Strona 2 z 3

come close to midnight, hell fade me down

: czw lip 02, 2026 3:21 am
autor: Vincent Monroe
Odpowiedź na jej pytanie była dość oczywista - czy nie widziała jej wymalowanej w jego twarzy, w ułożeniu jego sylwetki, w ubraniu? Czy wyglądał na osobę, która chodziła na szlaki i znała różnicę między spacerowaniem po parku, a wchodzeniem po górach? Monroe czuł największą swobodę w przebywaniu na ulicach tego miasta - ten jej rodzaj, który zdobyć można było wyłącznie wychowując się w ich zakamarkach. Góry widział co najwyżej na obrazkach, w pożyczonych podręcznikach o powyrywanych stronach i powypisywanych na marginesach kurwach.
Przemilczał jej pytanie, bo ta odpowiedź nie malowałaby go w korzystnym świetle. A choć uważał, że była nudna, z jakiegoś powodu nie chciał wypadać w jej oczach niekorzystnie.
Kącik jego ust znów uniósł się w górę - a może już tam został od ostatniego czasu? - na dźwięk nie tego, co mówiła, ale tego, co tkwiło schowane w jej głosie pod tym oficjalnym tonem, którym się posługiwała.
W miejscach takich jak to, poznawani przez niego ludzie z reguły posiadali odwrotną tendencję - podchodzili z ogromem pewności siebie, który ulatywał w stronę sufitu wraz z tytoniowym dymem w miarę, gdy konwersacja trwała. Nieznajoma wydawała się nabierać śmiałości w jego towarzystwie, nawet jeśli ta śmiałość była tak skrzętnie schowana, że pod głośnym brzmieniem muzyki i jednokolorowymi światłami trudno było ją znaleźć.
Bardziej wyczuwał ją niż dostrzegał czy słyszał, w sposób, którego nie potrafił szczególnie wytłumaczyć.
I gdy już kontemplował ripostę, zastanawiając się na równi nad tym, co powinien odpowiedzieć, jak i tym dlaczego w ogóle przejmował się tym, co powinien odpowiedzieć, zza zasłony wydobył się charakterystyczny głos, który oboje znali.
- No gdzie ta piosenkarka? - prychnął Bennet do kogoś obok, bądź do samego siebie, jeśli liczba promili w jego krwi osiągnęła odpowiedni poziom.
I nagle coś klikło w jego głowie, w sposób absolutnie żenujący w swojej ociężałości. Nagle jej twarz, jej głos, wszystko to wydawało się znajome - wszystko przywodziło na myśl błogie parę minut w blasku scenicznych świateł nim przecięła je gwałtowność cieni pomieszczeń na zapleczu.
- Jesteś piosenkarką? - wydarło się z jego ust, nagle, idiotycznie, bo czy umiejętność dedukcji na tym poziomie powinna być tak żmudnie wypracowanym osiągnięciem? - To ty śpiewałaś wcześniej.
Gdy kolejne, żenujące odkrycie wypełniło lożę, wraz z nią zrobiła to ulotna obecność radnego. Bennet krążył, raz zbliżając się w ich stronę, raz z kolei ruszając gdzieś indziej i tylko zapach jego mocnej wody kolońskiej infiltrujący nozdrza zdradzał jego położenie z ich perspektywy.
- Słyszałem cię - zakończył, jedno zdanie stanowiące większy popis inteligencji od poprzedniego.
I wreszcie zaczął się podnosić, powoli, równie ociężale jak robiły to neurony w jego mózgu, który, swoją drogą, być może był jedną z ofiar dzisiejszych nadgodzin, bo zdawał się działać na opóźnionym zapłonie. Szkoda tylko, że Monroe nie potrafił określić, czy myślał tak wolno bo oberwał w głowę, czy po prostu z jakiegoś powodu w jej towarzystwie zmieniał się w idiotę.
Pozwolił sobie ochłonąć po tej zmianie pozycji, zbyt zafrasowany własnym łomotaniem w czaszce by w ogóle dostrzegać to, w jaki sposób - prawdopodobnie - znów wcisnęła się w oparcie kanapy. Jakby miała cholerny, szósty zmysł, bo sekundę po tym wyczuł znów wodę kolońską w powietrzu.
- Czy próbowałaś mu powiedzieć, że nie jesteś zainteresowana? - rzucił z przekąsem, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów, które uwierały go cały ten czas, gdy leżał. A skoro już były na zewnątrz, to wyjął ze środka jednego. - Czy wysyłałaś szereg sygnałów podprogowych jak to robisz ze mną, bambi?

