Strona 2 z 2

#2

: pn lip 13, 2026 6:32 pm
autor: Iris Valentine
Iris doskonale wszystko rozumiała. I doskonale też rozumiała, że April może nie być tym zachwycona. Sama pewnie nie czułaby się komfortowo w relacji, w której jej druga połówka jest tak miła, że każdy obcy człowiek traktuje interakcję z nią jako formę flirtu. Więc koniec końców rozumiała to prawdopodobnie lepiej od samej Teddy, która zamykała się tylko i wyłącznie na tym, że nie robiła tego specjalnie. I to nie jej problem. Prawda. To nie był jej problem, ale no cóż… czasami te cudze mocno oddziałują na nasze życie. Tylko to też nie była sprawa Valentine. Zamierzała sobie bardzo wziąć do serca radę by nie wciskać nosa w nieswoje sprawy. Kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu i tylko wzruszyła nieznacznie ramionami, bo co zrobisz jak nic nie zrobisz - Jak na mój gust spierdolenie sobie życia lekami, których się nie potrzebuje to całkiem niezły powód… żeby na kogoś naskakiwać. - tym bardziej jeśli nikt wcześniej tego nie zrobił, co swoją drogą nadal bardzo mocno ją dziwiło. Nie była super towarzyska, nie miała szczególnie dużej grupy przyjaciół, a jej relacje z rodziną były mocno… oziębłe, ale mimo wszystko wydawało jej się, że raczej ktoś by to zauważył. Może było to naiwne, ale jednocześnie nie miała najmniejszej ochoty tego sprawdzać. Znała znacznie lepsze sposoby na spierdolenie sobie życia!
Spojrzała na Darling wymownie… bardziej niż wymownie i znowu teatralnie przewróciła oczami, bo jej reakcja była zdecydowanie przesadzona. Przynajmniej skromnym zdaniem Iris, która najchętniej od razu przeszłaby do kolejnego tematu. Ta… to też było naiwne - Nigdy nie powiedziałam, że nie. - akurat przed tym się nie broniła. Znaczy broniła - od momentu, gdy po kilku wizytach u terapeuty ostatecznie mu podziękowała uznając, że to dla niej i nie ma najmniejszej ochoty opowiadać obcej osobie o swoich problemach - Mhm, inaczej pewnie by go tam nie było. Na tej imprezie. I w ogóle w Kanadzie. - bo przecież przeprowadził się do Toronto tylko dla swojej żony… żony, która była z nim, gdy jej potrzebował po powrocie z Bliskiego Wschodu. Żony, z którą może i miał się rozwodzić, gdy spotykał się z Iris, ale jak widać życie bywało przewrotne - Rozmawialiśmy. Przez chwilę… i w skali od jeden do dziesięć jak bardzo będę głupia, gdy przyznam, że ta chwila wystarczyła, żebym sobie uświadomiła, że chyba nie do końca się z niego wyleczyłam? - bo nawet jeśli sama podjęła decyzję o ucieczce, gdy nie chciała go obarczać swoimi problemami i od tego momentu minęło mnóstwo czasu, już dawno powinno jej przejść. A mimo wszystko nadal w swojej głowie analizowała każde wypowiedziane przez niego słowo, rozkładała na czynniki pierwsze każde zdanie i każdy gest. Zupełnie tak jak pierwszego dnia, gdy się poznali. I czuła się głupia tak na jakieś… sto. Może sto dwadzieścia!


