away from everything
: pn sie 17, 2026 7:01 pm
- Peach, Peach Pepper - Galen to aż potrząsnął lekko Peach, bo co z nią było? Chyba te tabletki jeszcze tak ją zamulały - na pewno nie Baker - jeszcze ją zapewnił, żeby sobie nie myślała. Bo w co ten facet z nimi mógł pogrywać? Miał nadzieję, że w nic, ale z takimi ludźmi, to nigdy nie wiadomo.
Znalazł jej to okulary, kiedy go o to poprosiła, w futerale od Prady, w ich walizkach Louis Vuitton, ale zanim Galen zdążył też znaleźć swoje, to już wyspianin kazał im się pakować do samochodu, żeby uciekli stąd przed burzą. Wyatt nie dyskutował, bo to lotnisko wyglądało tak, jakby silniejszy podmuch wiatru miał je stąd zdmuchnąć. Jakiś hangar po środku i tyle.
Jadą już, a wtedy pilot mówi o tym zastępczym samolocie, i dobrze, że tak się poczuł, bo Galen wcale o tym nie pomyślał, ale pewnie takich prywatnych odrzutowców to mają jeszcze więcej, mogli tu taki po niego wysłać, tyle im płacił, że co to za problem? Tylko się okazuje, że nie mogą, bo linie są przeciążone. Galen też jakoś tak odruchowo mocniej się przytulił do Peach. Bo przecież oni są stworzeni do luksusowych hoteli, a tu jakaś wyspa i speluna o której zaraz im opowiadał chłop z wyspy.
Niby trochę mu ulżyło kiedy Peach go pogłaskała, a kapitan wybrał jednak hotel, gdzie mąż żonę młotkiem zatłukł...
Nie, nie ulżyło mu. Galen znowu się spiął, i Picz objął ramieniem.
- Nie wiem Peach, może jednak... - zaczął i chciał powiedzieć, żeby jechali do tej knajpy, ale już tubylec skręcił w stronę hotelu. Pozamiatane. Jechali tą rozklekotaną ciężarówką, a ślina psa pasterskiego kapała Galenowi na ramię, jak ten się nad nim pochylał. Chłop zaczyna im nawijać o tym ufo, a Galen patrzy na niego wielkimi niebieskimi ślepiami.
- Przecież to odrzutowiec, a nie ufo - wtrącił, ale jak facet tak o nim mówi jak o gwieździe filmowej, to Galenowi zaraz się zrobiło miło, i już się patrzy na Peach, bo ona trochę tak jakby była, a Galen... - jestem biznesmenem z Toronto - wyjaśnił, bo może facet go zna? Jego ojca na przykład. Ale chyba nie, bo tylko spojrzał na niego z politowaniem, a zaraz mu powiedział, żeby sobie wziął ten pieniek. I po co mu on?
Wyatt spojrzał na pniak, a potem na Peach, a potem jeszcze na to radio, które trzeszczy, a ich kierowca stuka sobie w ten rytm w kierownicę jakby się świetnie bawił.
Dziwne było to wszystko.
A jeszcze dziwniejszy był ten hotel. Cały z drewna, z szyldem z wielkimi baranimi rogami nad wejściem. Galen się zatrzymał i zadarł głowę do góry patrząc na te złowieszcze rogi.
- Myślisz? - zapytał, ale zaraz kapitan uciekł, pewnie do łazienki, a stewardessa odeszła na bok, więc Galen SAM musiał się zająć ich bagażami, a jeszcze pod pachą miał ten pniak. Ścisnął go mocniej, bo wyślizgiwał mu się z mokrych rąk, a chłop przecież mówił, że może się im przydać. Rozejrzał się po wnętrzu tego hotelu, które wyglądało jak z jakiegoś horroru, albo filmu Davida Lyncha.
I zaraz taka Lynchowska postać wyrosła przed nimi koło lady. Jakiś karzełek w stroju hotelowego boja.
- Pssst psst, dawaj walizkę, pssst pssst - pociągnął Galena za nogawkę, a on spojrzał na Peach tymi niebieskimi oczami.
- Okej... - zgodził się, kiedy Pepper powiedziała, że to ona będzie rozmawiać.
Dryń dryń.
Rozległ się dźwięk dzwoneczka, taki ostry, nieprzyjemny, który wdzierał się w umysł.
Dryń dryń.
Znowu. A karzełek już ciągnie walizkę, którą Galen trzymał pod pachą.
- Dawaj mi to - zaskrzeczał.
- Nie - odezwał się Galen, a kiedy Peach się na niego obejrzała...
- Słuuuuchaaammm? - odezwał się flegmatyczny głos za kontuarem, a kiedy oboje się na niego obejrzeli, to mogli zobaczyć wysokiego na dwa metry chłopa w smokingu, z muchą pod szyją, który patrzył na nich z góry.
- Przyjechali z daleka. UFO... - zaskrzeczał karzeł, a zaraz podszedł do lady i wyciąga małe rączki do dryblasa. Ten go chwycił jak dziecko i posadził na ladzie i obaj się tak wpatrują w Peach i Wyatta.
