Strona 2 z 2

Swan lake hardcore ver

: wt sie 25, 2026 7:43 pm
autor: Rohan Kim
Gdy przez życie szło się z głową zadartą wysoko ku górze, myśl o tym, że można upaść równie szybko i łatwo co maluczcy stawała się czymś odległym, wręcz nierealnym. Rohan często miał podobnie - jako chirurg często trzymający w rękach czyjeś życie, nigdy nie zastanawiał się nad swoją własną śmiertelnością. Wiedza, władza i pieniądze dawały mu poczucie nietykalności.
A przynajmniej tak było do tamtego feralnego poranka, gdy nawiedzony krewny zmarłej pacjentki stłukł go przed szpitalem jak byle psa pałką teleskopową.
Do czasu gdy widział jak z wrzaskiem płoną dziesiątki ludzi, gdy czuł smród palonego ciała i miał świadomość, że mógł znajdować się wśród ofiar, gdyby tylko jego umiejętności nie były dla Gio tak przydatne.
Właśnie dlatego teraz jego pierwszym instynktem na widok zagrożenia była ucieczka.
Niemniej, kiedy Elena wpadła przez drzwi, Rohan w pierwszej chwili uniósł pięści w odruchowym geście waleczno-obronnym - tak jakby był w stanie cokolwiek zrobić przeciwko napastnikowi uzbrojonemu w pistolet. Gdy dostrzegł jednak że to Santorini, odetchnął z ulgą, opierając się znów o ścianę i opuszczając ręce. Czyli była cała. Jeszcze. Ale jej obecność tutaj znaczyła, że przynajmniej jeden ze strzelców zmierzał właśnie w tę stronę - nie trzeba było być geniuszem, by dojść do takiego wniosku. Szybkie zerknięcie przez niewielkie okienko w drzwiach i Kim tylko utwierdził się w przekonaniu, że mieli przejebane. Tak poważnie przejebane.
Nerwowym, rozbieganym wzrokiem Rohan szybko rozejrzał się po korytarzu. Tuż koło drzwi stała szafka - duża, ciężka, metalowa. Drzwi natomiast otwierały się do wewnątrz. Gdyby jakimś cudem udało się przewrócić szafkę... Kim szybko jednak odrzucił ten pomysł. Może gdyby miał obie sprawne nogi i siłę by się zaprzeć... Mebel był jednak zbyt ciężki i toporny, więc Rohan z miejsca sobie odpuścił. Ponowne zerknięcie przez okienko na zbliżającego się gangstera podsunęło mu jednak inny pomysł.
- Poczekaj - rzucił do Eleny, przywierając plecami do ściany obok drzwi. I tak był w czarnej dupie, z przestrzeloną nogą nie był w stanie szybko biec, więc facet na pewno by go dogonił. A jeśli nie on - zrobiłaby to na pewno druga kula. Albo kolejna, albo jeszcze jedna. Nie, musieli jakoś ich spowolnić, a najlepiej zatrzymać.
Kim wykorzystał fakt że mężczyzna szedł przed siebie z wściekłością i impetem słonia, bez zachowania jakiejkolwiek ostrożności. W momencie gdy facet otwierał jedno ze skrzydeł, lekarz chwycił je z drugiej strony i pociągnął - a następne z całej siły popchnął. Drzwi pierdolnęły zaskoczonego napastnika prosto w twarz, a dokładniej w nos, przy okazji go łamiąc. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, potem wrzask. Pojawiło się jeszcze więcej krwi, a broń z hukiem wypadła poszkodowanemu z rąk na podłogę. Rohan pociągnął i popchnął drzwi jeszcze raz, tym samym wywracając oszołomionego bólem mężczyznę do tylu.
Dopiero wtedy ruszył kuśtykając za Eleną.
- A teraz naprawdę musimy stąd spierdalać - rzucił do kobiety. Nie chciał testować tego, czy będzie w stanie wymyślić jeszcze jakieś sposoby na powstrzymanie napastników. Jeden został na trochę wyeliminowany, ale mógł się pozbierać w każdej chwili. Drugi był natomiast cały i zdrów - i na pewno właśnie zmierzał w tym kierunku.
A przecież nie wiadomo, czy było ich tylko dwóch...
Tak jak Rohan przewidywał, z tyłu było także wyjście przeznaczone dla dostaw. Wydostając się na zewnątrz, Kim odczuł pewną ulgę, dobrze jednak wiedział, że wciąż nie byli bezpieczni. Noga rwała niemiłosiernie - kiedy zerknął w dół, zobaczył, że już niemal całą nogawkę ma poplamioną krwią. Jego krawat był wybitnym akcesorium, dodającym elegancji jego stylowi, ale w roli opaski uciskowej sprawiał się raczej chujowo.
- Ty musisz poprowadzić - wystękał, opierając się o przypadkowe auto. Czuł się coraz słabiej. Przeszukał kieszenie i wydobył kluczyk do własnego samochodu, wyciągając go w stronę Eleny.