is it love or is it a concussion

come close to midnight, hell fade me down

: czw lip 02, 2026 3:53 pm
autor: Violet Haze
Czasami organizm reagował szybciej, niż pojawiała się myśl. Odruch, instynkt, jakkolwiek należało to nazwać – jej ciało odpowiedziało właśnie tym na przytłumiony głos mężczyzny, który jeszcze nie tak dawno temu narzucał jej się całą swoją osobą, pomimo tego niezręcznego tańca, podczas którego ona próbowała odsunąć się, odzyskać dystans i wyraźniej zaznaczyć granicę, a on zdawał się nie dostrzegać absolutnie niczego poza własną chęcią jej przekroczenia.
Zerknęła nerwowo w stronę wejścia do loży, przez kilka sekund czekając w napięciu na dalszy rozwój sytuacji. Na to, czy ten sam mężczyzna jednak odważy się wejść za nią do środka, czy mimo wszystko odpuści, choć odpuszczanie nie pasowało jej do niego w żadnym wariancie, jaki zdążyła sobie w głowie ułożyć i z jakim już zdołał ją zapoznać.
Głos mężczyzny z loży znów skutecznie odwrócił jej uwagę.
Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć – powiedzieć, że nie była do końca piosenkarką. To słowo kojarzyło jej się z czymś większym. Z oczywistym talentem, ze ścieżką prowadzącą w stronę nagrywania utworów, regularnych występów przed większą lub mniejszą widownią, która cię kojarzyła. A ona, własną karierę, już nawet nie przez pryzmat skromności, a zwykłego, trzeźwego spojrzenia, oceniała jako właściwie nieistniejącą. Nawet występ w The Rapture był pokłosiem ciągu przypadków i nieoczekiwanego zastępstwa.
Ostatecznie nie odpowiedziała. Drugie stwierdzenie, zwykła konstatacja faktu, nie wymagało ani sprostowania, ani doprecyzowania. Wcześniej to była ona, miał rację. Tyle że teraz nie bardzo wiedziała, jakie właściwie wrażenie zostawiło to w nim, bo w jego reakcji nie potrafiła odczytać niczego wystarczająco prostego.
Patrzyła w jego stronę w kompletnej ciszy. Przyglądała się miejscu, gdzie powinien siedzieć, gdzie powinna była widzieć część jego korpusu usadowionego za blatem stołu.
Kolejne jego słowa, to proste potwierdzenie, że ją słyszał, znów nie powiedziały jej właściwie tyle, ile powinny. Bo przecież wcześniejsze stwierdzenie już samo w sobie sugerowało, że ją słyszał, że powiązał głos z jej osobą. Nie była więc pewna, czy teraz powinna mu pogratulować, z tą dozą niewinnej uszczypliwości, którą coraz zmyślniej udawało jej się zaplatać we własne słowa czy jednak oczekiwał czegoś innego.
Zaczepiła spojrzenie na jego twarzy, która wróciła na swoje miejsce, wbrew własnemu wcześniejszemu postanowieniu, by tego nie robić zbyt długo i nie prowokować niczego niepotrzebnie. Próbowała doszukać się odpowiedzi; czegokolwiek, co powiedziałoby jej jakie znaczenie miało właściwie to, że ją słyszał. Czy chodziło o sam fakt, o muzykę, o jej głos, czy może o to żenujące odkrycie, które nagle uczyniło z niej mniej przypadkową intruzkę, a bardziej kobietę z konkretnego miejsca tego klubu.
Jej spojrzenie spadło z niego niemal natychmiast, kiedy odezwał się z kolejnym pytaniem. Tym razem takim, które brzmiało, jakby rzeczywiście oczekiwało odpowiedzi, nie tylko pozwalało mu przerzucić w jej stronę kolejne spostrzeżenie. Zanim jednak zdążyła spotkać się z nim czymkolwiek sensownym, druga część jego wypowiedzi sprawiła, że ten niewielki okruch komfortu, który nawet zdołała zbudować siedząc w jego towarzystwie, został zdmuchnięty z niebywałą wręcz łatwością.