teddy darling

#2

: wt lip 14, 2026 11:50 am
autor: teddy darling
To wcale nie tak, że Iris nie powinna wciskać nosa w nieswoje sprawy. Właściwie jeśli chodziło o Teddy, to czasami była to wręcz jej powinność! Strażaczka miała przecież wyjątkowy talent do nierozpoznawania oczywistych sygnałów. Prawdopodobnie nie rozpoznałaby flirtu, nawet gdyby stanęła z nim twarzą w twarz. Wpierw ktoś musiałby powiedzieć wprost, że jest nią zainteresowany, a ona i tak na początku zastanawiałaby się, czy to nie jest zwykła uprzejmość.
Nie we wszystkim musiały się zgadzać. Valentine mogła mieć zupełnie inne spojrzenie na pewne sprawy, inne doświadczenia i inne podejście do relacji. Ale to nie znaczyło, że Darling nie potrzebowała jej rad. Tych słusznych i tych kompletnie nietrafionych. Na tym chyba polegała prawdziwa przyjaźń, prawda Na tym, że ktoś potrafił powiedzieć ci, kiedy robisz dobrze, ale też zatrzymać cię, kiedy sama nie zauważałaś, że idziesz w złym kierunku.
A nie lepiej komuś przemówić do rozsądku, używając siły perswazji? — uniosła wysoko brwi, bo akurat pod tym względem bardzo się różniły. Sama zdecydowanie wolałaby postawić na spokój i rozmowę. Nie wierzyła, że awantura i wzajemne przekrzykiwanie się mogły doprowadzić do czegokolwiek dobrego. Zwykle osiągało się wtedy tylko odwrotny skutek. Gdyby Iris zaczęła po niej wrzeszczeć, Teddy prawdopodobnie zamknęłaby się w sobie na długi czas i zamiast wyciągnąć wnioski, próbowałaby tylko przeczekać całą sytuację. Może dlatego w swoim związku unikała kłótni jak ognia. No dobrze, to akurat było dość kiepskie porównanie, bo do ognia Darling ciągnęło ją jak muchę do gówna miodu. Ale chodziło o samą zasadę!
Wypuściła gwałtownie powietrze przez nos, kiedy przyjaciółka przyznała, że nie do końca wyleczyła się z Hendersona. Dlaczego właściwie wcale jej to nie zdziwiło? Chyba dlatego, że Teddy znała Iris wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że niektóre rzeczy nie znikały tylko dlatego, że człowiek bardzo chciał je zostawić za sobą. Czasem można było iść dalej, układać sobie życie na nowo, a mimo to jakaś część przeszłości wciąż gdzieś tam zostawała.
Odsunęła na bok kartonowe opakowanie z resztką niedojedzonego żarcia i podciągnęła kolana pod brodę, obejmując je ramionami. Przez chwilę po prostu przyglądała się Iris. Ale w jej spojrzeniu nie było oceny. Nie zamierzała mówić jej, co powinna czuć, jak szybko powinna zapomnieć albo że najwyższy czas przestać wracać do kogoś, kto już dawno powinien zostać zamkniętym rozdziałem. Ludzie nie działali w ten sposób.
Może jakieś trzy. Albo cztery — wzruszyła lekko ramionami, bo chyba Valentine sama powinna odpowiedzieć sobie na to pytanie. Teddy nie zamierzała traktować jej aż tak surowo. — Lepiej powiedz, co zamierzasz z tym zrobić. I jak on się na to zapatruje? — zainteresowała się, bo może jednak uczucie z przeszłości nie było całkowicie jednostronne? Chciałaby powiedzieć, że może wyjdzie z tego coś dobrego, gdyby jednak nie pewien istotny szczegół, którym była żona Hendersona.