Elena Santorini

Swan lake hardcore ver

: wt wrz 01, 2026 2:03 pm
autor: Elena Santorini
W tej chwili b a r d z o pożałowała, że nikt nigdy nie nauczył jej jak walczyć.
To nie tak, że nie chciała. Gdy była młodą dziewczynką nie rozumiała, dlaczego jej brat zabierany jest na prywatne lekcje - i to nie byle z kim, bo z jej ojcem. Próbowała się na nie wprosić, zaręczała, że jest wystarczająco kompetentna by mogła w nich uczestniczyć.
Za każdym razem konsekwentnie była zbywana komentarzami o tym, że jej zachowanie było urocze - czasem nawet raczono ją tarmoszeniem włosów i psuciem starannie ułożonej przez matkę fryzury.
Przynajmniej dopóki w dziecięcej, absurdalnej próbie udowodnienia swych możliwości nie wydobyła z kuchennej szuflady noża, z którym następnie usiłowała zaskoczyć w korytarzu swojego ojca.
Od tego czasu jej zachowanie nie było urocze, włosy pozostały nietknięte. To nie przystoi damie było jedyną formą krótkiej odpowiedzi, surowej, pozbawionej wszelkiego ciepła.
Tkwiła więc teraz w korytarzu, żałośnie patrząc, jak postrzelony mężczyzna niósł na swoich barkach ciężar uratowania ich obojga - ponieważ jej, jako damie, nie przystało. Rzucenie butelką było limitem tego, do czego była zdolna a i tak zaskoczyło ją w równym stopniu, jak zaskoczyło Rohana.
Przez chwilę rozglądała się wokół, szukając czegoś, co mogłaby wykorzystać - napastnik jednak zjawił się dużo szybciej, niż zakładała. Ledwo się obejrzała a on już mknął w ich stronę, widziała jego wściekłe spojrzenie, lufę trzymanej przez niego broni unoszącą się w górę.
A przez korytarz przemknął donośny huk.
- To może być najbardziej podniecająca rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłeś - wydusiła, patrząc, jak mężczyzna zwala się jak worek ziemniaków na ziemię pod wpływem drugiego już uderzenia w głowę.
Rohan musiał złapać ją za ramię i odwrócić, zmuszając do oderwania spojrzenia by przypomniała sobie o tym, że musieli stąd u c i e k a ć. Nie był jedynym, był jeszcze drugi i w każdej chwili mógł ich dopaść.
To wszystko było tak, cholerne absurdalne.
Niemal tak absurdalne jak słowa, które Kim wypowiedział do niej chwilę później - wtedy, gdy jej płuca wypełniały się rześkim powietrzem, oddech zwalniał po pośpiesznej ucieczce, sylwetka pochyliła się, dłonie oparły o uda. W jej sercu zagościło złudne poczucie bezpieczeństwa - w końcu udało im się wydostać, czy nie?
- Co? - spytała, w nadziei na to, że się przesłyszała, choć kluczyk w jego dłoni błyszczał nieustępliwie. - Ja nie umiem prowadzić.
W jakimś odruchu, który rozbawiłby go do łez, zaczęła grzebać w swojej torebce w poszukiwaniu telefonu - bo czy nie mogli zadzwownić? Czy ktoś nie mógłby po nich p r z y j e c h a ć? I już gdy oswajała się ze złudną nadzieją na to, że przed profesjonalnymi zabójcami uratowałby ich kierowca ubera, dostrzegła jednego z nich w drzwiach, przez które sami przeszli chwilę temu.
- Cholera - warknęła, odbierając pilota i rozglądając się. - Którym się to otwiera? - krzyknęła, widząc błysk broni w ręce napastnika, skanującego parking w poszukiwaniu dwójki zbiegów.
Nacisnęła jeden z przycisków, nieświadomie odpalając alarm. Jeden, jedyny samochód na całym parkingu zaczął wyć i migać wszystkimi światłami. Sekundę później dostrzegła broń zmierzającą w ich stronę - chwyciła za Kima i pociągnęła w dół, ułamek sekundy później huk wybrzmiał w akompaniamencie zbijanej szyby w jednym z samochodów.
- Cóż, teraz wszyscy wiemy - mruknęła sama do siebie, otwierając samochód i wciskając się na fotel kierowcy. - Wolisz umrzeć od kuli, czy w wypadku samochodowym? - spytała nerwowo, szukając jakiejś dźwigni, dzięki której mogłaby dostać do pedałów. Zaraz, czy tu w ogóle były pedały?
A nawet jeśli były, co, do cholery, miałaby z nimi zrobić?
- Pytam poważnie - dodała, sięgając do włącznika samochodu wyłącznie po tym, gdy kolejny huk wystrzału zmusił ją do reakcji.