Oczywiście.

Oczywiście, że można było zacząć od niej. Od tego, czy powiedziała wystarczająco jasno, czy zachowała się wystarczająco jednoznacznie, czy przypadkiem nie wysłała jakiegoś komunikatu, który ktoś inny miał pełne prawo sobie dopowiedzieć. Jak gdyby problemem nigdy nie była cudza nachalność, tylko zawsze najpierw sposób w jaki kobieta która niezbyt wystarczająco daje do zrozumienia, że jej to przeszkadza.
Jej twarz stężała, a ramiona na powrót napięły się.
Proszę najpierw zdefiniować, czym dla pana są sygnały podprogowe — zaczęła sucho, bez przekory, bez wplecionej miękkiej zaczepki. Nie brzmiała na urażoną, a bardziej na kogoś, kogo przywrócono do roboczych ustawień. — A ja upewnię się, aby niczego takiego już więcej panu nie wysyłać. — Odsunęła się na sofie, w zasadzie tyle, że nawet nie zmieniła swojego miejsca, ale sam ruch wykonała, dla własnego spokoju umysłu. — A aby zaspokoić pana ciekawość – próbowałam. Problem w tym, że wielu mężczyzn bardzo często myślą, że nie znaczy tak, a spadaj – bierz mnie, jestem twoja. — Przyporządkowując to do odgrywania niedostępnej, gdzie bardzo często nie miało tam być gry a suchy fakt.
rsvp
try again

