no one floats forever
: czw lip 23, 2026 3:52 pm
Zaylee Miller nie przestawała go zadziwiać. To, że wpychała nosa tam, gdzie nie trzeba, już wiedział. To, że jak nie wchodziła drzwiami, to oknem albo kominem, znał z hehe autopsji. To, że jej wiedza i zainteresowania wykraczały poza jej specjalizację, miał podawane na tacy z każdym spotkaniem. To, że czuła się chyba jak gwiazda serialu kryminalnego podejrzewał. To, że chciała zrobić więcej, niż mogła, brał pod uwagę.
Tego, że wcieli się w rolę detektywa i wyłoży mu prawdopodobne scenariusze kim był sprawca — niekoniecznie. Sam nie wiedział czy był jej za to bardziej wdzięczny — bo próbowała pomóc? — czy podrażniło go to gdzieś głębiej, gdzie siedziały lata spędzone jako śledczy i coś, co głupcy nazywali dumą detektywa.
— Dokładność nie idzie w parze z pierwszym morderstwem, Miller — rzucił na koniec, wierząc, że temat został na razie odstawiony na bok. Nie zamierzał się z nią tu wymieniać argumentami, odwoływać się do kryminologii, żeby ostatecznie wyciągnąć na wierzch prawdziwe doświadczenia, o których usilnie starał się zapomnieć. Ciepło krwi na dłoniach. Widok światła gasnącego w oczach. Adrenalina buzująca w żyłach i dudniąca w uszach. Pełna świadomość niechybnie uciekającego vitae.
Głos Brenny Langdord dosięgł go z brutalną siłą. Nie miał z nią takiego doświadczenia, jak Zaylee, ale znał ją na tyle, by wiedzieć, że plasowała się w jego osobistej top 5-ce najbardziej wkurwiających ze wszystkich dziennikarskich sępów. A to było swoiste wyróżnienie. Zignorował ją kompletnie, skupiając się na kamerzyście, który prawie się wywalił.
— Zabierzcie go — mruknął do Hayesa, kiwając głową w stronę mężczyzny. — Jak będzie próbował przejść przez taśmę, to zakujcie go i władujcie do drugiego radiowozu. Albo od razu weźcie na dołek.
Powód zawsze by się znalazł. Brenna i zaskarżenie tych czynów, powołując się na przekraczanie uprawnień i uderzanie w wolność obywatelską, wolność słowa i każdą inną możliwą wolność — także. Na to był jednak gotowy.
— To też dobra opcja — mruknął pospiesznie do Miller odnośnie braku następnego razu, ale nie zdążył dodać nic więcej, bo zaraz Tony Thiel stanął przed nimi i potwierdzał, że wynajął domek dla Scotta i grupy dzieciaków. Gardner zerknął z ukosa na krzątających się techników, którzy odwalali kawał dobrej roboty, rozstawiając sprawnie parawany i uniemożliwiając robienie bardziej szczegółowych zdjęć. Co, oczywiście, wcale pismaków nie zniechęciło. Jeden z nich podskakiwał, drugi brał swoją koleżankę na barana i wręczał jej aparat. Trzeci próbował wspiąć się na drzewo. Wszystko, byle zebrać żer.
Francis spojrzał w dół na Zaylee, która tak naturalnie przejęła stery, że w innych okolicznościach uznałby ją za śledczą. Thiel z kolei chyba właśnie tak zrobił, bo kiwnął głową i gestem ręki zaprosił ich do przejścia w stronę domku. Zupełnie, jakby obecnie nie przejęli jego terenu we własne posiadanie i nie rządzili się na nim, nie potrzebując jego żadnej zgody. W stresujących chwilach ludzki mózg zawsze szukał punktu zaczepiania i możliwości kontroli sytuacji, żeby tylko się nie rozpaść.
Gardner tym razem spojrzał na Hayesa, który ruszył pierwszy, ale nie w stronę drzwi wejściowych, a żółtej taśmy. Tą, za którą wypchnięto już kamerzystę i wypychano Brennę Langford. Tą, za którą strzelały flesze aparatów. Tą, którą Francis miał ochotę udusić co najmniej większość z tych sępów.
— Wyślij mi zdjęcia od techników — zwrócił się do Marka, póki ten jeszcze słyszał. Potem skupił się na drodze do domku. — Przyjechał pan z daleka?
To nie był small talk. Gardner nie uprawiał small talków. Przyjazd właściciela trwał ponad dwie godziny i od takich pozornie nic nie znaczących pytań zawsze zaczynało się niby-przesłuchanie. Nie otwarte. Nie oczywiste. Ale jednak.
— Z Barrie.
— Z Barrie — powtórzył cicho. Nie umknęło mu to, że Barrie było może półtora godziny drogi stąd i nie umknęło mu też to, że o tej porze, przy mniejszym ruchu, droga powinna była zająć jeszcze mniej. Nie dał po sobie poznać sceptyzmu, naciskając na klamkę i otwierając drzwi, których dzieciaki za sobą nie zamknęły. Do tej pory po wnętrzu nie kręciło się zbyt wiele osób — jedynie dwóch czy trzech funkcjonariuszy, żeby przejrzeć stan ogólny pomieszczeń i czy nic się tam nie kryje. Nie kryło.