Całe szczęście, że to ona ma gadać, bo Galen to już sam nie wiedział, co ma powiedzieć.
Peach 𐙚 ˚
₊˚⊹ ᡣ𐭩
Znalazł jej to okulary, kiedy go o to poprosiła, w futerale od Prady, w ich walizkach Louis Vuitton, ale zanim Galen zdążył też znaleźć swoje, to już wyspianin kazał im się pakować do samochodu, żeby uciekli stąd przed burzą. Wyatt nie dyskutował, bo to lotnisko wyglądało tak, jakby silniejszy podmuch wiatru miał je stąd zdmuchnąć. Jakiś hangar po środku i tyle.
Jadą już, a wtedy pilot mówi o tym zastępczym samolocie, i dobrze, że tak się poczuł, bo Galen wcale o tym nie pomyślał, ale pewnie takich prywatnych odrzutowców to mają jeszcze więcej, mogli tu taki po niego wysłać, tyle im płacił, że co to za problem? Tylko się okazuje, że nie mogą, bo linie są przeciążone. Galen też jakoś tak odruchowo mocniej się przytulił do Peach. Bo przecież oni są stworzeni do luksusowych hoteli, a tu jakaś wyspa i speluna o której zaraz im opowiadał chłop z wyspy.
Niby trochę mu ulżyło kiedy Peach go pogłaskała, a kapitan wybrał jednak hotel, gdzie mąż żonę młotkiem zatłukł...
Nie, nie ulżyło mu. Galen znowu się spiął, i Picz objął ramieniem.
- Nie wiem Peach, może jednak... - zaczął i chciał powiedzieć, żeby jechali do tej knajpy, ale już tubylec skręcił w stronę hotelu. Pozamiatane. Jechali tą rozklekotaną ciężarówką, a ślina psa pasterskiego kapała Galenowi na ramię, jak ten się nad nim pochylał. Chłop zaczyna im nawijać o tym ufo, a Galen patrzy na niego wielkimi niebieskimi ślepiami.
- Przecież to odrzutowiec, a nie ufo - wtrącił, ale jak facet tak o nim mówi jak o gwieździe filmowej, to Galenowi zaraz się zrobiło miło, i już się patrzy na Peach, bo ona trochę tak jakby była, a Galen... - jestem biznesmenem z Toronto - wyjaśnił, bo może facet go zna? Jego ojca na przykład. Ale chyba nie, bo tylko spojrzał na niego z politowaniem, a zaraz mu powiedział, żeby sobie wziął ten pieniek. I po co mu on?
Wyatt spojrzał na pniak, a potem na Peach, a potem jeszcze na to radio, które trzeszczy, a ich kierowca stuka sobie w ten rytm w kierownicę jakby się świetnie bawił.
Dziwne było to wszystko.
A jeszcze dziwniejszy był ten hotel. Cały z drewna, z szyldem z wielkimi baranimi rogami nad wejściem. Galen się zatrzymał i zadarł głowę do góry patrząc na te złowieszcze rogi.
- Myślisz? - zapytał, ale zaraz kapitan uciekł, pewnie do łazienki, a stewardessa odeszła na bok, więc Galen SAM musiał się zająć ich bagażami, a jeszcze pod pachą miał ten pniak. Ścisnął go mocniej, bo wyślizgiwał mu się z mokrych rąk, a chłop przecież mówił, że może się im przydać. Rozejrzał się po wnętrzu tego hotelu, które wyglądało jak z jakiegoś horroru, albo filmu Davida Lyncha.
I zaraz taka Lynchowska postać wyrosła przed nimi koło lady. Jakiś karzełek w stroju hotelowego boja.
- Pssst psst, dawaj walizkę, pssst pssst - pociągnął Galena za nogawkę, a on spojrzał na Peach tymi niebieskimi oczami.
- Okej... - zgodził się, kiedy Pepper powiedziała, że to ona będzie rozmawiać.
Dryń dryń.
Rozległ się dźwięk dzwoneczka, taki ostry, nieprzyjemny, który wdzierał się w umysł.
Dryń dryń.
Znowu. A karzełek już ciągnie walizkę, którą Galen trzymał pod pachą.
- Dawaj mi to - zaskrzeczał.
- Nie - odezwał się Galen, a kiedy Peach się na niego obejrzała...
- Słuuuuchaaammm? - odezwał się flegmatyczny głos za kontuarem, a kiedy oboje się na niego obejrzeli, to mogli zobaczyć wysokiego na dwa metry chłopa w smokingu, z muchą pod szyją, który patrzył na nich z góry.
- Przyjechali z daleka. UFO... - zaskrzeczał karzeł, a zaraz podszedł do lady i wyciąga małe rączki do dryblasa. Ten go chwycił jak dziecko i posadził na ladzie i obaj się tak wpatrują w Peach i Wyatta.
Całe szczęście, że to ona ma gadać, bo Galen to już sam nie wiedział, co ma powiedzieć.