Strona 2 z 2

but was he yours if he wanted me so bad?

: czw lip 30, 2026 11:24 pm
autor: Indie Caldwell
Nie była z siebie dumna. Wiedziała, że źle zrobili i nigdy nie planowała udawać, że można było patrzeć na to inaczej. Ani trochę nie dziwiły jej emocje Charlotte, ba, sama na jej miejscu rozniosłaby Lucasa jeszcze w tej samej sekundzie, w której błyskotliwie wytknął, że przecież się nie przespali. Tyle dobrego, że przynajmniej oszczędził szczegółów i nie wspomniał na przykład o tym, że było blisko, a fakt, że skończyło się na pocałunku zawdzięczali fantastycznemu wyczuciu czasu Marv.
Rzecz w tym, że nawet jeśli Indie uważała to uniesienie za całkowicie uzasadnione, wcale nie znaczyło to, że miała jakąkolwiek ochotę na nie pozwalać. Biorąc pod uwagę jak rzadko odmawiała sobie wszelkich awantur, całkiem imponujące, że do tej pory zachowywała spokój, ale ta względna ogłada wcale nie przychodziła jej łatwo. Wręcz przeciwnie, wymagała ogromnego poświęcenia — ledwo odpierała pokusę wtrącenia się w ich dyskusję, praktycznie całą swoją energię wkładając teraz w to, żeby nie poinformować Charlotte o tym, co tak naprawdę myślała o jej tonie i całej tej scenie.
Tyle tylko, że z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze, zwłaszcza kiedy Charlotte postanowiła znów zwrócić się do niej bezpośrednio i zadać szereg pytań, z których każde kolejne budziło w Indie jeszcze większą frustrację niż poprzednie.
Jara cie obijanie zajętych facetów, co? Pokręciła przecząco głową, zupełnie mimowolnie, bo to nie tak, że miała zamiar odpowiadać, niezmiennie nie chciała brać w tym wszystkim udziału, ale jakoś fizycznie nie była w stanie pozostawić tego zarzutu bez reakcji. Aż tak kręcił cię fakt, że nie mogłaś go mieć, że nagle zachciałaś? Kolejne milczące zaprzeczenie, jeszcze szybsze, pewniejsze, bo nie, tak się składa, że akurat ani trochę — sianie spustoszenia w cudzych życiach nie mogłoby kręcić jej ani trochę mniej. Wcale nie chciała być upadkiem bezpiecznej rzeczywistości Millera, choć finalnie dokładnie tym się dla niej stała: kataklizmem, samym pierdolonym okiem niszczycielskiego huraganu. Bezwzględną siłą destrukcji, szeregiem katastrofalnych strat i szkód, których ogromnej skali wbrew pozorom była dobrze świadoma, może nawet aż trochę za dobrze. Nigdy nie przestała pluć sobie w brodę za zniknięcie, pojęcia nie miała, jak je sobie wybaczyć i to chyba właśnie dlatego dopiero kolejne słowa Charlotte uderzyły w nią z jakąkolwiek realną siłą, znacznie większą niż jakakolwiek, nawet najbardziej uwłaczająca obelga.
I pewnie znowu spierdolisz, bo takie jak ty już tak mają…
Bała się, że miała rację.
Zupełnie szczerze bała się, że to prawda, że Charlotte nie myliła się wcale. Że kolejna katastrofa rzeczywiście była tylko i wyłącznie kwestią czasu — musiała być, bo przecież Indie tak już miała.
Pierdol się — warknęła w bezwarunkowym odruchu, instynktownie wysuwając się przy tym zza ramiona Lucasa, żeby móc powiedzieć jej to prosto w twarz. — Gówno o mnie wiesz. — Z miejsca porzuciła całą kulturę osobistą, zapominając o dotychczasowych próbach zachowywania zimnej krwi i swoich wcześniejszych pokojowych zamiarach. — Gówno wiesz i gówno rozumiesz. Nie masz pojęcia o czym mówisz.
Ach tak? — Charlotte podjęła natychmiast, tylko zachęcona faktem, że udało jej się znaleźć temat, który ewidentnie wywoływał w Caldwell aż takie poruszenie. — A co tu niby jest do rozumienia? — spytała kpiąco. — Po prostu przyznaj, że od początku chuj cię to wszystko obchodziło. Co, tyle dla ciebie znaczył, więc zniknęłaś? Taki był ważny, że aż musiałaś spierdolić bez słowa?
Instynktownie czuła potrzebę się bronić, w jakikolwiek sposób odeprzeć ten atak, ale nie bardzo wiedziała jak — nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań, więc po raz kolejny mogła tylko pokręcić głową.
I ty serio się na to nabierasz? Aż taki głupi jesteś? — rzuciła drwiąco Charlotte, tym razem w kierunku Lucasa. — Co, naprawdę myślisz, że tym razem będzie inaczej? Że jej się zaraz znów nie znudzi? Chcesz w to wierzyć? Śmiało, wierz, ale potem nie dzwoń do mnie kiedy znów zostaniesz sam — syknęła, po czym znów przeniosła uwagę z powrotem na Indie. — Coś ci poradzę — nachyliła się w jej kierunku. — Następnym razem nie wracaj. Uwierz, zrobisz wszystkim wielką przysługę — szepnęła kąśliwie, przy tym wszystkim mając jeszcze czelność poklepać Caldwell po ramieniu w ironicznym geście spoufalenia.
No i to się Indie nie spodobało. Bardzo.
W pół sekundy miała Charlotte pod najbliższą ścianą, pod którą popchnęła ją w tym samym momencie, w której poczuła na sobie jej dłoń.
Chyba mnie kurwa z koleżanką mylisz — wycedziła, ewidentnie niewiele (o ile w ogóle) przy tym myśląc. W innym przypadku może w porę zorientowałaby się, że wcale nie chciała rozgrywać tego w ten sposób, ale gniew przysłaniał priorytety i skutecznie odbierał jej zdolność logicznego myślenia. Jak zawsze.
Widać tak już miała.

lucas ᥫ᭡ ₊ ⊹ ˑ ֶ 𓂃