Rohan Kim

Swan lake hardcore ver

: czw wrz 10, 2026 12:14 am
autor: Rohan Kim
Rohan przeżyłby chyba szok życia, gdyby okazało się, że Santorini potrafiła walczyć.
Nie posądzał jej jednak o takie umiejętności i dlatego pomimo własnych obrażeń był zdeterminowany, aby unieszkodliwić napastników jak się tylko dało i zapewnić jej bezpieczeństwo. Mógł być skończonym chujem i zimnym draniem, ale był także mężczyzną z krwi i kości. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jedna kula mogła zakończyć jej życie - zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni. Gdyby to jej łydka broczyła teraz krwią, obrażenia mogłyby okazać się na tyle poważne, że jej czas jako primabaleriny dobiegłby końca.
Nie zamierzał do tego dopuścić.
Nieistotne, że to on sam był tutaj głównym celem, a nie ona.
- Nie jestem pewien czy powinienem to odebrać jako komplement - udało mu się wydyszeć jeszcze w odpowiedzi, chociaż w kącikach jego ust pojawił się nikły cień uśmiechu. Może kiedyś oboje będą wspominać ten dzień z rozbawieniem, teraz Kim był jednak śmiertelnie poważny i nastawiony na ucieczkę.
Z każdym kolejnym krokiem czuł jak opuszczają go siły. Główne uderzenie adrenaliny już minęło, jej efekty powoli ustępowały miejsca wyczerpaniu, którego powodem był również upływ krwi. Nie przewidywał, aby było aż tak źle, żeby miał stracić przytomność, ale wolał nie zostawać na miejscu by się o tym przekonać na własnej skórze.
Ale starczyło jedno zdanie wypowiedziane przez Elenę, żeby zaraz Rohan zrobił się biały jak ściana.
Nie umiała prowadzić.
Kto dzisiaj, do chuja pana, nie potrafi prowadzić?
Ale zwyczajnie nie mieli innej opcji. Nie, nie mogli poczekać aż ktoś po nich przyjedzie - ale z tego nawet Santorini najwyraźniej zdała sobie sprawę, kiedy w powietrzu zaczęły latać kule. Pociągnięty na ziemię Rohan przywarł do drzwi auta. Zaklął szpetnie, kiedy kobieta włączyła alarm. Już miał jej wyrwać kluczyki, by uciszyć wycie samochodu, kiedy jakimś cudownym zrządzeniem losu udało jej się odblokować pojazd.
- Dostaniesz przyspieszony instruktaż - wydusił trochę w desperacji. W normalnych okolicznościach Kim nie pozwoliłby nikomu - absolutnie nikomu - dotknąć swojego samochodu. W tym momencie jego priorytety były jednak w zgoła innym miejscu. Teraz nie dbał nawet o to, czy Elena porozbija się o wszystkie inne auta zaparkowane pod restauracją. Dostanie odszkodowanie i kupi se nową brykę. A teraz kobieta musiała po prostu ich stąd jakoś wywieźć.
Gdy drzwi zostały odblokowane, mężczyzna wgramolił się niezgrabnie na tylnie siedzenie. Gdzieś tam wewnętrznie nadal skręcało go na myśl o tym, że skórzana tapicerka zaraz będzie cała upierdolona jego własną krwią. Szybko zatrzasnął jednak za sobą drzwi, pochylając się ku Elenie i gorączkowo tłumacząc jej gdzie znajdują się wszystkie elementy do kierowania pojazdem - wbrew pozorom, nie było tego wcale wiele, ale to dlatego, że Kim jeździł automatem. Gdyby jego auto miało manualną skrzynię biegów, mogliby sobie już w tym momencie rezerwować ładne trumienki i wspólne miejsce na cmentarzu.
Kolejny wystrzał sprawił, że Rohan znów zaklął i wcisnął głowę nisko między przednie fotele.
- Tam wciskasz start - pokazał jej ręką - Tu jest dźwignia. Najpierw przesuń ją na R, musimy wycofać. - absurd tej sytuacji zaczynał go trochę dobijać, ale jaki miał wybór? W bocznym lusterku widział już jak facet, który do nich strzelał, zaczyna iść w ich kierunku. Nie odpuści, nie ma opcji - Masz tylko dwa pedały, po prawej jest gaz, po lewej hamulec, nie pomyl ich! Wciśnij gaz, tylko nie do dechy i kręć kierownicą! Załapiesz to!
Wierzył w nią, bo jaką inną miał opcję? Jego życie pośrednio leżało teraz w jej rękach - w jej opanowaniu, umiejętności dostosowania się do wybitnie stresujących warunków, ale także podążania za instrukcjami. Nie musieli odjechać wcale daleko - wystarczy, że stąd znikną. Cos mu podpowiadało, że napastnicy nie będą za nim gonić za wszelką cenę - chociaż oczywiście mógł się w tej kwestii mylić.
- A potem przesuwasz dźwignię na D i gaz do dechy! Zabierz nas stąd!