come close to midnight, hell fade me down

: pt lip 03, 2026 1:25 am
autor: Vincent Monroe
Zmiana była niemal niezauważalna.
Jej i tak spięta sylwetka napięła się jeszcze bardziej, klatka piersiowa wypięła nieco wyżej, barki ściągnęły w tył, dłonie lekko zacisnęły na trzymanej torebce. Przesunęła się zaledwie o centymetr, może dwa - tak, że gdy z powrotem usiadła, trudno było dostrzec różnicę, jakby jej celem było samo poprawienie się w miejscu a nie zmiana swojego położenia. Zwykle każda z tych rzeczy by mu umknęła - czy też, została przez niego świadomie zignorowana. W półmroku panującym w loży i przy akompaniamencie ćmienia w jego czaszce, ostatnim problemem na jego liście były mikro-ruchy siedzącej naprzeciw nieznajomej.
A jednak rozniosły się po loży z impetem wystrzału.
Nuta irytacji prześlizgnęła się po jego myślach - irytacji na sytuację, na samego siebie i fakt tego, że jego słowa sprawiły, że jej obojętne słowa owinęły się w chłodną powłokę. Irytacji na to, że nieopatrznie go zrozumiała i zamknęła jakieś drzwi, które, jak zauważył teraz, wcześniej odrobinę zaczynały się uchylać.
Choć przecież nie interesowało go to, co było po drugiej stronie.
- Od chwili, w której weszłaś do tej loży widzę, że to ostatnie miejsce, w którym chciałabyś być, a jednak wciąż w niej tkwisz i ani nie wyjdziesz, ani nie poprosisz mnie, żebym wyszedł ja - odrzucił, chowając swoją irytację za gestem sięgnięcia po zapalniczkę, która irytująco nie chciała opuścić kartonowego pudełka. - Sygnały podprogowe.
Wsunął papierosa do ust, opadając na oparcie kanapy. Uniósł zapalniczkę w górę i podpalił go, zaciągając się dymem w nadziei na to, że ten stłamsi zapach wody kolońskiej krążącego po drugiej stronie mężczyzny. Z każdą chwilą jego obecność denerwowała go coraz mocniej.
- Nie jest językiem cywilizowanych ludzi - odparł, słysząc kolejne wymamrotane przez radcę słowa przedzierające się przez muzykę.- Bennet posługuje się językiem umoczonych polityków średniego szczebla pijących tu od piątej.
Poczuł to.
Irytację przekształcającą się w coś innego, w tym miejscu z tyłu jego głowy, w którym powstawały wszystkie, najgorsze odruchy. Może to była ta pieprzona woda kolońska, a może to, ze zasłonka loży zafalowała, gdy mężczyzna zatoczył się lekko, wpadając na nią - i niemal wkraczając na i c h terytorium.
Może to był sposób, w jaki spinała się gdy się zbliżał.
A może to, że przed sekundą zrobiła to samo przez n i e g o i jakaś prymitywna cząstka jego umysłu wściekła się na chwilową utratę nici porozumienia i w destrukcyjny, niemożliwy do wytłumaczenia logiką sposób pragnęła zrobić teraz coś impulsywnego.
- Mówię ci, jak tylko weszła na tę scenę to wiedziałem, że muszę postawić jej drinka - zarechotał mężczyzna, sprawiając, że Monroe zapomniał o papierosie w jego dłoni na ułamek sekundy. Słowa, które słyszał od radnego wielokrotnie wcześniej, nagle doprowadzały go do szewskiej pasji. - Miała taki zgrabny...
