Strona 2 z 2

destroy and be destroyed

: pt sie 14, 2026 11:10 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przemoc, narkotyki
Jego słowa nie robiły na niej żadnego wrażenia.
Aaron zapominał, że Pilar nie wywodziła się z normalnego domu. Całe życie spędziła w pieprzonym bidulu, gdzie dzieciaki dookoła szarpały ją i poniżały za to, że była inna. Że wyglądała jak cyganka, która przez przypadek zawieruszyła się w kanadzie. Śmiali się z jej sterczących włosów, ciągnęli je, a nawet raz podpalili, wyzywając ją przy tym od najgorszych, więc kiedy Blackwood mówił o obciąganiu komuś, żeby przyjęli ją do akademii tylko spojrzała na niego z politowaniem.
Faceci.
Jedyne do czego sprowadzali obelgi względem kobiet, to że komuś obciągnęły albo dały dupy. Bo przecież do niczego innego się nie nadawały. A już na pewno nie zdaniem ćpuna, który był na głodzie. Nie wiedziała wiele o narkotykach, jednak co nieco zdążyła się już nauczyć na studiach. Miała świadomość, ze brak progów działał katastrofalnie na jego samopoczucie, ale to wcale nie znaczyło, że miała zamiar serwować mu taryfę ulgową, szczególnie, że on znowu podniósł na nią dłoń. Znowu ją kurwa uderzył. I to był moment, w którym nie wytrzymała.
Polecieli na podłogę, obijając się przy tym o kafelki. On na dół, ona na nim. Miał więcej siły więc łatwiej mu było zrzucić ją z siebie, ale Pilar za to miała zalażek techniki, której uczyła się w akademii. Wiedziała, w którym miejscu go przytrzymać, gdzie nacisnąć na ścięgna, żeby odebrać mu siły i dać sobie przewagę. Z początku nawet szło jej to książkowo. Dopiero kiedy się rozproszyła i wymierzyła mu cios z własnej dłoni, straciła panowanie.
Myśl, że Karen mogła to kiedyś z nim przechodzić nie dawała jej spokoju. Przerażał ją fakt, że jaką łatwością Backwood podnosił dłoń na kobietę, jak łatwo robił im krzywdę. Niezależnie od tego, czy te chciały mu wyjebać prochy czy nie. To po prostu obudziło w niej furię, w której nie umiała zatrzyamć ale również i nieuwagę.
Nieuwagę, którą on po raz pierwszy wykorzystał.
I to z impetem, bo w sekundę nie tylko zrzucił ją z siebie, ale również c i s n ą ł nią prosto na drugi koniec pomieszczenia. Jakby kurwa ważyła tyle co worek ziemniaków. A potem jak ten worek jej plecy huknęły o twardą fakturę muszli klozetowej. Coś strzyknęło jej w plecach, aż przez moment bała się sprawdzić, czy mogła się ruszyć. Okropny ból zaszedł całe jej ciało. Nawet nie potrafiła zlokalizować, w którym dokładnie miejscu dostała, bo bolało ją dosłownie wszystko. Skuliła się, podciągając kolana. Kątem oka widziała, jak Aaron podchodzi do umywalki i zza otwieranego lustra wyciąga paczkę tabletek.
Znowu chciał ćpać.
A ona z n o w u nie mogła na to pozwolić.
Nie teraz. Nie po tym wszystkim, co tu kurwa przeszła w tej łazience. Zaparła się, ile tylko mogła, napinając mięśnie brzucha. Sycząc i stękając głośno podniosła się, wspomagając o kibel, a kiedy była już na nogach, zaszła go od tyłu i wyszarpała mu opakowanie.
Co prawda swoje już wziął, ale w środku znajdowało się jeszcze dobre ponad pół opakowania. Pilar zacisnęła mocno palce na niewielkiej tubie. Kilka tabletek posypało się po podłodze, a ona znowu skierowała się do kibla. Nawet nie dała mu czasu zareagować, bo juz ciskała nimi w środek muszli, a że cela miała nienagannego, to od razu trafiła. Rzucili się oboje do spłuczki — ona żeby nacisnąć, on żeby ją powstrzymać, ale była pierwsza. Wcisnęła palec w odpowiednie miejsce i ponownie spuściła mu towar.
Wiedziała, że był już na krawędzi. Widziała to w jego oczach. Ale problem Stewart od zawsze był taki, że nie potrafiła odpuszczać. Że kiedy obrała sobie cel, desperacko do niego dążyła. Nawet kosztem własnego zdrowia.
A trzeba było się nie rzucać.
Trzeba było nie ćpać.

