Strona 2 z 6
Worries for another day
: pn lip 06, 2026 4:14 pm
autor: Lian Mei
Jako że Lian był raczej dość stały w swoich przyzwyczajeniach, o ile harmonogram pozostawał niezmącony czymś nieoczekiwanym, popołudniami smakował rooibosem i miodowymi ciasteczkami, do których miał ewidentną słabość. Gdyby Daniel pocałował go rano, prawdopodobnie odnalazłby cierpkość zielonej herbaty i winogronową landrynkę, koło południa gorycz drugiej kawy, a późnym wieczorem imbir przełamany konfiturą z osmantusa lub yuzu. Podobnie jak nawyki, rzadko zmieniał upodobania smakowe.
Tę samą niezmienność lubił odnajdywać u Daniela. Laboratoryjny zapach którymi przesiąkały swetry i bluzy, ten sam szampon i pasta do zębów, której ślad w postaci małej plamki lub smugi znajdywał pod jego szczęką już któryś z kolei raz dawały mu osobliwe poczucie bezpieczeństwa wynikające przynajmniej z tak prowizorycznych stałości pewnych rzeczy w życiu.
Uda Daniela obejmowały gościnnie jego biodra, węższe i teraz pchające się w przód jak i cała reszta, sprawiając, że pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę chciany dokładnie tam gdzie się znajdował. Tak, jakby ciało Moore'a prosiło by został, a on przecież nie potrafił mu odmawiać.
一 Na drugi... raz... 一 wykładał mu cierpliwie pomiędzy pocałunkami, prosto w chętne i wilgotne wargi. 一 ...po prostu powiedz zamiast... 一 kolejny pocałunek, mocny, zadany z determinacją i wyraźnym pragnieniem ułaskawienia wiercącego się pod nim ciała. 一 ...udawać, że nie wiesz. Wiedziałeś.
Lian tylko raz wyhamował ostro gdy przed oczami błysnęła mu jasna, bezbronnie wychylająca się spod bluzy szyja i impulsywnie poczuł konieczność by przenieść ciężar zainteresowania w te okolice, jednak koniec końców powstrzymał się i finalnie jego tracące cierpliwość usta skupiły się ponownie na już poszukujących go wargach.
Nie wiedział dokąd z tym zmierzali, nie planował niczego dalej jak na kilka oddechów do przodu, a może i jeszcze mniej po tym jak Moore wbił mu się kolanem z brutalną precyzją w nerkę i Lian poczuł jak powietrze umyka mu z płuc. Okazało się, że nie tylko jemu, ale do tego doszedł ze znacznym opóźnieniem.
一 Coś... Daniel? 一 zaryzykował pytaniem, podczas gdy jego nieskoncentrowane spojrzenie ślizgało się bezradnie po twarzy ściągniętej nowym, obcym grymasem. Mei mrugnął krótko, jego wzrok odzyskał część klarowności, po czym podniósł się na sztywno wyprostowanych dłoniach zaalarmowany brakiem odpowiedzi i... czymś, co działo się na jego oczach, a czego zupełnie nie rozumiał. Przez moment fala paniki uderzyła w niego tak gwałtownie, że znów utracił zdolność logicznego myślenia i stracił kolejne cenne sekundy na bezproduktywne patrzenie i kurczowe zaciskanie palców na flanelowym kocu. Coś było nie tak, ale nie wiedział co.
一 Hej... 一 zaczął z zawahaniem i wyprostował się nad nim, niezbyt pomocnie próbując przetoczyć Moore'a na bok jakby to miało cokolwiek zmienić. Poszatkowane informacje z pięciominutowego, skróconego kursu pierwszej pomocy jaki oglądał kiedyś jednym okiem w środku nocy nie okazały się w żadnym stopniu praktyczne, a ich wybiórczość wywołała w nim tylko większą frustrację. 一 Hej! 一 W jego głos zaczynała wkradać się histeria, ale wówczas przypadkiem zwrócił uwagę na dłonie, które wcześniej zdawały mu się sięgać bez celu w przestrzeń. Dopiero teraz zauważył, że wskazywały mu na coś w przedpokoju i jakimś nadludzkim szóstym zmysłem Lian wypercypował, że chodzi o porzucony i zapomniany plecak.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pokonał taki dystans w tak krótkim czasie, ani czy to fizycznie możliwe, by dopaść z kanapy pod drzwi za pomocą trzech skoków. Wiedział tylko, że plecak który przyciskał do siebie kurczowo był z jakiegoś powodu ważny.
一 O to chodzi? Tak? Tutaj? Nie? W tej kieszeni? Nie w tej? Kurwa no to w któ... czekaj, nie tak! 一 Oklepywanie na oślep każdego zamka, jakich Daniel musiał mieć tak absurdalnie niewiarygodną liczbę okazało się bezowocne i finalnie nie miało to większego sensu, więc zanim trafił go szlag - oderwał klapę zamiast pieprzyć się z marynarskimi supełkami, prawie wypatroszył kilka zamków i całą zatrważająco liczną zawartość wywlókł na koc licząc na to, że coś zwróci jego uwagę.
Albo nie. Żadna bajecznie kolorowa pierdoła nie miała logicznego zastosowania w tej sytuacji.
一 No i kurwa twoja mać, KTÓRE?! CO JA CI MAM... kurwa, to chyba... TO TO?!
Podczas grzebania wśród tych wszystkich radosnych, a chwilowo bezużytecznych klamotów przypadkiem w ręce wpadło mu coś, co wyglądało jak inhalator i nawet Lian nie był na tyle głupi by w takim momencie nie pokojarzyć faktów. Jego blada, stężała w paroksyzmie bezgranicznego przerażenia i desperacji twarz wyglądała jakby sam przechodził właśnie przez stan przedzawałowy, a oczy studiujące gorączkowo ten sakramencko nieczytelny font na etykiecie błyszczały niezdrowo ilekroć mrużył je bardziej. Niewiele potrafił odczytać - za mało światła, zbyt wiele emocji - ale wyłowił słowo klucz: astma.
一 Okay, no dalej, chodź tu ty mała głupia klucho, głowa. Trzymaj, pokaż mi j-jak... trzymasz? 一 Musiał oprzeć go sobie o pierś i pieczołowicie włożyć inhalator w dłonie, nakierowując ich roztrzęsione ręce w stronę twarzy Moore'a, która obrosła w tak intensywne odcienie czerwieni jakich Lian dotąd nie widział. Mei natomiast wreszcie przypominał aspirującego upiora za jakiego i tak uchodził na co dzień, pokutującego nad każdą decyzją jakiej w życiu dokonał. 一 I teraz co, w-wdech? MÓWIĘ - WDECH? Naciśnij, świetnie. Oddychasz? Kurwa, ja pierdolę. Jezu, Daniel, pojebało cię? Czemu nie powiedziałeś, że jesteś astmatykiem?!