Oderwał się od oparcia kanapy, gwałtownie chwytając za krawędź zasłony. Pociągnął ją do siebie z takim impetem, że ich odgłos przedarł się przez muzykę, zwracając uwagę radnego.
- O! Tu jesteś! - ucieszył się mężczyzna, odwracając na pięcie na widok odkrytej przez zasłonę kobiety, jego twarz zaczerwieniona od wypitego alkoholu, lecz głos wciąż nieznośnie stabilny w połączeniu logiki trzeźwego myślenia i śmiałości procentów. - Szukałe...
Moment, w którym podchodzący do loży, radny Bennet dostrzegł siedzącego po drugiej stronie właściciela klubu był kolejną zmianą gwałtowną w swojej subtelności. Jego nogi zatrzymały się w pół kroku, usta pozostały rozchylone gdy wypowiadane przez nie słowo rozdarło się na pół. Odchrząknął, zakłopotany, wpatrując się w Vincenta.
- Najmocniej przepraszam - wydukał, w ten irytujący sposób kierując swoje przeprosiny do n i e g o, choć czy przecież to nie siedząca z nim kobieta unikała go cały wieczór, akceptując reperkusje obcego w innej loży byle tylko zniknąć przed jego wzrokiem? - Nie chciałem przeszkadzać...
- Chciałeś znaleźć nasza piosenkarkę i ci się udało, Bennet - odrzucił spokojnie, choć w jego spojrzeniu pojawiła się iskierka drapieżności. - Wydaje mi się, że chciałeś ją o coś zapytać.
Dłonie radnego wystrzeliły w górę w obronnym geście - wzrok nieśmiało zerknął w jej stronę, licząc, że pomoże mu wybrnąć z tej sytuacji. Jakby to ona miała wstać i oznajmić, że byli umówieni i wcale nie naprzykrzał się jej tak, jak to wyglądało.
- Ależ nic takiego nie chciałem... - zaczął, dobierając słowa z ostrożnością zdradzającą, że nie wypił jednak tak dużo, jak można by wywnioskować z roztaczanego smrodu alkoholu, który musiał na siebie wylać.
- Ależ chciałeś - wycedził, wsuwając papierosa do ust i mierząc go tym nieustępliwym spojrzeniem, od którego radny zaczynał się kurczyć. Pokręcił głową, usiłując wybrnąć z tej sytuacji, a jednak jego nogi nie ruszyły się z miejsca, nie cofnęły go w stronę baru i mógłby przysiąc, że spoglądając na niego, tak naprawdę nie patrzył mu w oczy. - Wyduś to z siebie - warknął, opadając na oparcie kanapy, zaciągając się mocno papierosem.
Gdy dym umknął z jego płuc wprost przez nozdrza, radny wciągnął do własnych powietrze ze świstem. Odrobina buntu schowała się w jego mowie ciała - dłoniach zwiniętych w pięści, ustach zaciśniętych w wąską linię. Przejaw schowanej w nim dumy, przez którą jeszcze chwilę wpatrywał się w Monroe by upewnić, czy ten nie żartował nim, z trudem, odwrócił głowę ku niej.
- Panno Haze, czy zechciałaby pani napić się ze mną drinka? - wydukał pośpiesznie, robotycznie, choć jego stan nie miał nic wspólnego z przywróceniem do ustawień fabrycznych.
Vincent odwrócił głowę od radnego, przenosząc swój wzrok na wciśniętą w kanapę pannę Haze.