W międzyczasie, kiedy wchodzili do środka — przytrzymał przy tym Miller drzwi, taki gentleman — jego telefon zawibrował. Hayes wysłał mu zdjęcia od techników bezpośrednio na maila, co odczytał pospiesznie, a potem poszedł za Tonym Thielem w głąb chatki. Mężczyzna poprowadził ich do kuchni, gdzie drżącymi rękami zaczął nalewać sobie wody, niemym gestem proponując nalanie i im. Gardner odmówił.
— Zacznijmy od początku — mruknął, podchodząc bliżej. Oparł się bokiem o drewnianą wyspę na środku i skrzyżował ręce na piersi. Obecność Miller ciążyła mu i wiedział, że nie powinna tu w ogóle być, ale miał nadzieję, że da radę się zachować. Musiała. — Detektyw Mark Hayes zgłosił panu, że znaleziono ciało w jeziorze na pańskim terenie. — Thiel skinął głową. — A to oznacza, że ten domek i jego otoczenie są dla nas potencjalnym materiałem dowodowym i wszyscy, którzy tu przebywali w ciągu ostatniego tygodnia, są potencjalnymi podejrzanymi. Kiedy dokładnie wynajął pan ten domek Danielowi Scottowi?
— Wczoraj. Scott zadzwonił do mnie na początku miesiąca, ale zapłacili i dostali klucze wczoraj rano. Dzieciaki miały tu przyjechać po południu.
Przynajmniej tyle zgadzało się z wersją dzieciaków i Daniela Scotta.
— Ktoś tu był przed nimi?
— Nie. Domek był w remoncie, bo poprzednicy rozwalili werandę. Ostatni wynajem był na weekend 4 lipca, ale potem, aż do teraz, nikogo tu nie było. Tylko robotnicy i ja, czasami. I ekipa sprzątająca.
Tym razem Gardner kiwnął głową. Czyli morderca albo wiedział albo miał farta, co w przypadku zaplanowanej zbrodni było średnio prawdopodobne. Musiał wiedzieć, że domek będzie pusty. Mógł być z okolicy. Mógł znać plan robót ekipy. Albo, co gorsza, obserwował to miejsce na długo przed tym wszystkim. Albo, czego nie mogli wykluczyć, sam rozwalił domek i upozorował to tak, żeby wina spadła na wynajmujących.
— Będziemy potrzebować wszystkich nazwisk. Pracowników firmy budowlanej, ekipy sprzątającej, wszystkich. Macie tu monitoring? — Sam się rozejrzał, przy okazji zerkając na Miller. Może nawet dając jej sekundę na wtrącenie się.
zaylee miller
Tego, że wcieli się w rolę detektywa i wyłoży mu prawdopodobne scenariusze kim był sprawca — niekoniecznie. Sam nie wiedział czy był jej za to bardziej wdzięczny — bo próbowała pomóc? — czy podrażniło go to gdzieś głębiej, gdzie siedziały lata spędzone jako śledczy i coś, co głupcy nazywali dumą detektywa.
— Dokładność nie idzie w parze z pierwszym morderstwem, Miller — rzucił na koniec, wierząc, że temat został na razie odstawiony na bok. Nie zamierzał się z nią tu wymieniać argumentami, odwoływać się do kryminologii, żeby ostatecznie wyciągnąć na wierzch prawdziwe doświadczenia, o których usilnie starał się zapomnieć. Ciepło krwi na dłoniach. Widok światła gasnącego w oczach. Adrenalina buzująca w żyłach i dudniąca w uszach. Pełna świadomość niechybnie uciekającego vitae.
Głos Brenny Langdord dosięgł go z brutalną siłą. Nie miał z nią takiego doświadczenia, jak Zaylee, ale znał ją na tyle, by wiedzieć, że plasowała się w jego osobistej top 5-ce najbardziej wkurwiających ze wszystkich dziennikarskich sępów. A to było swoiste wyróżnienie. Zignorował ją kompletnie, skupiając się na kamerzyście, który prawie się wywalił.
— Zabierzcie go — mruknął do Hayesa, kiwając głową w stronę mężczyzny. — Jak będzie próbował przejść przez taśmę, to zakujcie go i władujcie do drugiego radiowozu. Albo od razu weźcie na dołek.
Powód zawsze by się znalazł. Brenna i zaskarżenie tych czynów, powołując się na przekraczanie uprawnień i uderzanie w wolność obywatelską, wolność słowa i każdą inną możliwą wolność — także. Na to był jednak gotowy.