TUTUTURU Max Verstappen

Swan lake hardcore ver

: czw wrz 17, 2026 3:55 pm
autor: Elena Santorini
No właśnie, kto w dzisiejszych czasach nie umiał prowadzić?
Na przykład ktoś, kto zwykle był w o ż o n y. Ktoś, kto posiadał nie tylko własny samochód, ale też i dołączonego do niego, osobistego kierowcę. W jej domu było to nie do pomyślenia, by marnowała czas na robienie prawa jazdy - miała przeznaczać go na taniec, sześć dni w tygodniu przewleczonych jednym dniem przyśpieszonej regeneracji. Od tego przecież mieli ludzi.
A w Toronto, cóż, znajdowała inne sposoby.
Ilość aplikacji oferujących przejazd niskim kosztem przypominała posiadanie własnego kierowcy - gdy wystarczająco zmrużyła powieki. Mogła nawet wybierać sobie jakim pakietem chciała się gdzieś dostać, auto zjawiało się w ciągu pięciu minut i nierzadko odrzucała kierowcę, jeśli jej się nie podobał. Zarówno w ten instynktowny sposób, jak i całkowicie płytki.
- Nie możemy wezwać ubera? - syknęła, gdy Rohan zaczął tłumaczyć rzeczy, które brzmiały na zdecydowanie z b y t skomplikowane.
Z drugiej strony, jak trudne musiało być jeżdżenie samochodem?
Znała wielu mało inteligentnych ludzi, którzy posiadali prawko. Cholera, przecież cały zawód kuriera czy kierowcy tira opierał się na poruszaniu samochodem a ci ludzie, zgodnie z dewizą jej rodziny, stanowili sam dół łańcucha pokarmowego naszego społeczeństwa.
To na pewno było p r o s t e.
- Będziesz wisieć mi grubą przysługę, Kim - orzekła, tchnięta nagłą pewnością siebie zrodzoną z wewnętrznego pep talku i nacisnęła z całą mocą na pedał.
Samochodem szarpnęło - tak jak i nimi, gdy władowała się w auto za nimi.
Skąd miała wiedzieć, że było tak wrażliwe na każdy ruch?
- Ani słowa - warknęła, wiedząc, że usłyszy zaraz ich tysiące z ust Rohana, którego auto wyglądało na drogie i całkiem zadbane. Szkoda tylko, że niedługo nie będzie i to nie tylko przez nią, a przez krew plamiącą jego skórzaną tapicerkę. - Zapnij pasy.
O ironio, w tej chwili jego szanse na przeżycie nieszczególnie się zwiększyły.
Pisnęła gdy, usiłując wycofać z tego pieprzonego parkingu, w powietrzu wybrzmiał kolejny huk a szyba rozbiła się na tysiące drobnych kawałeczków, wpadając do środka. Chwyciła mocniej kierownicę, czując, jak naprzód pcha ją głównie adrenalina.
- Ty ogarniaj to - zadecydowała, sięgając pomiędzy odłamkami po jego dłoń i przenosząc ją na ten pieprzony drążek do czegoś, zmiany biegów? A czy to nie był automat? Nie miała pojęcia, do czego było to potrzebne, ale liczyła na to, że Kim sobie z tym poradzi.
Samochód z piskiem opon ruszył z miejsca, ocierając się przy tym dotkliwie o zaparkowane pojazdy i gubiąc przy okazji lusterko. Kim na pewno był ubezpieczony, nie miało to żadnego znaczenia.
- Gdzie mam cię zabrać? - zapytała, z nagłą dozą pewności siebie gdy udało im się wydostać na ulicę, choć przecież nie znała tego miasta i nawet, gdyby podał jej jakiś adres, nie wiedziałaby, jak tam trafić. - Czy oni... - zaklęła, dostrzegają w swoim - wciąż istniejącym - lusterku samochód wypadający na ulicę za nimi. - Kim - jęknęła, jakby mógł cokolwiek poradzić na fakt tego, że atakujący jechali za nimi. - Nie masz jakiejś broni, z której mógłbyś im przebić opony, czy coś?
Nigdy nie była w pościgu samochodowym, ale na filmach działało to dokładnie w ten sposób.

