Pączki, kiepski podryw i brat na straży
: ndz wrz 20, 2026 10:44 am
Spoiler

Magnetyczna Wendy, to nie byle bzik!
Nie no na serio, to brzmiało świetnie, a w stroju superbohaterki wyglądałaby na pewno wybitnie, a przynajmniej błyszcząco. Na pewno miałaby niebiesko różową pelerynę i przyczepione do kostiumu metalowe rzeczy, bo przecież taka byłaby magnetyczna. Zbrodniarze upadaliby przed nią na kolana oślepieni pokaźną ilością brokatu, a jej główną mocną byłaby zdolność do totalnego zdezorientowania przeciwnika swoim chaosem. Zanim złoczyńca zorientowałby się, co właśnie się wydarzyło, ona zdążyłaby już kilkukrotnie wylać na niego gorącą kawę, potknąć się o własne nogi, wytrącić mu zupełnie przypadkiem broń z ręki i jeszcze zdążyłaby rzucić mu pączkiem w twarz. Może nie miała radaru na idiotów, ale była w stanie ich odstraszyć. Ba! To nawet można było potraktować jako taki eksperyment społeczny pt. ile żenady jest w stanie znieść człowiek dla bzykanka. Lorenzo zdecydowanie szedł na rekord. Wendy zresztą też długo wytrzymała, być może to adrenalina, a może wyjątkowa słabość do dobrze zbudowanych torsów.
She’s just a girl!
I lubiła się zabawić, a stałe związki chyba jednak nie leżały w kręgu je zainteresowań. Okej, miała słabość do jednej osoby, ale czy faktycznie byłaby w stanie poświęcić dla niego całą swoją wolność i beztroskę, wziąć ślub i urodzić dzieci. No właśnie, teraz już nie była tego taka pewna, bo była wolnym duchem pragnącym zwiedzać świat i nie w myśl było jej rodzić dzieci. Poza tym jeszcze nie znalazł się wystarczająco odważny, co by ujarzmił ten żywioł, nie łamiąc przy tym jej ducha i serca. I o ile swojego życia miłosnego szczególnie nie analizowała, tak to należące do innych uwielbiała.
— NO WŁAŚNIE TAK NAPISZ! — przytaknęła entuzjastycznie nic nie robiąc sobie z tego, że Frank tak naprawdę sobie żartował. Odezwanie się do niej po pijaku byłoby o wiele lepsze, gdyby tylko podzielił się z Wendy tą myślą na pewno dołożyłaby wszelkich starań, aby doszło do tego dzisiaj. Czy mogło być coś lepszego niż oni w towarzystwie psa Perciego piszącego do jego byłej? Pomijając część z odwiedzinami w szpitalu u matki ten dzień zapowiada się epicko!
Pozostało jedynie przeżyć, choć przy jej manewrach za kierownicą istniało pewne ryzyko, że oni sami trafią do szpitala i zostawią ich na obserwację. Niewiele brakowało, by doszło do zderzenia. Ta cała gonitwa przez miasto z pedalarzem i jego karnym kutasem przyprawiała ją o szybsze bicie serca i naprawdę świetnie się bawiła, aż do chwili, kiedy zajechali pod szpital.
Cała radosna otoczka dzisiejszego spotkania zaczęła pikować i nie potrafiła tego zatrzymać. Nie była pewna czy to ten specyficzny zapach szpitala wyzwalał w niej coś niepokojącego, czy sama myśl o tym, że zaraz zobaczy własną matkę pierwszy raz od wielu lat i to awanturującą się w jednej z sal.
To ona zjebała, nie ty.
Czuła jak coś ścisnęło ją w środku. Słowa wypowiedziane przez brata trafiły w czuły punkt. Gardner mogła zgrywać obojętną, pewną siebie i taką, co to przeszłość zostawiła daleko za sobą, ale prawda była taka, że gdzieś w głębi wciąż miała jakiś idiotyczny wyrzut do samej siebie, że urwała całkowicie kontakt z matką. To były krótkie objawienia, trafiało się jedno na parę lat, po którym zwykle przez kilka następnych lat nie odzywała się znów do rodzicielki. I tak, był to pewien schemat. Najpierw pojawiało sie drobne ukłucie sumienia, bo to przecież mama i, że może tym razem będzie inaczej. Że przecież już jest dorosła i powinna być mądrzejsza, więc wyciągnie ta pieprzoną rękę do rodzicielki. I co? Dawała jej szansę. Jak wtedy, gdy na studiach wpadła do niej z ciastem i bukietem kwiatów z okazji jej święta, a matka już dobrze podchmielona (pewnie też z okazji własnego święta) zamiast powiedzieć dziękuje spytała ją czy przyszła się chwalić tym, co Wendy ma (czyt, studia) a czego ona przez nią mieć nie mogła. Przez nią i rodzeństwo. A kto jej kurwa kazał przedwcześnie w ciąże zachodzić?! No właśnie! kwiaty szybko wylądowały w koszu, a Wendy się odcięła. Wyjechała nawet do Australii, a gdy z niej wróciła w chwili zrywu dobroci postanowiła też odwiedzić matkę, która zastała pijaną i awanturującą się, że zamiast interesować się matką to podróżuje po świecie. Rozbiła przy tym nawet magnes z kangurem, który jej przywiozła. Jej ostatnie podejście do rodzicielki miało miejsce jakieś trzy lata temu iiii też nie należało do najlepszych. Naprawdę chciała dać jej szansę, próbowała pomóc ogarnąć jej rachunki i kupić leki, zamiast tego usłyszała, że jak nie ma wódki to ma wypierdalać i nie wracać bez butelki. Delira chyba jej dokuczała, ale Wendy wtedy posłuchała. Nie wróciła.
A teraz co?
Znów stała w szpitalu kierując się za bratem do windy, a gdy drzwi się zamknęły i zaczeli sunąć w górę przełknęła ciężko ślinę. Milczała, aż w końcu wytoczyli się na korytarz. — Chcę mieć to jak najszybciej z głowy — przytaknęła — i pedalarza też nie chcę szukać. Chcę przytulić tego psa i zjeść sernik, więc oby poszło szybko — wyrzuciła z siebie po czym podeszła do sali, w której miała znajdować się ich matka. — Pokażmy jej, jakie wspaniałe nieudaczniki urodziła — rzuciła jeszcze przez ramię do brata i otworzyła drzwi do sali.
Oberwała.
Poduszką na wejściu oberwała.
— Co jest kurwa — to szpital, czy jakiś psychiatryk.
— Córcia? — zmroził ją dźwięk przepitego głosu zmieszanego z niedowierzaniem, ale też lekką histerią. Matka wyglądała na z d e s p e r o w a n ą. — Dzieci drogie… jesteście… — jęknęła, a Wendy tylko parsknęła pod nosem. Rzucenie poduszką było ewidentnie zwieńczeniem poprzedniej kłótni, ale widząc, że to nie pielęgniarka wchodzi do sali, a jej rodzone dzieci odpaliła tryb ofiary losu. — gdybyście wiedzieli, co oni tutaj ze mną robią! A ta jędza nawrzeszczała na mnie jak chciałam szklankę ciepłej wody! Podała mi jakieś pigułki, przez które serce mi chce wyskoczyć. Zawału przez nich dostałam. I z tej samotności… ale powiedziałam, że mam dzieci. Syna policjanta mam. Zrób coś Frank, wyciągnij mnie stąd… — typowe, alkoholiczka odgrywała swój spektakl.