Strange fascinations fascinate me
: pt sie 07, 2026 12:19 am
Piętno było wyjątkowo pasującym określeniem. I nawet, jeśli Sal - z wiadomych przyczyn - nie nosił już przecież na ręce obrączki, a jasny okrąg, który jeszcze jakiś czas po jej zdjęciu zwykł opasać jego serdeczny palec w kontraście do zdobiącej resztę dłoni opalenizny, zdołał już dawno zniknąć na dobre, nadal czasem wydawało mu się, że czuje na palcu ciężar złota kupionego w duecie z Diane. Nadal czasem odruchowo gładził to miejsce opuszkiem kciuka, jakby poszukując podświadomie znajomego kształtu, a znajdując tylko pustkę - dokładnie tak samo, jak wciąż zdarzało mu się czasem przez sen wyciągać rękę prosto w wolną przestrzeń w pościeli, spodziewając się natrafić na sylwetkę byłej żony, a napotykając tylko chłód i nicość. I tak, prawdą było, że ten rodzaj nawykowej tęsknoty pewnie miał zostać w nim już na zawsze, gdzieś pod sercem, jak zaklinowany w ciele pocisk. Sal zdawał sobie jednak sprawę - i świadomość tą wzmacniała tylko cała feeria pogadanek, jakie w ostatnich latach odbywali z nim jego bracia, przyjaciele, a nawet jeden, czy dwóch nieszczęsnych terapeutów zmuszonych wysłuchiwać jego żalu i poczucia winy - że żadna ilość rozpaczy i rozdrapywania starych ran nie miała na tyle mocy, by cofnąć czas albo zmienić przeszłość. Tym bardziej, że - gdyby miał być z samym sobą tak naprawdę szczery - nawet gdyby los jakimś cudem dał mu drugą szansę na uratowanie dawnego małżeństwa, Sally i tak pewnie znów koncertowo spieprzyłby sprawię. Jeśli nie w taki, to w inny sposób.
- Dziękuję - Odparował, wbrew samemu sobie jakimś cudem naprawdę odczuwając pewną dozę ulgi, gdy River zapewniła go, że każdemu rodzicielowi czasami trochę odbija - W imieniu wszystkich rodziców świata. To zaskakująco pocieszające.
Nie mieli jeszcze nigdy okazji o tym rozmawiać, ale Sal oczywiście zakładał, że Cross nie ma własnych dzieci. Nie, żeby ludziom nie zdarzały się nastoletnie ciąże - nie trzeba było daleko szukać, bo jeden z braci Salomona sam przecież został ojcem ledwie parę miesięcy po własnej osiemnastce - niemniej brunetka nie sprawiała na nim wrażenia kogoś, kto miał okazję parać się rodzicielstwem. Nie dlatego, że wydawała mu się niedojrzała czy nieodpowiedzialna... Raczej dlatego, że nie sprawiała wrażenia wystarczająco zmęczonej. Gdy bowiem Sally spoglądał zarówno na siebie jak i na Diane, ale także na większość rodziców własnych uczniów, z którymi przecież regularnie miał kontakt podczas wywiadówek i szkolnych wydarzeń, zawsze odnajdywał w nich jakiś rodzaj egzystencjalnego wycieńczenia, które w żaden sposób nie zdążyło się jeszcze odcisnąć ani na twarzy, ani na sylwetce kobiety. Ani też w sposobie, w jaki poruszała się i wypowiadała, co - nawet wbrew sobie, i nie bez odrobiny zażenowania - Sally musiał przyznać, czyniło ją niezwykle atrakcyjną.
- Oczywiście. Oczywiście, że masz przy sobie szkicownik - Żachnął się, pacnąwszy się dłonią w czoło na znak, że przecież powinien był się spodziewać. River była przecież artystką, a nie jakąś tam amatorką - nie powinno go było ani trochę zaskoczyć, że nawet w takich okolicznościach jak te związane z ich dzisiejszym spotkaniem, będzie miała przy sobie coś więcej niż barową serwetkę i przypadkowy, wypisujący się długopis. To tak, jakby ktoś był zaskoczony, że zapytany o nazwanie jednej, czy dwóch konstelacji na niebie, Salomon od razu wymieniłby ich z piętnaście, wskazując nawet te najrzadsze, o których istnieniu większośćnormalnych ludzi zwyczajnie nie miała pojęcia - Mój błąd. Powinienem się był spodziewać.
Teraz, gdy sprawy robiły się ewidentnie poważne, rumieniec na jego twarzy rozpełzł się jeszcze zuchwalej niż wcześniej. Sal chyba się poddał, i nie próbował już nawet udawać, że pozostaje tym wszystkim kompletnie niewzruszony. Zamiast tego dopił własny alkohol, gestem dłoni wskazując barmanowi, że będzie potrzebował dokładki - i, oczywiście, że to on stawia następną kolejkę, jeśli i River miała ochotę na powtórkę z rozrywki.