kubica dwunasty

Swan lake hardcore ver

: śr paź 07, 2026 11:01 pm
autor: Rohan Kim
- Ty tak, kurwa, na poważnie? - Rohan spojrzał na nią z niedowierzaniem. Co jeszcze, może powinni sobie zamówić pizzę? Nikt o zdrowych zmysłach, kto nie należał jednocześnie do któregoś ze składów reagowania kryzysowego, nie zbliży się do tego miejsca. Okolica już teraz całkiem opustoszała, gdy w powietrzu rozległy się strzały. Kim zarejestrował w międzyczasie kilka okrzyków przerażenia, ale teraz było już cicho. Gdzieś w oddali rozległ się słabiutki dźwięk syreny policyjnej, ale mężczyzna nie liczyłby, że mundurowi zjawią się tutaj na czas.
Każdy jeden uber na widok faceta z bronią i na widok samego Rohana, broczącego obficie krwią, spierdoli stąd z piskiem opon, aż się będzie za nim kurzyć.
- Masz prawo domagać się takich rzeczy dopiero jak nas stąd zabierzesz - odgryzł się, gorączkowo wyglądając przez okno, próbując dostrzec, gdzie właściwie znajdował się napastnik - a także czy ten drugi, ze złamanym nosem, nie pozbierał się już na tyle, by dołączyć do kumpla.
Już otwierał usta, żeby znów popędzić Elenę - przecież instrukcje, które jej podał, były całkiem łatwe w zrozumieniu, prawda? - kiedy wyrwali do tyłu. Zaklął siarczyście, gdy usłyszał trzask gniecionej karoserii i gdy rzuciło nim o siedzenie. Posłał kobiecie wściekłe spojrzenie, które Santorini dostrzegłaby, gdyby tylko zerknęła w lusterko wsteczne. Gdyby sytuacja nie była tak poważna, balerina na pewno nasłuchałaby się srogo o swoim braku jakichkolwiek kompetencji - szczególnie przy zadaniu tak banalnym jak przesunięcie drążka automatu z jednej pozycji na drugą. Gdyby miał ją tutaj uczyć zmiany biegów na manualnej skrzyni biegów, już chyba wolałby próbować uciekać na piechotę - wtedy przynajmniej miałby jakieś szanse ujść z tego z życiem.
Chcąc nie chcąc, gdy kobieta przydzwoniła w auto za nimi, Rohan przesunął dźwignię do przodu, co sprawiło że mogli zacząć w końcu faktyczną ucieczkę. Zgrzyt metalu gdy szorowali o inne zaparkowane samochody sprawił że zrobiło mu się na moment słabo. Lubił to auto, do chuja pana.
- Jedź do szpitala - polecił jej. Nie był w stanie operować siebie sam, nie miał na to sił. Nie był nawet pewien czy kula przeszła mu przez nogę na wylot czy może utkwiła w środku. Chociaż nienawidził polegać na innych, dobrze wiedział, że nie ma wyboru. Będzie się potem musiał niestety poużerać z policją, bo mundurowi na pewno będą chcieli wiedzieć, dlaczego dwójka podejrzanych typków nagle zaczęła do niego strzelać... ale tym będzie się martwić później.
Nikomu w ’Ndrangheta nie ufał na tyle, aby pozwolić mu się operować.
- Jestem lekarzem, nie jakimś gangusem! - odwarknął, samemu także dostrzegając, że napastnicy nie odpuścili. Uparte skurwysyny. Czemu nie miał pod ręką Damona, ten tu by się odnalazł najlepiej! Kim obiecał sobie, że w najbliższej przyszłości rozważy zaopatrzenie się w jakąś broń, nawet jeśli go brzydziła - ale nie mógł już nigdy więcej dopuścić do takiej sytuacji. - Po prostu jedź!
Mógł się chyba tylko modlić o to, aby napastnikom szybko skończyła się amunicja - albo żeby odpuścili sobie na dźwięk szybko zbliżającej się syreny policyjnej. Cóż, można się było spodziewać że ten dramatyczny pościg ulicami Toronto przyciągnie uwagę ludzi - na pewno dyspozytorzy odbierający telefony alarmowe mieli teraz urwanie głowy.
- Następna w prawo! - instruował Elenę, gdzie ma skręcać, gdy zorientował się, że kobieta nie ma pojęcia gdzie się kierować. Całkiem nieźle radziła sobie jak na pierwszy raz za kółkiem, przynajmniej nie przywaliła jeszcze żadnemu innemu pojazdowi prosto w bagażnik - Widzę policję! Oni sie nimi zajmą, a ty jedź... - zawołał jeszcze raz, chodź wyraźnie ciszej. Zaczynał się czuć coraz słabiej, musieli szybko dotrzeć na miejsce.