Po kilku płytkich, ale w miarę regularnych oddechach po stronie Moore'a Lian odkrył, że sam przez ten czas wstrzymywał oddech i zaczynało brakować mu powietrza, na dodatek upocił się nie wiedzieć kiedy i sweter zaczynał gryźć go w wilgotną skórę. Dopiero gdy Daniel nie przypominał już dojrzałej wiśni i samodzielnie nabierał powietrza, Mei wymamrotał coś o nieodpowiedzialnych gówniarzach, rozluźnił się jak bezkostna ryba i odchylił do tyłu czując, że z nerwów zebrało mu się na łagodne mdłości. Na krótko schował twarz w dłoniach i ucisnął sobie powieki palcami, aż pejzaż kolorowych plamek zatańczył mu przed oczami.
一 Żyjesz?
Daniel Moore
Worries for another day
: pn lip 06, 2026 6:03 pm
autor: Daniel Moore
Komunikacja na migi drżącymi dłońmi aktywnie odmawiającymi współpracy nie należała do najprostszych zadań, a poczucie beznadziei wywołane brakiem inhalatora w zasięgu ręki w towarzystwie osoby kompletnie niewtajemniczonej w jego stan zdrowia nie poprawiało sytuacji. Rozpędzone serce waliło mu w uszach, wygłuszając słowa Liana jakby mówił do niego zza szklanej szyby, a wyraźna bariera blokująca przekazywanie informacji popchnęła Daniela do rozważania na ile byłby w stanie dotoczyć się do swojej torby samopas. Mógł mu powiedzieć. Nie miał pojęcia dlaczego zdecydował się przemilczeć tak istotny element swojego życia, jedyne czego chciał uniknąć to wyglądanie w jego oczach jak słaby i chorowity dzieciak, za jakiego i tak miała go rodzina i większość rówieśników. Starczyło mu, że podczas pierwszego spotkania złożył go zarówno alkohol jak i bezlitosna migrena, z którą nie umiał poradzić sobie bez leków.
Gwałtownie zrywający się we wskazanym kierunku mężczyzna wywołał w spiętym ciele łagodne tknięcie ulgi i nadziei, że przekaz został zrozumiany. Pierwszy raz od utraty zdolności wzięcia dostatecznie głębokiego oddechu Daniel był w stanie przymknąć oczy i zmusić się do przypomnienia sobie metod na opanowanie ataku w sytuacji awaryjnej.
Miał pustkę w głowie.
Bardziej czując niż słysząc dudnienie zbliżających się kroków, spojrzał na Liana jak przez mgłę i spróbował sięgnąć po plecak by znaleźć swoją zgubę, jednak samemu nie dał rady się podnieść, a Mei zdawał się mieć inne plany. Zrywnie kręcąc przecząco głową na każdą próbę odnalezienia odpowiedniej kieszeni poruszył uchylonymi wargami w ramach zagłuszonych świszczącym oddechem instrukcji. W końcu po kocu potoczyły się jego klucze ciągnące za sobą sprezentowany breloczek z Japonii, pudełeczko z lekami, kilka różnych figurek pokemonów wielkości naparstka, o których obecności w plecaku całkowicie zapomniał, błękitny portfel w białe chmurki, garść pastelowych długopisów, zakreślacze i sok jabłkowy w kartoniku. Lwią część plecaka zajmowały jednak dwie pluszowe kocobluzy w kształcie fauny z głębi oceanu i to właśnie w parzydełkowym kapturze zaplątał się wyczekiwany inhalator. Daniel mógłby rozpłakać się z ulgi, gdyby wilgoć nie sączyła się z kącików jego oczu już od jakiegoś czasu.
Roztrzęsione palce desperacko pochwyciły znajomą puszeczkę, wpasowując się między brokatowe gwiazdki i miniaturową Tardis przyklejone do opakowania. Korzystając ze stabilizacji ze strony Liana wziął ustnik między wargi i po drugiej próbie wciągnął słodkawy proszek, a już sam smak kojarzony z ulgą dał radę rozluźnić ściśnięte w panice gardło jeszcze zanim leki zaczęły w pełni działać. Odzyskując kontrolę nad dłońmi wstrząsnął inhalatorem i dla pewności zaaplikował drugą dawkę, a po pierwszych, głębokich oddechach przepływających gładko przez rozkurczone drogi oddechowe Moore opuścił ręce i rozpłynął się bezsilnie oparty o klatkę piersiową Liana. Przez chwilę po prostu oddychał, powoli i głęboko, odzyskując po kolei wszystkie przytłumione brakiem tlenu zmysły, a gdy poczuł się dostatecznie stabilnie by się poruszyć, przekręcił się tylko na bok zwinięty w kulkę, opierając policzek o miękki, czarny sweter, spod którego słyszał szaleńcze bicie serca. Pokiwał głową w ramach potwierdzenia swojej jeszcze nie dobiegającej końca egzystencji i wciągnął powietrze nosem by zebrać się w sobie. Właściwie nie miałby nic przeciwko by ziemia w tej chwili postanowiła jednak go pochłonąć.
- Przepraszam - wychrypiał, nie potrafiąc znaleźć lepszego rozpoczęcia po wszystkim co właśnie miało miejsce. Pociągnął nosem i wytarł wilgotny policzek o materiał, na którym się opierał. - Bolało? Nie chciałem - przyznał, ściskany przez poczucie winy z przynajmniej dwóch różnych powodów. Skoro już poruszył kwestię jednego z nich, po dłuższym milczeniu zebrał się do odpowiedzi na pytanie wrzucone między wiązankę przekleństw.
- Nie było o-... Nie sądziłem, że to ta-tak istotne - mruknął, uparcie nie podnosząc głowy by móc dalej chować się przed wzrokiem mężczyzny robiącego mu za podpórkę. - Jesteś... Bardzo jesteś zły?
Lian Mei
Worries for another day
: pn lip 06, 2026 6:54 pm
autor: Lian Mei
Lian jeszcze chyba nigdy w życiu nie był tak wdzięczny, że coś go bolało. Nerka ćmiła przygasającym bólem, owszem, ale był to zarazem znak, że bardziej dramatyczny problem został rozwiązany i jego ciało mogło wobec tego znów pozwolić sobie na luksus odczuwania czegoś poza paniką.