Iris Valentine

#2

: śr lip 15, 2026 2:45 pm
autor: Iris Valentine
Zaśmiała się słysząc o sile perswazji – Czekaj, czekaj… – aż odłożyła na chwilę zarówno jedzenie jak i picie, bo tak ją to rozbawiło – Ty chyba nie myślisz, że mówiąc, że na niego naskoczyłam… oznacza, że zaczęłam na niego krzyczeć, co? Teddy… ja nawet na ciebie nie podnoszę głosu. Nawet na najbardziej upartych ze wszystkich upartych pacjentów. Ja nawet na moją matkę nie podnoszę głosu. – nie mówiąc o ojcu, z którym po prostu nie rozmawiała. Wcale. Od matki odcięła się trochę później. Prychnęła i wróciła do swojego kieliszka z winem, kręcąc przy okazji głową. W przypadku ludzi uzależnionych nawet spokój i rzeczowe argumenty – jak chociażby ten o spierdoleniu sobie życia, który nadal wydawał jej się najważniejszy w całej dyskusji – były traktowane jako atak. Ale no cóż… może Iris w szpitalu miała trochę więcej styczności z wszelkiej maści narkomanami, żeby wiedzieć jak to wygląda. I jak niewiele potrzebują, żeby poczuć się zaatakowani, nawet przez najbardziej spokojne osoby. Ale hej, tacy przynajmniej nie podejrzewaliby nikogo miłego o flirt! Wszystko było atakiem – Tym bardziej na obcego kolesia, który jest ode mnie dwa razy większy, a jakby się zamachnął pewnie mógłby mi wybić wszystkie zęby za jednym razem. Mowa tu o wszystkich gadkach o pomocy i rozmowie ze specjalistą. – aż wywróciła oczami, bo trudno jej było uwierzyć, że komuś, kto ją zna całe życie przeszło przez głowę coś tak absurdalnego. Iris była typem uciekającym, a nie konfrontującym… sam fakt, że kogoś tak zaczepiła był nieprawdopodobny. Gdyby w grę wchodziła prawdziwa awantura oznaczałoby, że coś jest z nią nie tak i może powinna iść się przebadać. A aż tak źle nie było!
- I trzy albo cztery to nie tak dużo, jesteś zbyt łagodna. – prychnęła, wracając też do swoich frytek. Gdy wyrzuciła już z siebie to, co najważniejsze i najgorsze – mogła wrócić do jedzenia. No i zapychając się porcją ziemniaków mogła sobie też dać moment na zastanowienie się nad odpowiedzią. Bo serce podpowiadało jej jedno, ale rozum drugie… i póki co zamierzała się trzymać rozumu. Nie potrzebowała dodatkowych problemów – Nic nie zamierzam z tym robić, Teddy. Ma żonę, która była z nim po tym jak rannego ściągnęli go do kraju. Nie wiem, czy to był powód dlaczego się nie rozwiedli, czy może nigdy nie zamierzali, a ja zostałam po prostu okłamana. To nie ma znaczenia. Spotkam się z nim pewnie jeszcze na samym ślubie… może w szpitalu, bo chyba ma tam rehabilitację. Ale na tym samym weselu będzie mnóstwo innych ludzi i w szpitalu też spotykam ich mnóstwo, więc to nic znaczącego. – wzruszyła ramionami i zupełnie zignorowała fakt, że na samym weselu obiecał jej taniec, a w szpitalu ona zaoferowała mu pomoc w znalezieniu odpowiedniego specjalisty, więc te przypadkowe nic nieznaczące spotkania jednak trochę znaczenia nabierały. Po prostu spychała to w tył własnej świadomości i upierała się, że nic z tym nie zrobi – Jak nie znajdę nikogo innego… myślisz, że Donovan poszedłby ze mną na to wesele?



teddy darling

#2

: sob lip 18, 2026 1:56 pm
autor: teddy darling
Zastanowiła się nad słowami przyjaciółki i po chwili pokręciła głową, dając jej do zrozumienia, że wcale nie spodziewała się po niej takich okropieństw.
W sumie to nie — przyznała zgodnie z prawdą. — Założyłam po prostu, że przy Hendersonie trochę poniosły cię emocje. Oj, przecież wiesz, że nie miałam nic złego na myśli. I nie rób z siebie takiej świętoszki, która nigdy na mnie nie krzyczała — dodała zaczepnie, wysuwając nogę, żeby szturchnąć Iris stopą.
Przecież Teddy doskonale pamiętała wszystkie te sytuacje, kiedy po kolejnej akcji ratunkowej kończyła na szpitalnym łóżku, a Valentine podnosiła na nią głos. Oczywiście nie dlatego, że była na nią, to wynikało wyłącznie z troski i strachu o jej zdrowie. Co poradzić, że Darling miała tendencję do pchania się tam, gdzie nie powinna? A jednak i tak wykazywała się większym rozsądkiem niż jej koledzy z jednostki! Ktoś musiał. Inaczej już dawno wszyscy by zginęli, gdyby każdy w ich ekipie był skończonym kretynem.
Czyli strzeliłaś mu umoralniającą gadkę, zamiast strzelić go w twarz. To bardzo wspaniałomyślne z twojej strony, Iris. Naprawdę bardzo szlachetne — zażartowała, nie pozwalając, żeby temat zrobił się zbyt ciężki i przytłaczający. Chyba nie ma nic gorszego, jak niespodziewane wpadanie na byłych kochanków.
Czy była dla przyjaciółki zbyt łagodna? Prawdopodobnie. Ale zwyczajnie nie chciała jej dokładać. Już i tak miała poważny problem ze swoją słabością do żonatych facetów i to ona powinna zaczerpnąć pomocy, a nie Henderson.
Rozumiem, że teraz nie masz pojęcia, jak teraz między nimi jest? — zapytała, chociaż nie podejrzewała, żeby żona Hendersona była głównym tematem ich rozmów. Ale cholera wie, może gadali tylko o niej? — Słuchaj, może właśnie została z nim z poczucia żalu. Albo to on zatrzymał ją przy sobie, biorąc na litość. I sama mówisz, że gdzieś tam będziecie się jeszcze mijać — zauważała, dokończając swoje frytki, które zapiła winem. Sięgnęła po butelkę, żeby zrobić ima małą dolewkę. I tak miały jakieś żółwie tempo, to aż do nich niepodobne! — Od kiedy inni ludzie w czymkolwiek przeszkadzają? — posłała Iris rozbawione spojrzenie. No co? Dla chcącego nic trudnego, a migdalenie się w tłumie nie stanowiło większego problemu. Oczywiście należało jednak pamiętać, że Henderson miał żonę.
Kolejne pytanie zbiło ją trochę z pantałyku. Teddy uniosła wysoko brwi, przyglądając się przyjaciółce z lekkim zaskoczeniem.
Ale to mnie pytasz? Zapytaj Donovana. Masz jego numer — podsunęła, co wydawało się najlepszym pomysłem. — Wydaje mi się, że tak. O ile poinformujesz go wystarczająco wcześnie, żeby mógł ogarnąć sobie zastępstwo na dyżurze. I to pewnie będę ja. Jett to dobry wybór, wiesz? Świetnie tańczy — powiedziała, chociaż przy Darling wszyscy wychodzili na wybitnych baletmistrzów. To ona po prostu miała takie kiepskie poczucie rytmu i totalnie niezgrabne ruchy.