flash

Swan lake hardcore ver

: sob paź 10, 2026 6:39 pm
autor: Elena Santorini
Gdyby operowali w próżni, pewnie wydawane przez niego polecenia miałyby bardzo dużo sensu. Na przykład - ta jedna dźwignia sprawiała, że samochód ruszał do przodu bądź się cofał. Powinna jechać do szpitala. Zabrać go do kogoś, kto byłby w stanie mu pomóc.
Szkoda tylko, że w ich obecnej sytuacji to wszystko robiło się kurewsko skomplikowane.
Bo dźwignia może i była, ale samochód wcale nie słuchał jej się tak, jak powinien, a prowadzenie go wyglądało na dużo prostsze na filmach niż w rzeczywistości. Szpital, oczywiście, był jakimś tropem, ale najpierw musiałaby znać układ tego pieprzonego miasta i wiedzieć, gdzie był jakiś w okolicy, oraz jak do niego dojechać. Szczytem jej umiejętności nawigacji było zamawianie taksówki by zawiozła ją z jednego miejsca na drugie i względna świadomość tego, w którym rejonie Toronto będzie co wpłynie na czas i cenę.
- Jak to? Pracujesz z Salvatore'm! - warknęła w odpowiedzi, nierozjuszona jego zaprzeczeniem, ale całokształtem sytuacji. Jej dłonie wpijały się w kierownicę tak mocno, że palce zaczynały jej drętwieć i była przekonana, że połamała w trakcie tej szarpaniny wszystkie paznokcie. - Wszyscy jesteście gangusami, jak to brawie ująłeś. Tylko ja, kurwa, nie!
Nie była też kierowcą, ani pracownikiem medycznym. Nie musiała jednak być którymkolwiek z tych by wiedzieć, że Kim wyglądał coraz gorzej, co oznaczało, że ona musiała się śpieszyć - gdy przestanie wydawać jej polecenia nawigacyjne, dojadą do przysłowiowej dupy, a nie do szpitala.
- Nie zasypiaj mi tam, Rohan - rzuciła z napięciem i, półświadomie, wjechała w jeden zakręt zdecydowanie zbyt gwałtownie, zbyt szybko, aż rzuciło nimi wewnątrz samochodu i jeśli Kim myślał o beauty sleepie w trakcie pogoni, musiał szybko zrewidować swoje plany.
- I co powiemy gdy spytają nas, co się stało? - dodała, choć przecież nie mieli żadnych alternatyw. Nie lubiła szpitali. Nie lubiła policji. Nie lubiła żadnych przedstawicieli władz w żadnej postaci, właśnie dlatego przyszła do niego gdy się skaleczyła, a nie pojechała do lekarza. - Przewróciłeś się i wpadłeś w słoik z ołowiem?
Znak szpitala migotał w oddali, wzbudzając zarówno jej ulgę, jak i zupełnie inny rodzaj samolubnego stresu. Nie chciała do niego wchodzić. Nie chciała odpowiadać na pytania. W jakiś abstrakcyjny sposób wzbudziło to jej irytację Kimem, przez którego musiała to robić.
To znaczy przez to, że wyciągnął ją z sali na czas.
Ale czy w ogóle musiał ją wyciągać jeśli to jego szukali? Jakby się nad tym wystarczająco długo pogłówkowała, to może nawet udałoby jej się nagiąć rzeczywistość na tyle, by to wszystko było jego winą.
- Giovanni to załatwi - zadecydowała, naciskając na hamulec z tą samą gwałtownością. Samochód Kima zatrzymał się na parkingu szpitala, przed samym wejściem, niemal zderzając się z taksówką, która w reakcji na ich obecność zaczęła trąbić. - Musi to załatwić.
Nie wiedziała do końca co miałby załatwić. Czy przyjedzie policja? Czy będą ich przesłuchiwać? Czy udzielą Kimowi pomocy, jeśli nie poda im wcześniej wszystkich detali? Czy trzeba będzie za to zapłacić?
Nie miała pojęcia. Nigdy nie zajmowała się takimi rzeczami.
Wiedziała za to, że warto wziąć ze sobą telefon, całą torebkę nawet i to je chwyciła, wyskakując z samochodu by podbiec do drzwi od drugiej strony.
- Schowaj swoje męskie ego do kieszeni - ostrzegła go, mając doświadczenie z ludźmi odmawiającymi przyjęcia pomocy i wyciągnęła ku niemu ręce, chcąc pomóc mu wyjść z samochodu. - Od dzisiaj jesteśmy bardziej niż kwita, Kim.