- Jako... co? - Zająknął się, choć nie bez rozbawienia. Nie spodziewał się tego pytania, ale podobało mu się, że padło. Z tego co wiedział, na pierwszych randkach ludzie zwykle wypytywali się nawzajem o hobby i ostatnie wakacje, ale na szczęście sposób, w jaki Cross wyrażała swoją ciekawość względem jego osoby, wydawał się Salowi o wiele bardziej interesujący i mniej standardowy. Pokręcił głową. Potem nią pokiwał. Potem zmarszczył brwi, przygryzając krótko dolną wargę - Jeśli tak, to chyba jako jeden z tych współczesnych bohomazów, którymi wszyscy się zachwycają, ale których nikt tak naprawdę nie rozumie - Przyznał.
I dopiero po chwili zorientował się, że dawno, bardzo dawno nie był z drugim człowiekiem tak bardzo, bezbronnie szczery, jak teraz. Brawo, River. Dobra robota.
River Cross
- Dziękuję - Odparował, wbrew samemu sobie jakimś cudem naprawdę odczuwając pewną dozę ulgi, gdy River zapewniła go, że każdemu rodzicielowi czasami trochę odbija - W imieniu wszystkich rodziców świata. To zaskakująco pocieszające.
Nie mieli jeszcze nigdy okazji o tym rozmawiać, ale Sal oczywiście zakładał, że Cross nie ma własnych dzieci. Nie, żeby ludziom nie zdarzały się nastoletnie ciąże - nie trzeba było daleko szukać, bo jeden z braci Salomona sam przecież został ojcem ledwie parę miesięcy po własnej osiemnastce - niemniej brunetka nie sprawiała na nim wrażenia kogoś, kto miał okazję parać się rodzicielstwem. Nie dlatego, że wydawała mu się niedojrzała czy nieodpowiedzialna... Raczej dlatego, że nie sprawiała wrażenia wystarczająco zmęczonej. Gdy bowiem Sally spoglądał zarówno na siebie jak i na Diane, ale także na większość rodziców własnych uczniów, z którymi przecież regularnie miał kontakt podczas wywiadówek i szkolnych wydarzeń, zawsze odnajdywał w nich jakiś rodzaj egzystencjalnego wycieńczenia, które w żaden sposób nie zdążyło się jeszcze odcisnąć ani na twarzy, ani na sylwetce kobiety. Ani też w sposobie, w jaki poruszała się i wypowiadała, co - nawet wbrew sobie, i nie bez odrobiny zażenowania - Sally musiał przyznać, czyniło ją niezwykle atrakcyjną.
- Oczywiście. Oczywiście, że masz przy sobie szkicownik - Żachnął się, pacnąwszy się dłonią w czoło na znak, że przecież powinien był się spodziewać. River była przecież artystką, a nie jakąś tam amatorką - nie powinno go było ani trochę zaskoczyć, że nawet w takich okolicznościach jak te związane z ich dzisiejszym spotkaniem, będzie miała przy sobie coś więcej niż barową serwetkę i przypadkowy, wypisujący się długopis. To tak, jakby ktoś był zaskoczony, że zapytany o nazwanie jednej, czy dwóch konstelacji na niebie, Salomon od razu wymieniłby ich z piętnaście, wskazując nawet te najrzadsze, o których istnieniu większość
Teraz, gdy sprawy robiły się ewidentnie poważne, rumieniec na jego twarzy rozpełzł się jeszcze zuchwalej niż wcześniej. Sal chyba się poddał, i nie próbował już nawet udawać, że pozostaje tym wszystkim kompletnie niewzruszony. Zamiast tego dopił własny alkohol, gestem dłoni wskazując barmanowi, że będzie potrzebował dokładki - i, oczywiście, że to on stawia następną kolejkę, jeśli i River miała ochotę na powtórkę z rozrywki.
- Jako... co? - Zająknął się, choć nie bez rozbawienia. Nie spodziewał się tego pytania, ale podobało mu się, że padło. Z tego co wiedział, na pierwszych randkach ludzie zwykle wypytywali się nawzajem o hobby i ostatnie wakacje, ale na szczęście sposób, w jaki Cross wyrażała swoją ciekawość względem jego osoby, wydawał się Salowi o wiele bardziej interesujący i mniej standardowy. Pokręcił głową. Potem nią pokiwał. Potem zmarszczył brwi, przygryzając krótko dolną wargę - Jeśli tak, to chyba jako jeden z tych współczesnych bohomazów, którymi wszyscy się zachwycają, ale których nikt tak naprawdę nie rozumie - Przyznał.
I dopiero po chwili zorientował się, że dawno, bardzo dawno nie był z drugim człowiekiem tak bardzo, bezbronnie szczery, jak teraz. Brawo, River. Dobra robota.
River Cross