Aaron Blackwood

destroy and be destroyed

: ndz sie 23, 2026 8:17 pm
autor: Aaron Blackwood
Czuł zwierzęcy głód. Usilnie pragnienie, by władować w siebie kolejną porcję zbawiennych narkotyków, które mogły dać mu ukojenie. Rozdrażnienie pomieszane z dziwnym niepokojem oraz gniewem, że nie może wziąć już, teraz, zaraz, musząc znosić pierdolenie i humory jakiejś baby, która nie miała żadnej władzy nad jego życiem. Była utrapieniem, przeszkodą, którą trzeba było jak najszybciej usunąć, byleby tylko pogrążyć się w krainie spełnienia. Proszek czekał, tabletki niemal do niego krzyczały, zapraszając do wspólnej zabawy.
Zaczęły drżeć mu dłonie - znak, że brakowało mu paliwa, a ciało pokryło się kropelkami nieznośnego potu. Tracił nad sobą kontrolę pozwalając, by każdą komórkę wypełniły negatywne emocje. Winił za to Pilar, właśnie na nią mając zamiar przelać odpowiedzialność za własny stan. Gdyby nie jej pojawienie się, gdyby nie marnowanie jego czasu i towaru, z pewnością już teraz byłby sobą. Pozwoliłby na przyjemność, wracając do normalności.
Miał wrażenie, że każda kolejna minuta ciągnęła się nieskończoność; czas trzymał go w żelaznej klatce, coraz bardziej odciągając od kolejnej działki. Podobnie, jak odciągała go od tego kobieta, która uparcie obstawała przy swoim, piskliwym, wwiercającym się w czaszkę głosem starając się przekonać go, że ma problem, że się nie kontrolował, że jest kupą gówna. Znał siebie, wiedział, że wytrzyma, że potrafi nad tym zapanować. Zwyczajnie w świecie nie chciał, nie rozumiała tego? Czemu miałby odbierać sobie coś, co było dla niego dobre? Nie szlajał się po rynsztokach, nie zalegał nigdzie w rowie, ani nie puszczał się za kolejnego grama. Czego więc ona od niego kurwa chciała?
Szamotali się jeszcze chwilę, podczas której głęboko skrywana w Aaronie bestia pozwoliła sobie na wolność, ostatecznie przejmując nad nim kontrolę. Świat zdawał się być jedną wielka plamą, a jedyne na czym potrafił się skupić, to zrzucenie jej z siebie z siłą, która nie pasowało do jej drobnego ciała. Zniszczyć, zadać ból dać sobie ukojenie.
Nie przejął się nią, aktualnie niczego dla niego nie znaczyła. Była szkodnikiem, który należało rozdeptać; niepotrzebnym opóźnieniem, wartym wyeliminowania. Satysfakcja zalała jego ciało, kiedy przez chwilę się nie ruszała. Odzyskał kontrolę, mógł w końcu zadbać o siebie bez obawy, że nagle znowu ktoś wyrwie mu tabletki z ręki, spłukując. Nie z nim te numery! Był silniejszy od niej, więc nie powinna się już stawiać.
Niemal w głowie mu się zakręciło, kiedy połknął narkotyki. O boska ambrozjo! Był w tak błogim stanie, że niemal nic nie mogło go od tego odciągnąć. Niemal, bo jebany szkodnik zdążył się podnieść z podłogi, dopadając do niego. Dwie sekundy później walczył z nią o kontrolę nad spłuczką, po raz drugi dzisiaj patrząc jak jego potrzeba zostaje spłukana w muszli.
-Ty głupia kurwo! Zajebie cię! - warknął głosem zaszczutego zwierzęcia. Złapał ją za długie włosy, mocno szarpiąc. Wściekłość wykrzywiła mu usta, a oczy pociemniały odzwierciedlając szaleństwo. Zanim się opamiętał, zanim pomyślał uderzył jej głową o lustro, roztrzaskując je. Czuł, jak po dłoni spływa mu jej własne krew, zaskakując go swoim ciepłem. Puścił ją patrząc, jak upada na podłogę niczym szmaciana lalka. Było w tym coś fascynującego, dziwnie satysfakcjonującego.
-Leż tam i się już kurwa nie podnoś - rzucił, wskazując na nią palcem. umysł nie rejestrował, że coś było nie tak. Nie dopuszczał do siebie myśli, jak bardzo ją zranił. Zamiast tego cieszył się ciszą, której potrzebował. Chwiejnie skierował się do salonu, opadając na swój ulubiony fotel. Przymknął oczy, oddychając głęboko.
W końcu miał kurwa spokój.

