a careful man, but I'd lose it all for you
: czw sie 20, 2026 3:46 pm
Idąc za tym tropem - za tym założeniem, że w jakiejś cudownej, paralelnej rzeczywistości sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej - Salomon posunąłby się do wysnucia jeszcze odważniejszej (i jeszcze bardziej naiwnej...) hipotezy. Kto wie, ale być może w innych warunkach, tych, w których nigdy nie było żadnego rozwodu, żadnych trudnych rozmów prowadzących do rozstaniach, i wielu, dłużących się nieznośnie lat wyrzutów sumienia i poczucia winy za to, jak rozpadło się ich wspólne życie, może nikt nawet nie wezwałby ich na żaden komisariat. Może wówczas - z dwojgiem stabilnych, kochających się, i wolnych od większych konfliktów rodziców - Aurora w ogóle nie miałaby powodów do buntu. No, nie takiego przynajmniej, który kończył się na policyjnych posterunkach. Sal uważał, że błędy są ważne w każdym procesie nauki i dochodzenia do własnych konkluzji, i nie łudził się, że ich latorośl będzie dzieckiem idealnie grzecznym i wolnym od wybryków (ba, tak szczerze mówiąc to modlił się czasem w duchu, by Ro taka nie była...), ale nie dało się ukryć, że w ostatnich miesiącach jej nieposłuszeństwo zdawało się wymykać coraz bardziej spod rodzicielskiej kontroli. Jeśli dzisiaj było to graffiti, to co miało stać się jutro? Alkohol? Narkotyki? Nastoletnia ciąża, i to taka, w której Aurora nie byłaby pewna tożsamości ojca? Był pewien, że Diane nie raz już wybiegała myślą w stronę tych katastroficznych scenariuszy. I równie silnie przekonany był, że gdyby którykolwiek z nich istotnie doszedł do skutku, Sal najbardziej obwiniałby właśnie samego siebie.
Fakty mówiły jednak same za siebie, i w dodatku o wiele głośniej od salomonowych fantazji o jakimś alternatywnym rozwoju wydarzeń. Kolczyki z pewnością kupił Diane jakiś gach, a nawet jeśli nie, to Walker na pewno nie założyła ich dla Sala. I nie u jego boku miała potem dochodzić po dzisiejszym stresie - sącząc wino ze strzelistego kieliszka, i klnąc na czym świat swoi na niesubordynację córki. Miejsce Sala zajął w jej życiu ktoś inny.
Miejsce Diane, zajął w życiu alkohol, kostropaty pies, i trzydzieścioro mniej i bardziejdurnych zdolnych licealistów.
- Okay - Odruchowo, Dykman uniósł obydwie ręce w geście polubownie-poddańczym, gdy Diane zastrofowała go, że nie potrzebuje jego pomocy. Och, akurat jeśli o to chodziło, Sally miał absolutną pewność, że blondynka świetnie sobie bez niego (po)radzi. Pewnie nawet lepiej niż z nim, co było szczerym, ale bolesnym przypuszczeniem.
Zamiast wdzięczności wobec Rory, która przynajmniej doceniała, że Sal nie wybuchał gniewem w reakcji na jej wybryki, mężczyzna poczuł wyłącznie głęboki smutek, że cała ich trójka znalazła się teraz w podobnej sytuacji. W sytuacji, w której Diane i on bardziej niż zgrany zespół, przypominali dwa kompletnie sprzeczne bieguny. W sytuacji, w której w niegdyś bliskiej sobie, spójnej rodzinie, należało teraz zajmować strony, i w której z problemaminie radzono sobie z użyciem konfliktu.
- Rory, no weź... - Wyrwało mu się, jakby próbował nastolatkę powstrzymać przed wypowiedzeniem kolejnego, niepotrzebnego nikomu słowa, ale oczywiście było już za późno. Jeśli choćby przez sekundę poczuł dziś między sobą i Diane jakąkolwiek cieniutką nić porozumienia, ta pękła teraz spektakularnie, tylko zwiększając wyczuwalny między nimi dwojgiem dystans.
Dystans, w którym dodatkowo, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się zapowiedź jakiegoś zupełnie nowego obiektu.
- Jakiego znajomego? - Sal mimowolnie zadarł głowę, wzrok z rozemocjonowanej córki przenosząc nabyłą żonę. Zmarszczył brwi, jakby ostatnie stwierdzenie Diane wypowiedziała w jakimś egzotycznym, kompletnie nieznanym mu języku. Były tak niedorzeczne, że mało brakowało, a Sally parsknąłby śmiechem (i całe szczęście, że tego nie zrobił, bo Walker chyba odgryzłaby mu wtedy tę głupią łepetynę) - Diane? Od kiedy to niby masz znajomych w policji? - Zrozumiałby gdyby chodziło o uniwersytet, albo nawet o jakiś szpital, ale o służby?
A może to instynkt podpowiadał Salomonowi, że coś tutaj dziwacznie nie grało.
Diane Walker
Fakty mówiły jednak same za siebie, i w dodatku o wiele głośniej od salomonowych fantazji o jakimś alternatywnym rozwoju wydarzeń. Kolczyki z pewnością kupił Diane jakiś gach, a nawet jeśli nie, to Walker na pewno nie założyła ich dla Sala. I nie u jego boku miała potem dochodzić po dzisiejszym stresie - sącząc wino ze strzelistego kieliszka, i klnąc na czym świat swoi na niesubordynację córki. Miejsce Sala zajął w jej życiu ktoś inny.
Miejsce Diane, zajął w życiu alkohol, kostropaty pies, i trzydzieścioro mniej i bardziej
- Okay - Odruchowo, Dykman uniósł obydwie ręce w geście polubownie-poddańczym, gdy Diane zastrofowała go, że nie potrzebuje jego pomocy. Och, akurat jeśli o to chodziło, Sally miał absolutną pewność, że blondynka świetnie sobie bez niego (po)radzi. Pewnie nawet lepiej niż z nim, co było szczerym, ale bolesnym przypuszczeniem.
Zamiast wdzięczności wobec Rory, która przynajmniej doceniała, że Sal nie wybuchał gniewem w reakcji na jej wybryki, mężczyzna poczuł wyłącznie głęboki smutek, że cała ich trójka znalazła się teraz w podobnej sytuacji. W sytuacji, w której Diane i on bardziej niż zgrany zespół, przypominali dwa kompletnie sprzeczne bieguny. W sytuacji, w której w niegdyś bliskiej sobie, spójnej rodzinie, należało teraz zajmować strony, i w której z problemami
- Rory, no weź... - Wyrwało mu się, jakby próbował nastolatkę powstrzymać przed wypowiedzeniem kolejnego, niepotrzebnego nikomu słowa, ale oczywiście było już za późno. Jeśli choćby przez sekundę poczuł dziś między sobą i Diane jakąkolwiek cieniutką nić porozumienia, ta pękła teraz spektakularnie, tylko zwiększając wyczuwalny między nimi dwojgiem dystans.
Dystans, w którym dodatkowo, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się zapowiedź jakiegoś zupełnie nowego obiektu.
- Jakiego znajomego? - Sal mimowolnie zadarł głowę, wzrok z rozemocjonowanej córki przenosząc na
A może to instynkt podpowiadał Salomonowi, że coś tutaj dziwacznie nie grało.
Diane Walker