I keep what I can of you
: czw sie 06, 2026 11:49 pm
Dorosłość była dziwną bestią. W dzieciństwie, opowiadano im o niej legendy – czasem straszne, czasem przepełnione heroizmem, najczęściej zaś pozbawione jakiegokolwiek większego sensu. Ostrzegano ich przed nią, jak przed dzikim i nieprzewidywalnym zwierzęciem, które, zależnie od nastroju, potrafi łasić się i okazywać miłość, ale wystarczy też jeden, nieostrożny krok, by odgryzło komuś rękę albo nogę. Kilku-, i kilkunastoletniemu Ollie'mu, trudno było wyobrazić sobie jej naturę i kształt, słysząc o niej niby bezustannie, ale jednocześnie tylko w teorii – od ludzi starszych i podobno mądrzejszych od niego, a jednak nadal często sprawiających wrażenie, jakby przez większość czasu zwyczajnie nie mieli pojęcia co tak naprawdę robią. Nikt, wydawało się, nie potrafił jej tak naprawdę okiełznać.
Dopiero jego własne dojrzewanie, i wszystko co przyszło po nim - z tym pierwszym, najboleśniejszym złamaniem serca na czele, i feerią kilku innych relacyjnych porażek, z tektonicznym w swojej skali zakończeniem jego kariery i wszystkim, z czym musiał zmierzyć się po wypadku - Oleander zrozumiał, że wszyscy, a przy tym nawet ci, na których w dzieciństwie spoglądał z podziwem, nadzieją i najwyższą formą szacunku, byli w życiu w zasadzie dokładnie takimi samymi nowicjuszami. Z jednej strony pozwalało mu to czuć względem innych - i, czasami, nawet samego siebie - trochę więcej empatii i wyrozumiałości. Z drugiej, tego typu świadomość naprawdę mogła czasem odebrać człowiekowi nadzieję. No bo skoro nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, nie było co liczyć, że ktoś nagle podrzuci nam jakąś instrukcję, która rozwiązałaby za jednym zamachem wszystkie problemy, i odpowiedziała na wszelkie egzystencjalne pytania. Oraz, co może najważniejsze, pozwoliła uniknąć popełnienia tych błędów, na których człowiek niczego się w zasadzie nie nauczył, ale i tak żałował ich do końca życia...
- Może żałośnie, ale szczerze - Wzruszył ramionami, nie potrafiąc wyzbyć się jakiegoś cienia satysfakcji na myśl, że Malcolm jakimś cudem złapał tę jego nieporadną przynętę. Nawet, jeśli za jakiś czas Everhart miał się obudzić i uświadomić sobie, że wszystko to było tylko nocną halucynacją (nie byłby to pierwszy raz), i tak było warto. Być znowu blisko. Choćby na chwilę.
Ollie zamrugał, jakby wytrącając się z tej melancholijnej (i trochę tandetnej, w gruncie rzeczy), wewnętrznej narracji.
- Korzystaj z okazji, zanim zmienię zdanie... - Rzucił, w głębi duszy chyba już zaczynając z wolna żałować złożenia Bremersowi tej propozycji. Tak, wyglądało na to, że strategia Ollie'go zadziałała - i świetnie. Problem polegał na tym, że wdrażając ją w życie chyba nie zdążył zastanowić się na tym, jaką historią zdecyduje się podzielić z Malcolmem w zamian za jego własną. I, co jeszcze ważniejsze, wcale nie spodziewał się tego, co miał zaraz od szatyna usłyszeć.
- Mhm... - Potaknął, kiwając wolno głową na znak, że uważnie słucha, ale zaraz zwyczajnie zastygł w nagłym bezruchu, w reakcji na moment, w którym Malcolm dotarł do wzmianki o ojcostwie. Początkowo Oleandrowi wydawało się, że może się przesłyszał, albo zwyczajnie nie zrozumiał, z umysłem zamglonym wszystkimi tymi emocjami związanymi ze spotkaniem po latach. Kolejne słowa Bremersa utwierdziły go jednak w przekonaniu, że nie - wcale się nie pomylił. Nie potrafił powstrzymać ruchu brwi, zbiegających się u nasady nosa w marsowym wyrazie skonfundowania i...