Pilar Noriega

destroy and be destroyed

: wt sie 25, 2026 1:54 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, agresja
Była zdesperowana.
Chciała mu pomóc.
Za punkt honoru postawiła sobie wprowadzenie go na prostą.
Na własne oczy widziała już wiele razy jak ludzie bez pomocy drugiego człowieka tylko staczali się na sam dół. Wiedziała dobrze, że Karen nie będzie w stanie sobie z nim poradzić sama, poza nią nie miał nikogo, więc… zostawała Pilar. Wielka bohaterka, która głupio myślała, że tak po prostu zaciągnie go na odwyk.
Jasne, kurwa.
Powinna stamtąd uciekać. Wyjść i kurwa nie wracać. Zadzwonić po pomoc już po tym, jak po raz pierwszy cisnął nią na podłogę. Przecież była już po szkoleniach, wiedziała, że to była przemoc w czystej postaci wywołana głodem narkotykowym, że na to nie było mocnych. A jednak Stewart jak ostatnia idiotka postanowiła podnieść się z podłogi i zawalczyć jeszcze raz. Dla niego, dla Karen i też dla siebie. Pokazać sobie, że umiała być stanowcza, że potrafiła coś zmienić.
Nie potrafiła.
Przekonała się o tym z chwilą, w której wyszarpała mu resztkę tabletek i bezczelnie spuściła je w toalecie. Woda z muszli o raz drugi tego wieczoru spłukała jego marzenia o zaćpaniu się do nieprzytomności i również pozbawiła go ostatków człowieczeństwa. Widziała dokładnie, jak oczy jej niegdyś przyjaciela zachodzą mrokiem. Jak kurwa ginie w nich człowiek, a na jego miejsce wchodzi pieprzona śmierć w czystej postaci.
Nawet nie zdążyła zareagować, kiedy kolejne obelgi poleciały w jej kierunku, a silna dłoń zacisnęła się na jej włosach. Szarpnął nią mocno, wciskając prosto na lustro nad umywalką. Głuche huknięcie wypełniło łazienkę, a ją momentalnie przytroczyło. Zdążyła jedynie zamknąć oczy i całe kurwa szczęście, bo szkło rozcięłoby jej spojówki.
Zamiast tego posypało się na ziemie i jeszcze bardziej roztrzaskało o kafelki, które w niektórych miejscach już miały ślady krwi. Nie wiedziała dokładnie, co się stało, bo przestała kontaktować, ale nigdy w życiu głową tak bardzo ją nie bolała. Czuła okropne pulsowanie i pieczenie, jakby ktoś rozdzierał jej czaszkę na pół. I chociaż próbowała z tym jeszcze walczyć, jakoś utrzymać się na nogach finalnie straciła przytomność.
A potem była już tylko ciemność.

Obudziła się dopiero w szpitalu.
Po kilku godzinach dowiedziała się, że przywieźli ją tu na sygnale i od razu poddali operacji. Pękniecie kości czaszki i krwiak podtwardówkowy nie były na tyle lekkie, żeby po prostu puścić to płazem. Okazało się, że gdyby nie Karen, która chwile później wróciła do mieszkania, bo Pilar nie odpisywała, nie zadzwoniła po karetkę mogłoby wcale nie być kolorowo.
Zresztą i tak nie było.
A ta sytuacja dogłębnie uświadomiła ją, że nawet z najlepszymi intencjami człowiek mógł skończyć w prawdziwym piekle. Szkoda że kilkanaście lat później i tak robiła to samo.


── ⋆⋅𖤓⋅⋆ ──
Kilka lat póżniej...



Kawa na jej biurku była już zimna.
Całe szczęście nie był to wielki problem, bo przecież od kilku dobrych lat nie wypiła jej ciepłej. Wiecznie zabiegana, wiecznie zajęta, wciskająca się na każdą możliwą misję, żeby tylko spełnić swój obowiązek i przysięgę jaką dawała wchodząc w szeregi policji.
Pomagać.
Służyć.
Rogers po raz kolejny przydzielił ją do sprawy, której Pilar jako zwykła policjantka nie powinna nawet tykać. Tylko kogo to obchodziło, kiedy nie tylko on używał jej analitycznego umysłu do swoich spraw? Jak tak dalej pójdzie, to skończysz w kryminalce szybciej niż myślisz, powtarzał jej za każdym razem, kiedy się nią wysługiwał, a ona tak bardzo tego kurwa chciała, że nawet w pełni świadomie na to szła.
Tamtego dnia również. Zamiast iść dawno do domu, siedziała przy biurku i wertowała papiery sprawy. Szukała niepasujących do siebie elementów, zeznań świadków, które się nie zgadzały. Miał w tej papierologii taki kurwa bałagan, że nie mogła na to patrzeć. Połowa rzeczy była w systemie, druga połowa wydrukowana ale pomięta i zalana energolem. Ustawiła więc drukarkę, by na nowo wszystko przemielić. Nawet nie patrząc przed siebie, zerwała się z miejsce i ruszyła w dobrze znajomym kierunku. Szkoda tylko, że na jej drodze nagle wyrosła przeszkoda, której nie powinno tam być.
— Sory — mruknęła beznamiętnie i miała zamiar odejść. Chociaż kiedy jej spojrzenie zajrzało w dobrze znajome kiedyś oczy, aż zadrżała. — Co ty tu kurwa robisz? — warknęła, automatycznie robiąc krok w tył. Po raz pierwszy patrząc w oczy swojego oprawcy, który jeszcze kilka lat temu przez swoje uzależnieni prawie pozbawił ją życia.

