Swan lake hardcore ver
: wt sie 25, 2026 7:43 pm
Gdy przez życie szło się z głową zadartą wysoko ku górze, myśl o tym, że można upaść równie szybko i łatwo co maluczcy stawała się czymś odległym, wręcz nierealnym. Rohan często miał podobnie - jako chirurg często trzymający w rękach czyjeś życie, nigdy nie zastanawiał się nad swoją własną śmiertelnością. Wiedza, władza i pieniądze dawały mu poczucie nietykalności.
A przynajmniej tak było do tamtego feralnego poranka, gdy nawiedzony krewny zmarłej pacjentki stłukł go przed szpitalem jak byle psa pałką teleskopową.
Do czasu gdy widział jak z wrzaskiem płoną dziesiątki ludzi, gdy czuł smród palonego ciała i miał świadomość, że mógł znajdować się wśród ofiar, gdyby tylko jego umiejętności nie były dla Gio tak przydatne.
Właśnie dlatego teraz jego pierwszym instynktem na widok zagrożenia była ucieczka.
Niemniej, kiedy Elena wpadła przez drzwi, Rohan w pierwszej chwili uniósł pięści w odruchowym geście waleczno-obronnym - tak jakby był w stanie cokolwiek zrobić przeciwko napastnikowi uzbrojonemu w pistolet. Gdy dostrzegł jednak że to Santorini, odetchnął z ulgą, opierając się znów o ścianę i opuszczając ręce. Czyli była cała. Jeszcze. Ale jej obecność tutaj znaczyła, że przynajmniej jeden ze strzelców zmierzał właśnie w tę stronę - nie trzeba było być geniuszem, by dojść do takiego wniosku. Szybkie zerknięcie przez niewielkie okienko w drzwiach i Kim tylko utwierdził się w przekonaniu, że mieli przejebane. Tak poważnie przejebane.
Nerwowym, rozbieganym wzrokiem Rohan szybko rozejrzał się po korytarzu. Tuż koło drzwi stała szafka - duża, ciężka, metalowa. Drzwi natomiast otwierały się do wewnątrz. Gdyby jakimś cudem udało się przewrócić szafkę... Kim szybko jednak odrzucił ten pomysł. Może gdyby miał obie sprawne nogi i siłę by się zaprzeć... Mebel był jednak zbyt ciężki i toporny, więc Rohan z miejsca sobie odpuścił. Ponowne zerknięcie przez okienko na zbliżającego się gangstera podsunęło mu jednak inny pomysł.
- Poczekaj - rzucił do Eleny, przywierając plecami do ściany obok drzwi. I tak był w czarnej dupie, z przestrzeloną nogą nie był w stanie szybko biec, więc facet na pewno by go dogonił. A jeśli nie on - zrobiłaby to na pewno druga kula. Albo kolejna, albo jeszcze jedna. Nie, musieli jakoś ich spowolnić, a najlepiej zatrzymać.
Kim wykorzystał fakt że mężczyzna szedł przed siebie z wściekłością i impetem słonia, bez zachowania jakiejkolwiek ostrożności. W momencie gdy facet otwierał jedno ze skrzydeł, lekarz chwycił je z drugiej strony i pociągnął - a następne z całej siły popchnął. Drzwi pierdolnęły zaskoczonego napastnika prosto w twarz, a dokładniej w nos, przy okazji go łamiąc. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, potem wrzask. Pojawiło się jeszcze więcej krwi, a broń z hukiem wypadła poszkodowanemu z rąk na podłogę. Rohan pociągnął i popchnął drzwi jeszcze raz, tym samym wywracając oszołomionego bólem mężczyznę do tylu.
Dopiero wtedy ruszył kuśtykając za Eleną.
- A teraz naprawdę musimy stąd spierdalać - rzucił do kobiety. Nie chciał testować tego, czy będzie w stanie wymyślić jeszcze jakieś sposoby na powstrzymanie napastników. Jeden został na trochę wyeliminowany, ale mógł się pozbierać w każdej chwili. Drugi był natomiast cały i zdrów - i na pewno właśnie zmierzał w tym kierunku.
A przecież nie wiadomo, czy było ich tylko dwóch...
Tak jak Rohan przewidywał, z tyłu było także wyjście przeznaczone dla dostaw. Wydostając się na zewnątrz, Kim odczuł pewną ulgę, dobrze jednak wiedział, że wciąż nie byli bezpieczni. Noga rwała niemiłosiernie - kiedy zerknął w dół, zobaczył, że już niemal całą nogawkę ma poplamioną krwią. Jego krawat był wybitnym akcesorium, dodającym elegancji jego stylowi, ale w roli opaski uciskowej sprawiał się raczej chujowo.