Przez dłuższy moment nie odzywał się, wsłuchany w jeszcze nieco świszczący oddech spoczywającego mu na piersi Daniela, który w tym momencie wyglądał nawet żałośniej niż wtedy, gdy kac rozbroił go w jego mieszkaniu kilka miesięcy temu. Nadal co prawda nie podobał mu się gruźliczy charkot wibrujący w drobnym ciele Moore'a, ale świadczył przynajmniej o tym, że łapał powietrze i odzyskiwał jakieś zdolności kognitywne, bo zaczął zagajać go pytaniami.
Pierwsze zignorował. Nad drugim musiał się zastanowić.
一 Jestem zły 一 obwieścił nareszcie, leżąc wciąż płasko i bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym twardo w nudnawą biel sufitu. 一 Ale nie dlatego, że miałeś atak, tylko dlatego, że mi nie powiedziałeś. Rozumiesz różnicę, tak?
Jego ramię odnalazło kłębowisko koca i człowieka, zagarnął go od strony pleców i chyba sam do końca nieprzekonany czy powinien unosić się teraz dumą czy nie, palcami powiódł po uciekającym spod flaneli biodrze. Jeżeli Daniel miał ochotę obrazić się za ten brak delikatności w uprzedniej komunikacji Lian nie miałby nic przeciwko. Dąsać mogli się tylko żywi.
一 To jest w chuj istotne. Nie wiem czy jest coś, co mogłoby być ważniejsze niż... jak ty to sobie wyobrażałeś? 一 Mei praktycznie syczał na niego przyciszonym głosem, a chociaż chwilowo chrzanił decorum i nie próbował dla odmiany silić się na stoicki spokój, czuł potrzebę zachowania przynajmniej jakichś pozorów. 一 To było oczywiste, że to się kiedyś stanie. Nie przyszło ci do tej genialnej głowy, że warto by było uprzedzić? Żebym w razie czego, nie wiem, nie stał bezczynnie jak palant i nie zgadywał dlaczego zmieniasz kolory?
Jego klatka piersiowa podskakiwała z każdym bardziej uczuciowym wyrzutem produkowanym naprędce, a wraz z nią głowa Daniela, bo Lian wciąż nie pozwalał im na zmianę pozycji.
一 Masz pojęcie z czym ja bym tu został gdyby coś ci się stało? Gdybyś... no kurwa mać. Jesteś niemożliwy, nie wiem co ci powiedzieć! 一 I to był finisz jego pretensji, zaraz później rozległo się długie, pełne emfazy westchnienie i druga ręka pomknęła w stronę twarzy przyjmującego kolejne uwagi Moore'a. Był zły. Był cholernie zły, ale jednocześnie trzymał go przy sobie jak coś niezwykle cennego i wartego tej złości, nerwów i adrenaliny. Objął go ciaśniej - nie za mocno, wciąż chyba nie do końca wierząc, że najgorsze mieli za sobą i że nie wywoła w ten sposób kolejnego ataku - jeszcze raz odetchnął sobie od serca i pocałował go krótko w czubek głowy. Gniewnie. Tylko raz, ale cóż innego miał zrobić?
一 Musisz wytłumaczyć mi jak to działa. Ta cała astma, bo ja nigdy nie miałem styczności. I jak masz więcej tych inhalatorów... tak to się nazywa? Możesz zostawić jakiś na wszelki wypadek u mnie, byłbym wdzięczny.
Jego ręce poruszały się czasami bez celu, tak jakby Lian nieustannie musiał sprawdzać czy Daniel na pewno oddycha i ma się dobrze, choć wyglądało na to, że zagrożenie minęło. Pozostało tylko niejasne przeczucie, że w tym wszystkim obaj mieli więcej szczęścia niż rozumu.
一 No dobrze, wystarczy. Bao bei, spójrz na mnie. 一 Lian przełknął ostatnią gorycz niezadowolenia i pomniejszych niezaadresowanych żali, wchodząc ponownie w komunikację angażującą więcej niż jedną stronę. Dłoń, która dotąd urzędowała w okolicach potylicznego zagłębienia i przeczesywała niespokojnie potargane loczki chwyciła Daniela pod brodą i dopiero wtedy, gdy odciągnął ją sobie żądając przynajmniej kontaktu wzrokowego, nadszarpnięty nerw ułożył się w nim wreszcie i złagodniał. 一 Musisz mi powiedzieć co jest wyzwalaczem. Przygniotłem cię? Za mało... 一 przerwał, przewrócił oczami i prychnął, wciąż trochę rozeźlony, ale przynajmniej tym razem w jego głos wkradło się jakieś rozbawienie. 一 Za mało powietrza?
Daniel Moore
Worries for another day
: pn lip 06, 2026 8:22 pm
autor: Daniel Moore
Naprawdę chciałby być w stanie potwierdzić pojmowanie różnicy w powodzie złości Liana, jednak byłoby to kłamstwem. A przynajmniej nic to dla niego nie zmieniało. Zawiesił się na informacji o wywołaniu w nim negatywnych emocji, kuląc się odrobinę bardziej i zastygając w miejscu jakby zajmowanie coraz mniejszej przestrzeni i nie zwracanie na siebie uwagi miało ostatecznie pozwolić mu zniknąć. Nie miał dla niego odpowiedzi i oceniając po tonie wątpił by były od niego oczekiwane, zwłaszcza że jego hipotetyczne wyobrażenia poradzenia sobie z sytuacją bez informowania mężczyzny o chorobie nie mogły już niczego zmienić. Mentalnie kopał się za zniszczenie atmosfery podczas ich pierwszego spotkania od ponad dwóch tygodni (szesnastu dni i czterech godzin), spodziewając się, że w każdej chwili mniej lub bardziej dosadnie otrzyma informację, że powinien wracać do domu. A może sam powinien się wyprosić by oszczędzić Lianowi dodatkowego kłopotu? Sama myśl kłuła go w klatce piersiowej, tym razem bliżej serca niż oskrzeli i cicho pociągnął nosem w próbie opanowania nawracających w kąciki oczu łez.
Przerwał bezruch tylko by pokręcić przecząco głową w ramach odpowiedzi, jako że jego genialna głowa sugerowała mu, że wszystko będzie dobrze i nie było najmniejszego powodu by miał dostać ataku astmy podczas spotkania z Lianem. W tej odrębnej rzeczywistości, do której wchodził przekraczając próg jego domu, mógł udawać, że astma zwyczajnie nie istniała. Przynajmniej do teraz.