Rohan Kim

Swan lake hardcore ver

: ndz paź 11, 2026 1:25 am
autor: Rohan Kim
- Nie jestem - warknął z naciskiem. Nie myślał o sobie w ten sposób, tym bardziej że do jego zadań nigdy nie należało krzywdzenie ludzi. Przeciwnie, on za wszelką cenę ratował życia. Nie ważne czy było to życie warte ratowania - czy chodziło o niewinną kobietę czy o mordercę. Nawet jeśli należał do bliskich współpracowników Salvatore'a, nawet jeśli uznawał swoją przynależność do ’Ndrangheta, nie myślał o sobie jak o gangusie. - A co, ty chciałabyś być?
Ani to nie było miejsce, ani czas na takie rozmowy, a jednak kącik ust Rohana wykrzywił się w krzywym uśmieszku gdy zadał to pytanie. Nie wiedział wiele o jej rodzinie, ale skoro była kuzynką Gio, może chciała być taka jak on?
Nawet pomimo faktu że coraz bardziej słabł, Kim zdawał sobie sprawę z tego, że nie mógł sobie pozwolić na opadnięcie powiek. Szaleńcza jazda Eleny także nie ułatwiała mu odpoczynku, więc lekarz nieco gorączkowo śledził trasę którą poruszał się samochód, starając się w głowie ułożyć najprostszą trasę w kierunku szpitala. O tej porze korki były już mniejsze, co nie oznaczało, że nie mogli się na jakiś nadziać, a tego wolał uniknąć za wszelką cenę. Ścigający ich samochód nie odpuszczał jeszcze przez jakiś czas, jeden z napastników próbował oddać jeszcze dwa strzały, ale tym razem chybił. Rohan poczuł kolejny wzrost adrenaliny, kiedy zauważył, że mężczyźni nagle gwałtownie skręcają w boczną uliczkę - w pierwszej chwili pomyślał, że chcą pojechać jakimś skrótem, zajechać Elenie drogę. Jednak kiedy przez dłuższą chwilę nie pojawiali się ponownie, Kim zaczął ostrożnie podejrzewać, że może jednak sobie odpuścili. Uznali swoją porażkę oraz fakt, że nie będą w stanie dokończyć swojego zadania?
- Prawdę. Albo jej część - Rohan odpowiedział jej dość sucho, chociaż spowodowane to było raczej jego brakiem sił, niż jakimś pragnieniem dogryzienia jej w tej chwili - Że byliśmy na bankiecie i nagle jakieś dwa nieznane nam kurwie zaczęły strzelać w tłum. Wcisnę jakieś kłamstewko, że chodziło o rabunek. W końcu to była impreza charytatywna z całą masą obrzydliwie bogatych snobów...
Przecież on też kurwa nienawidził policji. Ich pojawienie się w okolicy niemal zawsze oznaczało jakieś kłopoty. Głęboko jednak wierzył w to samo co Elena - Gio jakoś to załatwi. Miał wprawę w takim pociąganiu za sznurki, aby sprawa znikała z rejestrów, tak jakby nigdy nie istniała. Albo przynajmniej tak obróci kota ogonem, że zmyślona historyjka o rabunku stanie się oficjalnie prawdą.
Potem tylko będą musieli po cichu ustalić kim naprawdę byli napastnicy. I czego chcieli.
- Jesteśmy - potwierdził jej słowa. Nie zamierzał się z nią kłócić, z resztą jakby na to nie patrzeć, on uratował ją, ona jego. Byli kwita. Żadne nie miało już wobec tego drugiego długu wdzięczności. Nie zamierzał się także sprzeczać z przyjęciem jej pomocy przy wyjściu z samochodu. Noga rwała go coraz mocniej, brocząc krwią, która na ciemnych spodniach lśniła czernią. Udało mu się jakoś wygramolić z auta, opierając się częściowo o rozbity pojazd, a częściowo o samą Elenę.
- Idź. Stąd sobie poradzę. To mój szpital - zwrócił się do niej. Pracował tutaj, tutejsi ludzie go znali. Ich przybycie i tak narobiło już takiego rabanu, że od strony wejścia na SOR Kim widział pospiesznie biegnącego ku nim znajomego lekarza o twarzy wykrzywionej konsternacją. - Zadzwonię. Albo nie. Idź już.
A zanim dobiegł do nich spanikowany lekarz, Rohan jeszcze raz odwrócił się do kobiety.
- Całkiem nieźle jak na pierwszy raz za kółkiem. I dziękuję.