Aaron Blackwood

destroy and be destroyed

: ndz sie 30, 2026 8:24 pm
autor: Aaron Blackwood
Przez ostatnich kilka lat jego życie uległo diametralnej zmianie - zarówno na lepsze, jak i w wielu aspektach na gorsze, chociaż sam Aaron w ostatecznym rozrachunku wszystko traktował na plus. Żył prawda? Nie stoczył się ostatecznie tak bardzo, by wbić sobie igłę po raz ostatni.
Z pomocą swojej rodziny - matki oraz rodzeństwa, którzy zawsze go wspierali, udało mu się ostatecznie wyjść na prostą, rzucając narkotyki na dobre. Miały nad nim władzę stanowczo zbyt długo, niszcząc zarówno jego życie, jak i życie osób, na których mu zależało, a które w tamtym okresie i jego zdaniem, do niczego nie były mu potrzebne. Teraz, po czasie spędzonym w klinice, gdzie przeżywał prawdziwe katusze, mógł ostatecznie nazwać się czystym człowiekiem. Stał się silniejszy i odzyskał kontrolę nad swoim jestestwem oraz życiem, w którym chciał zmienić naprawdę wiele.
Chociaż stracił swoją żonę, która ostatecznie postanowiła się z nim rozwieść, za co jej nie winił - wyrządził jej zbyt wiele zła i uważał, że i tak wytrzymała z nim zbyt długo, znosząc humoru oraz odloty, które miał na haju; chociaż stracił wielu przyjaciół, którzy nie mieli już siły patrzeć na to, co się z nim działo, tak ostatecznie był z siebie dumny. nie każda osoba uzależniona mogła poszczycić się trzeźwością, a jemu wychodziło to teraz całkiem dobrze. Na tyle, że koniec końców postanowił pójść do Akademii Policyjnej, paradoksalnie wybierając na przyszłość Wydział Narkotykowy. Uważał jednak, że był to najbardziej odpowiedni wybór, ponieważ sam się przekonał, jak to świństwo może wyniszczyć i jaką jest zmorą dla społeczeństwa. Tym bardziej miał motywację, żeby rozwalić wszystkie kartele i pozbyć się dragów z ulicy, być może ratując tysiące istnień. Szczytny cel, prawda? Musiał jeszcze dokończyć ostatecznie trening, ale był pewien, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie.
Był zmotywowany ne, że dzisiejszego dnia postanowiło, jako wolontariusz, przejrzeć raporty oraz informacje, które miały doprowadzić do dystrybutora wprowadzającego na rynek jakąś nową mieszankę. Nikomu się to nie podobało - oznaczało stanowczo więcej roboty, bo wiadomo, że świeży towar zawsze budził największą ciekawość wśród konsumentów, którymi ostatnio najczęściej były dzieciaki w wieku szkolnym oraz studenci potrzebujący wspomagania przed egzaminami. Grupa idealna. Tym bardziej Narkotykowym zależało, żeby jak najszybciej ją rozbić.
Z kubkiem kawy, którą nazywanie w taki sposób było profanacją, skierował się do swojego biurka, gdzieś w głębi sporej wielkości pomieszczenia. Nadal trochę się tu gubił, ale uważał, że znacznie lepszą orientację ma w terenie, niż w pomieszczeniach, w których było tak ciasno!
Omal nie wpadł na jakąś kobietę, a kiedy usłyszał tak dobrze znany głos, momentalnie się spiął, zatrzymując. Zatrzymał spojrzenie na twarzy, która kilka lat wcześniej tak usilnie próbowała mu pomóc, omal nie przypłacając tego życiem.
-Pilar - powiedział jedynie, bo napięcie między nimi było jasno wyczuwalne. I nie ma się co dziwić, prawda? Podniósł na nią rękę i chociaż był to pierwszy i jedyny raz, kiedy zrobił to tak brutalnie, nadal odcisnęło swoje piętno. - Powiedziałbym, że też miło mi cię widzieć, ale oboje wiemy, że to bujda. Pracuję tutaj - powiedział, nie poruszając się nawet o milimetr.