— To też dobra opcja — mruknął pospiesznie do Miller odnośnie braku następnego razu, ale nie zdążył dodać nic więcej, bo zaraz Tony Thiel stanął przed nimi i potwierdzał, że wynajął domek dla Scotta i grupy dzieciaków. Gardner zerknął z ukosa na krzątających się techników, którzy odwalali kawał dobrej roboty, rozstawiając sprawnie parawany i uniemożliwiając robienie bardziej szczegółowych zdjęć. Co, oczywiście, wcale pismaków nie zniechęciło. Jeden z nich podskakiwał, drugi brał swoją koleżankę na barana i wręczał jej aparat. Trzeci próbował wspiąć się na drzewo. Wszystko, byle zebrać żer.
Francis spojrzał w dół na Zaylee, która tak naturalnie przejęła stery, że w innych okolicznościach uznałby ją za śledczą. Thiel z kolei chyba właśnie tak zrobił, bo kiwnął głową i gestem ręki zaprosił ich do przejścia w stronę domku. Zupełnie, jakby obecnie nie przejęli jego terenu we własne posiadanie i nie rządzili się na nim, nie potrzebując jego żadnej zgody. W stresujących chwilach ludzki mózg zawsze szukał punktu zaczepiania i możliwości kontroli sytuacji, żeby tylko się nie rozpaść.
Gardner tym razem spojrzał na Hayesa, który ruszył pierwszy, ale nie w stronę drzwi wejściowych, a żółtej taśmy. Tą, za którą wypchnięto już kamerzystę i wypychano Brennę Langford. Tą, za którą strzelały flesze aparatów. Tą, którą Francis miał ochotę udusić co najmniej większość z tych sępów.
— Wyślij mi zdjęcia od techników — zwrócił się do Marka, póki ten jeszcze słyszał. Potem skupił się na drodze do domku. — Przyjechał pan z daleka?
To nie był small talk. Gardner nie uprawiał small talków. Przyjazd właściciela trwał ponad dwie godziny i od takich pozornie nic nie znaczących pytań zawsze zaczynało się niby-przesłuchanie. Nie otwarte. Nie oczywiste. Ale jednak.
— Z Barrie.
— Z Barrie — powtórzył cicho. Nie umknęło mu to, że Barrie było może półtora godziny drogi stąd i nie umknęło mu też to, że o tej porze, przy mniejszym ruchu, droga powinna była zająć jeszcze mniej. Nie dał po sobie poznać sceptyzmu, naciskając na klamkę i otwierając drzwi, których dzieciaki za sobą nie zamknęły. Do tej pory po wnętrzu nie kręciło się zbyt wiele osób — jedynie dwóch czy trzech funkcjonariuszy, żeby przejrzeć stan ogólny pomieszczeń i czy nic się tam nie kryje. Nie kryło.
W międzyczasie, kiedy wchodzili do środka — przytrzymał przy tym Miller drzwi, taki gentleman — jego telefon zawibrował. Hayes wysłał mu zdjęcia od techników bezpośrednio na maila, co odczytał pospiesznie, a potem poszedł za Tonym Thielem w głąb chatki. Mężczyzna poprowadził ich do kuchni, gdzie drżącymi rękami zaczął nalewać sobie wody, niemym gestem proponując nalanie i im. Gardner odmówił.
— Zacznijmy od początku — mruknął, podchodząc bliżej. Oparł się bokiem o drewnianą wyspę na środku i skrzyżował ręce na piersi. Obecność Miller ciążyła mu i wiedział, że nie powinna tu w ogóle być, ale miał nadzieję, że da radę się zachować. Musiała. — Detektyw Mark Hayes zgłosił panu, że znaleziono ciało w jeziorze na pańskim terenie. — Thiel skinął głową. — A to oznacza, że ten domek i jego otoczenie są dla nas potencjalnym materiałem dowodowym i wszyscy, którzy tu przebywali w ciągu ostatniego tygodnia, są potencjalnymi podejrzanymi. Kiedy dokładnie wynajął pan ten domek Danielowi Scottowi?
— Wczoraj. Scott zadzwonił do mnie na początku miesiąca, ale zapłacili i dostali klucze wczoraj rano. Dzieciaki miały tu przyjechać po południu.
Przynajmniej tyle zgadzało się z wersją dzieciaków i Daniela Scotta.
— Ktoś tu był przed nimi?
— Nie. Domek był w remoncie, bo poprzednicy rozwalili werandę. Ostatni wynajem był na weekend 4 lipca, ale potem, aż do teraz, nikogo tu nie było. Tylko robotnicy i ja, czasami. I ekipa sprzątająca.
Tym razem Gardner kiwnął głową. Czyli morderca albo wiedział albo miał farta, co w przypadku zaplanowanej zbrodni było średnio prawdopodobne. Musiał wiedzieć, że domek będzie pusty. Mógł być z okolicy. Mógł znać plan robót ekipy. Albo, co gorsza, obserwował to miejsce na długo przed tym wszystkim. Albo, czego nie mogli wykluczyć, sam rozwalił domek i upozorował to tak, żeby wina spadła na wynajmujących.
— Będziemy potrzebować wszystkich nazwisk. Pracowników firmy budowlanej, ekipy sprzątającej, wszystkich. Macie tu monitoring? — Sam się rozejrzał, przy okazji zerkając na Miller. Może nawet dając jej sekundę na wtrącenie się.
zaylee miller