Milczał, uparcie i lękliwie, nie mając pojęcia kiedy powinien dołączyć do rozmowy by nie wywołać w mężczyźnie większej irytacji. Jakby dzięki braku odzewu przez dość długi czas mógł przeczekać jego złość i wymknąć się niezauważony by zakopać się pod kołdrą we własnym łóżku do poniedziałku, albo zapomnieć o sprawie i wrócić do zachowywania się tak, jakby ten mały kryzys nie miał miejsca.
Podniósł wzrok dopiero, gdy został do tego fizycznie zmuszony.
Napotkane spojrzenie głębokiej czerni emanowało mniejszym rozdrażnieniem niż się spodziewał, zamiast twardych, karcących rysów twarzy znalazł tego samego Liana co wcześniej, jedynie bardziej stanowczego i poddenerwowanego. Nic dostatecznie strasznego by Daniel całkowicie zamknął się w sobie. Zwłaszcza, gdy podszycie humoru dało radę złagodzić splot w jego żołądku. Na chwilę nawet kącik jego ust podskoczył w minimalnym uśmiechu.
- Nie... Nie, żadne z tych - zapewnił, chociaż szybko przestało być mu wesoło, kiedy przypomniał sobie co dokładnie pociągnęło tę reakcję łańcuchową. Uciekł wzrokiem z dół, tym razem z innych powodów niż strach przed konsekwencjami swoich niedopowiedzeń. - To... uh, zwykle jakiś większy wysiłek fizyczny, bieganie, za dużo schodów i... i inne takie. Niektóre pyłki, kurz... dym - zaczął wyliczanie od najbardziej neutralnych czynników, z czego żaden nie odpowiadał na pytania Mei'a. - Czasem jak się czegoś przestraszę, stres... ogólnie, hm, silne emocje - podkreślił mając nadzieję, że to wystarczy w ramach wyjaśnień. Naprawdę nie miał ochoty tłumaczyć się z tego, jakie bodźce zadziałały tym razem.
Zwykle potrafił przewidzieć potencjalne ataki, podczas mrozów, okresów większego pylenia czy jeździe na deskorolce nie rozstawał się z inhalatorem na krok, za to nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że leżenie pod Lianem i kilka pocałunków może wywołać nagły kryzys układu oddechowego. W końcu wcześniej nie miał okazji by to przetestować.
- To jest... w sumie zapalenie, kurczą mi się drogi oddechowe i, no, widziałeś co dalej - mruknął kontynuując temat, już spokojniej i dalej od granicy płaczu niż jeszcze chwilę wcześniej. Jak zwykle opowiadanie o czymś na czym się znał pomagało mu odzyskać względną stabilizację. - Inhalatorów mam kilka, mogę... mogę przynieść... Jeśli chcesz - zaoferował wedle sugestii, chociaż w ton głosu wdarła mu się niepewność, jakby pomimo uratowania mu życia, głaskania po włosach i ciągłego trzymania w objęciach Lian w każdej chwili miał zmienić co do niego zdanie.
Lian Mei
Worries for another day
: pn lip 06, 2026 9:50 pm
autor: Lian Mei
Nie potrafił obchodzić się z ludźmi. Słyszał wielokrotnie, że bywał zbyt szorstki, zbyt apodyktyczny, że miewał fanaberie i potrafił być cholernie kapryśny. Wiedział, że stać go było na bezczelność, swoje ruchome granice naprawiał nieumiejętnie i czasami zapędzał się za daleko, i że brakowało mu równowagi, w szerokim tego słowa znaczeniu. Dla Daniela starał się jednak być delikatny, choć tu niestety również - wychodziło różnie, i tak zamiast odpuścić, pakował się w dalszą dyskusję. Właściwie może i dobrze, bo nie wyobrażał sobie pozostawienia tak ważnego tematu bez rozmówienia go na części pierwsze.
Moore miał trochę zbyt wilgotne oczy by Lian nie nabrał podejrzeń, ale choć przyglądał się im z dziwnym wyrazem zacięcia i skupienia na twarzy, kiwał jednocześnie głową na każdy wyliczony potencjalny powód do astmatycznego ataku. Notował je w pamięci i nie posiadając jeszcze pełnej informacji już próbował przypasować je do sytuacji sprzed kilkunastu minut.
一 Koniec z kadzidłami 一 oświadczył z naciskiem, bardziej do siebie niż do Daniela, nieszczególnie poruszony tym wyrzeczeniem. Lubił ich zapach, ale jeżeli niósł ze sobą ryzyko, że pewnego dnia Moore udusi mu się na dywanie w salonie, wolał odpuścić. 一 Zestresowałeś się?
To była pierwsza rzecz jaką wyłowił ze wszystkiego co usłyszał, w pierwszej chwili nie łącząc wspomnianych silnych emocji z tym, czym byli zajęci zanim Moore zaczął się dusić. W wyobrażeniu Liana istniało niskie prawdopodobieństwo by Daniel świadomie poprosił go o coś, co mogłoby doprowadzić do ataku, skoro wiedział czego powinien unikać, stąd nie pokojarzył pewnych faktów.
一 I zamieniasz się w rybę rzuconą na płyciznę 一 dokończył za niego pomocnie, widząc że poczucie humoru sprawdzało się w roli narzędzia łagodzącego emocje. Kolejny loczek znalazł swoje miejsce za uchem gdy Lian bezwiednie przeplatał je, zupełnie nie robiąc sobie nic z faktu, że te uparcie wracały na swoje poprzednie miejsca. 一 Chcę. Myślę nawet, że to byłoby rozsądne.
Mdłości przestały mu dokuczać odkąd zyskał pewność, że Daniel nie udusi mu się w ramionach w najbliższym czasie, ciśnienie także wracało do normy, ale serce wciąż jeszcze łopotało mu niespokojnie w piersi. Nie pamiętał kiedy ostatnio coś tak bardzo wypchnęło go poza wewnętrzne zen. To i kilka pomniejszych niedogodności opóźniło zadanie kolejnych pytań, z którymi nagle znów mu się nie spieszyło, jak chwilę przed atakiem.
一 Na razie chciałbym również zauważyć, że znów potrzebuję prysznica, twoja herbata całkiem wystygła i zapomniałem wyjąć tartę mandarynkową z lodówki. Nie ciesz się tak, nie miałem czasu stać w kuchni, jest zamawiana.
