dzień, w którym ten, co nie choruje – zachorował
: pt lip 31, 2026 2:01 pm
Najpierw zamarła, kiedy poczuła chwyt na swoim nadgarstku. A później? Później nie potrafiła opisać ulgi, jaka ją ogarnęła, kiedy usłyszała głos Koreańczyka, a finalnie otworzył oczy. Co ważniejsze – nie potrafiłaby wytłumaczyć, czemu w ogóle to uczucie się pojawiło, a raczej – czemu było tak duże. Bo, oczywiście, jakąś jej część mogłaby obronić tym, że był on po prostu człowiekiem, a ona nieszczególnie wiedziałaby, co zrobić z jego ciałem i jak to potem wyjaśnić koronerowi. Tylko, że to, co poczuła, było znacznie większego kalibru.
Zbyt dużego, jak na troskę o zwykłe, ludzkie życie. Była wrażliwa na krzywdę, była miła, opiekuńcza, ale czy jej oczy zaszłyby łzami, gdyby ktoś, na kim jej nieszczególnie zależało, odszedł?
Nie.
Uśmiechnęła się, niekontrolowanie, kiedy nazwał ją upierdliwą. Wierzchem dłoni, której nie trzymał, otarła wilgotne kąciku oczu, starając się przywołać do porządku, aby nie wyszło… niezręcznie. Głupia – cieszyła się z tego, że ją facet zwyzywał. Chociaż ciężko było nazwać subiektywną ocenę zwyzywaniem. Prawdopodobnie była dla niego upierdliwa. A on, biedny, musiał ją znosić.
Zbyt zachwycona tym, że wydawał się mieć siłę, pomimo mocno rozgrzanego ciała, nie zatrzymała go, kiedy podnosił się do siadu. Pojawiła się tylko myśl – że nie powinien; że powinien leżeć i odpoczywać, bo wciąż byłhot rozpalony.
— Ty się dziejesz — burknęła, trochę z żartem, z udawaną pretensją, a trochę z tą ulgą, która pojawiła się, gdy tylko pierwszym ruchem wyrwał ją z przekonania, że nie jest fatalnie. Jednym uściskiem, który dalej trwał, co dopiero odnotowała. No tak, pilnował, aby nie wpadła znowu na pomysł wybierania numeru alarmowego.
Przynajmniej tym razem zrobił to subtelnie, nie rzucając jej na dechy.
— Martwiłam się o ciebie — przyznała otwarcie, nieszczególnie traktując to wyznanie, jako coś mocno nie na miejscu w relacji ochraniana-ochroniarz. — Wciąż jesteś bardzo gorący — dodała, zanim dotarło do niej, że można było to interpretować dwojako.I z obiema wersjami nie sposób było się nie zgodzić. — T-to znaczy dalej masz wysoką gorączkę. — Czemu spąsowiała? Co za głupota. — W pewnym momencie po prostu przestałeś reagować na to, co robiłam. I nie reagowałeś przez pewien czas, gdy próbowałam cię dobudzić, więc… — Spanikowała. Bała się, że to będzie miało fatalne zakończenie, a jej dom na nowo będzie pusty. Choć nigdy nie powinna się przecież przyzwyczajać, że znowu ktoś w nim jest – ktoś z kim rozmawiała, choć często był to po prostu jej monolog. Ale ktoś, kto wypełniał przestrzeń. — Po prostu martwiłam się. — Sprowadziła to z powrotem do punkt, w którym zaczęła.
W głównej mierze dlatego, że po jego niewzruszonej minie – którą notabene miał zawsze – uznała, że nie chciał tego słuchać. I były to dla niego niepotrzebne, emocjonalne wyrzygi, które niekoniecznie musiały być częścią jego pracy.