Smutku? Nie, to nie był smutek. Współczucie, może, choć z samego tonu Malcolma nie potrafił wywnioskować, czy to, o czym mężczyzna mu opowiadał, uważać należało za tragedię, czy raczej źródło jakiegoś rodzaju wstydliwej ulgi.
Podczas gdy Mal spoglądał w przestrzeń przed sobą, Ollie patrzył po prostu na niego, na nerwowość jego ruchów, na ten napięty gest dłoni wygładzającej materiał ubrania. W takich chwilach – w przeszłości, w której przyczynami stresu u Malcolma były zwykle rzeczy równie błahe jak spóźniający się autobus albo jakiś głupi, niejednoznaczny komentarz zrobiony przez któregoś ze znajomych, który można było potem jednak mielić i rozkładać na czynniki pierwsze w głowie dosłownie w nieskończoność – szatyn zawsze przypominał Ollie’mu neurotycznego psa, mieszańca będącego rzadką fuzją labradora i border collie, już nie szczeniaka, ale równocześnie stworzenie na tyle młode, że czasem nie mogło poradzić sobie z samym sobą. I w takich chwilach – w przeszłości, w której uzurpowanie sobie do tego prawa wydawało się Everhartowi najbardziej naturalnym z możliwych instynktów, nie zaś niezręczną formą przekroczenia interpersonalnych granic jak dzisiaj – brunet zawsze miał nieodpartą potrzebę by się wówczas Malcolmem zaopiekować.
Ale dzisiaj?
Nie miał pojęcia, do czego wolno mu było się posunąć. Na pewno nie do dotyku - dotyk, nawet krótkie ściśnięcie dłoni, albo pogładzenie Bremersa po ramieniu - byłby dla Oleandra trudny do zniesienia, zbyt bliski, zbyt intymny. Nie chciał też jednak serwować Malcolmowi bezosobowych sloganów, bardziej niż rozmowy między dawnymikochankami przyjaciółmi, godnych ulotek rozrzucanych w szpitalnych poczekalniach i klinikach leczenia niepłodności. Nie jesteś sam! Nie trać nadziei! Ból jest faktem, cierpienie jest wyborem.
- Kurwa, Mal - Udało mu się zatem wydukać, co w zasadzie brzmiało przynajmniej autentyczniej niż wszystkie te wyświechtane kurtuazje - Kiedy? Kiedy... się to wszystko stało...?
malcolm bremers
Dopiero jego własne dojrzewanie, i wszystko co przyszło po nim - z tym pierwszym, najboleśniejszym złamaniem serca na czele, i feerią kilku innych relacyjnych porażek, z tektonicznym w swojej skali zakończeniem jego kariery i wszystkim, z czym musiał zmierzyć się po wypadku - Oleander zrozumiał, że wszyscy, a przy tym nawet ci, na których w dzieciństwie spoglądał z podziwem, nadzieją i najwyższą formą szacunku, byli w życiu w zasadzie dokładnie takimi samymi nowicjuszami. Z jednej strony pozwalało mu to czuć względem innych - i, czasami, nawet samego siebie - trochę więcej empatii i wyrozumiałości. Z drugiej, tego typu świadomość naprawdę mogła czasem odebrać człowiekowi nadzieję. No bo skoro nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, nie było co liczyć, że ktoś nagle podrzuci nam jakąś instrukcję, która rozwiązałaby za jednym zamachem wszystkie problemy, i odpowiedziała na wszelkie egzystencjalne pytania. Oraz, co może najważniejsze, pozwoliła uniknąć popełnienia tych błędów, na których człowiek niczego się w zasadzie nie nauczył, ale i tak żałował ich do końca życia...