Iris Valentine

#2

: ndz lip 26, 2026 11:48 am
autor: Iris Valentine
Prychnęła, ale jednocześnie kącik ust drgnął jej w rozbawieniu. Nie krzyczała. Mogła się unosić, mogły ponosić ją emocje, ale nie… generalnie nie krzyczała na ludzi. I zdecydowanie unikała konfrontacji, więc nic dziwnego, że spotkanie z Hendersonem, a jeszcze bardziej spotkanie z jego żoną przypominało piekło na ziemi. Nie miała pojęcia ile kobieta wiedziała i to w każdej chwili mogło eskalować, zakończyć się ogromną awanturą, w której Valentine byłaby ostatnią, która podniosłaby głos, więc byłaby po prostu tą, na którą krzyczeliby wszyscy inni. Doskonale! Strzelanie komukolwiek w twarz też nie było jej formą rozwiązywania konfliktów… tym bardziej, że ten, któremu strzeliła umoralniającą gadkę był jej zupełnie obcym człowiekiem… przy Hendersonie może byłaby bardziej odważna! Chociaż jednocześnie miała nadzieję, że nie będzie musiała, bo nie chciała, żeby był kolejnym weteranem z problemami, których nie dało się od tak naprawić.
Pokręciła lekko głową, bo nie miała pojęcia jak wyglądało teraz jego małżeństwo. Nie miała odwagi pytać, ale zauważyła coś zupełnie innego… - Na tej imprezie miałam wrażenie jakby trochę się unikali. Znaczy… ona była tam z rodziną i przyjaciółmi, więc bawiła się chyba całkiem dobrze. On… nie wyglądał na najszczęśliwszego człowieka na sali. I nie mam pojęcia ile w tym mojej zasługi, bo skoro ze mną rozmawiał to chyba nie mogłam być przyczyną całego zła i nieszczęścia. – więc musiało leżeć to gdzieś głębiej. Nie chciała jednak nic zakładać i nic sobie wbijać do głowy, robić głupich nadziei… bo przecież równie dobrze przed samym wyjściem mogli się pokłócić o totalną głupotę i odbiło się to na nastroju. Małżeństwa chyba czasami tak miały, co? Nie wiedziała, domyślała się tylko! – I jesteś okropna, Darling. Przypomnij mi dlaczego ja się w ogóle z tobą zadaję?! Bo na razie jesteś wredna! – aż ją pacnęła w ramię, bo oczywiście, że inni ludzie jej przeszkadzali! Szczególnie przez innych ludzi rozumie się żonę i pół jej rodziny… naprawdę kiepskie okoliczności na przedstawienie! Zresztą tego i tak było tam za dużo jak sobie przypomniała rozbite szkło i całą kolację. Aż ją ciarki przeszły!
- Dobra… pewnie i tak nie zadzwonię, ale spróbuję! – sama nie wiedziała dlaczego tak się bała zaryzykować, ale chyba po prostu… nie chciała mieszać przyjaźni z Darling i swojego beznadziejnego życia uczuciowego. Za dużo miała do stracenia. No i nie chciała, żeby ta kiedykolwiek musiała stawać po którejkolwiek ze stron – A jak wasze przygotowania do ślubu? Mam jeszcze czas na szukanie sobie swojego plus jeden, czy czas się coraz bardziej kurczy? – bo oczywiście, że czuła się zaproszona na nadchodzące wesele, nawet nie brała innej opcji pod uwagę. I zamierzała się doskonale bawić, nawet jeśli miałaby tam iść sama!