Elena Santorini

Swan lake hardcore ver

: ndz paź 11, 2026 8:24 pm
autor: Elena Santorini
Jego pytanie, pozornie, było bardzo proste do odpowiedzenia - oczywiście, że nie chciałaby być częścią tego całego przedsięwzięcia. Preferowała trzymanie się z boku, z dala od bólu, przemocy i widoku krwi, od której robiło jej się słabo odkąd zobaczyła jej zdecydowanie zbyt wiele na podłodze ich posiadłości.
Ale przecież od samego początku była w to wszystko zamieszana.
Wychowała się w tym świecie, w którym jej ojciec, a później brat, zajmował się tymi wszystkimi rzeczami, które teraz robił Salvatore. Ba! Było jej w tym świecie, obiektywnie, lepiej, miała nielimitowane zasoby, ciasno splecioną ze sobą rodzinę, pieniądze, którymi nie musiała się martwić. Była też bezpieczna - całe swoje życie wychowana w przeświadczeniu, że nic złego nie może jej się nigdy stać.
Przeświadczeniu, które okazało się posiadać datę ważności i ta data rok temu upłynęła. Od tego czasu bezpieczeństwo było towarem deficytowym w jej życiu, a Santorini każdego dnia zerkała przez ramię, zastanawiając się, skąd może nadejść kolejne zagrożenie.
- Uważam, że wymachiwanie bronią jest lekarstwem na kruche ego - odrzuciła prychnięciem, wspominając słowa własnej matki, wypowiedziane w gniewie. - Ja chcę tylko tańczyć.
Bez kul śmigających nad jej głową, bez obcych mężczyzn pojawiających się na przyjęciu, na którym to ona powinna być u siebie, powinna być bezpieczna, a Toronto jak zwykle znajdowało sposób na weryfikowanie tego poczucia bezpieczeństwa, nieważne jak kruchego.
Bez pieprzonego samochodu, w którym nagle to ona musiała wszystko robić, nawet jeśli nie potrafiła prowadzić. I bez rannych ludzi, których akurat niekoniecznie chciała widzieć rannych - Kim był pewnego rodzaju zołzą, ale nie zasługiwał przecież na kulę w jego nodze.
- Skoro to twój szpital to może nie będą zadawać pytań - odparła z taką ilością rozbawienia, na jaką była w stanie się zebrać biorąc pod uwagę warunki panujące wokół.
Wsparła mężczyznę w wychodzeniu z auta i zaoferowała mu swoje ramię, mimo wszystko nie chcąc zostawiać go przy rozwalonym pojeździe na zewnątrz, w tym lodowatym, Kanadyjskim powietrzu. Słysząc jednak jego polecenie zamarła, zastanawiając się nad tym, czy było to idź stąd z rodzaju tych wypowiedzianych na poważnie, czy też chciał jej pomocy, ale nie potrafił tego przyznać na głos.
Z takimi mężczyznami również miała wprawę.
- Nigdy więcej - uśmiechnęła się blado na jego komentarz, tym samym tworząc postanowienie w swojej głowie, że nawet jeśli świat miałby się walić wokół niej, nie wsiądzie w fotel kierowcy choćby jej życie miało od tego zależeć.
Skinęła oszczędnie głową, ściskając mocniej swoją torebkę. Widok nadbiegającego personelu medycznego przepędzał ją dużo skuteczniej niż słowa Rohana, po których wciąż nie była pewna, czy nie powinna upewnić się, że dotrze do sali, w której ktoś się nim zajmie.
- Przekażę Giovanniemu co się stało - rzuciła na odchodnym, odwracając się by żaden z lekarzy nie dojrzał jej twarzy. - To w końcu jego wina.
Nie miała pojęcia, czy faktycznie, ale w jej rzeczywistości zawsze musiał istnieć człowiek, na którego ów winę należałoby zrzucić. Rohan był ranny, więc na niego nie wypadało.
Gdy lekarze wypadli na zewnątrz, odnajdując rannego mężczyznę przy rozbitym pojeździe, Santorini obok już nie było.
koniec
Rohan Kim