miss haze

come close to midnight, hell fade me down

: pt lip 03, 2026 2:25 pm
autor: Violet Haze
Mieliła w głowie jego słowa, rozrabiając je w milczeniu i jednocześnie nadal go słuchając. Mogła przyznać mu rację, ale nie w całości. Nie chciała tu być, to zdawał się odczytać bezbłędnie, jednak z drugiej strony wolała być tutaj, w j e g o towarzystwie, niż tam – narażona na radnego, na jego rozbiegane dłonie, na kogokolwiek innego, kto mógłby być jeszcze bardziej bezpośredni. Mogła wyjść, teoretycznie, ale nie korzystała z tej możliwości, bo ironicznie to właśnie ta loża, wejście w jego orbitę i w jego prywatność, uczyniły to miejsce najbezpieczniejszym z niebezpiecznych.
Różnica między jej gospodarzem a radnym była prosta. Intencja tego drugiego była czytelna niemal od razu, w przypadku nieznajomego z loży nie miała tego komfortu. Nie wiedziała, czy siedzi obok człowieka, który naprawdę pozwolił jej przeczekać w swoim zaciszu, czy jednak kogoś, kto jeszcze nie zdecydował, co zrobić z faktem, że sama weszła w jego przestrzeń.
Obserwowała go czujnie, nie wchodząc w kolejne słowa, ale w duchu, niechętnie, przyznając mu część racji. Wodziła spojrzeniem za każdym ruchem, za tym, jak sięgał po papierosa, jak szukał zapalniczki, jak wsuwał go do ust – w napięciu czekając na ruch, który dla niej będzie sygnałem do ucieczki.
Wciąż napięta, nawet bardziej, niż w chwili wejścia do loży.
Znalazła nawet śmiałość, by podnieść wzrok na tyle, żeby uchwycić fragment jego twarzy w momencie gdy światło zapalniczki błysnęło na moment.
Starała się przez cały ten czas ignorować nie tyle zapach radnego, ile jego głos, który wciskał się do środka i zdzierał z niej tę cienką warstwę opanowania, jaką zdołała prowizorycznie odbudować w zaciszu loży.
Ale to, co zrobił jej gospodarz zaklasyfikowała jako zdradę.
Zdradę, choć przecież nie był jej niczego winien. Chociaż niczego jej nie obiecywał – cała ta loża była jego, a ona siedziała w niej wyłącznie dlatego, że z jakiegoś powodu jej pozwolił. A jednak gdy gwałtownie odsunął zasłonę i wystawił ją z powrotem na widok tamtego mężczyzny, poczuła jak jej skóra zapłonęła żywym ogniem w miejscach, w których radny wcześniej zdążył jej dotknąć.
Odwróciła wzrok, świadomie ignorując słowa mężczyzny stojącego przed lożą. Przelotnie, niemal mimochodem, spojrzała z urazą w stronę tego drugiego.
Nie mogła jednak nie odnotować zmiany w zachowaniu radnego, kiedy ten zdał sobie sprawę, że nie była tu sama. Tego, jak wyparowała z niego cała buta i bezpośredniość. I zaraz też zrozumiała, że to nie samo towarzystwo tak go zakłopotało, tylko kwestia tego towarzystwa. Konkretnego. Ze strony mężczyzny z naprzeciwka było to cichym, może nawet intencjonalnym, manifestem siły.
Nie potrafiła tylko przyporządkować jego działania do intencji. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wyeksponował ją przed człowiekiem, z którym ewidentnie nie chciała mieć żadnej styczności. Ba, przed którym uciekła. Chodziło o jakiś głupi żart, którego ona, jako nudna nie potrafiła zrozumieć? A może chciał jej udowodnić, że cała wina faktycznie leżała po jej stronie; że rzeczywiście nie dała wystarczająco dosadnie do zrozumienia krępemu mężczyźnie, że nie jest zainteresowana i teraz miała okazję zrobić to jeszcze raz, pod jego arbitrażem.
Po co był cały ten teatrzyk?
Gdyby nie fakt, że droga do wyjścia została zatorowana opasłą sylwetką, po prostu by wyszła. Zostawiłaby nawet pieniądze. Odebrała je w innym terminie, może nawet wcale, byle tylko nie tkwić dłużej w tym układzie, w którym znów ktoś ustawiał ją w miejscu, a potem czekał, aż wykona odpowiedni ruch.
Powtórzę po raz kolejny: niech mnie pan zostawi w spokoju — odpowiedziała, choć nie sądziła, by miało to cokolwiek zmienić. Nie zmieniło przecież przez kilka poprzednich razy, kiedy powtarzała to samo jak zdartą płytę, coraz ciszej, coraz mniej skutecznie, aż w końcu jedyną działającą odmową okazała się ucieczka.
Nie spojrzała na urzędnika ani razu, odkąd wtargnął do loży.
Jak wcześniej wspomniany jeleń czuła się dopiero teraz. Zagnana w róg bez wyjścia, wciskająca się w ścianę tak, jakby mogła się z nią zlać. Zamknięta w przestrzeni nie z jednym, a z dwójką zagrożeń; jednym oczywistym, drugim znacznie trudniejszym do nazwania, bo absolutnie nieprzewidywalnym i nieczytelnym w intencji.