Pilar Noriega

destroy and be destroyed

: śr wrz 02, 2026 6:57 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Długo się nie widzieli.
Kilka lat właściwie, podczas których każde z nich mocno dojrzało. Nie byli już tylko dzieciakami, którzy starają się odnaleźć w wielkim świecie, a pełnoprawnymi dorosłymi, którzy obrali konkretne ścieżki zawodowe i nieśli za soba dość solidny bagaż doświadczeń.
Ona była już na ostatnim roku policyjnej praktyki. Lada moment miała dostać awans do działu kryminalnego. Przejść ze zwykłego psa w d e t e k t y w a. Już od kilku miesięcy pomagała przy większych sprawach, puszczali ją w teren, pozwalali przejmować informacje i podejmować odpowiednie działania, by łapać zwyroli. Czekała na to, była skupiona i nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie.
A przynajmniej tak myślała, do momentu, aż nie zostały znajomej twarzy.
Twarzy, której za nic nie chciała więcej oglądać po tym, jak kilka dni temu zginęła spod jego silnych dłoni, gdy pierwsze ją okładał, a potem rozpierodlił jej głowę o lustro.
Dłoni spod których prawie zginęła.
Kto wie, co by się działo, gdyby wtedy Karen nie wróciła do domu. Gdyby nie zastałą Pilar w łazience, kompletnie poskładanej, zakrwawionej i ledwo oddychającej. On przecież nawet się nią nie przejął. Zrobił jej krzywdę i poszedł kurwa do salonu, wyjebać się na fotelu. Kto tak kurwa robi? Pierdolony ćpun.
I chociaż wydawało jej się, że przepracowała to wszystko w głowie. Że poukładała odpowiednio szufladki w mózgu i ruszyła dalej, pozostawiając przeszłość z tyłu, tak kiedy po tych wszystkich latach spojrzała w oczy swojego oprawcy… kompletnie zamarła. Wszystko do niej wróciło. Nawet ten chłód pierdolonych kafelek, na których przeleżała dobre dwadzieścia minut nim przyjechała karetka. A potem to jak Karen błagała ją, żeby nie wnosiła oskarżeń. Żeby dała mu ostatnią szansę na zmianę. Że ona go zostawi, a on na pewno się ogarnie. Nie wierzyła jej za grosz, ale i tak się na to zgodziła. Dała mu spokój.
A może nie powinna.

Pilar

Jego głos odbiła się echem pod jej czaszką, drażniąc nieprzyjemnie. Mógł widzieć w jej oczach niechęć mieszającą się z nienawiścią i… może czymś jeszcze, czego ona nawet sama nie potrafiła zdefiniować. Nie chciała pokazywać mu, jak jego obecność na nią wpłynęła, dlatego wyprostowała się, krzyżując ręce na klatce piersiowej i prychając na jego kolejne słowa.
— No ciebie na pewno nie miło widzieć — wtrąciła, gdy jeszcze nawijał, chociaż kiedy z jego ust padły te dwa słowa pracuje tu, momentalnie zrobiła wielkie oczy. — Co kurwa robisz? — warknęła, nawet nie przejmując się tym, że dookoła kręcili się ludzie. — Jak to kurwa pracujesz? Jaja sobie ze mnie robisz? — na pewno robił. Kto normalny wpuścił by pieprzonego ćpuna na komisariat?
Złapała w płuca więcej powietrza i aż wykonała krok w tył.
— Skończ pierdolić, Blackwood — pokręciła głową z niedowierzaniem, wciąż nie przyjmując do wiadomości informacji, jaką ją obdarzył. — Masz jakieś przesłuchanie? Zgarnęli cię za prochy? Kiedy stąd wypierdalasz? — brzydko się do niego odzywała, ale czy można się jej było dziwić? Już sam fakt, że potrafiła stać z nim twarzą w twarz i kompletnie się nie rozsypać graniczył z cudem. Aż głowa zabolała ją w miejscu, gdzie miała pękniętą czaszkę i gdzie operowali jej krwiaka, który Aaron jej sprawił. Taka kurwa piękna pamiątka. Ciekawe ile on sam pamiętał z tej feralnej nocy.

Aaron Blackwood :latwiutko:

destroy and be destroyed

: śr wrz 23, 2026 8:16 pm
autor: Aaron Blackwood
Do tej pory nie zastanawiał się, jakby wyglądało jego spotkanie z Pilar. Dla Aarona ten rozdział został zamknięty i był niemal pewien, że ich ścieżki już nigdy więcej się nie skrzyżują. Nie mieli wspólnego łącznika - wcześniej była nim Karen, przez wzgląd na którą kobieta tak usilnie starała się pomóc uzależnionemu mężczyźnie. Po tym, jak Blackwood wykazał się wzmożonym poziomem agresji, odbijając sobie wszystkie swoje porażki na Pilar, nie było dla nich nadziei i uznał, że o wiele lepiej będzie, jeśli nigdy więcej nie będą mieli ze sobą do czynienia. Zbyt wiele słów, zbyt wiele ciosów, które zapadły w pamięci.
Czy żałował? Tak. Musiałby być całkiem pozbawiony wyrzutów sumienia, żeby nie wypominać sobie przeszłości. Nie żył nią, ale wyciągnął odpowiednie wnioski. Z tego też względu nie kontaktował się nigdy więcej z Karen, kiedy poprosiła go o to na rozprawie rozwodowej. Szanował jej zdanie wiedząc, że za rozpad ich małżeństwa odpowiadał on. Z tego też powodu nie odezwał się do Pilar, którą powinien był przeprosić. Miał jednak wrażenie, że na to było zwyczajnie za późno.

