Worries for another day
: pn lip 06, 2026 4:14 pm
Jako że Lian był raczej dość stały w swoich przyzwyczajeniach, o ile harmonogram pozostawał niezmącony czymś nieoczekiwanym, popołudniami smakował rooibosem i miodowymi ciasteczkami, do których miał ewidentną słabość. Gdyby Daniel pocałował go rano, prawdopodobnie odnalazłby cierpkość zielonej herbaty i winogronową landrynkę, koło południa gorycz drugiej kawy, a późnym wieczorem imbir przełamany konfiturą z osmantusa lub yuzu. Podobnie jak nawyki, rzadko zmieniał upodobania smakowe.
Tę samą niezmienność lubił odnajdywać u Daniela. Laboratoryjny zapach którymi przesiąkały swetry i bluzy, ten sam szampon i pasta do zębów, której ślad w postaci małej plamki lub smugi znajdywał pod jego szczęką już któryś z kolei raz dawały mu osobliwe poczucie bezpieczeństwa wynikające przynajmniej z tak prowizorycznych stałości pewnych rzeczy w życiu.
Uda Daniela obejmowały gościnnie jego biodra, węższe i teraz pchające się w przód jak i cała reszta, sprawiając, że pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę chciany dokładnie tam gdzie się znajdował. Tak, jakby ciało Moore'a prosiło by został, a on przecież nie potrafił mu odmawiać.
一 Na drugi... raz... 一 wykładał mu cierpliwie pomiędzy pocałunkami, prosto w chętne i wilgotne wargi. 一 ...po prostu powiedz zamiast... 一 kolejny pocałunek, mocny, zadany z determinacją i wyraźnym pragnieniem ułaskawienia wiercącego się pod nim ciała. 一 ...udawać, że nie wiesz. Wiedziałeś.
Lian tylko raz wyhamował ostro gdy przed oczami błysnęła mu jasna, bezbronnie wychylająca się spod bluzy szyja i impulsywnie poczuł konieczność by przenieść ciężar zainteresowania w te okolice, jednak koniec końców powstrzymał się i finalnie jego tracące cierpliwość usta skupiły się ponownie na już poszukujących go wargach.
Nie wiedział dokąd z tym zmierzali, nie planował niczego dalej jak na kilka oddechów do przodu, a może i jeszcze mniej po tym jak Moore wbił mu się kolanem z brutalną precyzją w nerkę i Lian poczuł jak powietrze umyka mu z płuc. Okazało się, że nie tylko jemu, ale do tego doszedł ze znacznym opóźnieniem.
一 Coś... Daniel? 一 zaryzykował pytaniem, podczas gdy jego nieskoncentrowane spojrzenie ślizgało się bezradnie po twarzy ściągniętej nowym, obcym grymasem. Mei mrugnął krótko, jego wzrok odzyskał część klarowności, po czym podniósł się na sztywno wyprostowanych dłoniach zaalarmowany brakiem odpowiedzi i... czymś, co działo się na jego oczach, a czego zupełnie nie rozumiał. Przez moment fala paniki uderzyła w niego tak gwałtownie, że znów utracił zdolność logicznego myślenia i stracił kolejne cenne sekundy na bezproduktywne patrzenie i kurczowe zaciskanie palców na flanelowym kocu. Coś było nie tak, ale nie wiedział co.
一 Hej... 一 zaczął z zawahaniem i wyprostował się nad nim, niezbyt pomocnie próbując przetoczyć Moore'a na bok jakby to miało cokolwiek zmienić. Poszatkowane informacje z pięciominutowego, skróconego kursu pierwszej pomocy jaki oglądał kiedyś jednym okiem w środku nocy nie okazały się w żadnym stopniu praktyczne, a ich wybiórczość wywołała w nim tylko większą frustrację. 一 Hej! 一 W jego głos zaczynała wkradać się histeria, ale wówczas przypadkiem zwrócił uwagę na dłonie, które wcześniej zdawały mu się sięgać bez celu w przestrzeń. Dopiero teraz zauważył, że wskazywały mu na coś w przedpokoju i jakimś nadludzkim szóstym zmysłem Lian wypercypował, że chodzi o porzucony i zapomniany plecak.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pokonał taki dystans w tak krótkim czasie, ani czy to fizycznie możliwe, by dopaść z kanapy pod drzwi za pomocą trzech skoków. Wiedział tylko, że plecak który przyciskał do siebie kurczowo był z jakiegoś powodu ważny.
一 O to chodzi? Tak? Tutaj? Nie? W tej kieszeni? Nie w tej? Kurwa no to w któ... czekaj, nie tak! 一 Oklepywanie na oślep każdego zamka, jakich Daniel musiał mieć tak absurdalnie niewiarygodną liczbę okazało się bezowocne i finalnie nie miało to większego sensu, więc zanim trafił go szlag - oderwał klapę zamiast pieprzyć się z marynarskimi supełkami, prawie wypatroszył kilka zamków i całą zatrważająco liczną zawartość wywlókł na koc licząc na to, że coś zwróci jego uwagę.