Nie trzeba było wytrawnego obserwatora by wskazać, że prawdziwą słabością Daniela były słodycze. Lian także był tego świadom, więc jeszcze siedząc w taksówce podczas nużącej przeprawy z lotniska przez miasto przewertował możliwe opcje i wybrał mu coś, co składowo nie przypominało przodu koszulki jaką często nosił pod swetrami; Mei nie rozpoznawał większości nadrukowanych na niej symboli, ale wiedział, że chodziło o bodaj chemika z nazwiskiem na M. i pierwiastki. Raczej. Chyba?
Koliste ruchy jakimi rozmasowywał mu plecy w okolicach łopatek paradoksalnie uspokajały również jego, więc pomimo deklaracji o zamiarze wzięcia ponownego prysznica, nie spieszył się z ruszeniem z miejsca.
一 Jest coś jeszcze co powinienem wiedzieć? Coś, co potencjalnie mogłoby doprowadzić mnie do zawału w przyszłości? Hmm? Tak? Nie? No dalej klucho, pomyśl. 一 Przewałkował go w końcu na bok, bo nie dość, że w trakcie incydentu z inhalatorem upocił się z nerwów, to jeszcze grzała go teraz warstwa swetra, szlafroka i Daniela grzejącego nie gorzej niż rozpalona do czerwoności farelka. Ostatnie co Moore miał okazję zobaczyć zanim Lian usiadł na skraju kanapy i wycofał się naciągając luźne rękawy były jego czarne, rozpuszczone włosy, bo pośród kotłowaniny zgubił jedną ze swoich jedwabnych gumek.
一 Mogę zostawić cię tu samego na pięć minut? Możesz w tym czasie przywitać się z tartą.
Daniel Moore
Worries for another day
: wt lip 07, 2026 12:53 am
autor: Daniel Moore
Decyzja o odpuszczeniu kadzideł nie była w oczach Daniela koniecznym wyrzeczeniem, w końcu nie drażniły tak jak dym papierosowy, nie zamierzał jednak narzekać na zmniejszenie potencjalnych zagrożeń i tylko uśmiechnął się do Liana nieśmiało. Nic nie wskazywało na to by miał za chwilę wystawić go za drzwi, wręcz przeciwnie, chęci dostosowania otoczenia jeszcze trochę bardziej pod jego ograniczenia sprawnie odganiały ucisk na sercu i pozwalały na powolny powrót pozytywnego humoru.
- Ni-nie do końca - mruknął, bo chociaż Mei zaoferował mu łatwą kartę ucieczki od niewygodnego tematu, nie chciał ani naginać faktów, ani zasugerować nadmiernego stresowania się bliskimi kontaktami fizycznymi. Był w tym nowy, poruszał się nieznanych terenach i cały czas zmagał się ze wstydem i brakiem pewności siebie, jednak nie było to na tyle negatywną mieszanką by miał zacząć panikować.
Podobnie jak lżejszy ton rozmowy, wspomnienie o cieście podniosło morale zarówno obiecując zapełnienie dziennego danielowego zapotrzebowania na cukier w dowolnej postaci oraz całkowicie rozwiewając wątpliwości co do ich dalszych planów. Jakby Lian chciał zakończyć spotkanie szybciej, raczej nie wspomniałby mu o czekającej w lodówce tarcie.
- Mam herbatę? - podłapał tę jedną informację, która nie została mu przekazana na czas, inaczej być może nie dopuściłby do wystygnięcia. Chociaż patrząc na to czym zajęli się w momencie znalezienia się w jednym pomieszczeniu, raczej historia herbaty tak czy siak potoczyłaby się w ten sam sposób. - Nie szkodzi, często piję zimną - zapewnił od razu, nawet nie w próbie grzecznościowego odwiedzenia gospodarza od parzenia kolejnej, a całkowicie zgodnie z prawdą. Podczas nauki zapominał o przygotowanej herbacie tak często, że jakby stale robił sobie świeżą spędzałby cały dzień czatując nad czajnikiem.
Niechętnie przetoczył się w bok wyswobadzając swoją żywą poduszkę i spoglądając na nią z pozycji rozgwiazdy przyjętej na środku koca. Dociekanie o resztę potencjalnych dolegliwości przyjął przewróceniem oczami, chociaż zapadająca z jego strony cisza i drobna zmarszczka uformowana między brwiami sugerowały, że faktycznie musiał zastanowić się nad odpowiedzią.
- Nic, czego jestem świadomy - wybrał dyplomatyczną odpowiedź i posłał mu lekki uśmiech, nie chcąc składać obietnic, których nie byłby w stanie dotrzymać. Z jego tendencją do wszelakich mniejszych i większych wypadków, udokumentowane choroby przewlekłe stanowiły tu najmniejsze zagrożenie dla jego zdrowia.
- Powinienem przetrwać - zawyrokował, machając wciąż ściskanym w dłoni inhalatorem, który po chwili wylądował w kieszeni jego spodni, by pokreślić w jak bardzo bezpiecznym towarzystwie zostawał. - Ale pięć minut. Będę liczył - ostrzegł, mrużąc groźnie oczy i podnosząc głowę, by nie odrywać wzroku od pleców Liana zanim ten nie zniknął z pola widzenia.
Parę sekund po ucichnięciu kroków na schodach Daniel padł płasko na plątaninę koców, poduszek i całej zawartości swojego plecaka, zakrywając twarz dłońmi i wypuszczając z płuc głębokie westchnienie. Wciąż czuł się niestabilnie, jego ciało jeszcze nie doszło do siebie po ataku, zostawiając go z przekonaniem o czyhającym na jego życie zagrożeniu, ręce drżały jakby zamiast kakao wychylił w domu potrójne espresso, a wstępnie opanowane łzy cały czas przypominały o swojej obecności podszczypując go w tył gałek ocznych. Odetchnął, pociągnął nosem i przetarł twarz naciągniętym na palce rękawem by doprowadzić się do względnego porządku. Starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów sięgnął po swoją zmaltretowaną torbę i wrzucił do środka większość zbędnych przedmiotów włącznie z dopiero co noszoną bluzą, którą zamienił na meduzową kocobluzę. Drugą część zestawu przerzucił przez oparcie kanapy i odstawił plecak na podłogę, dopiero po tym wedle zaproszenia gramoląc się do kuchni by rozgościć się w lodówce.
Po chwili buszowania po szafkach udało mu się zlokalizować talerzyki, widelczyki i nóż krótszy od swojego przedramienia, z takim zestawem rozprawił się z upolowaną tartą i zaniósł dwa równo wykrojone kawałki na stolik przy kanapie by zaczekać na Mei'a. Jeśli w międzyczasie zdążył dorobić się zacięcia na kciuku, które szczęśliwie dość szybko przestało krwawić, była to wyłącznie jego sprawa.