teddy darling

#2

: ndz lip 26, 2026 7:36 pm
autor: teddy darling
Henderson i jego żona unikali się. Teddy wystarczyło to, żeby stwierdzić, że między nimi nie działo się najlepiej. Kto normalny unika swojej drugiej połówki? Kiedy wychodziła gdzieś z April, najchętniej nie odstępowałaby jej na krok. Nie dlatego, że bała się, że ktoś nagle zacznie ją podrywać -zazdrość była akurat działką Finch - ale po prostu lubiła mieć ją blisko. Nie oznaczało to oczywiście, że musiały być do siebie przyklejone, ale wtedy Darling czuła się po prostu pewniej. No i lubiła mieć swoją narzeczoną na oku, pilnując, żeby nie stała jej się żadna krzywda. To wynikało z opiekuńczości, a nie z zaborczości.
Rozmawiał z tobą, a nie ze swoją żoną? W takim razie najwyraźniej wolał twoje towarzystwo. No bo jaki byłby inny powód? Chyba jej rodzina i znajomi, to też jego bliscy? Tak to chyba działa — wzruszyła ramionami, ale mogła jedynie wnioskować z własnego przykładu. No dobra, rodzina April to akurat nie był najlepszy przykład, bo pan Finch jej nie znosił, ale obie doskonale dogadywały się z rodzicami Teddy i ze znajomymi z każdej ze stron, chociaż towarzystwa bardzo się od siebie różniły. Darling kumplowała się ze strażakami, a jej narzeczona z paczką nerdów z marketingu. Zderzenie tych dwóch światów będzie albo śmieszne, albo katastrofalne.
Zachwiała się lekko pod wpływem tego szturchnięcia, które zafundowała jej Iris, ale zaraz zaśmiała się głośno i wypięła dumnie pierś.
Jest wiele powodów, dla których się ze mną zadajesz — wymierzyła w nią swoim kieliszkiem. — Jestem zabawna, potrafię słuchać i doradzać, jestem cierpliwa, mam ogromne serce i jestem niegłupia. Okej, z tym ostatnim trochę mnie poniosło, ale chyba więcej w tym plusów? Fakt, czasami się z ciebie nabijam. Ale to tak z miłości! — zastrzegła natychmiast, upijając kilka łyków wina. Umówmy się, gdyby Teddy była taka okropna, to ich przyjaźń dawno skazana byłaby na porażkę i nie wytrzymałby ze sobą tak długo. Za to gdyby Valentine nie była taką zagorzałą heteryczką, ich znajomość mogłaby pójść w zupełnie innym kierunku. A tak to co? Uganiała się za jakimiś żonatymi facetami!
Przycisnęła palce do nasady nosa, kiedy przyjaciółka stwierdziła, że jednak nie zadzwoni do Jetta. Jezu, co ona miała z tymi babami?
Już dobra, podpytam go, jeśli chcesz — westchnęła ciężko, ale to akurat nie stanowiło żadnego problemu. Nie rozumiała jednak, dlaczego Iris sama nie zapyta, czy nie pójdzie z nią na ten głupi ślub. W najgorszym wypadku odmówi, bo będzie miał dyżur. W najlepszym będą się tam świetnie bawić. Donovan był wygadany, szybko zyskiwał sobie sympatię i świetnie tańczył. Idealny partner na wesele, więc o co jej chodziło?
To bardziej niż oczywiste, że Valentine będzie zaproszona na ślub. Ba, Teddy chciałaby, żeby została jej druhną, zaraz obok Jetta. Nie widziała nikogo innego na tym miejscu.
Nie ma żadnych przygotowań, na razie cieszymy się narzeczeństwem. Iris, my jesteśmy ze sobą pół roku — przypomniała, ale chyba w ich przypadku to liczyło się trochę inaczej, prawda? Znały się z April piętnaście lat, więc nic nie było za szybko. — Nigdzie nam się nie spieszy, bo żadna z nas nigdzie się nie wybiera. Ale to wcale nie oznacza, że od razu musimy dopełniać formalności, co nie? — zapytała nico niepewnie. Wiedziała, że Finch chciałaby wszystko od razu, ale ciekawiło ją, jak Valentine się na to zapatruje. Jej zdanie było da Darling bardzo ważne, w końcu się przyjaźniły!

Iris Valentine