Albo nie. Żadna bajecznie kolorowa pierdoła nie miała logicznego zastosowania w tej sytuacji.
一 No i kurwa twoja mać, KTÓRE?! CO JA CI MAM... kurwa, to chyba... TO TO?!
Podczas grzebania wśród tych wszystkich radosnych, a chwilowo bezużytecznych klamotów przypadkiem w ręce wpadło mu coś, co wyglądało jak inhalator i nawet Lian nie był na tyle głupi by w takim momencie nie pokojarzyć faktów. Jego blada, stężała w paroksyzmie bezgranicznego przerażenia i desperacji twarz wyglądała jakby sam przechodził właśnie przez stan przedzawałowy, a oczy studiujące gorączkowo ten sakramencko nieczytelny font na etykiecie błyszczały niezdrowo ilekroć mrużył je bardziej. Niewiele potrafił odczytać - za mało światła, zbyt wiele emocji - ale wyłowił słowo klucz: astma.
一 Okay, no dalej, chodź tu ty mała głupia klucho, głowa. Trzymaj, pokaż mi j-jak... trzymasz? 一 Musiał oprzeć go sobie o pierś i pieczołowicie włożyć inhalator w dłonie, nakierowując ich roztrzęsione ręce w stronę twarzy Moore'a, która obrosła w tak intensywne odcienie czerwieni jakich Lian dotąd nie widział. Mei natomiast wreszcie przypominał aspirującego upiora za jakiego i tak uchodził na co dzień, pokutującego nad każdą decyzją jakiej w życiu dokonał. 一 I teraz co, w-wdech? MÓWIĘ - WDECH? Naciśnij, świetnie. Oddychasz? Kurwa, ja pierdolę. Jezu, Daniel, pojebało cię? Czemu nie powiedziałeś, że jesteś astmatykiem?!
Po kilku płytkich, ale w miarę regularnych oddechach po stronie Moore'a Lian odkrył, że sam przez ten czas wstrzymywał oddech i zaczynało brakować mu powietrza, na dodatek upocił się nie wiedzieć kiedy i sweter zaczynał gryźć go w wilgotną skórę. Dopiero gdy Daniel nie przypominał już dojrzałej wiśni i samodzielnie nabierał powietrza, Mei wymamrotał coś o nieodpowiedzialnych gówniarzach, rozluźnił się jak bezkostna ryba i odchylił do tyłu czując, że z nerwów zebrało mu się na łagodne mdłości. Na krótko schował twarz w dłoniach i ucisnął sobie powieki palcami, aż pejzaż kolorowych plamek zatańczył mu przed oczami.
一 Żyjesz?
Daniel Moore
Tę samą niezmienność lubił odnajdywać u Daniela. Laboratoryjny zapach którymi przesiąkały swetry i bluzy, ten sam szampon i pasta do zębów, której ślad w postaci małej plamki lub smugi znajdywał pod jego szczęką już któryś z kolei raz dawały mu osobliwe poczucie bezpieczeństwa wynikające przynajmniej z tak prowizorycznych stałości pewnych rzeczy w życiu.
Uda Daniela obejmowały gościnnie jego biodra, węższe i teraz pchające się w przód jak i cała reszta, sprawiając, że pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę chciany dokładnie tam gdzie się znajdował. Tak, jakby ciało Moore'a prosiło by został, a on przecież nie potrafił mu odmawiać.
一 Na drugi... raz... 一 wykładał mu cierpliwie pomiędzy pocałunkami, prosto w chętne i wilgotne wargi. 一 ...po prostu powiedz zamiast... 一 kolejny pocałunek, mocny, zadany z determinacją i wyraźnym pragnieniem ułaskawienia wiercącego się pod nim ciała. 一 ...udawać, że nie wiesz. Wiedziałeś.
Lian tylko raz wyhamował ostro gdy przed oczami błysnęła mu jasna, bezbronnie wychylająca się spod bluzy szyja i impulsywnie poczuł konieczność by przenieść ciężar zainteresowania w te okolice, jednak koniec końców powstrzymał się i finalnie jego tracące cierpliwość usta skupiły się ponownie na już poszukujących go wargach.
Nie wiedział dokąd z tym zmierzali, nie planował niczego dalej jak na kilka oddechów do przodu, a może i jeszcze mniej po tym jak Moore wbił mu się kolanem z brutalną precyzją w nerkę i Lian poczuł jak powietrze umyka mu z płuc. Okazało się, że nie tylko jemu, ale do tego doszedł ze znacznym opóźnieniem.