rsvp
mr backstabber

come close to midnight, hell fade me down

: pn lip 06, 2026 3:01 pm
autor: Vincent Monroe
Bennet posiadał niejeden grzech na swoim koncie. Nigdy nie dopuścił się rzeczy, za które sam powinien wylądować za kratkami - ale wystarczająco złych, by jego polityczna kariera mogła zakończyć się w spektakularny sposób. Skłamałby mówiąc, że kiedykolwiek wcześniej przeszkadzało mu to do tego poziomu, by zdecydował się na skonfrontowanie mężczyzny. Wszystkie czyny, które popełniał w okach kamer Rapture przekształcały się w karty przetargowe, którymi Monroe skrzętnie handlował.
Zwykle nie interesował się tym, co konkretnie Anthony robił w jego czterech ścianach.
Zwykle.
Dziś z jakiegoś powodu jego nieustępliwość działała mu na nerwy. Może to ten pulsujący ból w jego czaszce, może smród jego wody kolońskiej przebijający przez tytoniowy dym, może irytujący głos, którego nie był w stanie zagłuszyć bas muzyki.
A może ten sposób, w jaki kobieta wciskała się w oparcie kanapy gdy tylko się zbliżał. Już wcześniej wzbudzało to w nim pewien rodzaj zainteresowania i daleko schowanego dyskomfortu, teraz jednak, gdy wiedział, że została tu zatrudniona, myśl, że Bennet miałby terroryzować kogoś, komu płacili za rozrywkę, polewała benzyną jego nagle uzasadnioną złość.
Nie było jego celem terroryzować ją podwójnie.
Dostrzegł swój błąd gdy jej ciało spięło się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, oświetlone w blasku czerwonego światła zza odsuniętej zasłony. Nie jego celem było wystawiać jej na działanie mężczyzny - jego celem było rozwiązanie problemu, który teraz kurczył się przed spojrzeniem nie tylko Monroe, ale też towarzyszącej mu kobiety.
W przeciwieństwie do niej, on obserwował Benneta ze skupieniem, którego nie zdradzała mimika jego ciała - rozluźniona sylwetka, głowa wtulona w oparcie kanapy, dłoń z papierosem wędrująca do ust. Cicha odpowiedź kobiety mogła równie dobrze zaginąć w chaosie klubu, wdzierającym się do środka, ale wiedział, że Anthony usłyszał ją bardzo dobrze. Z lekko skompromitowanym wyrazem twarzy przytaknął gorliwie, nagle pojmując znaczenie słowa nie, choć nie przez to, że tym razem wypowiedział je ktoś inny.
- Oczywiście, nie chciałem... - tłumaczył pośpiesznie, każde słowo coraz trzeźwiejsze od poprzedniego, jakby dusza polityka wreszcie zaczęła się w nim budzić w poszukiwaniu dyplomatycznego wyjścia z tej sytuacji.
- Słyszałeś odpowiedź - przerwał mu, każde słowo radnego coraz mocniej podsycało iskierki złości nieśmiało pojawiające się w jego trzewiach. - Wypierdalaj.
Ordynarne słowo zatrzymało krępego mężczyznę w połowie kolejnego przytakiwania, sprawiając, że na ułamek sekundy zamarł z ustami otworzonymi jak ryba wyłowiona z wody. Gdy wreszcie je zamknął, zrobił to tylko po to, by znów, niepotrzebnie, usiłować wyjść z tej sytuacji z dobrą twarzą.
- Oczywiście - potwierdził, a Monroe w myślach liczył, który to raz użył tego pieprzonego słowa, choć nic z tych rzeczy nie było dla niego oczywiste wcześniej. Tym razem pojawiło się by zostawić furtkę. - Zostawię państwa w spo...
- Wypierdalaj z klubu. - ostre słowa opuściły jego pierś wraz z podmuchem tytoniowego dymu. - Ale... - zaryzykował mężczyzna i drgnął, widząc cień przemykający po twarzy bruneta. Monroe wyprostował się, odrywając od oparcia kanapy by przysunąć do siebie pustą szklankę, w której tkwiły resztki rozpuszczonego lodu. Wrzucił do środka niedopałek papierosa udając, że nie widzi, jak Bennet cofnął się o pół kroku w reakcji na jego ruchy. - Jeśli nie znajdziesz wyjścia w przeciągu pięciu minut, jestem pewny, że ochrona pomoże ci je znaleźć, Bennet.
Twarz mężczyzny poczerwieniała ze złości i wstydu, usta zacisnęły się w wąską linię. Wahał się przez chwilę, rozważając swoje możliwości bądź sprawdzając, na ile przekonany był w swoich groźbach Monroe nim wreszcie ukłonił się lekko do ich dwójki i cofnął, usiłując wypiętą wysoko piersią reperować resztki swojej godności.