Słysząc nadchodzące kroki naciągnął na głowę kaptur, podniósł się do pionu pośrodku zmąconego koca w centrum kanapy i obrócił przodem w stronę wejścia do pomieszczenia. W ramach ponownego powitania pomachał do Liana ledwo wystającymi z rękawa czubkami palców, po czym wskazał na przewieszoną przez oparcie, rozłożystą bluzę w cętki.
- Dotrzymałem swojej części. Twoja kolej.
Lian Mei
Worries for another day
: wt lip 07, 2026 1:51 am
autor: Lian Mei
Prysznic nie zajął mu może pięciu minut, ale wyjątkowo nie ociągał się na rzecz powolnego namakania i grzania się pod strumieniem wody. Wciąż nie do końca podsuszony, snując się jak ponura i zostawiająca za sobą małe kałuże zjawa dołączył do Daniela w sam raz by uświadczyć absurdu. Ręcznik w jego dłoniach zatrzymał się w ruchu, podobnie jak jego spojrzenie, które Lian utkwił w dziwnej kreaturze tonącej w uroczym kocu pośrodku rozłożonej kanapy. Słysząc tak twarde dictum od człowieka-meduzy parsknął suchym śmiechem i pokręcił głową, zaraz wracając do wycierania włosów.
一 Masz tupet żeby jeszcze wysuwać jakieś żądania 一 stwierdził z miejsca i bardzo ostentacyjnie obszedł kanapę unikając koca z płaszczką jak ognia. 一 Kupiłem je dla ciebie, możesz je nosić na zmianę. No co?
Od niedawna Daniel prowadził intensywne prace nad zmuszeniem go do eksperymentalnego założenia czegoś, co nie pochodziłoby z jego własnej szafy i wykraczało poza typową skalę szarości w jakiej czuł się komfortowo. Każdorazowo odmawiał i nie wyglądało na to, żeby tym razem miał zmienić zdanie.
Przeszedł się jeszcze sprawdzić czy lampion dostatecznie zabezpiecza świece, obniżył roletę w oknach i rzucił ostatnie kontrolne spojrzenie w kierunku podciągniętego pod kanapę stolika. Moore przyniósł rozdzieloną na talerzyki tartę, herbata ostygła, ale zawierzył deklaracji i nie parzył kolejnej, więc uznając, że jego obowiązki gospodarza zostały wypełnione, Lian wygrzebał pilota spod koca i wcisnął się obok. Miał całą szerokość kanapy i mimo to praktycznie leżał oparty o ramię wątlejszego od siebie Daniela, w pełni świadom, że za moment swoimi mokrymi włosami przemoczy mu meduzowatą bluzę.
一 No to... Spirited Away? 一 zaproponował na początek, kątem oka zerkając w jego stronę. Repertuar był luźny, niczego nie ustalali na sztywno, więc dał mu jeszcze wspaniałomyślnie kilka minut na zastanowienie, sam w tym czasie wyciągnął mu się przez nogi i sięgnął po talerzyk z ciastem. Nie zauważył skaleczenia na jego kciuku, w innym wypadku wykonałby jeszcze jeden spacer po apteczkę i musiałby wówczas pochwalić mu się wstydliwą kolekcją czarnych plastrów w małe czaszeczki. Niezwykle rzadko zacinał się nożem, wypadki raczej zdarzały mu się w okresach większego niedospania i to też zwykle w miarę niegroźnie obijał się o meble, więc trzymał zestaw i od ponad dwóch lat nie mogąc ich spożytkować.
一 Nadal nie wiem co dokładnie wywołało ten twój atak, ale myślałem o tym trochę pod prysznicem 一 oświadczył bardzo wylewnie, nie krępując się niezbyt fortunnym wydźwiękiem tego wyznania. 一 I doszedłem do wniosku, że nie mogę cię więcej całować.
Nagłe postanowienie zostało zwieńczone bardzo kategorycznym wbiciem widelczyka w ciasto, którym Lian musiał wypchać sobie usta by nie zepsuć efektu śmiechem. Pół żartem pół serio podejrzewał, że Daniel mógł spanikować na tak intensywną sesję powitań po dłuższej nieobecności, niestety nie do końca wiedział w czym dokładnie polegał problem. Nie znając dokładnego mechanizmu działania choroby założył, że nieintencjonalnie ograniczył mu dostęp do tlenu i tym samym wywołał lawinę, nie podejrzewał natomiast, że w głównej mierze chodziło o te niedoprecyzowane silne emocje.
一 Nie martw się, w zamian za to mogę ci to opisać werbalnie. Wychodzi prawie na to samo.
Uśmiechnął się do niego wreszcie szeroko, a wierzchem dłoni otarł okruszki z prawego kącika ust, badawczo przyglądając się twarzy Daniela by określić gdzie leżała granica akceptowalności żartu. Mógł jednak - i zrobił to oczywiście zaledwie chwilę później - dać mu wersję demo tego pomysłu.
Materac skrzypnął ledwie słyszalnie pod dłonią Liana i Moore mógł znów poczuć ciężar jego ciała opierający mu się o ramię.
一 Na przykład wiesz, teraz? Pocałowałbym cię w dolną wargę... nie, w górną. Pewnie smakujesz mandarynkami, a może cały czas mną?
Najpewniej również inhalatorem, ale do tego Lian nie wracał by Daniel nie odebrał tego jako przytyku za coś, na co przecież nie miał wpływu.
Daniel Moore
Worries for another day
: wt lip 07, 2026 11:43 pm
autor: Daniel Moore
Zrezygnowany ułożył usta w podkówkę, opadł na kolana i przekręcił się z powrotem do siadu, krzyżując pod sobą nogi. Pomimo wielkich nadziei na zobaczenie Liana w roli swojego ukochanego orlenia cętkowanego, nie łudził się, że ten podda się bez walki. Zapewne długiej i skazanej na porażkę, przynajmniej tak długo jak zamierzał skłaniać się wyłącznie do mało stanowczych negocjacji i próśb. Czekając aż mężczyzna do niego dołączy zaczął szukać pocieszenia w talerzyku z tartą i uparcie nie zaszczycił go odpowiedzią ani na sugestię noszenia bluz na zmianę, ani na propozycję pierwszego filmu. Z braku doświadczenia w temacie studia Ghibli nie posiadał personalnych preferencji i obejrzałby wszystko co ten postanowiłby mu puścić, jednak nie zamierzał łamać tymczasowych ślubów milczenia na tak trywialną kwestię.