一 Coś... Daniel? 一 zaryzykował pytaniem, podczas gdy jego nieskoncentrowane spojrzenie ślizgało się bezradnie po twarzy ściągniętej nowym, obcym grymasem. Mei mrugnął krótko, jego wzrok odzyskał część klarowności, po czym podniósł się na sztywno wyprostowanych dłoniach zaalarmowany brakiem odpowiedzi i... czymś, co działo się na jego oczach, a czego zupełnie nie rozumiał. Przez moment fala paniki uderzyła w niego tak gwałtownie, że znów utracił zdolność logicznego myślenia i stracił kolejne cenne sekundy na bezproduktywne patrzenie i kurczowe zaciskanie palców na flanelowym kocu. Coś było nie tak, ale nie wiedział co.
一 Hej... 一 zaczął z zawahaniem i wyprostował się nad nim, niezbyt pomocnie próbując przetoczyć Moore'a na bok jakby to miało cokolwiek zmienić. Poszatkowane informacje z pięciominutowego, skróconego kursu pierwszej pomocy jaki oglądał kiedyś jednym okiem w środku nocy nie okazały się w żadnym stopniu praktyczne, a ich wybiórczość wywołała w nim tylko większą frustrację. 一 Hej! 一 W jego głos zaczynała wkradać się histeria, ale wówczas przypadkiem zwrócił uwagę na dłonie, które wcześniej zdawały mu się sięgać bez celu w przestrzeń. Dopiero teraz zauważył, że wskazywały mu na coś w przedpokoju i jakimś nadludzkim szóstym zmysłem Lian wypercypował, że chodzi o porzucony i zapomniany plecak.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pokonał taki dystans w tak krótkim czasie, ani czy to fizycznie możliwe, by dopaść z kanapy pod drzwi za pomocą trzech skoków. Wiedział tylko, że plecak który przyciskał do siebie kurczowo był z jakiegoś powodu ważny.
一 O to chodzi? Tak? Tutaj? Nie? W tej kieszeni? Nie w tej? Kurwa no to w któ... czekaj, nie tak! 一 Oklepywanie na oślep każdego zamka, jakich Daniel musiał mieć tak absurdalnie niewiarygodną liczbę okazało się bezowocne i finalnie nie miało to większego sensu, więc zanim trafił go szlag - oderwał klapę zamiast pieprzyć się z marynarskimi supełkami, prawie wypatroszył kilka zamków i całą zatrważająco liczną zawartość wywlókł na koc licząc na to, że coś zwróci jego uwagę.
Albo nie. Żadna bajecznie kolorowa pierdoła nie miała logicznego zastosowania w tej sytuacji.
一 No i kurwa twoja mać, KTÓRE?! CO JA CI MAM... kurwa, to chyba... TO TO?!
Podczas grzebania wśród tych wszystkich radosnych, a chwilowo bezużytecznych klamotów przypadkiem w ręce wpadło mu coś, co wyglądało jak inhalator i nawet Lian nie był na tyle głupi by w takim momencie nie pokojarzyć faktów. Jego blada, stężała w paroksyzmie bezgranicznego przerażenia i desperacji twarz wyglądała jakby sam przechodził właśnie przez stan przedzawałowy, a oczy studiujące gorączkowo ten sakramencko nieczytelny font na etykiecie błyszczały niezdrowo ilekroć mrużył je bardziej. Niewiele potrafił odczytać - za mało światła, zbyt wiele emocji - ale wyłowił słowo klucz: astma.
一 Okay, no dalej, chodź tu ty mała głupia klucho, głowa. Trzymaj, pokaż mi j-jak... trzymasz? 一 Musiał oprzeć go sobie o pierś i pieczołowicie włożyć inhalator w dłonie, nakierowując ich roztrzęsione ręce w stronę twarzy Moore'a, która obrosła w tak intensywne odcienie czerwieni jakich Lian dotąd nie widział. Mei natomiast wreszcie przypominał aspirującego upiora za jakiego i tak uchodził na co dzień, pokutującego nad każdą decyzją jakiej w życiu dokonał. 一 I teraz co, w-wdech? MÓWIĘ - WDECH? Naciśnij, świetnie. Oddychasz? Kurwa, ja pierdolę. Jezu, Daniel, pojebało cię? Czemu nie powiedziałeś, że jesteś astmatykiem?!
Po kilku płytkich, ale w miarę regularnych oddechach po stronie Moore'a Lian odkrył, że sam przez ten czas wstrzymywał oddech i zaczynało brakować mu powietrza, na dodatek upocił się nie wiedzieć kiedy i sweter zaczynał gryźć go w wilgotną skórę. Dopiero gdy Daniel nie przypominał już dojrzałej wiśni i samodzielnie nabierał powietrza, Mei wymamrotał coś o nieodpowiedzialnych gówniarzach, rozluźnił się jak bezkostna ryba i odchylił do tyłu czując, że z nerwów zebrało mu się na łagodne mdłości. Na krótko schował twarz w dłoniach i ucisnął sobie powieki palcami, aż pejzaż kolorowych plamek zatańczył mu przed oczami.
一 Żyjesz?
Daniel Moore