Sięgnęła więc po blister, który leżał na stoliku, tuż obok szklanki z wodą, z którą go przyniosła. Jednocześnie świadomi starała zrobić to tak nieinwazyjnie, aby samej nie przełamać tego ubezpieczającego chwytu na jej nadgarstku, przerzucając odpowiedzialność za to na niego. Aż przestanie ją kontrolować.A ona tym samym karmić swoją potrzebę bliskości.
— Weź to, dalej trzeba zbić gorączkę. I zrobię ci herbaty. Chcesz może jakąś konkretną? Mama miała całą kolekcję. Jagodowe, cytrusowe, truskawkowe, morelowe, jakie tylko chcesz. Ktoś to musi wypić. — Uśmiechnęła się, choć trochę krzywo. To był pierwszy raz, kiedy wspomniała któregoś z rodziców, jego nawyki, bez zalewania się łzami i odcinania na nowo.
Więc to był postęp. I kolejny krok przez jej żałobę.
Damon Tae
Zbyt dużego, jak na troskę o zwykłe, ludzkie życie. Była wrażliwa na krzywdę, była miła, opiekuńcza, ale czy jej oczy zaszłyby łzami, gdyby ktoś, na kim jej nieszczególnie zależało, odszedł?
Nie.
Uśmiechnęła się, niekontrolowanie, kiedy nazwał ją upierdliwą. Wierzchem dłoni, której nie trzymał, otarła wilgotne kąciku oczu, starając się przywołać do porządku, aby nie wyszło… niezręcznie. Głupia – cieszyła się z tego, że ją facet zwyzywał. Chociaż ciężko było nazwać subiektywną ocenę zwyzywaniem. Prawdopodobnie była dla niego upierdliwa. A on, biedny, musiał ją znosić.
Zbyt zachwycona tym, że wydawał się mieć siłę, pomimo mocno rozgrzanego ciała, nie zatrzymała go, kiedy podnosił się do siadu. Pojawiła się tylko myśl – że nie powinien; że powinien leżeć i odpoczywać, bo wciąż był
— Ty się dziejesz — burknęła, trochę z żartem, z udawaną pretensją, a trochę z tą ulgą, która pojawiła się, gdy tylko pierwszym ruchem wyrwał ją z przekonania, że nie jest fatalnie. Jednym uściskiem, który dalej trwał, co dopiero odnotowała. No tak, pilnował, aby nie wpadła znowu na pomysł wybierania numeru alarmowego.
Przynajmniej tym razem zrobił to subtelnie, nie rzucając jej na dechy.
— Martwiłam się o ciebie — przyznała otwarcie, nieszczególnie traktując to wyznanie, jako coś mocno nie na miejscu w relacji ochraniana-ochroniarz. — Wciąż jesteś bardzo gorący — dodała, zanim dotarło do niej, że można było to interpretować dwojako.
W głównej mierze dlatego, że po jego niewzruszonej minie – którą notabene miał zawsze – uznała, że nie chciał tego słuchać. I były to dla niego niepotrzebne, emocjonalne wyrzygi, które niekoniecznie musiały być częścią jego pracy.
Sięgnęła więc po blister, który leżał na stoliku, tuż obok szklanki z wodą, z którą go przyniosła. Jednocześnie świadomi starała zrobić to tak nieinwazyjnie, aby samej nie przełamać tego ubezpieczającego chwytu na jej nadgarstku, przerzucając odpowiedzialność za to na niego. Aż przestanie ją kontrolować.
— Weź to, dalej trzeba zbić gorączkę. I zrobię ci herbaty. Chcesz może jakąś konkretną? Mama miała całą kolekcję. Jagodowe, cytrusowe, truskawkowe, morelowe, jakie tylko chcesz. Ktoś to musi wypić. — Uśmiechnęła się, choć trochę krzywo. To był pierwszy raz, kiedy wspomniała któregoś z rodziców, jego nawyki, bez zalewania się łzami i odcinania na nowo.
Więc to był postęp. I kolejny krok przez jej żałobę.
Damon Tae