzienia - wycedził, odłączając urządzenie, wsadzając do kieszeni pusty, elektroniczny śmieć bez żadnej wartości teraz, gdy uchwycił więcej ich winy niż grzechów mafioza. - Wszystkich, którzy w tym więzieniu powinni siedzieć.
Wszystkich, łącznie z nim.
Prychnął, odwracając się znów bokiem do niej, bokiem do zgromadzonych w kontenerze osób. Rzucił gniewne spojrzenie w stronę pełnych przerażenia wyrazów twarzy, usilnie analizując, sprawdzając czy istniała wersja rzeczywistości, w której oni wszyscy wychodzą na wolność.
W którym sprawiedliwość i prawo zwyciężały w tym pieprzonym, odwróconym do góry nogami świecie, w którym łatwiej było to prawo łamać niż go przestrzegać.
- Żadne z nas nie będzie się nikogo pozbywać - dodał wściekle, sama sugestia wzburzyła jego krew, a nawet nie padła od niej - ona tylko powtórzyła to, co wypowiedział na głos Carbone.
Wyswobodził nadgarstek z jej uścisku - nie dlatego, że potrzebował dystansu, ale dlatego, że potrzebował wolności w zaciskaniu własnej pięści bez obawy, że zaciśnie ją na jej ramieniu. Potrzebował dystansu, w którym jego przestawiony w tryb przetrwania mózg mógł posiadać trzeźwość myślenia, a napięte ciało przyzwolenie na szorstką gwałtowność.
- Wyjdziemy stąd oboje - dodał ciszej, ochryple, czując drętwienie knykci, które chwilę wcześniej usiłowały kupić sobie wolność przemocą. - Wyciągnę Morettiego z więzienia.
Dokumenty, których potrzebował Carbone, już istniały.
Powstały wtedy, gdy, zgodnie z prawdą, mówił jej, że nad tym pracuje. Wtedy, gdy wciąż widział wizję przyszłości, w której jakoś to było i po wypuszczeniu mordercy na wolność, mogliby przejść z tym do codzienności.
Coś, czego próbował uniknąć do tego stopnia, że był skłonny samemu wyciągnąć dłonie naprzód, pozwalając komuś innemu zakuć na nich kajdanki.
Coś, co nie powinno się wydarzyć w o g ó l e.
margo mercer