Dlatego teraz, spoglądając w jej twarz, pozwolił wspomnieniom płynąć. Jak bardzo ucierpiała podczas ich ostatniego spotkania? Wiedział, że ją poturbował, chociaż nie pamiętał wszystkiego pozwalając, by to właśnie jego ówczesna wtedy żona zrelacjonowała mu wydarzenia. Trafiła do szpitala, była w ciężkim stanie. Gdyby jednak ktoś zapytał go, co dokładnie wtedy zaszło - nie umiałby sklecić żadnej sensownej historii z ciągiem. mógł podzielić się obrazami - krwią na podłodze, tabletkami w ubikacji, ciałem leżącym na posadzce. Ale jak? To już było zbyt trudne.
Cisza, która zapadła pomiędzy nimi na kilka ładnych minut była niebywale ciężka. Oceniali się, wspominali, zastanawiali, co teraz należałoby zrobić. Dostrzegł chłód w jej oczach, dosłyszał go w jej głosie. I chociaż poza twarzą nie miał niczego wspólnego z tamtym człowiekiem, nie winił jej.
-Nie planowałem tego spotkania, możesz być pewna - powiedział, żeby przypadkiem nie zaczęła podejrzewać, że specjalnie ją nachodził. Jemu również nie było to na rękę, chociaż powody miał trochę inne, niż ona. - Słuchaj, budynek jest duży, nikt nie powiedział, że musimy wchodzić sobie w drogę. Myślę, że tak będzie najrozsądniej - zaproponował. Przecież widział, jak bardzo go tu nie chciała, najchętniej wywalając go na zbity pysk.
-Rozumiem, że twoje zdanie na mój temat przez te wszystkie lata nie uległo zmianie. Ale nie ma się co dziwić, prawda? Nie ćpam już - powiedział, jakby to miało cokolwiek zmienić. Nawet się nie łudził, rany były zbyt głębokie, by jedno zdanie mogło je zasklepić. - Nie obiecam, że więcej się nie spotkamy, bo ja tu zostaję. Od teraz to jest moje miejsce pracy i będziesz musiała to przeboleć - rzucił łagodnie. Odetchnął przy tym głęboko - ta rozmowa była znacznie cięższa, niż kiedykolwiek mógł podejrzewać.
-Zdaję sobie sprawę, że niewiele to dla ciebie znaczy i masz prawo mnie nienawidzić, ale przepraszam cię za wszystko, co wydarzyło się w przeszłości. Za tamto spotkanie, za szpital, za Karen - dodał, chcąc być ostatecznie fair z własnym sumieniem.

Pilar Noriega

destroy and be destroyed

: pn wrz 28, 2026 9:38 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, wspominki agresji
Oczywiście, że jej zdanie na jego temat nie uległo zmianie.
Dlaczego miałoby?
Jakim kurwa prawem, miałaby zmienić zdanie na temat osoby, która prawie ją zabiła? Dla kogoś kto postawił narkotyki nad bezpieczeństwo swoich bliskich i przyjaciół? Kogoś, kto gotowy był rozszarpać i rozerwać na strzępy, byleby tylko dostać trochę prochów.
I on dokładnie to wtedy zrobił — rozszarpał ją. Ciskał nią jak szmacianą lalką, rozwalił jej głowę o umywalkę, a potem porzucił jak jakiegoś śmiecia na kafelkach i nawet nie przejął się tym, że po kilku minutach leżała już w kałuzy własnej krwi. Rozsiadł się po prostu w fotelu jak wielki pan i władca, zajadając ostatnimi tabletkami. Dumny z ciszy i spokoju, które zapanowały dookoła.
A teraz stał przed nią jak gdyby nigdy nic. Jakby ona wtedy nie walczyła o życie w szpitalu, jakby prawie nie miał ludzkiego życia na własnych rękach. I jeszcze pracował dla policji. Gość, który sam powinien siedzieć. Jak mogła się nie wkurwić? Jak mogła tak po prostu wzruszyć na to wszystko ramionami i wrócić do kserowania dokumentów? Tym bardziej, że spomiędzy jego ust po chwili wyszło to jedno zdanie: nie ćpam już.
Ryknęła śmiechem.
Głośnym i szyderczym.
Takim, którego w życiu by się po sobie nie spodziewała.
A potem zgromiła go wzrokiem.
— Skończ pierdolić — warknęła oschle, kręcąc głową na boki. — Mam uwierzyć, że już nie ćpasz? Że nie masz problemu? Tak jak kurwa wtedy? — mimowolnie uniosła głos, nawet nad soba nie panując. Czuła na sobie kilka przelotnych spojrzeć. Powoli zaczynali zwracać na siebie uwagę, a dokładniej ona, jednak w tamtej chwili, to były jej najmniejsze zmartwienia. Otworzyła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć. Pocisnąć mu, że taki ćpun jak on już zawsze nim pozostanie, że dla niego już nie było żadnego ratunku, ale wtedy spomiędzy jego warg wyleciało tych kilka dodatkowych słów.
Przeprosiny, których za nic się nie spodziewała.
Otworzyła szerzej oczy, uważnie mu się przyglądając. Mówił to szczerze? Czy może jednak, żeby dała mu spokój? Czy naprawdę mógł mieć wyrzuty sumienia?
— Masz rację — przerwała mu, ściągając brwi do siebie i krzyżując ręce na piersi. — Mam prawo cię nienawidzić — pełne i niepodważalne. — I będę to kurwa robić do usranego końca życia, bo wtedy prawie mi je odebrałeś — nie miała pojęcia, jak wiele pamiętał z tamtego wieczoru, czy w ogóle miał świadomość tego jak wielkie konsekwencje mogły go spotkać, gdyby Karen nie zadzwoniła wtedy na czas po pogotowie. Cóż, jeśli nie wiedział wcześniej, to teraz miał już o wiele szerszy obrazek.
— Nie ma nawet takiej opcji, że tu zagrzejesz, Blackwood. Kto cie przyjął? Eliot? — wyprostowała się, pociągając nosem. Pierdolone alergie. Złapała kilka głębszych oddechów, ciskając papierami gdzieś na biurko, po czym… odwróciła sie na pięcie i skierowała prosto do gabinetu komendanta. — No to już kurwa niedługo.
Jeszcze nie wiedziała jak, ale miała sprawić, że Aaron wyleci z komendy na zbity pysk. Pod żadnym względem nie godziła się na to by agresor i ćpun jego sortu prowadził się po komisariacie i tu pracował. Po jej t r u p i e.