Krótkie podniesienie wzroku na opartego o niego muzyka gdy ten wspomniał o swoich prysznicowych rozważaniach było pierwszym skrawkiem uwagi jaki zaoferował mu od odmowy dołączenia do zabawy w przebieranki. Miał wrażenie, że wcześniej przekazał mu wszystkie informacje potrzebne do zrozumienia tego małego potknięcia, po którym celebrował każdy oddech wpływający do płuc z nową lekkością, więc absurdalny wniosek wysunięty z jego prawej zatrzymał dłoń z pustym widelczykiem w połowie drogi między ustami a talerzem. Miał wiele przemyśleń, trochę mniej słów w jakie byłby w stanie je ubrać i szczere wątpliwości czy chciał dowiedzieć się na jaki jeszcze genialny plan mógł wpaść Mei pod prysznicem. Wychodziło na to, że nie miał jednak nic do gadania.
Po powolnym przeżuciu kawałka tarty zdążył przełknąć w ostatnim momencie zanim zaserwowany opis tego, co być mogło, doprowadził go do kolejnego ataku duszności. Pytanie wciągnęło przyprószenie różu na kości policzkowe Moore'a, dopiero co odzyskującego zdrowszy kolor twarzy po wydłużonym braku powietrza, a końcówka jego języka automatycznie przebiegła po wspomnianej przez Liana wardze.
- Szkoda, że już nie możesz tego sprawdzić - odparł, przechylając głowę by lepiej widzieć go spomiędzy materiałowych parzydełek przeplatających się z ciemnymi lokami. Odłożył widelczyk na talerz i uniósł dłoń, by kciukiem zebrać z jego prawego policzka okruszek przyczepiony do skóry po przesunięciu z kącika ust. Nie mógł oderwać od niego wzroku od dłuższego czasu, a gdy już się go pozbył zapełnił zwolnione miejsce naciskiem własnych warg. - Nic nie wspomniałeś o tym, że ja nie mogę całować ciebie - wytknął cicho z zadowolonym z siebie uśmiechem rozbijającym usilnie podtrzymywaną neutralność, po czym ponownie odwrócił się przodem do telewizora.
- Spirited Away, tak - potwierdził w końcu i odciął od tarty kolejny kawałek, chociaż zamiast od razu go wciągnąć, parokrotnie dźgnął go widelcem bez szczerych chęci na podniesienie go z talerza. Przesuwając językiem po zębach by zebrać zagubione fragmenty słodkiej masy, przez chwilę wpatrywał się przed siebie w milczeniu.
- To nie ty - zapewnił, gubiąc gdzieś po drodze wstęp niezbędny do ustalenia kontekstu. - Znaczy w pewnym sensie ty, a-ale to nie była... no, twoja wina. Nic co zrobiłeś - wyjaśnił pobieżnie, starając się uniknąć brzmienia jakby zamierzał błagać go o powrót do wcześniejszych czułości, jednocześnie chcąc rozjaśnić ewentualne niedopowiedzenia. - Nie przygniotłeś mnie i miałem jak oddychać, słowo - dodał, jako że właśnie te powody zasugerował wcześniej Lian i skoro zawiesił się na tym dostatecznie by rozważać tę kwestię pod prysznicem, wolał powtórzyć mu to o raz za dużo niż zostawić z niepewnością.
Lian Mei
Worries for another day
: śr lip 08, 2026 1:33 am
autor: Lian Mei
Jego oczy zaokrągliły się szczerym i wyjątkowo czytelnym niedowierzaniem; nie dość, że Moore potraktował go ciszą, to jeszcze próbował obrócić sytuację na swoją korzyść, trzeba było mu przyznać - nawet całkiem zręcznie, bo Lian przez moment zaniemówił i tylko biernie uczestniczył w odwecie. Obserwowanie jak spomiędzy błyszczących kolorami włączonego telewizora wstążek wychyla się pulchna, zdrowo rumiana twarz przypominało film odtworzony w mocno zwolnionym tempie, bo Mei kotwiczył się każdego detalu, tak jakby istniała szansa, że więcej nie będzie miał ku temu okazji.
一 Ufam, że znasz swoje limity 一 wymruczał mu tuż przy wargach, zanim Daniel oddalił się w niemal bezgranicznym samozadowoleniu. Pozwolił mu mieć to małe zwycięstwo, jako że była to jedna z niewielu sytuacji, w których kapitulacja dawała więcej satysfakcji niż prowadzenie wojny dla zasady. Nie oznaczało to jednak, że zamierzał zgodzić się na zmianę swojego dresu na orlenia ani na żadne inne ustępstwa w tym kierunku.
Dłoń z pilotem zatrzymała się w powietrzu gdy Moore ni z tego ni z owego postanowił jednak rozwinąć poprzedni temat, sam Lian w zamyśleniu zassał dolną wargę i policzki, po czym opuścił rękę.
一 To, że to nie moja wina wcale nie sprawia, że czuję się z tym lepiej. Nadal nie wiem... powiesz mi następnym razem? Da się to w ogóle wyłapać z wyprzedzeniem? 一 Zmrużył oczy, bo nawet jemu zdało się to mało prawdopodobne by astma dała im w zapasie dość czasu na reakcję. 一 Pewnie nie. Jak to w ogóle... boli cię coś wtedy? Mam cię w takiej sytuacji położyć czy posadzić?
Szukał w tym wszystkim miejsca w jakie mógłby wsunąć się w razie potrzeby, bo na ten moment niewiedza doprowadzała go z nerwów dos tanu niemal przedmigrenowego, mimo że zwykle była to domena Daniela i to on cierpiał gdy ból głowy dźgał go ostro w skronie i potylicę. Lian nie lubił nie wiedzieć, szczególnie gdy chodziło o coś, co mogło wydarzyć się w każdym momencie, a na co teoretycznie być może miał jakiś wpływ.
Zawiercił się z niezadowoleniem i pomimo mandarynkowej tarty odpoczywającej sobie na talerzu, najpierw sięgnął po ostygłą herbatę by uśmiechnąć się do niej z rozdrażnieniem.
一 Pewnie przesadzam, co? 一 zagadnął po kilku kojących nerwy łykach rooibosa i zerknął cieplej w kierunku siedzącego po lewej Moore'a. Nie zamierzał mu o tym mówić, ale jako meduza Daniel zyskiwał jakąś specjalną taryfę ulgową, przez którą ciężko było wiercić mu dziurę w brzuchu. Może powinien odpuścić.
一 Włączam. Szturchnij mnie gdybyś zasypiał, ja raczej nie powinienem.