- Ty musisz poprowadzić - wystękał, opierając się o przypadkowe auto. Czuł się coraz słabiej. Przeszukał kieszenie i wydobył kluczyk do własnego samochodu, wyciągając go w stronę Eleny.
Elena Santorini
A przynajmniej tak było do tamtego feralnego poranka, gdy nawiedzony krewny zmarłej pacjentki stłukł go przed szpitalem jak byle psa pałką teleskopową.
Do czasu gdy widział jak z wrzaskiem płoną dziesiątki ludzi, gdy czuł smród palonego ciała i miał świadomość, że mógł znajdować się wśród ofiar, gdyby tylko jego umiejętności nie były dla Gio tak przydatne.
Właśnie dlatego teraz jego pierwszym instynktem na widok zagrożenia była ucieczka.
Niemniej, kiedy Elena wpadła przez drzwi, Rohan w pierwszej chwili uniósł pięści w odruchowym geście waleczno-obronnym - tak jakby był w stanie cokolwiek zrobić przeciwko napastnikowi uzbrojonemu w pistolet. Gdy dostrzegł jednak że to Santorini, odetchnął z ulgą, opierając się znów o ścianę i opuszczając ręce. Czyli była cała. Jeszcze. Ale jej obecność tutaj znaczyła, że przynajmniej jeden ze strzelców zmierzał właśnie w tę stronę - nie trzeba było być geniuszem, by dojść do takiego wniosku. Szybkie zerknięcie przez niewielkie okienko w drzwiach i Kim tylko utwierdził się w przekonaniu, że mieli przejebane. Tak poważnie przejebane.
Nerwowym, rozbieganym wzrokiem Rohan szybko rozejrzał się po korytarzu. Tuż koło drzwi stała szafka - duża, ciężka, metalowa. Drzwi natomiast otwierały się do wewnątrz. Gdyby jakimś cudem udało się przewrócić szafkę... Kim szybko jednak odrzucił ten pomysł. Może gdyby miał obie sprawne nogi i siłę by się zaprzeć... Mebel był jednak zbyt ciężki i toporny, więc Rohan z miejsca sobie odpuścił. Ponowne zerknięcie przez okienko na zbliżającego się gangstera podsunęło mu jednak inny pomysł.
- Poczekaj - rzucił do Eleny, przywierając plecami do ściany obok drzwi. I tak był w czarnej dupie, z przestrzeloną nogą nie był w stanie szybko biec, więc facet na pewno by go dogonił. A jeśli nie on - zrobiłaby to na pewno druga kula. Albo kolejna, albo jeszcze jedna. Nie, musieli jakoś ich spowolnić, a najlepiej zatrzymać.
Kim wykorzystał fakt że mężczyzna szedł przed siebie z wściekłością i impetem słonia, bez zachowania jakiejkolwiek ostrożności. W momencie gdy facet otwierał jedno ze skrzydeł, lekarz chwycił je z drugiej strony i pociągnął - a następne z całej siły popchnął. Drzwi pierdolnęły zaskoczonego napastnika prosto w twarz, a dokładniej w nos, przy okazji go łamiąc. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, potem wrzask. Pojawiło się jeszcze więcej krwi, a broń z hukiem wypadła poszkodowanemu z rąk na podłogę. Rohan pociągnął i popchnął drzwi jeszcze raz, tym samym wywracając oszołomionego bólem mężczyznę do tylu.
Dopiero wtedy ruszył kuśtykając za Eleną.
- A teraz naprawdę musimy stąd spierdalać - rzucił do kobiety. Nie chciał testować tego, czy będzie w stanie wymyślić jeszcze jakieś sposoby na powstrzymanie napastników. Jeden został na trochę wyeliminowany, ale mógł się pozbierać w każdej chwili. Drugi był natomiast cały i zdrów - i na pewno właśnie zmierzał w tym kierunku.
A przecież nie wiadomo, czy było ich tylko dwóch...
Tak jak Rohan przewidywał, z tyłu było także wyjście przeznaczone dla dostaw. Wydostając się na zewnątrz, Kim odczuł pewną ulgę, dobrze jednak wiedział, że wciąż nie byli bezpieczni. Noga rwała niemiłosiernie - kiedy zerknął w dół, zobaczył, że już niemal całą nogawkę ma poplamioną krwią. Jego krawat był wybitnym akcesorium, dodającym elegancji jego stylowi, ale w roli opaski uciskowej sprawiał się raczej chujowo.
- Ty musisz poprowadzić - wystękał, opierając się o przypadkowe auto. Czuł się coraz słabiej. Przeszukał kieszenie i wydobył kluczyk do własnego samochodu, wyciągając go w stronę Eleny.
Elena Santorini