Aaron :nodawaj: :nodawaj: :nodawaj:

destroy and be destroyed

: pt paź 02, 2026 9:05 pm
autor: Aaron Blackwood
Nie spodziewał się po niej jawnego wybaczenia. Prawdę powiedziawszy nie spodziewał się niczego, bo nie brał pod uwagę, że kiedykolwiek jeszcze mogą na siebie wpaść. I chociaż jej widok przywoływał wspomnienia budząc wyrzuty sumienia, tak w momencie, w którym usłyszał jej szyderczy śmiech wydobywający się z gardła, które jeszcze kilka lat temu ściskał pragnąć, żeby uciszyło każdy wydawany dźwięk, ogarnęła go irytacja. Z jednej strony nie mógł się dziwić, że mu nie wierzyła, ale z drugiej powinna mieć świadomość, że ludzie się zmieniali. Dodatkowo nikt by go nie zatrudnił, gdyby nadal miał poważne problemy z uzależnieniem, bo już na starcie musiał dostarczyć odpowiednie dokumenty podpisane przez lekarza, że tak, jest zdolny do wykonywania zawodu, a jego przeszłość nie stanowiła zagrożenia dla przyszłych spraw.
Mierzył ją spojrzeniem, walcząc z własnymi emocjami. Nie czuł już tego, co zapewne by czuł, gdyby był naćpany. Teraz kontrolował się znacznie lepiej, chociaż spokój, który ogarniał go na początku konwersacji z wolna zaczynał opuszczać jego ciało, zastępowany przez poczucie dziwnej niesprawiedliwości.
-Pilar, rusz głową. Sądzisz, że ktoś by mnie zatrudnił, zwłaszcza w policji, gdybym nadal brał? - westchnął, przeczesując włosy. Ile razy musiał się jeszcze tłumaczyć, by ostatecznie przyjęła do wiadomości, że przeszłość dla niego pozostała jedynie przeszłością, do której nie chciał wracać. Przynajmniej czynami, bo myślami cofał się dość często, chcąc mieć pewność, że nie popełni tych samych błędów.
Obrócił lekko głowę, spoglądając na osoby, które zainteresowały się całym spotkaniem. Większości z tych osób nie znał i nie potrafił powiedzieć, co właściwie myśleli w tym momencie. Kłótnia kochanków? Aż parsknął cicho śmiechem na samą insynuacje. Pilar z pewnością by go za to zdzieliła porządnie krzesłem.
-W takim razie zrób dla mnie chociaż jedną rzecz, Pilar. Nie zatrać się za bardzo w tej nienawiści, bo nie przyniesie ci niczego dobrego. Zwłaszcza, kiedy ostatecznie przekonasz się, że z narkotykami łączy mnie jedynie praca, nic więcej - rzucił, wzdychając. Przynajmniej i ona się trochę uspokoiła, co było pewnym osiągnięciem, bo nie chciał już na starcie grabić sobie u jej kolegów, którzy pewnie stanęliby murem, gdyby tylko lekko głos podniósł. - Przykro mi z tego powodu. Gdybym wiedział to, co teraz i potrafił cofnąć czas, twój stosunek do mnie byłby inny. I cieszę się, że przeżyłaś. Wierz lub nie, ale nie darowałbym sobie, gdybym faktycznie cię wtedy zabił - rzucił jeszcze. I miały to być ostatnie słowa przeprosin, jakie wysunął w jej stronę. Powiedział co chciał powiedzieć, nie planując płaszczyć się w nieskończoność. Bo w jej ciemnych oczach widział, że każde jego słowo było dla niej zupełnie niczym.
Poszedł za nią do gabinetu komendanta, jakby czując potrzebę obrony własnego jestestwa, gdyby chciała porządnie narobić mu koło dupy. Przezorny zawsze ubezpieczony.
-O Stewart, Blackwood. Widzę, że już się poznaliście. Nasz świeży nabytek do narkotykowego - powiedział mężczyzna, kiedy tylko znaleźli się w jego gabinecie, zerkając na młodą policjantkę. - Miło widzieć Stewart takie zaangażowanie w pomoc świeżakowi. Jest coś, czego potrzebujecie? - wodził wzrokiem z jednego na drugie.