- Może żałośnie, ale szczerze - Wzruszył ramionami, nie potrafiąc wyzbyć się jakiegoś cienia satysfakcji na myśl, że Malcolm jakimś cudem złapał tę jego nieporadną przynętę. Nawet, jeśli za jakiś czas Everhart miał się obudzić i uświadomić sobie, że wszystko to było tylko nocną halucynacją (nie byłby to pierwszy raz), i tak było warto. Być znowu blisko. Choćby na chwilę.
Ollie zamrugał, jakby wytrącając się z tej melancholijnej (i trochę tandetnej, w gruncie rzeczy), wewnętrznej narracji.
- Korzystaj z okazji, zanim zmienię zdanie... - Rzucił, w głębi duszy chyba już zaczynając z wolna żałować złożenia Bremersowi tej propozycji. Tak, wyglądało na to, że strategia Ollie'go zadziałała - i świetnie. Problem polegał na tym, że wdrażając ją w życie chyba nie zdążył zastanowić się na tym, jaką historią zdecyduje się podzielić z Malcolmem w zamian za jego własną. I, co jeszcze ważniejsze, wcale nie spodziewał się tego, co miał zaraz od szatyna usłyszeć.
- Mhm... - Potaknął, kiwając wolno głową na znak, że uważnie słucha, ale zaraz zwyczajnie zastygł w nagłym bezruchu, w reakcji na moment, w którym Malcolm dotarł do wzmianki o ojcostwie. Początkowo Oleandrowi wydawało się, że może się przesłyszał, albo zwyczajnie nie zrozumiał, z umysłem zamglonym wszystkimi tymi emocjami związanymi ze spotkaniem po latach. Kolejne słowa Bremersa utwierdziły go jednak w przekonaniu, że nie - wcale się nie pomylił. Nie potrafił powstrzymać ruchu brwi, zbiegających się u nasady nosa w marsowym wyrazie skonfundowania i...
Smutku? Nie, to nie był smutek. Współczucie, może, choć z samego tonu Malcolma nie potrafił wywnioskować, czy to, o czym mężczyzna mu opowiadał, uważać należało za tragedię, czy raczej źródło jakiegoś rodzaju wstydliwej ulgi.
Podczas gdy Mal spoglądał w przestrzeń przed sobą, Ollie patrzył po prostu na niego, na nerwowość jego ruchów, na ten napięty gest dłoni wygładzającej materiał ubrania. W takich chwilach – w przeszłości, w której przyczynami stresu u Malcolma były zwykle rzeczy równie błahe jak spóźniający się autobus albo jakiś głupi, niejednoznaczny komentarz zrobiony przez któregoś ze znajomych, który można było potem jednak mielić i rozkładać na czynniki pierwsze w głowie dosłownie w nieskończoność – szatyn zawsze przypominał Ollie’mu neurotycznego psa, mieszańca będącego rzadką fuzją labradora i border collie, już nie szczeniaka, ale równocześnie stworzenie na tyle młode, że czasem nie mogło poradzić sobie z samym sobą. I w takich chwilach – w przeszłości, w której uzurpowanie sobie do tego prawa wydawało się Everhartowi najbardziej naturalnym z możliwych instynktów, nie zaś niezręczną formą przekroczenia interpersonalnych granic jak dzisiaj – brunet zawsze miał nieodpartą potrzebę by się wówczas Malcolmem zaopiekować.
Ale dzisiaj?
Nie miał pojęcia, do czego wolno mu było się posunąć. Na pewno nie do dotyku - dotyk, nawet krótkie ściśnięcie dłoni, albo pogładzenie Bremersa po ramieniu - byłby dla Oleandra trudny do zniesienia, zbyt bliski, zbyt intymny. Nie chciał też jednak serwować Malcolmowi bezosobowych sloganów, bardziej niż rozmowy między dawnymi
- Kurwa, Mal - Udało mu się zatem wydukać, co w zasadzie brzmiało przynajmniej autentyczniej niż wszystkie te wyświechtane kurtuazje - Kiedy? Kiedy... się to wszystko stało...?
malcolm bremers