romance is dead

come close to midnight, hell fade me down

: pn lip 06, 2026 8:09 pm
autor: Violet Haze
Odliczała sekundy, choć w zasadzie nie wiedziała do czego. Do momentu, w którym wstanie z miejsca i wyjdzie? Niemożliwe. Droga była zablokowaną krępą sylwetką urzędnika, ona nogi miała jak z waty, a nawet gdyby zdołała podnieść się z kanapy nadal nie wiedziała, dokąd właściwie miałaby pójść. Do baru? Na zaplecze? Przed klub, bez pieniędzy? Czy może odliczała je do chwili, w której manager The Rapture w magiczny sposób ją odnajdzie i wyprowadzi z tego miejsca, by domknąć ich umowę? W cuda nie wierzyła. Nie tego wieczoru, nie w tym klubie i na pewno nie przy człowieku, który z każdą kolejną sekundą wyglądał mniej jak pijany problem do przeczekania, a bardziej jak świeży, czerwony pomidor.
Wypierdalaj.
Drgnęła, bardziej od samej prostoty tego słowa niż od jego ordynarności. Nie pasowało do tej wcześniejszej kameralności i jego niewzruszenia, do tej niedbałej pozycji, w której nadal właściwie nie wyglądał, jakby musiał wkładać w cokolwiek większy wysiłek. A jednak właśnie dlatego zabrzmiało tak skutecznie.
Spojrzała na niego wtedy krótko. Spojrzała na ten jego profil, na tlącego się papierosa między palcami i wreszcie na twarz, której tak unikała, a po której, miała wrażenie, przemknęło coś ostrzejszego, zanim znów rozpłynęło się w tym niewzruszeniu. W jakimś sensie było to fascynujące, że nawet podniósł głosu ani nie wstał z napiętymi mięśniami. Po prostu powiedział jedno słowo, a krępy mężczyzna przed nimi zatrzymał się najwyraźniej przypominając sobie o układzie, którego ona najwyraźniej nie pojmowała.
To było pociągające. Nawet nie sam fakt, że jej gospodarz w ogóle zadziałał i to w tym kierunku oraz po jej stronie, tylko to, jak łatwe się to okazało, kiedy zrobił to on.
Tę myśl prędko jednak odrzuciła, prawie z odrazą, jakby to było coś niestosownego, i co nie powinno mieć miejsca w tej sytuacji. Sytuacji, a nie względem osoby, bo nie chodziło przecież o niego. Raczej o samą sprawczość, o ten konkretny rodzaj władzy, O coś, czego jej zabrakło, kiedy wtedy stała wtedy pod ścianą z telefonem w dłoni i próbowała nie wyglądać na przestraszoną, gdy urzędnik osaczał ją swoją osobą.
Mimo to spojrzała za radnym Bennetem, gdy się cofał. Dopiero gdy zniknął z pola widzenia, jej oddech wrócił, nie od razu całkiem spokojny, ale przynajmniej był.
Przeniosła wzrok z powrotem na mężczyznę siedzącego w loży. Tym razem nie uciekła nim tak szybko, choć nadal nie dotarła wprost do jego oczu. Zatrzymała się, nieintencjonalnie, gdzieś przy linii jego ust.
— Dziękuję — powiedziała w końcu. To słowo tym razem wyszło inaczej niż poprzednio, kiedy dziękowała za pająka. Ciszej, ale mniej formalnie. Mniej jak coś po prostu podyktowane kurtuazją czy podstawowymi zasadami dobrego wychowania, a bardziej jak coś szczerego.
Przez chwilę milczała, bo nie wiedziała, czy powinna dodać coś jeszcze. Że nie musiał, że mógł nie odsuwać zasłony… że przez kilka długich sekund naprawdę go za to znienawidziła. Że może źle odczytała jego intencję, choć nadal nie była pewna, czy umie odczytać ją dobrze.
— Myślałam, że pan... — zaczęła, po czym urwała. Nie miała ochoty tłumaczyć mu całej drogi, jaką jej ciało przeszło od zdrady do ulgi w czasie krótszym niż minuta. To nie był rodzaj wiedzy, który powinno się oddawać obcym ludziom za darmo. — Nieważne — powiedziała więc zamiast tego.
Poczuła, jak jej ramiona wyczuwalni się rozluźniają, ale wciąż nie są w stanie upuścić całego napięcia.
— Skoro to jest r a d n y Bennet, to w takim razie, niech zgadnę, bossem jakiejś włoskiej mafii — zagaiła do niego, autentycznie zaciekawiona.
Strzał w powiązania mafijne był absolutnie ślepy i pewnie, według niej, mocno abstrakcyjny. Inaczej wyobrażałaby sobie osobistość, która ma powiązania z półświatkiem i w dodatku tak wysoko postawioną. Absurdalna, jak na jej własne standardy, próba odgadnięcia jego pozycji w społeczeństwie miała na celu podkreślenie, jak bardzo pogubiła ją ta sytuacja.
A jednocześnie uświadomiła ją, że mężczyzna, z którym przebywała w jednej, ciasnej loży był znacznie bardziej niebezpieczny, niż początkowo zakładała.

come close to midnight, hell fade me down

: pn lip 06, 2026 9:40 pm
autor: Vincent Monroe
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


obiecany

come close to midnight, hell fade me down

: wt lip 07, 2026 10:59 am
autor: Violet Haze
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

rsvp
damn, you're good

come close to midnight, hell fade me down

: wt lip 07, 2026 12:52 pm
autor: Vincent Monroe
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


damn, you're confusing

come close to midnight, hell fade me down

: wt lip 07, 2026 4:08 pm
autor: Violet Haze
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

rsvp
mr. not safe, just safer