Pilar Noriega

destroy and be destroyed

: ndz paź 04, 2026 12:18 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Ludzie się nie zmieniali.
A m e n.
Blackwood mógł sobie gadać ile tylko chciał, nawijać na uszy innym tak wiele makaronu, jak to tylko było potrzebne, by zagłuszyć jego własne poczucie winy, jednak na nią to nie działało. Stała przed nim niewzruszona. A przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo w środku przecież wszystko w niej wrzało. Drżała cała, mają przed oczami ich ostatnie spotkanie. To jak kompletnie naćpany rzucał nią jak szmacianą lalką, jak gotowy był ją zapierdolić za to, że spuściła mu w kiblu ostatnie prochy.
Jak miała uwierzyć, że się zmienił?
Bo co? Bo stał pośrodku komisariatu i wyglądał na czystego? Bo nie szarpał jej za ramiona, nie wyzywał o ździr i nie próbował rozpierdolić jej głowy na drony mak? To było za mało. I prawda była taka, że byłoby to za mało dla każdego, kto stanąłby na jej miejscu. Takich traum nie wyrzucało się ot tak z głowy. One żyły tam mocno zakorzenione i aby je wyplewić potrzeba było czasu.
Czasu, którego oni nie mieli.
Widzieli się pierwszy raz od lat.
Lat, które on miał, żeby ją przeprosić. Żeby jakoś zadośćuczynić to, co jej zrobił. Miał ją gdzieś dopóki jej tu nie spotkał, dlatego tym bardziej jego przeprosiny były dla niej gówno warte. Powiedziane pewnie dla świetego spokoju niż bo faktycznie czuł żal i skruchę. Tak samo to całe gadanie o tym, żeby nie pozwoliła, by nienawiść do niego nie sprawiła, że się kompletnie zatraci.
— Pozwól, że sama będą zarządzać moją nienawiścią — warknęła, gromiąc go spojrzeniem. Kim on był, żeby mówić jej, co miała robić, a tym bardziej czuć? Nie miał u niej żadnego autorytetu. Mógł sobie pierdolić ile tylko chciał, ale ona i tak wiedziała swoje. Dlatego po chwili ruszyła prosto do gabinetu Eliota. Nie miała zamiaru cackać się ani z Aaronem ani tą całą sprawą. Może i był czysty, ale to nie znaczyło, że Stewart tak łatwo mu odpuści.
Wpadła do biura komendanta ówcześnie pukając tylko raz. Od razu szarpnęła za klamkę i nawet ta cała gadka o zaangażowanie w pomóc świeżakowi nie pomogła jej okiełznać. Od razu wypluła Eliotowi wszystko, co siedziało jej na wątrobie, zarzekając się, że Blackwood powinien codziennie przechodzić komisyjne badania pod względem trzeźwości. Nie gryzła się również w język na temat tego, co stało się te kilka lat temu. Zdawała sobie sprawę, że ujmowało jej to również dumy, ale na tamten moment kompletnie o to nie dbała. Była na misji zamiany pracy Aarona w policji w kompletne piekło. Dokładnie takie, jakie on kiedyś zgotował jej.
I chyba przez kilka miesięcy faktycznie się jej to udało.
Podkładała mu nogi, jak tylko mogła. Walczyła o to, by odbierano mu sprawy, a pół komendy wiedząc co się stało, również zamknęło się na nowego kolegę zanim jeszcze zdążyli go dobrze poznać. I chociaż Stewart z każdym dniem widziała oraz upewniała się w tym, że on naprawdę był czysty, tak jeszcze przez naprawdę długi czas próbowała zrzucić go ze stołka. Po czystej złośliwości, tak bardzo do niej niepodobnej. Wyszedł z niej prawdziwy diabeł, dopóki Eliot nie upewnił się, że nie prowadzili razem żadnych wspólnych spraw, a ich styczność na komendzie była praktycznie zerowa. Wiedział, że miał pod skrzydłami dwóch d o b r y c h śledczych. Nie chciał stracić żadnego z nich.

Aaron Blackwood
koniec