Znajome intro i charakterystyczna grafika przejęła ekran i przez moment Lian pozwolił znajomej fabule porwać swoje skupienie, jednak szybko zaczął orbitować wokół innych tematów. Po części wciąż zatrzymywał się przy ataku astmy, jego myśli wyprzedzały go i biegły w stronę wspomnienia jego wykrzywionej twarzy, więc zamknął na krótko oczy.
Ostatnio sypiał lepiej, choć wciąż daleko od perfekcji. Zauważył jednak różnicę, bo w tych dniach gdy liczyła się nawet godzina udawało mu się głębiej wejść w stan, w którym nie budził się przy najlżejszym podmuchu wiatru w okna czy kapnięciu wody w kranie. Prawda, nadal zdarzały mu się niechlubne maratony po szęśćdziesiąt do siedemdziesięciu godzin bez zmrużenia oka, ale przynajmniej znów zaczęły pojawiać się wśród nich mikrodrzemki.
Takie pięcio, dziesięciominutowe pauzy w trybie ciągłego czuwania nie wystarczały naturalnie do utrzymania go w formie, czasami bardziej frustrowały niż pomagały, ale ich obecność dawała nadzieję, że w najbliższych tygodniach problem stanie się mniej uciążliwy.
Głośniejszy fragment filmu ściągnął go z powrotem do salonu, na kanapę, do talerzyka zsuwającego mu się z kolan i kubka herbaty w dłoni, więc odetchnął głębiej i po krótkiej gimnastyce znalazł sobie lepsze miejsce. Tarta wróciła na stolik, podobnie jak rooibos, a Lian z kocem owiniętym wokół siebie jak nietoperz skrzydłami wyłożył Danielowi swoją głowę na uda. Nie musiał widzieć ekranu, wystarczyło, że śledził akcję jednym okiem.
一 Nawet nie zdążyłem cię zapytać co w szkole. Nadal najmądrzejszy w klasie? 一 Palcami delikatnie obrysowywał mu właśnie kolano, bardziej z samej potrzeby pozostawania w jakimś aktywnym kontakcie niż w konkretnym celu.
Daniel Moore
Worries for another day
: śr lip 08, 2026 3:16 pm
autor: Daniel Moore
Ni to potwierdzający, ni zaprzeczający pomruk wybrzmiał wkoło widelczyka pakującego do ust Daniela zmaltretowany kawałek tarty. W pierwszej chwili po wpadce z astmą nie był szczególnie chętny do rozmowy o swojej przypadłości, podobnie jak przez cały czas ją poprzedzający, jednak skoro temat wyszedł z worka sam, Lian nie wydawał się dłużej trzymać urazy, a dodatkowe detale mogły ułatwić życie im obu, porzucił wcześniejsze opory.
- Zależy. Czasem zbiera mi się dłużej i mam czas zareagować. Teraz... powiedzmy, że byłem tak zaskoczony jak ty - przyznał, dociskając ząbki sztućca do pogryzionej wargi. - Przede wszystkim ciężki oddech, jakby... wiesz, jakby wyssało wkoło mnie tlen? Bywa, że świszczę jeszcze zanim całkiem mnie uderzy, nie jestem w stanie mówić. Ręce mi się trzęsą, bo... bo t-to głównie strach - zniżył ton głosu, spoglądając na okruszki rozsypane po talerzu jakby ich kształty stanowiły najciekawszy element otoczenia. - Boli... trochę, w klatce piersiowej, ale to bardziej ucisk. I lepiej jak siedzę, mogę się wtedy pochylić i o coś oprzeć. Jak mam coś... guziki, albo coś, pod szyją, to lepiej rozpiąć - dokończył przyspieszony kurs radzenia sobie z astmą, przesuwając palcami w dole szyi by zaprezentować, gdzie potrzebował luzu. Zdecydowanie preferował luźne ubrania, a swetry i bluzy z założenia go nie cisnęły, jednak skoro przekazywał już najważniejsze instrukcje, wolał przerobić większość potencjalnych scenariuszy.
- Nie, to... Właściwie to miłe - wyznał wbrew tak długiemu unikaniu tematu by nie ściągać na siebie zbędnej troski. Doceniał fakt, że Lian przejął się nim na tyle by chcieć przygotować się na przyszłość, zwłaszcza, że sugerowało to istnienie jakiejś wspólnej przyszłości. - I masz prawo wiedzieć - dodał, uświadamiając to sobie z opóźnieniem. Nie był jedyną ofiarą tej sytuacji, chociaż był skupiony przede wszystkim na powolnej utracie funkcji życiowych widział jego stres, którego dałoby się uniknąć przynajmniej w jakimś stopniu, jakby przeprowadzili tę rozmowę wcześniej.
Wciągnął resztę tarty, wypychając sobie policzki jak chomik, i pokiwał głową w ramach akceptacji rozpoczęcia filmu. Odłożył talerz na stolik, zamiast tego podnosząc kubek z wychłodzoną herbatą, i zajął wygodniejsze miejsce wciskając się między poduszki. Odgarnął kilka wstążek na boki by te nie zasłaniały mu ekranu i szybko dał radę wciągnąć się w magiczny świat zjaw, potworów i bożków. Wsiąkając w fabułę całkowicie zamilkł, raz na jakiś czas instynktownie poprawiając zsuwające się po nosie okulary czy podnosząc do ust kubek, chociaż zdarzało mu się także zerkać na profil Mei'a jakby potrzebował potwierdzenia, że ten cały czas jest obok.
Znieruchomiał, podnosząc obie dłonie na czas zmiany pozycji, pozwalając mężczyźnie ułożyć się wedle własnego widzimisię, a gdy ten zdawał się zadowolony z nowego miejsca, Daniel wsunął palce między kosmyki dosychających włosów. Ostrożnie rozczesywał drobne splątania, przesuwał paznokciami po skórze jego głowy, a radość z nowo uzyskanej roli poduszki przyspieszyła bicie serca nastolatka, przechodząc mrowieniem wzdłuż jego ramion.
- Nie no... bez przesady - wymamrotał, zbywając komplement. Zawsze mogło być lepiej. - Połowa... Nie, trzy-czwarte szkoły żyje balem, nawet nauczyciele. Jakby wystrój sali był ważniejszy od egzaminów - przyznał, chociaż bez szczególnych emocji, raczej stwierdzał fakt. Entuzjazm innych osób mu nie przeszkadzał, jedynie nie był w stanie się do nie odnieść, nie był nawet pewny czy zamierzał iść. Większość jego znajomych planowała iść w parach.
Lian Mei